Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Lew Tołstoj. Przemówienie na Kongres Pokoju w Sztokholmie

Widnokręgi Nr 4 kwiecień 1959 r.
Fundacja Wolność i Pokój

Lew Tołstoj był nie tylko jedną z największych postaci literatury światowej. Był również, dzięki szlachetności i głębokiej humanitarności uczuć, jednym z najbardziej poważanych ludzi swego pokolenia. Czas nie przyćmił jego sławy. Jego miłość do człowieka, nienawiść do wszelkiej tępej przemocy sprawiły, że stał się apostołem pokoju. Niewątpliwie cierpienia i okropności wojny, z którymi zetknął się pełniąc w młodości służbę oficerską, i które odtworzył z przejmującym realizmem, wstrząsnęły jego sumieniem i zadecydowały o kierunku w jakim potoczyło się jego życie. W roku 1909 miał się odbyć w Sztokholmie Kongres Pokoju. Wyścig zbrojeń, groźba wybuchu pierwszej wojny światowej, którą czuło się już w powietrzu, wywołały niepokój, aż nazbyt usprawiedliwiony dalszym rozwojem wydarzeń. Ruch na rzecz pokoju nie był wówczas ruchem masowym, jakim jest dzisiaj, po tylu latach tak straszliwych doświadczeń. Kongres w Sztokholmie zorganizowali ludzie niewątpliwie ze szczerego przekonania, ale ich miłość pokoju często ograniczała się do sentymentalnych utyskiwań na klęskę, której źródeł nie zgłębili. Ograniczali się do teoretycznych rozważań, a nie mieli odwagi wysnuć z nich konkretnych wniosków. Organizatorzy Kongresu wysłali zaproszenie do Lwa Tołstoja, liczącego wówczas lat 80. Tołstoj, który uświadomił sobie grozę wiszącego nad światem niebezpieczeństwa, zdecydował się opuścić wiejską samotnię w Jasnej Polanie i odbyć podróż do Szwecji, by z trybuny rzucić wezwanie, tekst, który wcześniej przesłał organizatorom. Czyż trzeba zapewniać, że gwałtowność i nieubłagana logika Tołstoja przeraziła ostrożnych pacyfistów, którzy posłali mu zaproszenie? Nie mogli nie zwrócić się do niego przygotowując tego rodzaju manifestację, ale żaden z nich nie przypuszczał, aby wiekowy i chory pisarz zechciał wziąć w niej udział osobiście. Spodziewano się co najwyżej pisma z życzeniami pomyślnych obrad i wyrazami solidarności.

On zaś zamierzał zwrócić się z rewolucyjnym apelem wprost do ludów. Wzywał do wypowiedzenia posłuszeństwa rządom i jako człowiek szczerze wierzący potępiał rzekomo chrześcijańskich mężów stanu, którzy z wyznaniem wiary na ustach przygotowywali rzeź milionów ludzi. Zakłopotani organizatorzy odłożyli Kongres na rok następny, a gdy się wreszcie odbył w roku 1910, nie odczytano tam ani nie ogłoszono pisma Lwa Tołstoja.

Lew Tołstoj. Portret autorstwa Ilji Riepina, 1887

Lew Tołstoj. Portret autorstwa Ilji Riepina, 1887

Przemówienie na Kongres Pokoju w Sztokholmie (4 sierpnia 1909 roku)

Lew Tołstoj

Zebraliśmy się tu po to, by walczyć przeciwko wojnie. Przeciwko wojnie, a więc przeciwko temu, w imię czego wszystkie narody świata, miliony ludzi na świecie, oddają do wolnej od wszelkiej kontroli dyspozycji kilkudziesięciu osób, a niekiedy jednego człowieka nie tylko miliardy rubli, franków, jenów, stanowiących znaczną część ich zapracowanych oszczędności, ale i samych siebie, swoje życie. I oto my, kilkunastu przybyłych z różnych stron świata uczciwych ludzi, nie posiadających żadnych szczególnych przywilejów, a co najważniejsze, żadnej władzy nad nikim, zamierzamy walczyć, a skoro chcemy walczyć, to mamy też nadzieję zwyciężyć tę olbrzymią siłę nie jednego lecz wszystkich rządów, mających do dyspozycji miliardowe sumy i milionowe wojska i bardzo dobrze rozumiejących, że ta wyjątkowa sytuacja w jakiej znajdują się oni, tzn. ludzie wchodzący w skład rządów, oparta jest tylko na wojnie, na wojsku mającym znaczenie i sens tylko wtedy, kiedy jest wojna – ta właśnie wojna, z którą chcemy walczyć i którą chcemy zniszczyć.

