Spółki Miejskie


1 komentarz

Perły z Amsterdamu. Zderzenie światów

Karolina Rosocka

 Już trzeciego dnia mojego pobytu w bardzo dobrze zorganizowanej i uporządkowanej Holandii trafiam do zesquatowanej wioski – Ruigoord. Wioski artystów, wizjonerów, marzycieli, lekkoduchów, hippisów, elfów, jednorożców i magii… Zjawiam się tu dzięki mojemu przyjacielowi, z którym przyjechałam do Holandii. Spędził w tej wiosce 8 lat, gdy jednak dookoła zaczął rozkwitać ciężki przemysł, uciekł do Polski, przeniósł się w Sudety, bo jak twierdzi – to bardzo romantyczny kraina.

gerben

Gerben fot. Karolina Rosocka

Ruigoord leży na obrzeżach Amsterdamu, od centrum stolicy to jakieś 12 km. Zbliżamy się do wioski. Obserwuję okolicę przez szyby w aucie – dookoła potężne zbiorniki na paliwo – nigdy tak potężnych nie widziałam. Wychowana na polskiej prowincji, mało co w życiu widziałam, pewnie stąd moje ciągłe zdziwienie. Po drugiej stronie zatoka z równie potężnymi statkami. Jestem zaskoczona. Nie tak to sobie wyobrażałam. Wygląda to przerażająco. Wysiadam z auta. Powoli obracam się wokół własnej osi. Co za widok! A raczej brak widoku! I ten zapach – zapach czekolady – lekko przypalonej – na początku przyjemny, ale juz po kilku minutach nieznośny, mdlący. Jak sie później dowiaduję –w pobliskiej zatoce znajduje się jedna z największych na świecie fabryk kakao. Niestety zapach towarzyszy mi do końca dnia.

Wioska. W wiosce znajduje się około 30-ci domostw. Stare, ceglane domy z dziurawymi dachami i pięknymi, folkowymi malunkami na fasadach. Połamane płoty, swobodnie rosnące ogródki, różnej maści artefakty – od pięknych po kiczowate… Cała sterta rupieci, kury, koty, psy, konie i paw! Poza tym przyczepy kamipingowe, jeden dom-piramida i kościół. Pierwsze skojarzenie – Stacja Wolimierz. Cała wioska to raptem dwie ulice, jest tak mała, że mieszkańcy co chwilę na siebie wpadają. Już po 10 minutach poznaję burmistrza wioski (nie odważyłabym się nazwać go sołtysem, ze względu na skojarzenia, jakie to słowo we mnie wywołuje). To wysoki, szczupły, lekko łysiejący, przystojny mężczyzna, w sędziwym wieku. Założył wioskę ponad 40 lat temu. Biegał wtedy nago po trawie z długimi, opadającymi na ramiona włosami, wygłaszając hasła równości i wolności wszystkich ludzi na ziemi. Dziś patrzy ze smutkiem na potężne zbiorniki z paliwem. Wtedy dookoła były tylko dzikie lasy… W centrum wioski – stary kościół – a w kościele – bar. W barze – lane piwo, zamiast ołtarza – scena. Wchodzę i śmieję się w duchu. Co za widok! Ten mi sie akurat podoba. Dookoła kościoła – na schodach i trawie siedzą mieszkańcy wioski. Ich przyjezdni znajomi lub przypadkowi turyści, są zupełnie różni od autochtonów. Kościół to centrum animacji wioski. Tu odbywają się warsztaty, koncerty, festiwale, imprezy. Na skwerze przed kościołem – podczas corocznego festiwalu sztuki, w sierpniu, powstają instalacje, rzeźby i inne dzieła. Niestety – każdego roku, tuż po stworzeniu, zostają spalone. Tego mi zabrakło – galerii, dorobku z przeszło 40-tu lat festiwalu.

kes

Kes fot. Karolina Rosocka

Zagłębiam się w wioskę – poznaję kolejnych mieszkańców. Półholender-półindonezyjczyk – kucharz freelanser – serwuje nam przepyszną kuchnię azjatycką – kus kus z warzywami i miętą. Jem i wzdycham. Nie mogę się nadziwić, jakie to dobre, jakie zmysłowe… Siedzimy wszyscy przy starym, drewnianym stole w zarośniętym ogrodzie. Pod stopami rozsypane muszle z nad morza. Wino przyjemnie uderza do głowy…

