Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Szkocki akcent. Kto odpowiada za postrzeganie Polski za granicą?

Tomasz Oryński

Kadry z wczesnego filmu Kazimierza Prószyńskiego “Ślizgawka film Pleograf”

Kadry z wczesnego filmu Kazimierza Prószyńskiego “Ślizgawka film Pleograf”

Za każdym razem kiedy przejeżdzam przez Helensburgh mijam znak oznajmiający „Witamy w Helensburgu – miejscu urodzenia Johna Logie Bairda, wynalazcy telewizji”. Zastanawia mnie jak to jest, że świat łyka bez żadnych wątpliwości anglo-amerykańską narrację historii? Owszem, Brytyjczycy rządzili kiedyś połową świata, nic dziwnego więc, że ich wersja wydarzeń była, i często wciąż jest, uczona w szkołach, ale to chyba nie jest jedyny powód? Dlaczego więc podczas gdy Brytyjczycy uwielbiają chwalić się tym, że są pionierami w praktycznie każdej dziedzinie, nikt nie pamięta pionierów, którzy urodzili się w naszej części świata?

Jak to jest, że Szkot jest powszechnie uważany za ojca telewizji? Czy to był jego pomysł? Z pewnością nie, ponieważ wielu pracowało nad tym zagadnieniem już przed nim. Wśród nich – polski wynalazca Jan Szczepanik, któremu w roku 1897 przyznano patent brytyjski na urządzenie, które nazwał telektroskopem. Był to aparat do przekazywania kolorowych, ruchomych obrazów na odległość.

Więc może chociaż Baird był ojcem telewizji takiej, jaką znamy dzisiaj? Też niezupełnie. Jego system, opierający się na wirujących kręgach miał bardzo ograniczone możliwości i choć wczesne transmisje BBC używały tego standardu, bardzo szybko okazał się on przestarzałym i został zastąpiony przez telewizję elektroniczną, wynalezioną mniej więcej w tym samym czasie przez Węgra Kálmána Tihanyiego (znaczące jest, że Tihanyui miał problemu z uzyskaniem patentu na swój wynalazek w używającej już systemu Bairda Wielkiej Brytanii…). Nawet wczesne próby Szczepanika były bliższe telewizji, jaką znamy dzisiaj, ponieważ jego urządzenie działało w oparciu o zasadę dzielenia obrazu na piksele poprzez przecinanie go pionowymi i poziomymi liniami…

Choć jednak nazywanie Bairda „wynalazcą telewizji” jest trochę na wyrost, na pewno zasługuje on na uznanie historii za swój wkład w rozwój tego medium. Ale równie, jeśli nie bardziej, na uznanie historii zasługuje Jan Szczepanik, który poza swoim telektroskopem wynalazł także kolorowy film, który wyparło dopiero pojawienie się Technicoloru. To na jego patentach opiera się także kolorowy film fotograficzny spopularyzowany przez Kodaka i Agfę. Opracował on także szeroko używane w swoim czasie urządzenia, które umożliwiały kopiowanie wzorów tkanin, a nawet obiektów trójwymiarowych. Jednak choć nazwisko Baird znane jest na całym świecie o Szczepaniku pamięta mało kto nawet w jego własnej ojczyźnie. Czyja to wina?

Polska ma długą tradycję rzucania kłód pod nogi swoim najzdolniejszym synom. Chyba najbardziej jaskrawym przykładem jest tu casus Jacka Karpińskiego, komputerowego geniusza. Jego mikrokomputer K-202 opracowany w 1971 roku oferował możliwości, które pobiło dopiero pojawienie się modelu IBM PC dekadę później. Karierę Jacka Karpińskiego złamali decydenci partyjni, którzy stali na stanowisku, że „gdyby coś takiego było możliwe, Amerykanie dokonaliby tego już dawno”. Nic więc dziwnego, że świat nie wierzy w nasze możliwości, skoro my sami nie potrafimy w nie uwierzyć.

