Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

W Hollywódzie jest pięknie

Artur Karwicki

Los aniołów z Los Angeles doprawdy podły jest
padają jak muchy upadłe angele
upadłe do reszty na duchu i ciele
za rogiem już czai się doktor mengele
chodźcie tu do mnie ćpuny menele
już ja was urządzę upadłe gwiazdory
ode mnie zdrowy wychodzi chory
wczoraj lśniliście jak to 5 złotych
których tu dziś nikt za was nie da
o które żebrzecie już tylko do nieba
mieliście swoje 5 minut które was nie zbawiło
hollywood w trąbę Was zrobił
zagrał na nosie aż miło
chodźcie tu do mnie brudne aniołki
jeszcze zalśnicie jak diament
zbadamy uszka zbadamy ząbki
i przerobimy na medykament
film kręci się w kółko

 

Reklamy


1 komentarz

Zapiski dinozaura. Epitafium dla Nikogo Ważnego

  Włodzimierz Zylbertal

Kiedy zadzwonił A., informując mnie, że H., człowiek, którego znałem i lubiłem, ktoś jeszcze niestary, zmarł nagle i bez żadnych uprzednich znaków ostrzegawczych, poczułem się nie tyle przerażony, nie tyle smutny, nie niewyraźny nawet, ile – niesprawiedliwie potraktowany przez życie. Tak jest, niesprawiedliwie. Komu, do wszystkich diabłów, przeszkadzał H.? Skromny, ujmujący i wcale mądry człowiek, nikt wielki, nikomu nie wchodzący w drogę? Nie miał żadnego wpływu ani na wynik referendum w Szkocji, ani na przebieg walk toczonych na Ukrainie, ani nawet na lichą politykę krajową. Więc dlaczego on?

Rene Magritte - Szklany dom

Rene Magritte – Szklany dom

Życia lekkiego nie miał, ale kto z nas, szarych zjadaczy chleba ma lekkie życie? Zaczynał jako informatyk przy mainframe’ach. Miał nawet jakieś tam osiągnięcia. Ale to nie bity i bajty były jego namiętnością. Kochał książki. Kochał je miłością zachłanną, zaborczą i ślepą, jak tylko urodzony księgarz kochać je potrafi. Znał się na nich i wiedział, co komu doradzić do lektury. Prowadząc jakiś czas księgarnię ezoteryczną przy prestiżowym niegdyś centrum naturoterapii, był pierwszą twarzą, którą widział klient wchodzący do owego centrum. W roli tak rozumianej „twarzy firmy” sprawdzał się więcej niż dobrze, klienci centrum zapamiętywali go i lubili. A gdy osuwające się centrum zamknęło księgarnię, już się w życiu nie odnalazł. Próbował siąść na kasę do jakiegoś wyzysk-marketu, ale szybko go zastąpiono elementem mniej klasowo świadomym, czyli tańszym. Nie, nie tragizował, nie podcinał sobie żył. Kultywował więź z rodziną i przyjaciółmi. A kiedy, mając takie możliwości, wziąłem go do pracy, o której nie miał zapewne wielkiego pojęcia, ale ciekawiło go takie zajęcie, o godności człowieka mającego pracę nie wspomniawszy – aż miło było patrzeć, jak szybko uczył się wszystkiego, co w robocie potrzebne, jak dumny był, że potrafi spełnić stawiane mu wymagania. Niestety, jak wszystkie piękne bajki i ta szybko się skończyła, wraz z pieniędzmi od inwestorów. Po tym krótkim epizodzie autentycznego braterstwa pracy H. długo jeszcze wypytywał, czy będziemy coś działać razem, a ja – nadziei nie gaście, także mojej! – opowiadałem, że już-już, że jest inwestor, że jest nowe wyzwane i on będzie pierwszy, który się o tym dowie, i z entuzjazmem harcerza nauczy się czegoś nowego.

Miał w sobie taki entuzjazm harcerza. Nie żeby od razu sam na małym jachcie dookoła świata – o tym wolał poczytać. Ale jednak miał „to coś”, co miewają tylko serdeczni-czujący-nieznaczący: zachowaną niemal bez skaz wyobraźnię dziecka. Takiego, które już wie, że jest niesprawiedliwość, że wielcy bezkarnie niszczą małych – ale ON spróbuje to na swoją małą skalę zmienić, a jak się zmienić nie da, to choć siebie i najbliższych zachować. Świata nie zmienił, bo i jak, skoro nieznaczący był? Ale to drugie wykonał perfekcyjnie: nikt z jego bliskiego otoczenia nie widział go nigdy z dnia na dzień przefarbowanego na od wczoraj nagle modne stroje i poglądy. W jakiś sposób w tym zwariowanym świecie, był wyznacznikiem wierności samemu sobie, cnoty równie pożytecznej, co i nisko dziś wycenianej. Tak też wychował dwu swoich synów: jednego znaczącego, co w reżysery poszedł, drugiego nieznaczącego, co uroczą wnuczkę ojcu ku radości podarował.