Po obiedzie – dowiaduję się kim jestem. Poznaję „pana od I Chingu”. Przez ponad dziesięć lat studiował stare chińskie księgi, by w tym roku opublikować własną – kalendarz ze znakami zodiaku. Zostaję dokładnie wypytana o szczegóły moich urodzin. Zawsze czuję się lekko zaniepokojona, gdy ktoś nagle mówi mi – a teraz powiem ci kim jesteś… Czego tym razem dowiem sie na swój temat? Jestem jednak zupełnie zrelaksowana. Przysłuchuję się uważnie własnemu opisowi. Uśmiech nie znika mi z twarzy… „Pan od I chingu” wydaje się być również bardziej zafrapowany moją osobą po wnikliwym przeanalizowaniu gwiazd towarzyszących moim urodzinom. Zabawne…

hans

Hans fot. Karolina Rosocka

Wieczór i noc spędzam, wraz z moim polsko-holenderskim przyjacielem u starego znajomego – mieszkańca wioski. To prawdziwy Wiking z rozczochraną czupryną rudych loków. Gdy widzimy się po raz pierwszy – ma na sobie poszarpany, stary sweter i brudne od farby spodnie – właśnie skończył prace renowacyjne na wieży kościoła. Gdy spotykamy się po raz drugi, wieczorem u niego w domu, na końcu wioski – on – tym razem odświętnie. Dom – hm. Nie było czasu na porządki, nasza wizyta jest niezapowiedziana. Gospodarz kompletnie się tym nie przejmuje, my w zasadzie też… Wchodzę i przeciskam się delikatnie. Nie chcę nic strącić. Jest tu tyle wszystkiego, że nie wiadomo na czym zawiesić oko – arcydzieła, perełki zakupione na pchlich targach, stare graty, kości zwierzęce – barania czaszka z ciężkimi rogami jest naprawdę piękna, kamienie, muszelki, brudne skarpetki, zarastający naczyniami zlew. Pokój i kuchnia stanowią jedno duże pomieszczenie – to w zasadzie cały parter plus malutka ubikacja. Pod oknem – długa, półokrągła, skórzana sofa z wizerunkiem słońca na środku – jest bardzo elegancka – mocno kontrastujący akcent w całym tym bałaganie. Czuję się tu bardzo dobrze. Dodatkowo wszędzie pajęczyny, gdzieniegdzie dziury w ścianach, czasem obok stopy przebiegnie włochaty pająk… I tym razem pyszności na stole i czerwone wino… Potem noc. Noc jest intrygująca, jest dziwnie przyjemna, z naciskiem na słowo dziwnie. Budzę się co chwilę, słyszę ptaki za oknem, nie mogę zasnąć. Jestem w jednym łóżku z nieznajomym mężczyzną – Wikingiem (ze względu na ograniczoną liczbę miejsc do spania). Obok na materacu mój holenersko-polski znajomy. Wiking nie śpi – to wiem na pewno. Zaczynamy nasz taniec – kontakt improwizacje. Mój ruch – wywołuje jego ruch, jego ruch powoduje mój. Spędzamy tak prawie całą noc – tańcząc. Nic więcej się nie wydarza. Przewracamy się na boki, zbliżamy się, oddalamy, czuję jego oddech, moja ręka – jego ręka… co za choreografia… W końcu słyszę pianie koguta – jest już prawie widno.  Jestem zmęczona, ale taniec był naprawdę przepiękny. Kilka razy w ciągu nocy udało mi się zasnąć – strzępki snów pozostają w mojej głowie – całkiem przyjemne erotyczne wizje. Rano sama już nie wiem – sen czy rzeczywistość… co za noc… Wstaję, wychodzę na podwórze – witam się z pawiem – karmię go czerstwym chlebem. Prawie je mi z reki! Jest piękny. Dumnie kroczy pomiędzy stertą rupieci na podwórku, kury wydają się przy nim takie marne, kogut niestety też, ale gdy tylko słyszę, jak okrutny i nieprzyjemny dźwięk wydaje z siebie to piękne, królewskie stworzenie – zwracam honor kogutowi i jego pianiu!