Walka, gdy siły są tak nierówne, powinna się wydać szaleństwem. Zastanówmy się nad znaczeniem środków walki, znajdujących się w naszych rękach, a wyda się dziwne nie to, że decydujemy się na walkę, lecz to, że istnieje jeszcze to, z czym chcemy walczyć. Oni mają w rękach miliardowe sumy, miliony posłusznych wojsk, my zaś tylko jeden – ale za to najpotężniejszy środek na świecie – PRAWDĘ.

I dlatego, choćby nasze siły wydawały się znikome w porównaniu z siłami naszych przeciwników nasze zwycięstwo jest równie niewątpliwe jak niewątpliwe jest zwycięstwo, które odnosi światło wschodzącego słońca nad mrokiem nocy.

Zwycięstwo nasze jest niewątpliwe, ale tylko pod jednym warunkiem – jeżeli mówiąc prawdę będziemy mówili całą prawdę, bez jakichkolwiek kompromisów i ustępstw. A prawda jest tak prosta, tak jasna, tak oczywista i obowiązkowa nie tylko dla chrześcijanina, ale dla każdego rozsądnego człowieka, że wystarczy tylko wypowiedzieć ją całą w pełnym jej znaczeniu, żeby ludzie już nie mogli postępować wbrew tej prawdzie.

Prawdą tą w całym jej znaczeniu jest to, co tysiące lat temu powiedziane zostało w przykazaniu, uznawanym przez nas za Boskie, w dwóch słowach: nie zabijaj.

Prawdą jest to, że człowiek nie może i nie powinien nigdy i pod żadnym pretekstem zabijać drugiego człowieka.

Prawda ta jest tak oczywista, tak powszechnie uznawana i obowiązująca, że wystarczy jasno i zdecydowanie postawić ją przed ludźmi, żeby to zło, które nazywa się wojną, stało się absolutnie niemożliwe. I dlatego myślę, że jeżeli my, przybyli tu na Kongres Pokoju, zamiast jasno i zdecydowanie wypowiedzieć tę prawdę, będziemy apelować do rządów i proponować im różne sposoby, żeby zmniejszyć zło wojny, lub żeby wybuchały one coraz rzadziej, upodobnimy się do ludzi, którzy mając w ręku klucz do drzwi, włamywaliby się przez ściany wiedząc, że nie są w stanie tych ścian obalić. Oto miliony zbrojnych i coraz lepiej uzbrajanych ludzi, szkolonych do coraz bardziej pomysłowego zabijania; wiemy, że te miliony ludzi nie mają najmniejszej chęci zabijać takich samych ludzi jak oni. Większość nawet nie wie, z jakiego powodu zmusza się ich do robienia tego, co jest im wstrętne. Ciąży im stan podporządkowania i przymusu. Wiemy, że zabójstwa dokonywane od czasu do czasu przez tych ludzi, popełniane są na rozkaz rządów, wiemy, że istnienie rządów uzależnione jest od wojska. I my, ludzie pragnący położyć kres wojnom, nie znajdujemy nic odpowiedniejszego po temu jak to, żeby proponować – i to komu? – rządom, istniejącym tylko dzięki wojsku, a tym samym dzięki wojnie, takie sposoby, które położyłyby kres wojnie, czyli, że proponujemy rządom samounicestwienie.

Rządy będą z przyjemnością słuchały wszystkich takich przemówień, wiedząc, że wywody takie nie tylko nie położą kresu wojnie i nie podkopią ich władzy, ale jeszcze bardziej ukryją przed ludźmi to, co rządy potrzebują ukryć, by mogły istnieć i wojska i wojny, i one same, rządy dysponujące wojskami. Przecież to anarchia: ludzie nigdy nie żyli bez państwa i rządów.