Nawet jednak jeśli polski wynalazca odniesie sukces i wypłynie na szerokie wody musi stawić czoła silniejszym od niego. Czescy czytelnicy mogą pamiętać przypadek Hansa Ledwiki i jego Tatry V570, która została skopiowana przez pana Porsche i cały świat zna ją dziś jako Volskwagena Garbusa. Podobny los spotkał Kazimierza Prószyńskiego, pioniera kina, któremu nawet bracia Lumière osobiście i publicznie oddali pierwszeństwo. Nie powstrzymało ich to jednak w doprowadzeniu Prószyńskiego na skraj bankructwa licznymi pozwami sądowymi, kiedy okazało się, że w odróżnieniu od nich rozwiązał on problem uciążliwego migotania. W końcu Prószyński zgodził się sprzedać im swój patent za bezcen, a jego rozwiązanie do dziś używane jest we wszelakich projektorach kinowych. Prószyński jednak nigdy nie poddał się i wciąż pracował nad opracowywaniem nowych wynalazków takich jak pierwsza w świecie kamera pozwalająca na filmowanie z ręki. I kto wie, co jeszcze by osiągnął gdyby nie to, że zamordowany został w nazistowskim obozie koncentracyjnym Mauthausen-Gusen.

I tu dotykamy kolejnego interesującego faktu: podczas gdy polskie osiągnięcia nie znane są w świecie, inne narody bardzo chętnie przypisują Polakom swoje grzeszki. Najbardziej znanym przypadkiem jest chyba powracająca jak bumerang sprawa określania nazistowskich obozów koncentracyjnych polskimi. Podobnie polskie przejęcie Zaolzia w 1938 jest stosunkowo dobrze znanym faktem na Zachodzie i często używane jest do wykazywania, jakoby Polska działała w zmowie z Niemcami hitlerowskimi, ponieważ powrót Polski na Zaolzie odbył się w tym samym czasie, co zajęcie Czechosłowacji przez Niemcy. Jakoś jednak nie spotkałem się z tym, aby zajęcie Zaolzia przez Czechosłowację 20 lat wcześniej używane było jako przykład tego, że Czechosłowacy działali w zmowie z Bolszewikami, pomimo tego, że Czechosłowacja także wykorzystała fakt polskich problemów na innym froncie. Również udział Słowacji w ataku na Polskę i okupacja jej części, będąca przecież wzorcowym przykładem kooperacji z Nazistami, wydaje się być całkowicie zapomnianym rozdziałem historii.

Słaba pozycja Polski w historiograficznych przepychankach to prawdopodobnie jednak głównie nasza własna wina. To my, Polacy, jako naród, wydajemy się czerpać sadystyczną wręcz przyjemność z nieustannego celebrowania naszych porażek. Wzorcowy patriota to ktoś, kto oddał życie za Ojczyznę – na przykład młodociany Warszawski powstaniec. Mamy to tak głęboko wdrukowane, że już nawet samo kwestionowanie, czy Powstanie Warszawskie miało sens, odbierane jest przez wielu za zdradę narodowych wartości i obrazę bohaterów. Skutkiem tego jest fakt, że większości Polaków obchody świąt narodowych nie kojarzą się z radosnymi celebracjami, które są udziałem innych nacji, ale ze składaniem kwiatów na grobach poległych za ojczyznę przy dźwięku wojskowych werbli…

