Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Zapiski dinozaura. O radościach podglądactwa

Włodzimierz Zylbertal

Andrea Clare - Follow Me

Andrea Clare – Follow Me

Wracam sobie do siebie, czyli pracuję nad godnym miana naukowego teoretycznym ujęciem mojej ukochanej psychotroniki. Nie takie to łatwe, bo Wielką Analizę uruchomić trzeba, przypomnieć sobie co przestrzeń, co jej metryka, co osobliwość, co rozmaitość z koneksją i bez, co obszar topologicznie domknięty, co otwarty – a wiele lat temu wykłady z analizy matematycznej i geometrii różniczkowej, tak mi teraz potrzebne, przesiedziałem w uczelnianej knajpce, owszem, podpatrując krzywizny, ale nie topologiczne bynajmniej, tylko te, które domykały, w sensie topologicznym i erotycznym zarazem, ciało koleżanki C. Dziś po latach, koleżanka C. zapewne już nie zachwyca ani topologów, ani nawet swego męża-safanduły, tyle, że ja, też już nie napalony młodziak, Analizy na nowo uczyć się muszę…

Ale ja nie o tym. Gdy już odwali się pańszczyznę, naumie się wystarczająco Matematyki, Fizyki, Chemii, Biologii, Filozofii & Metodologii Nauk, etc, otóż wtedy, już nie nad książkami, ale podczas przechadzki nadrzecznym bulwarem, albo i nawet w laboratorium doznaje się, tak jest, szczęścia o jakim napalony młodzieniec, któremu „całka myli się z ciałkiem zaś różniczka z różnicą płci”, nawet marzyć nie śmiał – szczęścia PODGLĄDANIA. Podglądania otóż Natury w jej najtajniejszych nieraz tajniach, w samym środku jej najgłębiej ukrytych mateczników.

Jedną z niedocieczonych tajemnic pracy badacza, nawet takiego amatora jak ja, który obolałe ego sobie podbija przydomkiem „nauka obywatelska”, jest to, że nagle jakby się ktoś taki teleportował przez wszystkie-czasy-i-przestrzenie do jakichś niedocieczonych wymiarów – i tam, często jako jedyny człowiek na świecie widzi, jasno dlaczego świat lub jego fragment, działa tak a nie inaczej. Towarzyszy temu osobliwa i chyba tylko badaczom znana mieszanka podniecenia i lęku – podniecenia z dokonanego odkrycia, lęku zaś, że zostanie zauważony, że go zazdrosna Natura odeśle tam skąd przyszedł, za wszystkie-czasy-i-przestrzenie z powrotem, gdzie nic z podniecenia, nic z radości, tylko nudne tomiszcza Analizy do wykucia… Ale często wtedy właśnie… Natura zachowuje się jak naga kobieta, która zorientowała się, że podgląda ją podniecony mężczyzna a wtedy ona… nie, nie ucieka, przeciwnie uśmiecha się do niego, wręcz zachęca do tego, co w takich wypadkach dziać się może, i zazwyczaj dzieje. A gdy już się zadziało… odkrywca, drżąc jeszcze od swoich rozkoszy, usiłuje się zorientować co się stało, zaś jego zdobycz z łagodnym uśmiechem, jakby nic się nie stało, nieśpiesznie i wyzywająco oddala się tam, gdzie już jej nie znajdziemy. Póki trwa wrażenie-drżenie – łapczywie i byle jak, byle szybciej, coś tam się notuje, fotografuje, szkicuje, mózg zgrzewa się do wrzenia i tak oto rodzi się ODKRYCIE. Potem próba zaśnięcia, rzadko udana, bo obserwacje, emocje, notatki nadal atakują mózg nieszczęśnika z zawziętością stada rozdrażnionych szerszeni. Wreszcie nad ranem organizm przypomina sobie, że nie jest ze stali i zasypia. A gdy się budzi… kac jakiego nie znają nawet wielbiciele alkoholizowanej wody brzozowej, łeb pęka, w oczach piach, w gębie trampek a na stole góra szkiców, notatek, części aparatury, i bajzel z tego z tego iście kosmiczny. Porządkujemy, a raczej próbujemy zapanować nad chaosem, a gdzie tam! Notatki „od czapy”, pospieszenie napisane wzory doprowadziłyby do zawału belfra freblówki, fotografie niewyraźne a idea ulatnia się szybko wraz resztkami niespokojnego snu.