Rządy, państwa i siły wojskowe, które ich strzegą są koniecznymi warunkami życia narodów, mógłby mi ktoś powiedzieć. Nie mówiąc o tym, czy możliwe jest, czy nie, życie chrześcijańskich i w ogóle wszystkich narodów bez wojsk i wojen, broniących rządów i państw, przypuśćmy, że ludzie dla swego własnego dobra muszą podporządkować się niewolniczo składającym się z nieznanych im ludzi instytucjom, zwanym rządami, muszą koniecznie oddawać tym instytucjom wytwory swej pracy i wykonywać wszystkie żądania tych instytucji, nie wyłączając zabójstwa bliźniego, przypuśćmy to wszystko: pozostaje mimo to nierozerwalna na naszym świecie trudność. Trudność ta wynika z niemożliwości pogodzenia chrześcijańskiej wiary, którą kładący na to szczególny nacisk, wyznają wszyscy ludzie, wchodzący w skład rządów, z rekrutującymi się z chrześcijaństwa wojskami wyszkolonymi do zabijania. Jakby tam nie wypaczono nauki chrześcijańskiej, jakby nie przemilczano jej głównych tez, zasadniczym sensem tej nauki jest mimo wszystko tylko umiłowanie Boga i bliźniego. Boga, czyli najwyższej doskonałości w cnocie i bliźniego, czyli wszystkich ludzi bez różnicy. A zatem jakby się zdawało, należy koniecznie uznać jedno z dwojga, albo chrześcijaństwo z miłością Boga i bliźniego, albo państwo z wojskami i wojnami.

Bardzo możliwe, że chrześcijaństwo się przeżyło i że wybierając jedno z dwojga: chrześcijaństwo i miłość, albo państwo i zabójstwo, ludzie naszej epoki uznają, że istnienie państwa i zabójstwa jest o tyle ważniejsze od chrześcijaństwa, iż trzeba zapomnieć o chrześcijaństwie, pozostać tylko przy tym, co jest dla ludzi ważniejsze: przy państwie i zabójstwie.

Wszystko to jest możliwe, w każdym razie ludzie mogą tak myśleć i czuć. Ale wtedy tak też trzeba byłoby powiedzieć, że ludzie w naszych czasach powinni przestać wierzyć w to, co mówi zbiorowa mądrość całej ludzkości, co mówi wyznawana przez nich nauka Boża. Powinni przestać wierzyć w to, co wyryte jest niezatartymi zgłoskami w sercu każdego człowieka, a powinni wierzyć tylko w to, co nie wyłączając również zabójstwa, rozkażą różni ludzie, którzy przypadkowo, przez dziedziczenie zostali cesarzami i królami, albo przez różne intrygi i z wyborów zostali prezydentami, posłami do izb i parlamentów. Tak właśnie trzeba by powiedzieć. A powiedzieć tego nie można. Nie można powiedzieć nie tylko tego, ale nie można powiedzieć ani jednego, ani drugiego. Jeżeli się powie, że chrześcijaństwo zabrania zabijać, to nie będzie wojska, nie będzie rządu. Jeżeli się powie, że my, władza, uznajemy legalność zabójstw i odrzucamy chrześcijaństwo – nikt nie zechce słuchać takiego rządu, opierającego swoją władzę na zabójstwie. I poza tym, skoro dozwolone jest zabójstwo na wojnie, to powinno być tym bardziej dozwolone narodowi, dochodzącemu swych praw przez rewolucję. Dlatego więc rządy nie mogąc powiedzieć ani jednego ani drugiego, dokładają jedynie starań, żeby ukryć przed swoimi poddanymi konieczność rozwiązania dylematu.