Ma to odzwierciedlenie także w polskiej kinematografii. Tylko ostatnio mieliśmy dwa głośne filmy o Powstaniu Warszawskim. Bardzo silny jest trend rozliczeniowy, w których poruszamy mniej chwalebne karty naszej historii takie, jak traktowanie autochtonów na „ziemiach odzyskanych” („Róża” Smarzowskiego) czy polskie zbrodnie przeciwko ludności żydowskiej („Pokłosie” Pasikowskiego). Nawet Oskarowa „Ida” Pawlikowskiego dotyka tego ostatniego problemu. Nic więc dziwnego, że pewne kręgi doszukują się w owych filmach antypolskiej wymowy, a teorie spiskowe padają na żyzny grunt. Według nich filmy takie sponsorowane są albo przez Żydowskie lobby, aby odpowiednio nastawić opinię publiczną do nadchodzących pozwów o odszkodowania wobec państwa polskiego, albo też przez Niemców w celu wybielenia się i zepchnięciu na innych odpowiedzialności za holokaust. W zwalczaniu tej ostatniej nie pomaga ciągłe powracanie w zachodnich mediach określenia „polskie obozy koncentracyjne” czy wymowa niemieckiego serialu “Unsere Mütter, unsere Väter” w którym Polacy pokazani są jako żądni krwi antysemici, podczas gdy bohaterowie niemieccy kreowani są na ofiary nazizmu…

Oczywiście świat nie jest czarno-biały i Polacy także popełniali zbrodnie podczas wojny, ale jeżeli będziemy skupiać się na wiecznym wypominaniu sobie naszych grzechów, podczas gdy inne narody robią wszystko, aby przedstawić się w jak najlepszym świetle, to tak jakbyśmy w tych historiograficznych rozgrywkach grali na własną bramkę, z sukcesem strzelając sobie samobója za samobójem. A przecież to nie jest tak, że nie mamy chwalebnych kart w naszej historii do sfilmowania. Sytuacja pokazana w filmie Hřebejka „Musimy sobie pomagać” o małżeństwie ukrywającym w czasie wojny młodego Żyda była przecież codziennością tysięcy polskich rodzin, o czym zaświadczyć mogą drzewka w instytucie Yad Vashem. Sama Irena Sendlerowa uratowała ponad dwukrotnie więcej Żydów niż sławny Oskar Schindler. Jak to więc jest, że Schindler ma swoje muzeum w Krakowie a Sendlerowa żadnego?

Bohaterstwo Ireny Sendlerowej to nie jedyna historia, która mogłaby posłużyć za scenariusz do filmu. Czescy piloci walczący w Bitwie o Anglię doczekali się laurki w postaci filmu „Ciemnoniebieski Świat” zrealizowanego przez laureata Oskara Jana Sveraka. Polscy piloci, przy całym szacunku dla ich czeskich kolegów, mają znacznie większe zasługi – dość wspomnieć, że Dywizjon 303 odnosił największe sukcesy w całym RAF – jednak jak na razie filmu sławiącego ich dokonania doczekać się nie mogą. Jeśli Okręt Podwodny „Orzeł” byłby okrętem brytyjskim lub amerykańskim, nowy film oparty na kanwie jego bohaterskich przygód pojawiałby się z regularnością zegarka. Ponieważ jednak była to jednostka Polska, ostatnio w kinie oglądać mogliśmy jego przygody 60 lat temu… Nic dziwnego więc, że skoro oddajemy tu walkowera, pamięć historyczna w umysłach odbiorców kultury popularnej kształtowana jest przez innych. I jeśli w amerykańsko-brytyjskim firmie o Enigmie jedyny Polak to zdrajca, to nie dziwmy się, że większość ludzi nie ma pojęcia o tym, że to Marian Rejewski ze swoją drużyną kryptologów złamali kod Enigmy i cały późniejszy sukces Alana Turinga i Bletchley Park oparty jest na tym, co przekazali aliantom przed wojną Polacy.

I dlatego właśnie my, Polacy, przegrywany w tej przepychance o to, która wersja historii zapisze się na stałe w umysłach ludzi na całym świecie. I sami sobie jesteśmy winni. Bo o ile „Róża” i „Ida” to świetne filmy, może pora już skończyć to samobiczowanie i dla odmiany postarać się pokazać światu także nasze dobre strony. Nie mamy co oczekiwać, że inni zrobią to za nas, bo inne narody jakoś nie śpieszą się do przepracowywania swoich grzechów i zamiast tego chętnie po prostu zwaliłyby je na kogoś innego, czego przykładem może być niedawny artykuł w austriackiej prasie nawołujący Polaków do tego, aby wzięli odpowiedzialność za swoją rolę w Holokauście. I kto to mówi!