Oglądam księgę artystycznych dokonań mieszkańców Ruigoord – czyli podsumowanie z okazji 40 urodzin wioski. Oglądam i coraz bardziej zagłębiam się w historię tego miejsca. Jestem zauroczona, całkowicie zapominam o przemysłowym otoczeniu, które jeszcze wczoraj powodowało we mnie uczucie niepokoju. Dobrze się tu czuje, i wiem, że to dzięki ludziom. W ciągu tych 40 lat zmieniała się okolica, a przede wszystkim rzeczywistość. A ci ludzie pozostali tacy sami – wciąż z marzeniami, z własnymi wizjami, z własnym stylem życia! No może z odrobiną smutku w oczach i w sercu, że widok z okna już nie ten sam i powietrze inne…

james

James fot. Karolina Rosocka

Wracam do Ruigoord po prawie miesiącu. Tym razem wybieram się sama, na rowerze. Zajmuje mi to jakieś 50 min – kilka razy skręcam w niewłaściwą ulicę, ale w końcu dojeżdżam. Trasa raczej nieciekawa, drogi ekspresowe, fabryki. Jest podobno lepsza, o której nie wiedziałam, wypróbuję następnym razem… Witam się z mieszkańcami. Jestem zgrzana i spragniona, wiec od razu idę do kościoła i zamawiam lane piwo… Siadam na schodach w słońcu, odpalam papierosa i obserwuje zbliżającą się w moim kierunku postać – małego człowieczka z długimi, siwymi włosami, w kapeluszu. Ciągnie za sobą jakieś gałęzie. Jest coraz bliżej. Widzę coraz wyraźniej jego starą, zapadniętą twarz. Ma na sobie kolorowe, pasiaste spodnie, które wiszą mu na kościstych biodrach, odsłaniając pól tyłka (jak sie później dowiaduję – to piżama, mój przyjazd do wioski to przecież wczesny ranek – ok. 14). – Masz może jointa? – pyta. – Nie, mam tylko papierosy – odpowiadam. Kręci nosem. Chce zioło. – Zaraz do ciebie wrócę – mówi. I znika w kościele. Palę dalej, delektując się ciszą. Wraca po około 5 minutach, siada obok – palimy razem. On – rozgląda się cały czas w poszukiwaniu ofiary z jointem – ale jest za wcześnie – niewiele osób w pobliżu. Zaczyna ze mną rozmawiać. Okazuje się, że jest poetą, który mieszka w wiosce od 17 lat! – Jestem znany w Anglii, ludzie kochają moje wiersze, ale ty nie wiesz kim jestem? – Nie mam pojęcia – odpowiadam. – Więc opowiem ci mój wiersz. Lubisz magię? Baśnie? Posłuchaj! I zaczyna… a ja od razu ulegam nastrojowi – co za głos… Jest naprawdę magicznie. James mówi o baśniach, elfach, magii, jednorożcach, o poszukiwaniu siebie, o marzeniach, o różnych drogach, zakrętach. Opowiada o tym wszystkim za czym najbardziej tęsknimy w życiu dorosłym. Sam wygląda prawie jak leśny stwór… – Kim jesteś dzieciaku? Widzę, że masz w sobie dużo miłości, jesteś pełna miłości, nie zmarnuj tego dzieciaku! Będziesz miała gromada dzieci – słyszę od Jamesa. Co za przepowiednia – śmiać sie czy płakać? Potem przenosimy sie nad zatokę. Przed nami wielkie statki i łabędzie. James recytuje mi kolejny wiersz, a ja śpiewam mu ukraińską pieśń folkową – piękne spotkanie.