Więc jeszcze raz: porządkujemy, przypominamy sobie wczorajsze natchnienia, notujemy, poprawiamy, wygładzamy – i znów do laboratorium, gnani rządzą silniejszą, niż ta, która gna chłopca do dziewczyny. Znów gorączkowe próby, ułamki miliwolta, milionowe części herca, mikrony długości… JEST, udało się ponownie! I po tym drugim, trzecim i dziesiątym JEST! – zaczyna się WIEDZIEĆ. Odkrycie przestaje być podnieceniem, staje się faktem. Odkrywcy pozostaje wspomnienie niezapomnianych chwil, pokoleniom studentów kolejne nudne wzory do wykucia – i takież to, Droga Młodzieży radości niedostępne profanom…

Reklamy


Dodaj komentarz

Wesołe miasteczko. Raj

Włodek Małkowski

Droga Ewo dzięki temu, że my tu na Ziemi mamy już internet
natknąłem się na tego węża, z którym mnie wtedy na cacy załatwiłaś.
Wiedziałem, że ludzkość w końcu coś takiego wymyśli, co sprawi,
że ten gad ześliźnie się z ciekawości, by to poznać.
Ewo nie zrozum mnie źle, bo ja nie mam pretensji o to wszystko,
o tą całą mistyfikację, kiedy tak naprawdę to tylko ja zostałem eksmitowany.
Było, minęło, w końcu nie moja wina, że ci się spodobał,
to co się będę katował.
Nawet nie wiesz w ile dzieci mnie tu wrobili z Tobą,
kiedy tak naprawdę jestem samotny
i takim chcę pozostać, ze względu na pamięć o Tobie.
Zawsze kochający Cię ADAM

Lucas Cranach Starszy - Adam i Ewa, 1510

Lucas Cranach Starszy – Adam i Ewa, 1510


Dodaj komentarz

Z kolei. Kolaps

Wojtek Gorczyński Kolejář

frag. jeszcze nie złożonej książki „Tramwaj na wyspę umarłych 2”

Wraz z nastaniem jesiennych chłodów dramatycznie pogorszyła się sytuacja w salonie Danki na Clausewitza. Renatka nie miała prawie w ogóle koksu na zimę i jak mogła, tak unikała palenia w kotle do centralnego. W jej salonie od ulicy dało się jeszcze jakoś wytrzymać. W salonie Danki, niestety, już nie. Ani ona, ani Pomocnik nie wiedzieli, co robić. Wtedy Berth wpadł na pomysł, że w salonie można postawić nawet całkiem spory namiot. Po wakacjach został mu jeszcze czteroosobowy – pożyczony od Lilki. Mieścił się idealnie. Berth i Pomocnik przybili wszystkie niezbędne odciągi gwoździami do podłogi, co w efekcie dało konstrukcję znacznie stabilniejszą, niż mocowana do ziemi za pomocą śledzi. Namiot był z tropikiem i bez problemu utrzymywała się w nim całkiem znośna temperatura.

Pewnego jesiennego dnia, kiedy namiot już stał, a Danki akurat nie było, Pomocnik i Berth przeżyli mistyczny dramat.

Święte Grzyby rzeczywiście wydawały się być wielkie i potężne. Ten duch obiecywał Mądrość. I oczywiście piękno, którego tak bardzo na każdym kroku brakowało.

Mądrość można odkryć tylko w sobie.