Nie mówię oczywiście, że to my powinniśmy starać się zwalić swoje winy na innych. Nic z tych rzeczy, po prostu powinniśmy starać przedstawić się w dobrym świetle nie wdając się w zbędne przepychanki z innymi. Moglibyśmy w tej materii wzorować się na Czechach. Oni w końcu nakręcili nawet film o Jarze Cimrmanie, swoim narodowym bohaterze, który nigdy nie istniał. Czy więc naród, którego synowie odegrali tak ważne role w narodzinach filmu i telewizji nie mógłby dziś chociaż nakręcić filmu o prawdziwych postaciach takich jak Szczepanik albo Prószyński?

Reklamy


1 komentarz

Degustacje. Malarz

Z Jackiem Knapem rozmawiała Anna Roś

Rys. Jacek Knap

Rys. Jacek Knap

Domy w twoich obrazach mają duszę. Skąd czerpiesz inspirację malując? Jestem ciekawa co czytałeś w dzieciństwie i teraz. Fantazy? Ludowe bajki? Legendy? Co dokładnie, bo czuje się tu folklor.

Folklor wziął się z tego, że dzieciństwo spędzałem we Wleniu jak i w Golejowie (gdzie mieszkali moi dziadkowie ze strony obydwojga rodziców). Jestem nasiąknięty klimatem tych terenów. Już w dzieciństwie ogromne wrażenie robiły na mnie poniemieckie domy z mnóstwem przybudówek, stare stodoły, kapliczki itp. Do tego dochodzi uroda lokalnego krajobrazu i przyrody. Dopiero z czasem ujawniło się to w moich pracach. Paradoksalnie… dziadkowie bardzo niewiele przekazali mi ze spuścizny kresowej – żadnych podań, pieśni, opowieści. Sami byli wyrwani za młodu ze swoich korzeni. Ta magia i jakaś tęsknota wydzielała się sama z siebie. Bajki i legendy to zasługa PRL-owskiej edukacji – o ironio. W telewizji wyświetlano wtedy piękne rosyjskie bajki, zarówno animowane jak i fabularne, osadzone w ludowych wierzeniach; były też wspaniale ilustrowane książki z bajkami i legendami (choć na podłym poziomie edytorskim). Wpływ na to miało pewnie sporo innych rzeczy, które teraz ciężko mi sprecyzować. W podstawówce miałem okres silnej fascynacji fantastyką, tą naukową, ale nie tylko – trafiały się różne pozycje. Ówczesna „Fantastyka” drukowała zarówno sci-fi, jak fantasy i grozę. Do tego ciekawe ilustracje i komiksy. W bibliotece wyszukiwałem co się dało z tej tematyki. W ogólniaku zakochałem się w Muminkach, choć nie wszystko udało mi się przeczytać. Z lektur, które zrobiły na mnie silne wrażenie mogę wymienić kilka ”Sklepy cynamonowe” i „Sanatorium pod Klepsydrą” Bruno Schulza, ”Prawiek i inne czasy” Olgi Tokarczuk, ”Według Łotra” Adama Wiśniewskiego-Snerga, ”Sto lat samotności” Gabriela Garcii Marqueza, wiersze Stanisława Grochowiaka, teksty Grzegorza Kaźmierczaka z zespołu Variete. Nie jestem tytanem czytelnictwa, ale jest mnóstwo pozycji, po które sięgnę, choćby w postaci pliku. Jeżeli chodzi o obecne w moich pracach tropy ludowe i magiczno-wiejskie to jestem w jakiś sposób dłużnikiem Jana Jakuba Kolskiego – jeśli chodzi o filmy i Jacka Yerki – od strony malarstwa. Obydwaj eksplorują na swój sposób te klimaty.

