Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Myśli na noc Walpurgii

Wiesław Cupała i Anna Roś

wolimy ciepłą wodę w kranie
niż warszawskie powstanie
każdy to woli, nie każdy się przyznaje
wielu utknęło w akcji burza
i myśl im to wynaturza
źle zrozumieli patriotyzm
a patriotyzm to nie jest idiotyzm

wolimy kawę na śniadanie
niż bezsensowne umieranie
niech przyszłego bohatera dziś chwyci nagła cholera
zburzone miasta, gwałty, rabunki
to są zwierzęce porachunki

każda nadrzędna nad życie idea
zamienia to życie w bolesne wycie

powstanie

Reklamy


2 Komentarze

Formy Zamętu. Cwaniactwo

Maciej Chwistek

1

Chrześcijanie obchodzą dni śmierci i z martwych wstania, a mnie od wiadomo jakiego czasu prześladuje dylemat (ot z życia wzięte) – Co jest gorsze? Czy wbicie komuś noża w serce patrząc mu w oczy, zdając sobie sprawę z konsekwencji moralnych i prawnych, czy podstępne wykorzystywanie czyjejś słabości i w obłudny sposób, pod pozorem przyjaźni, w celu przejęcia majątku doprowadzenie do jej pogłębienia, aż do samego końca. A później to klękanie…

Wyobraź sobie taką sytuację. Masz sąsiada rencistę, który blisko Ciebie ma mały jednoosobowy zakład w budynku na tyle ciekawym, że zawieszasz na nim nie raz spojrzenie. Załóżmy, że znajomy lubił wypić lub chorował na cukrzycę, serce czy jeszcze inną poważną chorobę. Ciebie ogarnia chcica na jego pracownię. Zachodzisz w gości, fundujesz alkohol, udajesz przyjaciela. Sąsiad jest już urobiony. Ty zapewniasz go o rajskim życiu jakie spędzi. Przekonujesz go, by przepisał na Ciebie swój budynek. Zobowiązujesz się co miesiąc wypłacać pewną kwotę. Oczywiście dożywotnio. Zdajesz sobie sprawę, bo przecież jesteś kuty na cztery kopyta, że mając te pieniądze kolega będzie popijał lub kupował sobie lepsze jedzenie, które załatwi mu czy serce czy wątrobę czy trzustkę. Jakiś czas starasz się nawet, by tak się stało. Gdy umiera jesteś „panem” i właścicielem.

Wiem, że to fantazjowanie, ale wczuj się w sytuację, w to, co opisałem i nazwij się. Znajdź określenie na to, co zrobiłeś. Wobec prawa właściwie jesteś czysty. Nikt ci nic nie powinien zarzucić, a jednak coś jest nie tak.

Próbuję to przetrawić i uwierzcie mi świat robi się do dupy. Co widzę pieska sąsiada to stoi mi przed oczyma ta para cwaniaków, dla których człowiek i jego rodzina, którą znali trzydzieści lat nic nie znaczy. Rodzi się pytanie ilu jeszcze ci dranie wykorzystali i oszukali. Jak oni mogą spojrzeć w oczy ludziom i swym dzieciom? Ciągnie się za nimi smród. Aż niezgrabnie mi to pisać przy tej fotce, ale kto ma wiedzieć o co chodzi i o kogo, to się domyśli.

Jeszcze taka moja głupiutka uwaga i pytanie zarazem. Czy to cykliści, UFO czy my sami sobie tak robimy?

2


Dodaj komentarz

Zapiski dinozaura. Błazenki Boże

Włodzimierz Zylbertal

Mnich pracujący w skryptorium przy przepisywaniu ksiąg

Mnich pracujący w skryptorium przy przepisywaniu ksiąg – rycina z1891 roku

Opowieść z głębokiego średniowiecza: przed Dostojną Katedrą żebrze wędrowny mnich. Szaty ma zniszczone, ciało niemyte, ale na twarzy najpromienniejszy uśmiech, którym uwodzi każdego, kto pod katedrę podejdzie. A o Chrystusie opowiada tak pasjonująco, że gęby podchodzący ludziska rozdziawiają, bo na mszy nigdy nic podobnego nie słyszeli. Jednym z takich podchodzących jest Ważny Biskup. Nie rozbraja go uśmiech na twarzy wędrownego mnicha. Ostro beszta wędrowca: jakże ty, nędzarz i żebrak, śmiesz wystawać tu, pod katedrą, którą na Bożą chwałę wznoszono przez sto lat! Odejdź natychmiast do nędzarzy, takich jak ty!

W tym jednak momencie przed katedrą zjawia się Jeszcze Ważniejszy Biskup. Powstrzymuje Ważnego Biskupa gestem ręki i powiada: Bracie, Chrystus kocha każdego z nas a biedaków umiłował sobie szczególnie. Nie godzi się zatem tego tu oto zacnego, choć ubogiego brata naszego w wierze Chrystusowej od przybytku Bożego odganiać. Idźże, Xsieże Biskupie na swoje komnaty, gdzie oka twego bieda nie pokala, a ty, Błazenku Boży, zostań sobie tu ile zechcesz, aż się miłosierdziem nasycisz!