Dlatego właśnie, aby przeciwdziałać złu wojny, my zebrani tutaj, jeżeli istotnie chcemy dopiąć swego celu, musimy uczynić tylko jedno; postawić ten dylemat zdecydowanie i jasno przed ludźmi wchodzącymi w skład rządów, jak przed masami ludu, tworzącymi wojsko. Aby to uczynić powinniśmy jasno i otwarcie powtórzyć tylko prawdę, że człowiek nie powinien zabijać człowieka, ale wyjaśnić również, że żadne względy nie mogą zwolnić ludzi w świecie chrześcijańskim od obowiązku podporządkowania się tej prawdzie. I dlatego zaproponowałbym naszemu zgromadzeniu (zebraniu), ułożenie i opublikowanie takiej odezwy do wszystkich, a zwłaszcza do chrześcijańskich narodów, w której jasno i zdecydowanie powiedzielibyśmy to, co wszyscy wiedzą, ale czego nikt, albo prawie nikt nie mówi, mianowicie to, że wojny nie są – jak to uważa większość ludzi, czymś szczególnie dobrym i godnym pochwały, lecz są jak każde zabójstwo wstrętne i zbrodnicze zarówno dla tych ludzi, którzy z wolnej woli wybierają działalność wojskową, jak i dla tych, którzy wybierają ją ze strachu przed karą lub ze względu na korzyści. W stosunku do osób wybierających działalność wojskową z wolnej woli, zaproponowałbym, żeby w odezwie tej jasno i zdecydowanie powiedzieć, iż mimo całej pompy, przepychu i w ogóle aprobaty towarzyszącej tej działalności, jest ona zbrodnicza i haniebna, tym bardziej zbrodnicza i haniebna, im wyższe stanowisko zajmuje człowiek w hierarchii wojskowej. I tak samo zaproponowałbym, by jasno i zdecydowanie powiedzieć prostym ludziom, powołanym do służby wojskowej pod groźbą kary lub z pomocą przekupstwa, że grzeszą i przeciwko swojej wierze, i przeciwko moralności, i przeciwko zdrowemu rozsądkowi, kiedy zgadzają się wstąpić do wojska. Przeciwko wierze dlatego, że wstępując do szeregu zabójców, łamią przykazanie Boskie, które wyznają. Przeciwko moralności, bo obawiając się, iż ukarze ich władza lub mając na względzie korzyści, godzą się robić to, co w głębi duszy potępiają. I przeciwko rozsądkowi, ponieważ wstępując do wojska narażają się w razie wojny na te same, jeżeli nie większe nieszczęścia, niż te jakie grożą w razie odmowy, a co najważniejsze, włączają się do tej samej kasty ludzi, która pozbawiła ich wolności i zmusza do wstąpienia do wojska. W stosunku do jednych i drugich zaproponowałbym, żeby jasno wyrazić w tej odezwie myśl, iż dla ludzi istotnie oświeconych i tym samym wolnym od przesądu związanego z kultem wojskowości (staje się ich z każdym dniem coraz więcej), wojskowa służba i tytuł, mimo wszelkich starań, by ukryć ich istotne znaczenie, jest służbą tak samo, a nawet bardziej haniebną, niż służba i tytuł kata: gdyż kat gotów jest zabijać tylko ludzi, uznanych za szkodników i zbrodniarzy, a wojskowy obiecuje zabijać wszystkich ludzi, których mu się każe zabijać, gdyby to nawet byli najbliżsi mu i najlepsi ludzie.

Ludzkość w ogóle, a zwłaszcza nasz świat chrześcijański doczekał się takiej ostrej sprzeczności między postulatami moralnymi a istniejącym ustrojem społecznym, że nieuchronnie musi zmienić nie to, co nie może się zmienić – postulaty moralne społeczeństwa, lecz to, co się zmienić może – ustrój społeczny.

Zmiana ta wywołana sprzecznościami wewnętrznymi i ujawniająca się szczególnie ostro w przygotowaniach do zabójstwa, szykowana jest z różnych, stron i staje się z każdym rokiem konieczniejsza. Napięcie, wymagające tej zmiany, wzrosło w naszych czasach w takim stopniu, że podobnie jak do przejścia cieczy w ciało stałe, potrzebna jest niewielka siła prądu elektrycznego, tak samo do przejścia od tego okrutnego i nierozumnego życia dzisiejszych ludzi z ich podziałami, zbrojeniami i wojskami, do życia rozumnego, odpowiadającego postulatom świadomości człowieka współczesnego, potrzebny jest, być może, tylko niewielki wysiłek, niekiedy jedno słowo, który w mgnieniu oka przekształca całą ciecz w ciało stałe.

Dlaczego nasze obecne zebranie nie może podjąć tego wysiłku? W baśni Andersena, gdy król ze swym orszakiem paradował po ulicach miasta i wszyscy ludzie zachwycali się jego piękną, nową szatą jedno słowo dziecka, które powiedziało to, co wszyscy widzieli, ale nie mówili, zmieniło wszystko. Dziecko powiedziało: „on nic nie ma na sobie” i sugestia przestała działać, król się zawstydził i wszyscy ludzie wmawiający sobie, że widzą na królu piękną, nową szatę zobaczyli, że król jest nagi. To samo musimy powiedzieć także my, powiedzieć to, co wszyscy widzą, ale nie odważają się wypowiedzieć, powiedzieć, że jakby ludzie nie nazywali zabójstwa, jest ono zawsze zabójstwem, zbrodnią i hańbą. I wystarczy jasno, zdecydowanie i głośno, jak możemy to zrobić to tutaj, powiedzieć to, a ludzie przestaną widzieć to, co im się wydawało że widzą i zobaczą to, co widzą rzeczywiście. Przestaną widzieć: służbę ojczyźnie, bohaterstwo wojny, chwałę wojskową i patriotyzm, a zobaczą to, co jest: nagą prawdę zabójstwa. A kiedy ludzie zobaczą, stanie się to samo co w baśni. Ci co popełniają zbrodnię zawstydzą się, a ci, co wmawiali sobie, że nie widzą zbrodni zabójstwa, zobaczą ją i przestaną być zabójcami. Ale jak będą się narody broniły przed nieprzyjaciółmi, jak utrzymywać porządek wewnątrz kraju, jak mogą narody żyć bez wojny? Jaką formę przybierze życie ludzi, którzy odżegnują się od zabójstwa nie wiemy i wiedzieć nie możemy.