heidi

Heidi fot. Karolina Rosocka

Spotykam jeszcze jedną osobę – też pomieszkuje w tej wiosce – obecnie już tylko weekendowo. Przed laty spędziła tu kawałek swojego życia – aktorka, tancerka, śpiewaczka. Cudowna kobieta. Poznałam ją w Amsterdamie, zaraz po tym jak przyjechałam, na jednym z vintage marketów. Pomagałam mojemu polsko-holenderskiemu znajomemu rozkładać kram z vintage ceramiką (zakupioną oczywiście w Polsce za grosze, jakże cenna w Holandii dla znawców) i wtedy zjawiła się ona – dosłownie zjawiła się – bo wyglądała zjawiskowo – z wielkimi czerwonymi ustami, odziana w panterki i ciasną, krótką katanę. Wielkie pióra na uszach, kowbojki na stopach, niemiłosiernie kręcąc tyłkiem. Zobaczyła mojego znajomego i podbiegła się przywitać, a w jej ruchach było tyle seksapilu, że nie mogłam oderwać od niej oczu! Rozłożyła się ze swoim kramem (pokaźna kolekcja podrasowanych vintage ciuchów) tuż obok. Dzięki temu mogłam ją poznać trochę lepiej. Już od pierwszego momentu poczułyśmy wzajemne fluidy, a po krótkiej chwili rozmowy było nam bardzo wesoło i obie nie mogłyśmy się nadziwić jak dobrze się ze sobą czujemy. Więc gdy po prawie miesiącu przypadkiem spotykałyśmy się w Ruigoord padłyśmy sobie w ramiona, jakbyśmy się znały od dzieciństwa. Była w tym prawdziwie szczera radość z niespodziewanego spotkania dwóch bliskich, choć z pozoru zupełnie obcych sobie kobiet…

Żegnam sie z wioską. Przyjadę znowu za jakiś czas… Wsiadam na rower, by powędrować na północ Amsterdamu. Jest 4 maja – narodowe święto – dzień pamięci ofiar II wojny światowej. Przejeżdżam przez centrum. Dam Square jest całkowicie zablokowane – to czas pamięci – 2 minuty kompletnej ciszy – trafiam na ten moment – stoję z wszystkim, przybyłymi na ta chwile ludźmi. W samiuśkim centrum Amsterdamu – jest absolutna cisza – maszyny wyłączone, tramwaje nie kursują, rodzice uciszają dzieci. Niesamowite doznanie – mam gęsią skórkę… Jeszcze dzień wcześniej na Dam Square stał diabelski młyn i cała karuzela. Słychać było głośną muzykę, piski ludzi – wznoszących się i opadających na kolorowych maszynach – a dziś – słychać bzyczenie muchy… Ekstremum! Przemawia królowa – widzę ją na wielkim telebimie – ale nic nie rozumiem. Wsiadam na rower i wracam oszołomiona do domu…

Reklamy


2 Komentarze

Polska paranoja papierkowa w UK

Katarzyna Dragun

Do Wielkiej Brytanii przybyło wielu Polaków z wielu powodów. Jedni uciekli przed bezrobociem, drudzy przed wyrokami sądowymi, trzeci przed prześladowaniami ze strony członków rodziny, jeszcze inni przed nudą, kieratem, czy brakiem perspektyw dalszego rozwoju. Ilu Polaków na ziemiach Albionu, tyle powodów ich ucieczki z kraju Lecha.

Pomimo różnic poglądów, wychowania, wykształcenia i celów życiowych, wszyscy prawdopodobnie zauważyliśmy to samo na angielskiej ziemi – jak szybko, łatwo i przyjemnie załatwia się przeróżne sprawy w brytyjskich urzędach. Przyzwyczajeni do kolejek, mas formularzy, odsyłania od urzędu do urzędu, a przede wszystkim do opryskliwości polskich urzędników, przeciętny polski petent przeżywa szok kulturowy na wyspach. Oczekuje bowiem trudności wszelkiego rodzaju, począwszy od bariery językowej, na biurokracji i konfrontacji z urzędnikami kończąc. Nic takiego tu jednak nie ma miejsca, albowiem banki, urzędy pracy, przychodnie i szpitale oferują pomoc obcokrajowcom zatrudniając tłumaczy, większość spraw można załatwić wypełniając jeden formularz w jednym miejscu, a każdy urzędnik wita nas z szacunkiem i uśmiechem na twarzy. Można się łatwo zachłysnąć tym urzędniczym pozytywizmem, początkowo przyjmowany przez nasz narodowy pesymizm z pewną dozą podejrzliwości. A przecież nic pod tą uprzejmością się nie kryje, bo tu nawet ekspedientki w supermarketach są szczerze miłe, pomocne i uśmiechnięte. Przeciętny polski petent szybko zatem przywyka do tej brytyjskiej urzędniczej uprzejmości. A im dłużej tu mieszka, tym bardziej wydaje mu się to normalne i naturalne.