Wpadliśmy z Pomocnikiem na pomysł, że dobrze będzie, jak tajemniczy duch znów nam pokaże trochę piękna i może wskaże przy tym trochę mądrości. Umówiliśmy się na piątkowy wieczór na Clausewitza. Czas był odpowiedni, bo zapowiedział się też Prototyp, który właśnie wrócił z gór, gdzie podobno znalazł mnóstwo Świętych Grzybów. Później zamierzaliśmy udać się na mistyczny spacer wokół Wyspy. Na zakończenie miała być herbata u Kozy.

Magdalena Walulik - Wzięcie

Magdalena Walulik – Wzięcie

Prototyp przyniósł trzy jogurty owocowe. Nasypał do nich brązowego proszku i wymieszał.

– Są wysuszone i pokruszone – wyjaśnił. Słodki jogurt o smaku grzybowym nie był najlepszy.

Już po kwadransie wszystko zaczęło się robić absurdalnie śmieszne, a pod podłogą pojawiły się jakieś tajemnicze, świetliste linie. W ścianach też były znaki. W ubikacji były na ścianach – Berth, kiedy tam wszedł, zauważył ze zdziwieniem rzędy hieroglifów na wysokości lamperii.

Przyszła Lilka. Była w skórzanej kurtce motocyklowej, krążyła po salonie i cała szeleściła, trzeszczała, szumiała tą skórą.

Lilka jest przekomiczna. Berth i Pomocnik śmieją się.

– Co się tak głupio śmiejecie? – pyta się Lilka.
– Bo tak śmiesznie trzeszczysz… – Berth ze śmiechu aż płacze.
– Sam jesteś śmieszny! – Lilka nic nie rozumie i wychodzi z salonu absurdalnie urażona. A Pomocnik przypomina, że czas już chyba wyruszyć na spacer na Wyspę.

Na dworze zapanował straszliwy ziąb. Berth, Pomocnik i Prototyp z trudem przebili się podwórkami z Clausewitza na Plac św. Maurycego. Lodowaty, wschodni wiatr wiał im prosto w twarze.

– Jak jest zimno, to trzeba biegać!!! – zaryczał Prototyp i dzikim galopem znikł w ciemności. Berth i Pomocnik zostali na środku Placu. Wschodni wiatr nie pozwalał im na żaden ruch w stronę Wyspy. Pozostał odwrót na Clausewitza.

Zimno, mróz, wiatr, obskurne kamienice, wykrzywione, sine twarze przechodniów… Korowód upiorów… Panika… Ucieczka… Wreszcie brama i znów lokal na Clausewitza – zimny, ale przynajmniej chroniący przed wiatrem.

W salonie Danki wszystko się poodkształcało. Salon stał się Wszechświatem, a Wszechświat salonem. Salon transgalaktyczny. Rozpada się.

– Idę zalec do namiotu – mówi Pomocnik. Berth poszedł do kuchni. Też się rozpadała. Usiadł na krześle i zaległ na stole. Też się rozpadał.

Raishi - Grzybki halucynki po wybuchu bomby

Raishi – Grzybki halucynki po wybuchu bomby

Wszystko się rozpadło. Plazma. Szara, galaretowata masa. Bezkształt. To jest Diabeł. Szara galareta się rozpościera, wszystko oblepia, pokrywa. Snuje się, rozpełza. Są w niej drzewa. Bezmiar, szarych drzew, tajga. I jakieś zabudowania w równych rzędach, baraki, łagier. Tajga. Szara, galaretowata masa. Tajga. Silosy, rakiety, głowice jądrowe. Tajga, łagier, szara, galaretowata masa. Dokąd? Dość!

Przyszedł wirujący krąg. Wciąga bladym, trupim światłem. Wsysa. Wszystko się kręci. Robi się bardzo niedobrze. Diabeł! Od szalonych obrotów zbiera się na wymioty. Nie ma ciała – nie można nawet się wyrzygać. Krąg wiruje i błyskają w nim twarze. Adolf, twarze, twarze, Soso Dżugaszwili, twarze, twarze w upiornym uśmiechu, Lenin, twarze w trupim blasku, Feliks, twarze, Beria, Bierut, twarze – całe Gestapo, Urząd Bezpieczeństwa, NKWD i prokurator Wyszyńskij.