Jedno jest pewne: dla ludzi obdarzonych rozumem i sumieniem rzeczą naturalniejszą jest żyć w oparciu o te właściwości, niż podporządkować się niewolniczo ludziom nakazującym wzajemne zabójstwa. Forma ustroju społecznego, jaką przybierze życie ludzi kierujących się w postępowaniu nie przemocą, lecz rozumem i sumieniem, nie będzie w żadnym razie gorsza od tej, która panuje obecnie. Oto wszystko co chciałem powiedzieć.

Będę bardzo żałował, jeżeli to, co powiedziałem, kogoś obrazi, zmartwi i obudzi w nim niedobre uczucia. Ale ja osiemdziesięcioletni starzec oczekujący w każdej chwili śmierci, uważałbym za wstyd i przestępstwo, gdybym nie powiedział całej prawdy tak, jak ją rozumiem, prawdy w którą wierzę niezłomnie, tylko ona może uwolnić ludzkość od niezliczonych klęsk, spadających na nią w wyniku wojny.

Reklamy


Dodaj komentarz

Wesołe miasteczko. Kreator

Włodek Małkowski

Święta, święta i po świętach!
Jutro od świtu się zacznie.
W kierunku spalarni ruszą samochody
zwożąc buty tych, co uwierzyli,
że po wodzie mogą chodzić
co tam, dam radę.

Ja pracuje w miejskim kreatorze
usuwania nieużywanych myśli.
Praca dość lekka i niebrudząca,
ale po świętach monotonna.
Jednym kliknięciem usuwamy
taką błąkającą się bez pożytku myśl.

Jutro będzie dużo
o miłości i dobroci, współczuciu i miłosierdziu
porzuconych, zmarzniętych, głodnych myśli.
Niektóre są takie fajne,
że człowiek ma ochotę przygarnąć.

Ale nie wolno nam tego robić
ze względu na przepisy sanitarne.
Bo zdarzają się też myśli chore.
Poza tym przy opuszczaniu instytutu
prześwietlają nam głowę.

Podobno są tacy,
co przemycają w sercu.
Ale może to tylko plotka,
że serce może myśleć.

Kreator


Dodaj komentarz

Ćpuńskie święta

William S. Burroughs
Żródło: Wolność to komfort

William S. Burroughs

William S. Burroughs

Było Boże Narodzenie. Danny, złodziej samochodowy, wyruszył w miasto na skręcie i połamany, po 72 godzinach spędzonych na dołku. Dzień był jasny, aczkolwiek słońce nie grzało. Dannym wstrząsało wewnętrzne zimno. Postawił kołnierz swej poprzecieranej, zatłuszczonej kurtki.

„Nawet amfa nie postawiłaby mnie na nogi” – pomyślał.

Był na West Nineties. Długi budynek jednej z kamienic czynszowych. Tu i tam stroiki świąteczne w czystej czerni okna. Zmysły Danny’ego rejestrowały wszystko ostro i czysto, z bolesną intensywnością głodu heroinowego. Światło raziło jego rozszerzone źrenice. Przechodził koło aut, jasnoniebieskimi oczyma dokonując szybkiej oceny sytuacji. Na siedzeniu leżała paczka, a jedno z okien było uchylone. Danny zrobił jeszcze 10 kroków. Nikogo w zasięgu wzroku. Pstryknął palcami, odstawiając całą tę pantomimę „przypomniałem sobie o czymś” i odwrócił się. Nikogo.

„Zły początek” – zadecydował.- „Na tak pustej ulicy rzucam się w oczy. Trzeba zrobić to szybko.”

Sięgnął przez uchylone okienko. Drzwi za nim otworzyły się. Danny złapał za szmatę i zaczął polerować szyby samochodu. Czuł oddech faceta stojącego mu za plecami.

– Co, kurwa, robisz?

Danny obrócił się, niby, że zaskoczony.

– Pomyślałem, że pańskim szybom przydałoby się polerowanko, pszepana.

Gość miał żabią twarz i akcent z głębokiego Południa. Nosił płaszcz z wielbłądziej wełny.

– Mój auciak nie potrzebuje polerki ani również, abyś coś z niego zwinął.