Rene Magritte - Szczęście dawania

Rene Magritte – Szczęście dawania

Żeby nie było, że w ramach de mortalibus nihil nisi bene laurkę mu stroję: miał swoje wady, a jakże! Bywał nieznośnie gadatliwy nie na temat, bywał irytujący z tymi swoimi wyklinaniami złych bóstw, co go na nieznaczenie skazały. Miał nawet wadę prawdziwie paskudną: nie odnalazł się w realiach wolnego rynku, jego księgarnia dobrze, jeśli zamykała swój bilans na zero. Bo dla H. ważniejsza była misja księgarza, niż ekonomia, romantyk jeden zatracony! Ale też właśnie za to kochali go i klienci księgarni, i – co charakterystyczne! – część jego zwierzchników. Może w ten sposób koili głęboko tkwiące kompleksy własne?

Nieznaczący był, to prawda. Nie trafiły jego księgi popod strzechy, bo żadnych sam nie napisał, choć i z takiego marzenia zwierzył mi się był kiedyś. W ogóle miał ten niezbyt nowoczesny, bo niespecjalnie „kreatywny”, czy też niespecjalnie „zaradny” człowiek zaskakująco dużo marzeń. I to nie tych przez cwaniaków naiwnym wmówionych, jakich teraz pełno w reklamach, z zawziętością robactwa w tropikach atakujących bezlitośnie każdego, kto się nawinie. Nie; H. miał marzenia zdrowe i zdrowie przywracające: o podróżach, o przypomnieniu sobie młodzieńczych pasji, o chwili odpoczynku od świata tego zgiełku.

Spełniając obowiązek żyjących względem odeszłych, wspominając ich, oczyszczając ich pamięć – głoszę tedy pochwałę nieznaczenia, która jest zarazem pochwałą NORMALNOŚCI. Bo to od niej dopiero – jeśli ją zrozumiemy – zaczyna się przygoda z czymś większym. H. w żywocie, który właśnie ukończył, intensywnie i z sukcesem, jak mniemam, studiował normalność właśnie. Był przyjemnie normalny, przyjemnie ciepły, przyjemnie serdeczny. Parafrazując słowa mistrza Wolanda, jednej z ukochanych postaci H., myślę, że z czystym sumieniem powiedzieć możemy: „nie wiemy czy zasłużył na Światło, ale na pewno zasłużył na spokój”. No i tego spokoju będzie miał teraz dużo – o wiele za dużo, jeśli wierzyć tym, co twierdzą, że tamten świat znają lepiej niż ten, z którego się właśnie H. wyprowadził.


Dodaj komentarz

Formy Zamętu. Mgła nie dusi swoich…

Maciej Chwistek

Wierzę tylko w to, co mój rozum wysnuł z ksiąg, które przeczytałem. A księgi, które czytałem i czytam są od logiki odległe. Pycha często wynika z przekonania, że moje zdanie jest jedyne, a wiem, że nie jest. Liczy się nić wysnuta z tekstów. Bez ambicji, przekonywania i nawracania innych… Raj jest ruchomy. Czasem tu, czasem tam. Czasem ananas, czasem chleb ze smalcem (dla wegetarian ziemniaki z ogniska)… Myśli płyną i wracają, woda zakręca nie raz, a czas nie powraca nigdy. Tylko marzenia potrafią się znów przyśnić lub ulotnić na zawsze. Daj się porwać nurtowi. Może zamienisz się w pył, gdzieś na zakręcie pełnym błota, a może dopłyniesz do Odry, Bałtyku i znikniesz w oceanie świata. Nie zastanawiaj się, płyń. Takie Twoje istnienie…

W drodze zdarzają się piękne poranki. Jak u Leśmiana. „Już świt pierwszą roznietą złoci się na ścianie, Gdy właśnie słychać kroki i do drzwi pukanie… Więc zrywam się i biegnę! Wiatr po niebie dzwoni! Serce w piersi zamiera…” Kto to? Wiem, że ten gość nie chodzi po ziemi, jeśli w ogóle…

Zaplanowałem dwudniowy spacer w Wielkanoc. Plecak, śpiwór, kawał chleba i heja w las. Kawałek za Kosobutkami ujrzałem łanię. Syknąłem do Songiego – siad i ani się waż poruszyć. Łania patrzyła mi w oczy, a ja jej. Zrobiłem jedną fotkę, drugą, ale był apetyt na jeszcze lepszą. Łania zastanawiała się jak lepiej mi zapozować. Z wrażenia by czasem Songi jej nie przepłoszył jeszcze raz szepnąłem – leż. A że przedtem kazałem siedzieć i siedział, to teraz, gdy kazałem leżeć to się położył, no i to starczyło. Jak to się mówi: było po ptokach, czyli po lepszej focie. Uszliśmy kilometr i słyszę chrumkanie w zagajniku, a po chwili wyszło w moją stronę piękne stado dzików z młodymi. Zbliżały się. Songi usiadł na rozkaz. W kieszeni zadzwonił telefon. Siostra z daleka. Cud, że był zasięg. Drżącym głosem porozmawiałem zerkając co chwilę na dziki. Zbliżały się. Ustawiłem statyw. Songiemu gęba się śmieje, ale siedzi. Nagle z trzy metry z za dębu wyszedł jarząbek, taka leśna kuropatwa. Songi się obejrzał, jarząbek przerażony pofrunął robiąc straszliwy hałas. Dziki nie lubią hałasu jak wiecie i poszłyyyyyyyyyyyyy w las.