Bardzo brakuje nam dziś Jeszcze Ważniejszych Biskupów obdarzonych mądrością i dobrocią z przytoczonej przed chwilą opowiastki.

Błazenków Bożych trochę jest, nawet nie tak daleko od nas, szarych zjadaczy chleba. Oto jest sobie na ten przykład zakonnica, siostra Małgorzata, która na głuchej wiosce prowadzi któryś już rok ośrodek dla wykluczonych i odrzuconych, niewidocznych na wielkoformatowych bilbordach, z których ludzie sukcesu zachęcają do kupowania średnio przydatnych przedmiotów i takichże usług za ciężko zarobione pieniądze oglądających. Siostra Małgorzata nie ma nic ze świętoszkowatości Matki Teresy, nie wielbi cierpienia, nie upaja się misją by jej podopieczni umierali po bożemu. Użerając się na co dzień z hierarchią kościelną i świecką walczy, by jej podopieczni wyszli na ludzi: nauczyli się samodzielności, sami poszli do urzędu coś tam załatwić, pomyśleli o znalezieniu pracy i o najprostszej chociaż edukacji dla swoich dzieci. Nie szuka rozgłosu; anegdota głosi, że gdy kiedyś kolejny Zatroskany Dziennikarz zadzwonił do ośrodka siostry Małgorzaty z prośbą o opowieść o dramatycznym losie bezdomnych, odpowiedziała zjadliwie: co, panie redaktorze? Świeża porcja wzruszenia potrzebna?

Jest sobie i Błazenek Boży świecki, na co dzień prawnik. Użerając się z wymiarem sprawiedliwości i organami administracji coraz mniej sprawnego państwa, zorganizował pomoc prawną dla osób zapomnianych przez Boga, ludzi, opiekę społeczną i ojca Rydzyka. Jak sam opowiadał mi kiedyś przy kielichu, zależy mu nie tylko na tym, żeby jeden z drugim bezrobotny bez prawa do zasiłku a za to z piątka dzieciaków, których naprodukował w lepszych czasach, gdy jeszcze nie sprywatyzowano jedynego w jego miasteczku większego przedsiębiorstwa, otóż mojemu prawnikowi zależy, żeby taki dzieciaty-bezrobotny nie tylko dostał „gotową” poradę prawną, ale jeszcze zrozumiał, że rodzime prawo, choć generalnie dla biednych nieprzyjazne, jednak da się tak wykorzystać, żeby i biedny coś z niego miał. Jak sam mówi ów prawnik, jest to przysłowiowa orka na ugorze, bo lud prosty i zbiedniały postrzega prawo głównie jako kombinowanie przez cwaniaków na szkodę naiwnych.

Jeszcze inny znany mi osobiście Błazenek Boży to nauczyciel szkoły powszechnej, z filozoficznym spokojem starający się chronić dzieciaki przed licznymi absurdami rodzimego systemu szkolnego. Co i rusz podpada, i to śmierdząco, dyrektorowi swojej szkoły, ale umie to jakoś załagodzić. Wie, że świata nie zmieni, ale może uchronić swoich uczniów przed częścią chociaż ponurej paranoi, nie wiedzieć czemu zwanej edukacją powszechną.

No i tak oto nie pozostaje nam nic innego, jak tylko stwierdzić, że jeśli ten durnowaty świat jeszcze trwa, i jeszcze nie jest miejscem skrajnie odrażającym, dzieje się tak dzięki istnieniu pewnej ilości Błazenków Bożych, w gruncie rzeczy nieszkodliwych dla Systemu, ba! wręcz dla niego pożytecznych, lecz nie zawsze mających szczęście do mądrych i pogodnych Jeszcze Ważniejszych Biskupów, częściej trafiających na durnowatych i ponurych Ważnych tylko. A wielu ich, tych Ważnych, gęsto zaludniają komisariaty, szkoły, przychodnie, sądy i urzędy. A lud prosty, choć klnie na służbę zdrowia, oświatę, administrację, policję i sądownictwo, jednak potulnie czeka na absurdalnie odległe terminy operacji, znosi przewlekłość procesów sądowych, agresywność aspirantów i wyniosłość referentów. A kiedy trafia się Błazenek Boży – mają prości ludzie swoje małe święto.

Głoszę więc niniejszym chwałę Błazenków Bożych, którzy pogodną naiwnością swoją codzienną podtrzymują naszą nielekką rzeczywistość, czyniąc ją jeśli nie znośną, to przynajmniej mniej beznadziejną. Nie wspominając już o tym, że o pogodnych i mądrych Jeszcze Ważniejszych Biskupów ja – agnostyk w sumie – modlę się z żarliwością godną niejednego fanatyka.