biurokracja 1

Niemniej jednak siła rażenia polskiej biurokracji sięgnąć może każdego, nawet na obczyźnie, powalając przeciętnego polskiego petenta z nóg niczym wprawny bokser prawym sierpowym. Przytoczę tu przykład koleżanki, która na wyspach osiedliła się dziewięć lat temu, uciekając z Polski z jednego z wyżej wymienionych powodów: przed prześladowaniami rodziny, a w szczególności przed byłym mężem.

Po latach poniżania i bicia, nie mając oparcia w skorumpowanej, zatroskanej bardziej śmiercią papieża, niż problemami obywateli policji, Anna spakowała siebie i niespełna ośmioletnią córkę Zuzię i czmychnęła pierwszym samolotem do Londynu. Cieszyła się wolnością w całym znaczeniu tego słowa – widywała się z nowymi znajomymi, nie musząc się ani przed nikim ukrywać, ani obawiać się ataku byłego współmałżonka. Przede wszystkim zaś nie musiała się borykać z nieuprzejmością urzędników, utrudniających jej i tak dosyć trudne życie. Wręcz przeciwnie, życie jej jakby stało się prostsze, wszystko szło jak po maśle. Bez trudu załatwiła sobie konto w banku, znalazła pracę i szkołę dla Zuzi. Brytyjski pozytywizm spowodował nawet złagodzenie, jeśli nie całkowite uleczenie astmy u jej córki. Anna pławiła się w tym optymizmie całym sercem i duszą. Do czasu, gdy jej i Zuzanny paszporty zbliżały się do daty utraty ważności.

biurokracja 2

Anna, nie tracąc werwy i pewności siebie, nabranej przez osiem lat mieszkania na wyspach, umówiła się na wizytę w sprawie odnowienia paszportów w polskiej ambasadzie w Londynie. Z wrodzonej zaradności i przezorności zabrała ze sobą akt rozwodowy, na którym widniała informacja, że ojciec Zuzi ma ograniczone prawa rodzicielskie do współdecydowania o Zuzi – cytuję – „najistotniejszych sprawach (…) związanych ze zdrowiem, nauką, wyborem zawodu, miejscem zamieszkania, wypoczynku(…)”. Z pewnym atutem w ręku stanęła Anna oko w oko z zapomnianym przed laty polskim urzędnikiem. I poczuła cios urzędniczej rękawicy bokserskiej na swojej twarzy po tym, jak usłyszała, że aby odnowić paszport piętnastoletniej Zuzi, potrzebny jest podpis jej ojca. I nie chodzi tu o pisemną zgodę przysłaną z Polski, czy wysłanie rzeczonego formularza do Polski celem umieszczenia na nim łaskawego podpisu beztroskiego tatusia, ale o osobiste stawienie się owego osobnika w polskiej ambasadzie, aby pod czujnym okiem urzędnika podpis ten mógł złożyć po uprzednim wylegitymowaniu się. Na nic pomogło przedstawienie aktu rozwodowego i czytanie niechętnym do lektury paniom wyżej wymienionego cytatu, Anna została odesłana z kwitkiem do domu, nie uzyskując dalszej porady.