Danny zrobił unik, gdy facet chciał go dosięgnąć.

– Nie chciałem niczego ukraść, pszepana. Też jestem z Południa. Z Florydy.
– Przeklęty, szczwany złodziej!

Danny szybko odszedł za róg.

„Lepiej wyniosę się z okolicy. Ten kmiot zaraz wezwie gliny.”

Przeszedł 15 bloków. Pot ściekał mu strugami po ciele. Bolało go w płucach. Wargi odsłaniały żółte zęby w grymasie desperacji.

„Muszę coś zdobyć. Gdybym tylko miał porządne łachy…”

Danny ujrzał stojącą w drzwiach walizkę. Z dobrej skóry. Przystanął, udając, że szuka papierosa.

„Śmieszne” – pomyślał. – „Nikogo w okolicy. Może jest w środku i dzwoni po taxi?”

Do rogu było tylko kilka domów. Danny zaczerpnął powietrza i podniósł walizkę. Doszedł do rogu. Kolejny blok, kolejny róg. Walizka była ciężka.

„To zapewni mi całą, spokojną noc” – pomyślał. – Może starczy na szesnastkę i pokój?

Danny zadrżał, wyobraziwszy sobie ciepły pokój i heroinę wlewającą mu się do żyły.

„Spójrzmy więc.”

Przystanął na Morningside park. Nikogo wokół.

„Jezu, to miasto nigdy nie było tak puste.”

Otworzył walizkę. Dwie podłużne paczki w brązowym papierze. Wyciągnął jedną. Pachniała jak mięso. Rozdarł opakowanie na jednym końcu, odsłaniając nagą kobiecą stopę. Paznokcie były polakierowane na purpurowoczerwono. Odrzucił nogę, zdegustowany.

– Święty Jezu! – wykrzyknął. – Co za numery odstawiają dziś ludzie. Nogi! Cóż, mam przynajmniej walizkę.

Wyrzucił drugą nogę. Żadnych plam krwi. Złapał zamkniętą walizkę i oddalił się.

– Nogi! – wymamrotał.

Znalazł Buyera siedzącego przy stoliku w kawiarni Jarrowa.

– Pomyślałem, ze wziąłeś dzień wolnego – rzekł Danny, stawiając walizkę.

Buyer z smutkiem potrząsnął głową.

– Nie mam nikogo. Cóż to dla mnie za święta?

Jego oczy wędrowały po walizce, grzebiąc, sprawdzając, szukając widocznych wad.

– Co było w środku?
– Nic.
– W czym problem? Za mało płacę?
– Powiedziałem ci, że nic w niej nie było.
– Ok. Po prostu ktoś podróżował z pustą walizką. Ok. – Podniósł trzy palce.
– Na rany Chrystusa, Gimpy, dajże mi piątaka.
– Masz kogoś innego. Czemu on nie da ci piątaka?
– Jest tak, jak mówiłem, walizka była pusta.

Gimpy kopnął lekceważąco walizkę.

– Jest cała pocięta i wygląda na brudną.

Powąchał podejrzliwie. Co może tak dziwnie śmierdzieć? Meksykańska skóra?

– Czy ja robię w skórzanym biznesie?

Gimpy wzruszył ramionami.

– Możliwe.

Wyciągnął rulon banknotów, wyłuskał trzy dolarówki, i rzucił na stół przed serwetnikiem.

– Bierzesz?
– Ok. – Danny pozbierał pieniądze. – Widziałeś George Greka? – spytał.
– Gdzieś ty się podziewał? Zapuszkowali go dwa dni temu.
– Och… to źle.

Danny odszedł.

„Gdzie ja teraz załatwię?” – pomyślał.

George Grek utrzymał się tak długo, że Danny myślał o nim jak o stałym elemencie. Miał też dobrą herę, i nie targował się przesadnie. Danny doszedł do rogu 103-ciej i Broadway’u. Nikogo na Jarrow’s. Nikogo w Automacie.

– Pewnie! – warknął. – Wszyscy dealerzy gdzieś sobie przysypiają. Kto by przejmował się bliźnim? Dopóki sami mają co wlać w kanał, na pewno nie będą martwić się chorym ćpunem.

Wytarł nos palcem, ukradkiem rozglądając się wokół. Nie było nikogo znajomego na 23-ciej Thompson.

– Boże – pomyślał. – Gdzie są wszyscy?

Wczepił się jedną ręką w kołnierz płaszcza, spoglądając w górę i w dół ulicy.

„To Joey z Brooklynu. Skądś znałem ten kapelusz.”