– Wyjdź stąd! Popatrz, tam leży porzucone ciało, możesz wrócić.

Ciało zalegające na stole wygląda żałośnie i śmiesznie z wysokości sufitu. Sterta brudnych naczyń w zlewie jest absurdalna – już lepszy byłby Księżyc i gwiazdy…

– Już nadszedł czas! Wracaj!

Bertha nie ma, bo się rozpadł, ale wie, że to jest ciało Pomocnika. To śmieszne, ale chyba nie powinien tu być – taka głupia pomyłka. Trzeba będzie coś odkręcić… Nie, nic nie trzeba – to tylko Pomocnik był podobnie ubrany, a ciało jest właściwe i w porządku.

Berth wchodzi do salonu. Siada w fotelu. Wszędzie unosi się opalizujący dym. Słychać łomot i straszliwe krzyki. Dymu jest coraz więcej. To chyba pali się kamienica i trzeba uciekać… Nie, nic nie trzeba – to tylko było tak strasznie zimno, że aż Renatka zdecydowała się rozpalić w centralnym, ale coś jej nie wychodzi i dym leci do wnętrza lokalu. Tylko łomot i krzyki są realne – to ZOMO włamuje się do meliny pijackiej w lokalu za ścianą… Wszystko jest w porządku. Spokój. Z namiotu wyszedł Pomocnik.

– Pomocniku, wyszedłem z ciała i widziałem Diabła…
– Ja też… To był…
– Tak, wiem…

Popatrzyli się na siebie i pokiwali głowami w niemym zrozumieniu. On się musi rozpaść – Związek Sowiecki…

Niedługo po tym dramacie mistycznym poszliśmy z towarzystwem z Clausewitza na projekcję filmu w DKF-ie. Wyświetlano Lokatora Polańskiego. Akcja toczyła się w starej kamienicy. Klimaty trochę jak z Clausewitza. Oniemiałem, kiedy zobaczyłem scenę z hieroglifami na ścianie w ubikacji. Inni też widzieli to wszystko?

– Pięknie to chyba nie było, ale czy ten tajemniczy duch Świętych Grzybów wskazał ci Mądrość?
– Tak.
– Ale przecież mogłeś znaleźć ją tylko w sobie.
– Była we mnie. Dowiedziałem się tylko z całą pewnością, że ona tam jest i co nią jest.
– Że Związek Sowiecki to Diabeł?
– Tak. I że musi się rozpaść w dymie i smrodzie palonej siarki. I jeszcze to, że stamtąd bierze się zimno.
– Komunizm to zimno uczuć?
– Nie tylko – to też po prostu zimno fizyczne – mróz, lodowaty wiatr ze wschodu…
– Od takich diabelskich objawień można chyba zwariować?
– Można i niektórym to się nawet zdarzyło, ale nie sądzę, żeby coś specjalnie złego mogło się stać mi albo Pomocnikowi, bo jednak umieliśmy znaleźć w sobie i uwierzyć do końca w jakąś Mądrość.
– Wcześniej nie wierzyliście?
– To, że Związek Sowiecki jest reżymem zbrodniczym i do niczego, było zawsze prawdą oczywistą, ale dopiero dzięki tej podróży w zaświaty stała się ona prawdziwą, życiową Mądrością przez duże M i drogowskazem. Już wcześniej śniło mi się, że ścigają mnie czarne limuzyny i ktoś z nich do mnie strzela… Święte Grzyby wywołały kolaps. Wszystko zapadło się w siebie. Zaraz potem napisałem kolejne wariackie opowiadanko w klimacie kolejowym – nazywało się Kolaps i było połączeniem wszystkich tych doświadczeń – sennych oraz grzybowych – w jedno. Teraz myślę, że to może nie była najgenialniejsza literatura, ale wtedy wszystkim, którzy to czytali, bardzo się podobało.