Determinacja nie opuściła jednak matki, pragnącej przede wszystkim dobra swego dziecka. Zadzwoniła więc do ambasady, prosząc uprzejmie i pokornie o pomoc. Wspaniałomyślnie została umówiona na rozmowę z radcą prawnym w tejże ambasadzie, czekając na nią kilka tygodni. Widocznie znudzona pani radczyni nie raczyła spojrzeć na akt rozwodowy, ani dokładnie wysłuchać wyjaśnień sprawy, każde próby dotarcia do jej intelektu ucinała pseudo-uprzejmym zdaniem „Proszę się zwrócić do sądu rodzinnego w Anglii o przyznanie pani pełni praw rodzicielskich nad dzieckiem”. Na pocieszenie dodała, że „to chyba nawet jest za darmo”.

biurokracja 5

Anna postanowiła jednak spróbować z innej, bardziej przychylnej strony, a mianowicie brytyjskiej. Biorąc pod uwagę staż jej córki w angielskich szkołach, mogłaby się ona na tej podstawie ubiegać o paszport brytyjski. Jedyną przeszkodą był brak dokumentu tożsamości, jaki trzeba by było wysłać z formularzem. Ale i to gotowa na wszystko matka starała się obejść, aplikując o stałą rezydenturę dla siebie i Zuzanny, jako swej podopiecznej, jako że jedyny dokument dziecka, jaki musiałaby załączyć, był Zuzi akt urodzenia. Z bijącym sercem wyczekiwała codziennie listonosza, aby ciężar spadł z jej serca. Ciężar jednak nie spadł, a przytłoczył jeszcze bardziej, gdy przyszedł list z Home Office. Zuzanna bowiem, której w przeciągu tych paru tygodni stuknęła szesnasta wiosna, była w świetle prawa angielskiego osobą dorosłą, a zatem nie mogła się ubiegać o rezydenturę jako dziecko. Musiała dostarczyć jakiś dokument tożsamości, najlepiej paszport (sic!), gdyż w innym przypadku nie miałaby prawa do przebywania w Wielkiej Brytanii. Home Office informował o możliwości odwoływania się od decyzji, w przypadku gdyby toczyły się jakieś sprawy prawne z tym związane.

biurokracja 3

Nie było innej rady, trzeba było pójść do sądu. Anna umówiła się na wstępną rozmowę z prawnikiem, gdzie ten sam argument powalił ją z nóg: żaden sąd angielski nie przyzna jej pełnej opieki nad prawnie dorosłą już córką. Na nowo zaczęły się telefony do ambasady, ale tym razem trafiła kosa na kamień: Anna zrezygnowała z miłego i pokornego tonu nic niewiedzącej petentki i przeistoczyła się w zażartą i równie nieuprzejmą kobietę, co przeciętna polska urzędniczka. Kolejne osoby, z którymi rozmawiała przez telefon, a które nie potrafiły poradzić sobie z ogniem matczynej wściekłości, przełączały niespotykanie trudną rozmówczynię do innych kolegów. Anna z cierpliwością głodnej lwicy wysłuchiwała te same oklepane argumenty o sądach rodzinnych i uświadamiała wszechwiedzących przedstawicieli inteligencji o panujących przepisach w Wielkiej Brytanii, cytując paragrafy. Jedna z pań w słuchawce, wykazując szczodrzejsze od innych zainteresowanie sprawą, stwierdziła, że akt rozwodowy Anny i tak jest już nieprawomocny (?!) i trzeba by było go odnowić. Próba zmylenia przeciwnika rodem z „Misia” lub „Alternatyw 4” , która miała na celu wytrącić Annę z równowagi zastanawianiem się, czy rozwód to wybory prezydenckie, odbywane co pięć lat, zakończyły się fiaskiem, gdy Anna poprosiła o rozmowę z kimś, kto ma wykształcenie prawnicze.