Rys. Jacek Yerka - Nauka chodzenia

Rys. Jacek Yerka – Nauka chodzenia

Od kogo nauczyłeś się malować? Chodzi mi o technikę, ale też o moment, w którym poczułeś, że to jest to.

Od dziecka rysowałem. Najpierw wszystko, co widziałem wokół. Potem w okresie zerówki i wczesnej podstawówki tematami przeważającymi były batalistyka i fantastyka (zmiażdżyły mnie trzy części Star Wars obejrzane we wleńskim kinie). Kochałem komiksy. Na kółko plastyczne chodziłem bardzo krótko, gdyż zniechęciły mnie zajęcia niezwiązane bezpośrednio z rysowaniem. W liceum zdobyłem podstawy plastyczne typu: postać, martwa natura, perspektywa. Odkryłem wówczas dla siebie punka-rocka, a potem nową falę i resztę muzycznej „alternatywy”, co pobudziło mnie do poważniejszych, często mrocznych i drapieżnych tematów. Do tej pory słuchanie muzyki jest chyba moją najważniejszą pasją. Byłem pod wrażeniem ilustracji Kaina Maya – gość rysował dla „Na Przełaj” i tworzył okładki płyt. W szkole było dużo czarno-białych periodyków „Sztuka” i „Projekt”. Kradłem je najzwyczajniej i podpatrywałem prace grafików. Często z tych ilustracji robiłem okładki do kaset. Miałem też okres fascynacji obrazami Zdzisława Beksińskiego. To doświadczenie wielu ludzi z mojej generacji – radiowe audycje jego syna, a potem zapoznanie się z dorobkiem ojca. Warsztat zdobywałem powoli i prawie samodzielnie, metodą prób i błędów oraz podpatrywania. Rysunek tuszem ukochałem najbardziej. Zacząłem w liceum i kontynuuję do tej pory. Malowanie farbami też ma korzenie w tamtych czasach, ale nigdy nie czułem się w tym pewnie, to nie mój żywioł do końca.

Rys. Kain May - Kot

Rys. Kain May – Kot

Kim jesteś z wykształcenia i dlaczego nie poszedłeś na ASP mając takie zdolności?

Skończyłem Studium Nauczycielskie w Lubomierzu. Zaraz po maturze zdawałem do Poznania na ASP, ale zdobyłem 30 procent na 70 podczas egzaminu praktycznego. Byłem za słaby warsztatowo i w tych swoich „autorskich” pracach ewidentne braki nadrabiałem ekspresją. Potem przez dwa lata Studium bumelowałem, migałem się od wojska, nadrabiałem zaległości w imprezowaniu – do matury wiodłem cnotliwy żywot. Nie stworzyłem porządnej teczki z pracami typowo warsztatowymi – postacie, martwa natura itp. i przez to nie powiodła się próba zdawania na wychowanie plastyczne do Zielonej Góry. Do wojska zgarnęli mnie, gdy kontynuowałem naukę w Wałbrzychu (język polski, Studium). Gdy kończyłem służbę miałem już rodzinę i trzeba było iść do roboty. Tak trafiłem do Domu Pomocy Społecznej w Nielestnie. Kilka lat potem skończyłem Studium Reklamy we Wrocławiu, ale nie podjąłem prób zmiany zawodu. Podsumowując, zabrakło mi determinacji, motywacji i zacięcia. Jestem wolnym strzelcem.

Rys. Jacek Knap

Rys. Jacek Knap

Z tego, co słyszałam robiłeś okładki do płyt dla punkowego zespołu „Łysina Lenina”. Skąd ich znałeś?

Ludzi z zespołu poznałem poprzez bliskiego znajomego Maka (Marek Makowski), który również w nim występował. Spotkaliśmy się w akademiku podczas jakiejś biby. Tak po prawdzie zrobiłem dla nich tylko jedną okładkę. Do winylowego maksisingla. Były rozmowy na temat okładki do pełnowymiarowej płyty, ale nic ciekawego nie naszykowałem i sprawa umarła.