Sky 23 - Magical Mushrooms I

Sky 23 – Magical Mushrooms I

KOLAPS

Pomocnikowi
dla otuchy w trudach życia
i wspomnienia wielkiej wyprawy

Towarzyszom z Kremla
jako memento

Siedzę w miękkim fotelu elektrowozu. Przebijamy się przez ciemność nocy. Połykamy pod siebie kolejne setki metrów panoramicznie oświetlonego szlaku. Nad nami wije się zygzakiem podwójny przewód sieci trakcyjnej. Zielono opalizująca tarcza szybkościomierza i wskazówka na 120 km/h, tuż przed czerwoną kreską. Gładko prześlizgujemy się przez łagodne łuki. Zielone, zielone, zielone, mijamy kolejne białe słupy semaforów blokady samoczynnej. Świt powitam w swoim pokoju z widokiem na ogród przy ul. Braci Grimm. Pomocnik siedzi zamyślony. Kładziemy się w prawym, wyprofilowanym łuku. Po obu stronach ciemne ściany lasu. Szeroki, zakręcający korytarz, ujawniający w szybkim tempie swój ciąg dalszy. Zza ściany lasu wyskakują nagle dwa czerwone światła. Chwila wahania. Nie, to chyba nie…

– Pomocnik! Spierdalaj!!!

Zrywam klapę Ackermanna, pantograf w dół, otwieram drzwi korytarza maszynowni, opieram się o ścianę. Czekam. Pomocnik chyba też.

Kakofonia dźwięków. Rozpadam się na atomy. Gdzie właściwie jestem? Kim jestem? Ogarniam świadomością cały Wszechświat. Rozsypałem się po Wszechświecie. Prawda absolutna? Gdzie jest Prawda i co jest Prawdą? Wielkie Co. Kręcę się w kółko. Trzeba z tego wyjść. Tylko jak? Muszę się czegoś chwycić. Nic nie pamiętam, przenikam się nawzajem ze Wszechświatem. Cudowne. Tak, jasne, stąd nie ma wyjścia. Tylko przestać się kręcić. Wychodzę z jednego punktu i po zrobieniu tysięcznej pętli wracam do tego samego. Gdzie jest Prawda? Ona jest tuż, niedaleko, tylko nie mogę się do niej przebić. Prawda – tylko ona jest ważna. Nie można, ale i nie ma po co i dokąd wracać. Spoglądam wkoło. Sprężarka jest ze wszystkich stron, raz z prawej, raz z lewej, raz przede mną. Chyba się urwała i mnie przygniotła. Wyciągam rękę. Niesamowite, ręka jest dalej niż sprężarka. Co to jest sprężarka? Nie wiem, ale to jest po prostu sprężarka w elektrowozie. Abstrakt, zresztą to i tak nie ma żadnego znaczenia. Kim jestem? Patrzę na swoje ciało. Jestem Pomocnikiem. To pewne, ale kto to jest Pomocnik? Jest zresztą rzeczą problematyczną, czy to ciało jest moje, ale ja jednak w tym jestem. Nogi są wklęsłe. Tak, krzywizna kolan się zapadła. Poza tym, co to jest „ja”? Ja – Wszechświat. Zaprzeczenie jest istotą Szatana. Szatan to wielkie NIE. I jego pomiot – to on, czuję go. Car Mikołaj II. Stalin. Związek Sowiecki. Jaruzelski. Lenin. Wielka Tajemnica – odgradza ją ode mnie pomiot Szatana. Związek Sowiecki? Co to jest Związek Sowiecki? To jest coś, co się rozciąga, rozpościera. To coś jest niematerialne. To jest i tego nie ma zarazem. Przestrzeń staje się wklęsła. Rozpadają się atomy Wszechświata i mojej świadomości, która nim jest i którą on jest. KOLAPS. Tak, to nastąpił kolaps. Fascynujące. Nie ma czasu, przestał istnieć. Wszystko, cała czasoprzestrzeń zapadła się w siebie.