biurokracja 4

Dostojeństwo erudycji dało się słyszeć w głosie następnej rozmówczyni. Kobieta nie starała się przerywać Annie utartymi frazesami, a wręcz słuchała jej wywodów z wyczuwalnym zrozumieniem i wydawało się, że nawet zastanawiała się nad rozwiązaniem sprawy. Do Anny powoli powracała wiara w człowieka, a w sercu zatliła się iskierka nadziei. Szanowna Rozmówczyni jako pierwsza poprosiła o przesłanie jej aktu rozwodowego obiecując, że niedługo odpisze przejętej petentce wyjaśniając, co można z tym problemem zrobić. Po kilku dniach przyszła oczekiwana wiadomość pocztą elektroniczną. Szanowna Rozmówczyni okazała się wice-konsulem i poza krótką wiadomością, w której pisała, że podpis ojca jest jednak niezbędny, przesyłała kilka załączników, w tym jeden był formularzem do sądu rodzinnego… Inny załącznik zawierał list od pani wice-konsul, mający najprawdopodobniej na celu wyjaśnienie sądowi angielskiemu w skrócie prawa rodzinnego obowiązującego w Polsce, według którego podpis obojga rodziców jest wymagany do wydania zgody na paszport małoletniego dziecka (nie zaznaczając, że w Polsce pełnoletniość zaczyna się od osiemnastego roku życia), chyba że – i tu cytuję – „one of the parents has been deprived of parents authority or his rights has been limited(…)”, co w tłumaczeniu na polski oznacza „jeden z rodziców został pozbawiony praw rodzicielskich lub jego prawa zostały ograniczone(…)”. Anna znów poczuła się jak na planie filmowym „Alternatyw 4”.

biurokracja 6

Anna nie namyślając się, znalazła polskiego adwokata zajmującego się problemami prawnymi na wyspach, opisując całą sytuację od nowa. Prawniczka stwierdziła, że w tym przypadku można napisać zażalenie na polską ambasadę o udzielanie błędnych informacji i o utrudnianie wydania paszportu niepełnoletniej wedle polskiego prawa Zuzi. Oznajmiła też, że Annie nie jest potrzebne przyznanie pełni władz rodzicielskich, co w tym kraju i tak mija się z celem, a zgoda na wydanie paszportu. Rzeczowość, inteligencja i uprzejmość pani adwokat ujęła Annę. Czyżby działo się tak dlatego, że za tą poradę Anna tym razem zapłaci?

Miejmy nadzieję, że tocząca się od prawie dwóch lat sprawa skończy się pomyślnie, i że Zuzia nie będzie musiała czekać 10 miesięcy na swą polską pełnoletniość, aby nie musieć być zależną od podpisu ojca i uzyskać jakikolwiek dokument tożsamości, który uchroni ją przed deportacją z kraju, gdzie spędziła większość życia. Pozostaje pytanie: czy w taki to sposób ambasada pomaga Polakom na obczyźnie i ma na względzie interes i dobro polskich dzieci?


2 Komentarze

Degustacje. Na temat narcyzmu nie zamierzam się tutaj rozpisywać

Anna Roś

Z czego wynika potrzeba pisania o sobie? Nie jest to tylko problem twórców, każdy człowiek mówi o sobie. Nie wynika to wyłącznie z egotyzmu, autokreacji czy też innych podobnych pobudek. Sięgnijmy głębiej.

Rene Magritte - kalkomania

Rene Magritte – Kalkomania

Autobiografia to próba zapisu swojej indywidualności i oryginalności. Jest tylko próbą zapisu. Nie należy do końca wierzyć, że zna się siebie. Refleksje na swój temat związane są z procesem samopoznania. Nie jest to poznanie ostateczne. Zapis autoobserwacji jest szczery tylko na czas ich pisania. Ciągle dojrzewamy, a razem z nami dojrzewają interpretacje faktów własnego życia. Same fakty pozostają takie, jakie były, są niezmienne, zmienia się tylko nasza wrażliwość i wiedza.

Wciąż od nowa musimy szukać swojej subiektywnej oceny znaczeń i sensów, które wcale nie muszą pozostawać w zgodzie z tym, jak widzą to inni ludzie. Pamiętamy coś w zależności od naszej wiedzy, na swój temat i o świecie, w którym żyjemy. Jeden konkretny fakt można zapamiętać na różne sposoby. To, co zapamiętują różne osoby uczestniczące w tym samym wydarzeniu jest zależne od ich bagażu wcześniejszych doświadczeń. Każda relacja, pomimo tego, iż będzie dotyczyć tego samego zdarzenia może być inna. Czy to oznacza, że będzie nieprawdziwa? Każdy inaczej pamięta, bo każdy inaczej przeżywa. To pamięć jest warunkiem zachowania ciągłości naszej osoby, naszej tożsamości.