Miałem jeszcze jedną przygodę z tworzeniem ilustracji na okładkę płyty. Był to krążek Dominica Duvala wydany dla renomowanej w kręgach okołojazzowych oficyny Not Two.

Czym się teraz zajmujesz?

W Domu Pomocy Społecznej pracuję z ludźmi upośledzonymi umysłowo jako terapeuta zajęciowy. Prowadzę zajęcia plastyczne i rękodzielnicze, pomagam też w pracy na innych polach aktywności, w czynnościach dnia codziennego itp. Wśród podopiecznych mam ksywkę „Malarz”. Wraz z grupą mieszkańców działam także w teatrze. Gram, tworzę dekoracje i rekwizyty, czasami wspomagam w reżyserowaniu. To przedsięwzięcie tworzy od wielu lat stała grupa kilku osób, która dobrze radzi sobie na tym gruncie i sprawia jej to przyjemność. Repertuar jest lekki – to adaptacje bajek, legend, słuchowisk, przedstawienia jasełkowe i pasyjne. Z teatrem ściśle współpracuje zespół muzyczny także złożony z mieszkańców oraz instruktora. Wykonuję również różne prace zlecone, prezenty i tym podobne rzeczy, w zależności od charakteru imprez i przedsięwzięć. Poza pracą w Domu Pomocy Społecznej zajmuję się pracami plastycznymi na zamówienie, od portretów i karykatur do malarstwa naściennego i olejnego. W moim rodzinnym Wleniu, na szlaku pieszym prowadzącym do ruin zamku Lenno, są umiejscowione tablice historyczne opisujące osiem wieków istnienia naszego miasta, do których wykonałem ilustracje.

Masz jakąś ulubioną opowieść, legendę lub mit?

Mam dość ogólną znajomość tej sfery kulturowej jaką są mitologie, podania, systemy wierzeń. Gdy jestem czegoś ciekaw szperam wtedy dokładniej. Ale jestem na te sprawy otwarty co przejawia się w moich pracach. Tak jak mówiłem wcześniej, w dzieciństwie obejrzałem wiele animowanych adaptacji baśni i podań o typowo ludowych, słowiańskich korzeniach, co zostawiło swój ślad. Pierwsza opowieść, która przychodzi mi do głowy to legenda związana z wleńskim zamkiem, o Konradzie von Zedlitz. Nawet ją zilustrowałem…