Siedzę na krześle. Z sufitu zwisa żarówka na drucie, dająca jasne światło z zieloną aureolą. Spoglądam na sprężarkę. Stoi na miejscu… kredens z kupą brudnych naczyń. Na stole nieład. Kuchnia gazowa, brudny zlew. Wiem, że on jest za ścianą, w sąsiednim mieszkaniu. Przynajmniej jeszcze chwilę temu tam był. Wiem też, że stało się coś strasznego. Może nie tyle strasznego, ile wielkiego. Coś na wymiar gargatuiczny. Wchodzę do pokoju. Pomocnik siedzi przy stole z głową wspartą na rękach. Muszę mu powiedzieć, że to się stało, ale nie umiem zwerbalizować tego, co czuję, co jest i ma wymiar materialny. W końcu odzywam się:

– Stalin – powiedziało mi się to samo.
– Kolaps – odpowiada Pomocnik. Spoglądam na podłogę: mnóstwo różnych znaków. Nie wiem, co one znaczą, ale wiem, że to coś ważnego. Trzeba stąd wyjść.
– Pomocniku, czy on jest za ścianą?
– Nie, chyba się rozpadł.
– Jak się rozpadł, to idę zobaczyć, co jest na zewnątrz.
– Powodzenia.

Wychodzę chyłkiem przez przedpokój pełen opalizującego dymu.

Jestem na szutrowej drodze oświetlonej latarniami rtęciowymi z niebieskimi aureolami. Światło fluoroscencyjne daje niebieską aurę, a żarowe zieloną. Po jednej stronie drogi osiedle szaro otynkowanych bloków w stylu lat trzydziestych. Na tynkach i wokół okien znaki jak na podłodze w pokoju. Asfaltowe uliczki osiedla oświetlone latarniami żarowymi – zielone otoczki. W niektórych oknach mdłe, żółte światło. Po drugiej stronie drogi bagna wypełnione kumkaniem żab. Za bagnami łuna wielkiego miasta. Jakieś dźwigi portowe, zakłady. To wielka aglomeracja. Wydaje z siebie dźwięk, jaki zwykle wydają duże, portowo-przemysłowe miasta w porze nocnej. Wiem, że mogą mnie zastrzelić. Muszę uciekać, tylko gdzie? Do osiedla nie pójdę, bo tam mnie prędzej czy później znajdą. Muszę biec szutrową drogą i to szybko – oni mnie ścigają samochodem, dużą, czarną limuzyną. Prędzej, prędzej. Oglądam się za siebie: nie ma ich jeszcze. Brak tchu. Muszę tam zdążyć zanim się zjawią i zaczną strzelać. Już niedaleko. Znów się oglądam: wielkie, zielone oczy. To reflektory ich limuzyny. Zaraz strzelą. Jeszcze parę metrów do kładki nad mokradłem dzielącym szutrową drogę od drewnianej furtki – tam nic mi nie grozi. Wbiegam na kładkę, ktoś otwiera furtkę. Za furtką ciepło oświetlony, zielony ogródek i przytulny domek. Zdążyłem! Teraz nic mi już nie zrobią i też się rozpadną.

Ktoś rzuca mi się w objęcia. W ustach czuję jej smak, jej włosy oplatają się wokół mojej szyi. Czuję jej delikatne ciało, przytulamy się do siebie.

– Tak bardzo bałam się o ciebie – mówi do mnie słodkim głosem.
– Wiesz, on był za ścianą, nastąpił kolaps i chyba się rozpadł.
– Tak, wiem. Mówili już w radiu. Rozpadł się Związek Sowiecki i… poza tym… kocham cię!
Ze szczęścia nie wiem, co odpowiedzieć. Przypomina mi się Pomocnik.
– A gdzie Pomocnik? – pytam się z niepokojem.
– Siedzą z Danką w pokoju i ona nic a nic nie może zrozumieć, jak to się stało.
– A reszta?
– Są wszyscy. Czekamy na ciebie.