Czy w ogóle możliwa jest obiektywna ocena subiektywnego życia? Charles Taylor mówi o potrzebie uzgodnienia z otoczeniem własnej osobowości. Pamięć jest ulotna, być może dlatego potrzebujemy dialogu z innymi ludźmi. Z braku pewności. Poszukujemy, bo wątpimy we własną pamięć. Jednocześnie nie jesteśmy w stanie jej lekceważyć, bo to ona sprawia, że jesteśmy tym, kim jesteśmy.

Zapis autobiograficzny mówi o naszej autentyczności. O tym, co sami uznajemy w nas za autentyczne czyli tożsame z nami. Tożsamość rozpatruję tutaj w dwóch aspektach, jako subiektywne poczucie oraz jako tożsamość, którą przypisują nam inni. Obie te tożsamości pozostają wobec siebie w nieustannym konflikcie. Tym większym, im większa staje się rozbieżność między nimi. Jesteśmy zmęczeni tą nigdy nie kończącą się negocjacją między nami a światem zewnętrznym na temat tego kim jesteśmy. Utrwalenie na piśmie swoich racji pomaga nam odrobinę rozładować to napięcie. Pisząc bronimy swojej subiektywnej prawdy, któż bowiem, bardziej niż my jest uprawomocniony do nadawania sensów faktom dotyczącym naszego życia. Próbujemy ocalić naszą wyjątkowość, osobiste sensy i wartości, które budują subiektywną prawdę o własnym życiu.

W toku pisania, czy też mówienia, o sobie, każde nowe postrzeżenie zmienia jego autora. Zyskuje on samopoznanie i autoidentyfikację, której w nim wcześniej nie było. Zmienia się też jego charakter. Autor kończąc pisać nie jest już tą samą osobą, żeby móc o czymś napisać, trzeba to przekroczyć, trzeba to obejrzeć spoza procesu życia. Nieustannie się zmieniamy. Michel Focault twierdził, że skoro już przed rozpoczęciem pisania wiemy co chcemy napisać, to po co w ogóle pisać. Piszemy po to, żeby pójść dalej. Taki rodzaj pisania umożliwia nam forma dziennika, która nie jest czymś skończonym, jest to forma otwarta, nieuporządkowana, umożliwiająca relację na bieżąco.

Rene Magritte - Pielgrzym

Rene Magritte – Pielgrzym

Pisanie może pomóc autorowi uporządkować życie, daje spojrzenie z zewnątrz, które ogarnia w całości każdy jego wymiar i każdą przestrzeń. Umożliwia dystans i pozostawienie pewnych doświadczeń za sobą. Jest podsumowaniem. Osoba, która pisze nie jest już tą samą osobą, którą opisuje. Ten, kto przygląda się sobie nie jest odbiciem tego, co opisuje. Malując autoportret próbujemy zrobić to najlepiej jak umiemy, ale czy możemy w pełni być zadowoleni z wyniku naszego starania? Patrzymy na swój autoportret i ciągle widzimy, że to nie jest to. Piszemy, bo szukamy najdoskonalszej formy przekazu. Piszemy dopóki szukamy.

Dochodzimy do sedna tego, po co piszemy o sobie. Piszemy, ponieważ jest to doskonałe narzędzie autoanalizy i poznania. Odzwierciedlając coś, poznajemy to i współtworzymy, potwierdzamy także naszą niewiedzę na swój temat, co kreuje potrzebę nowego poznania. Pisząc zyskujemy wiedzę o sobie. Wiedza, jeśli ją posiądziemy, być może uwolni nas od cierpień. Zniknie wtedy potrzeba pisania i mówienia o sobie. Będziemy wolni od niepokojów wynikających z niewiedzy, wolni od pułapek ego.

Nie uprzedzajmy się do twórczości na swój temat nawet wtedy, gdy wydaje nam się ona tylko rodzajem autoprezentacji. Nawet jeśli tak jest, to przecież wypowiadamy się świadomie i nieświadomie. Nieświadomy zapis jest widoczny dla czytelnika niezależnie od tego, co świadomie autor chciał przekazać. Pisanie jest doskonałym punktem wyjścia do odnalezienia się, niezależnie od tego, jak daleko to wyjście znajduje się od celu poszukiwań.