Joey odchodził, plecami zwrócony w stronę Danny’ego. Odwrócił się. Twarz miał zapadniętą, czaszkowatą. Szare oczy świeciły spod przetłuszczonego kapelusza. Joey pociągał nosem w regularnych interwałach, a oczy miał wilgotne.

„Nie ma sensu go pytać” – pomyślał Danny.

Spoglądali na siebie z mieszaniną niechęci i rozczarowania.

– Sadzę, że słyszałeś o George Greku – rzekł Danny.
– Taa. Słyszałem. Byłeś na 103-ciej?
– No. Właśnie stamtąd wracam. Nie ma nikogo.
– Nikogo i nigdzie – rzekł Joey. – Nawet nie można załatwić prochów.
– Cóż, wesołych świąt, Joey. Do zobaczenia.
– Taa. Trzymaj się.

Danny szedł szybko. Przypomniał sobie o jednym doktorku na 18-tej. Rzecz jasna gość mówił mu, żeby się już nie pokazywał. Wciąż jednak można było spróbować. Kamienica z piaskowca z wizytówką w oknie: P. H. Zunniga, M.D. Danny nacisnął dzwonek. Usłyszał powolne kroki. Drzwi otworzyły się, doktor spojrzał na Danny’ego brązowymi oczyma nabiegłymi krwią. Nie rzekł nic. Chwiał się tylko, patrząc na niego.

„Przeklęty alkoholik” – pomyślał Danny. Uśmiechnął się.

– Wesołych świąt, doktorze. – Doktor nie odpowiedział.
– Pamięta mnie pan, doktorze? – Danny próbował wślizgnąć się za jego plecami do domu.
– Przykro mi, że niepokoję pana w święta, ale znów miałem ten atak.
– Atak?
– Tak. Nerwoból mięśni twarzy.

Danny wykrzywił połówkę twarzy w straszliwym grymasie. Doktor z lekka odskoczył, a Danny wcisnął się do ciemnego hallu.

– Lepiej zamknąć drzwi, można nabawić się kataru – rzekł jowialnie, trzaskając drzwiami.

Doktor patrzył na niego, jego oczy wyraźnie szukały ostrości.

– Nie mogę dać ci recepty – rzekł.
– Ależ doktorze, ten przypadek jest uzasadniony. Nagły wypadek, pan rozumie.
– Żadnych recept. To niemożliwe. To niezgodne z prawem.
– Składał pan przysięgę, doktorze. A ja konam. – Głos Danny’ego zazgrzytał histerycznym lamentem.

Doktor skrzywił się i przyłożył dłoń do czoła.

– Niech pomyślę. Mogę dać ci jedną tabletkę, ćwierć grama. To wszystko, co mam w domu.
– Ale, doktorze – ćwierć g…

Doktor mu przerwał.

– Jeśli przypadek jest rzeczywiście zasadny, więcej nie potrzebujesz. Jeśli nie jest, nie chcę mieć z tobą do czynienia. Poczekaj tutaj.

Doktorek wytoczył się z hallu, pozostawiając opar alkoholowego oddechu. Wróciwszy, upuścił tabletkę w dłoń Danny’ego. Danny owinął ją w kawałek papieru i dobrze schował.

– Jest bezpłatna. – Doktor położył dłoń na gałce drzwi. – A teraz, kochany…
– Ale, doktorze, czy nie mógłby pan podać tego leku w zastrzyku?
– Nie. Uzyskasz dłuższe działanie przy użyciu doustnym. Proszę nie zwymiotować.

Doktor otworzył drzwi.

„Cóż, trochę to pomoże, a ja wciąż mam kasę na pokój” – pomyślał Danny.

Zapłacił 2 dolce za pokój (sześć za tydzień) w West Forties, gdzie znał właściciela. Zablokował drzwi i położył łyżkę, igłę i zakraplacz na stołku koło łóżka. Umieścił tabletkę na łyżce i zalał odpowiednią ilością wody. Potrzymał zapałkę pod łyżką, dopóki tabletka się nie rozpuściła. Oddarł strzępek papieru, zamoczył go i owinął końcówkę zakraplacza mocując igłę na wilgotnym papierze tak, by nie przepuszczała powietrza. Wrzucił kłaczek ze swej kieszeni do łyżki i wessał do zakraplacza płyn przez igłę, przytrzymując ją na filterku tak, by zebrać wszystko do ostatniej kropli. Dłonie Danny’ego drżały z podniecenia a oddech przyspieszył. Gdy strzał był tak blisko, mechanizm obronny słabł, a heroinowy głód przypuścił atak na ciało. Nogi zaczęły mu drżeć i bolały. Żołądek chwyciły kurcze. Łzy spływały po twarzy ze szczypiących, palących oczu. Owinął prawe ramię chustką, przytrzymując jej koniec zębami. Zamocował chustkę i zaczął trzeć przedramię, by żyła wyszła na wierzch.

„Myślę, że mogę podać w tę” – pomyślał, przejeżdżając palcem po żyle.

Ujął zakraplacz w lewą dłoń. Nagle usłyszał jęk z pokoju obok. Skrzywił się z irytacją. Kolejny jęk. Nie mógł tego słuchać. Przeszedł wzdłuż pokoju z zakraplaczem w ręku i przyłożył ucho do ściany. Jęki powtarzały się w regularnych interwałach, okropny, nieludzki dźwięk wyrywany jakby z trzewi. Danny słuchał przez pełną minutę. Wrócił do łóżka i siadł na nim.

„Czemu ten ktoś nie wezwie lekarza?” – pomyślał wściekły. – „To dołujące.”

Wyprostował ramię i uniósł igłę. Przechylił znów głowę, nasłuchując.

– Och, na rany Chrystusa!

Zerwał chustkę i odłożył zakraplacz do szklanki, którą schował za koszem na śmieci. Przeszedł przez hall i zapukał do drzwi sąsiedniego pokoju. Nie było odpowiedzi. Jęki nie ustawały. Danny pchnął drzwi. Ustąpiły. Roleta była podniesiona i pokój był zalany światłem. Spodziewał się tam kogoś starego, ale gość na łóżku był bardzo młody, 18 – 20 letni, w pełni ubrany i zgięty wpół, z rękami zaciśniętymi na żołądku.

– Co z tobą, dzieciaku? – spytał Danny.

Chłopak popatrzył na niego, oczy miał zasnute bólem. W końcu wydusił jedno słowo:

– Nerki.
– Kamienie nerkowe? – Danny uśmiechnął się. – Nie żeby to było śmieszne, stary. Po prostu… udawałem to wiele razy. Ale nigdy nie widziałem tego naprawdę. Zawołam karetkę.

Chłopak przygryzł wargę.

– Nie przyjedzie. Doktor nie przyjedzie.

Chłopak schował twarz w poduszkę. Danny przytaknął.

– Myślą, że kolejny ćpun robi szopki dla zdobycia strzału. Ale twój przypadek jest prawdziwy. Może gdybym poszedł do szpitala i wyjaśnił… Nie. Sądzę, że to kiepski pomysł.

Danny zamilkł. Naraz wyciągnął swą chudą, brudną rękę i dotknął ramienia chłopca.

– Przepraszam, dzieciaku. Poczekaj. Zaraz cię nareperuję.

Wrócił do swego pokoju, wziął zakraplacz i wrócił do pokoju chłopca.

– Podwiń rękaw, dzieciaku.

Chłopiec szarpał kurtkę osłabłymi dłońmi.

– OK. Już to mam.

Danny rozpiął guzik mankietu i podwinął mu rękaw, obnażając chude, brązowe przedramię. Zawahał się patrząc na zakraplacz. Pot płynął mu wzdłuż nosa. Chłopiec patrzył. Danny wepchnął igłę w ramię chłopca patrząc, jak płyn znika w ciele. Twarz chłopca zaczęła się odprężać, usiadł i uśmiechnął się.

– To naprawdę działa – rzekł. – Jest pan doktorem, proszę pana?
– Nie, dzieciaku.

Chłopiec wyciągnął się.

– Czuję się naprawdę senny. Nie spałem całą noc.

Jego oczy zamykały się. Danny przeszedł przez pokój i opuścił roletę. Wrócił do pokoju i zamknął drzwi, nie zabezpieczając ich. Siadł na łóżku, patrząc na pusty zakraplacz. Robiło się ciemno. Całe ciało Danny’ego było bólem braku heroiny. Teraz ból był mdły, mdły i beznadziejny. Nagle gorące uderzenie zapulsowało w jego żyłach i rozprysło się pod czaszką jak tysiąc złotych strzałów.

„Na rany Chrystusa” – pomyślał Danny. – „Musiałem załatwić naprawdę zajebisty strzał!”

Nieziemski heroinowy spokój wlewał się w jego tkanki. Twarz rozluźniła się i zagościł nań spokój, głowa ciążyła do tyłu. Danny Złodziej Samochodowy odleciał.