W dawnych czasach wleńskim zamkiem władali rycerze-rozbójnicy z możnego rodu von Zedlitz. Byli oni oddani królowi czeskiemu, który skupiał wokół siebie znienawidzoną przez miejski patrycjat „ligę baronów” słynącą z wielkiego okrucieństwa. Pierwszy z rodu właściciel zamku wkrótce po nabyciu twierdzy rozpoczął swoją zbójecką działalność i wraz z kamratami napadał na przejeżdżających w pobliżu kupców. Towarzyszom chętnym do napadów Zedlitz oferował bezpieczne schronienie w zamku. Wkrótce okolica stała się siedliskiem rabusiów i najmitów wszelkiej maści, którzy stali się utrapieniem okolicy. Do książąt śląskich posypały się skargi sterroryzowanych mieszczan. Książęta nie chcieli jednak wydawać wojny stronnikowi czeskiego króla i problem próbowali rozwiązać pokojowo. Zedlitz zaś, pewny swej pozycji, wyśmiewał ich pisemne prośby. Po śmierci czeskiego monarchy Dolny Śląsk stał się areną walk polskiego i węgierskiego króla. Zedlitz został stronnikiem Władysława Jagiellończyka i wykorzystując panujący chaos nadal łupił okolicę do czasu, gdy zakończyła się wojna i król węgierski zdobył kontrolę nad Śląskiem. Sute czasy bezkarnych, bandyckich napadów skończyły się. Władca nie zapomniał o krnąbrnym rycerzu i zamierzał rozprawić się z nim. Możny zbój zdał sobie sprawę, że grunt zaczyna palić mu się pod nogami i uciekł do Czech, gdzie znalazł schronienie u Władysława Jagiellończyka. Sam zamek pozostał w rękach jego synów i ród Zedlitzów, mimo swojej ponurej sławy dalej władał we Wleniu. Zamek w późniejszych okresach przechodził w różne ręce, ale zawsze powracał do Zedlitzów. Około roku 1605 w zamku objął panowanie Konrad von Zedlitz, który okazał się ciemiężycielem i rabusiem godnym swoich przodków. Legenda głosi, że w 1620 roku, kiedy rycerz wracał samotnie do twierdzy, zaskoczyło go dwóch jeźdźców, z których pierwszy przebił jego pierś mieczem, a drugi skrócił go o głowę. Na pamiątkę wyzwolenia od ciemiężyciela wkopano w ziemię kamienny krzyż, na którym wyryto dwa miecze, które dokonały sprawiedliwości. Nie mógł się Konrad pogodzić z taką śmiercią. Przyszła zbyt szybko i niespodziewanie. Dokonał żywota na swojej ziemi zgładzony przez poddanych. Początkowo był wściekły, jednak szybko zrozumiał jak wiele złego wyrządził ludziom. Zatęsknił za swoim życiem, chciał odpokutować winy, naprawić wszystkie krzywdy, dlatego jego dusza pozostała na ziemskim padole. Tak to od stuleci, każdego dnia, postawny rycerz w lśniącej zbroi, trzymający pod pachą swoją głowę, na wielkim czarnym rumaku, przemierza okoliczne szlaki rozmyślając o krzywdach jakich dokonał. Najczęściej pędzącego rumaka z dosiadającym go upiornym rycerzem można dostrzec w okolicy zamku, ale niejednokrotnie był widywany to na dawnych szlakach handlowych a to u wrót kościoła gdzie klęcząc modlił się o przebaczenie.

 

Legenda o Konradzie von Zedlitz - Rys. Jacek Knap

Legenda o Konradzie von Zedlitz – Rys. Jacek Knap

A propos legend przypomniała mi się pewna anegdota. Pewnego razu, w latach młodości, podczas ogniska, które odbyło się pod ruinami zamku we Wleniu, koleżanka poprosiła o podanie jej taniego wina o nazwie „Legenda” bodajże. Nie pamiętała nazwy, więc powiedziała:

– Podajcie mi tę „Balladynę”.
Spojrzała na etykietę – O, „Legenda”!
Spożywszy łyk podsumowała: – Poezja…

Jacek Knap

Jacek Knap


Dodaj komentarz

Alabastrowa rączka

(baśń czeska)

Do pewnej wioski przyszli dwaj żołnierze, którzy ukończyli służbę w wojsku i szukali pracy. Jeden z nich miał jeszcze dość sił i zdrowia, ale drugi, nieborak, był już starym inwalidą, chłopi tylko z litości przyjęli go do siebie.

Nastała zima, kobiety schodziły się razem wieczorami i przędły. Rade były, kiedy oni obaj zaglądali do nich, bo ten stary umiał piękne baśnie i awanturnicze opowieści, a ten drugi powtarzał żarciki i różne łotrowskie kawały, których nauczył się w wojsku. Kobiety zanosiły się od śmiechu.

Była między nimi pewna dziewczyna, już niemłoda, spodobała się wesołemu wojakowi. Co prawda miała tylko małą chatkę, nic więcej, ale wojak pomyślał: „jest gospodarna i zręczna, ja zarobię, ona dorobi i zaoszczędzi, będziemy mieli dach nad głową i jakoś sobie poradzimy”.

Pobrali się. On służył, ona chodziła na wyrobek, żyli zgodnie i szczęśliwie. Ucieszyli się, kiedy przybyła im córeczka, Zuzanka. Z każdym rokiem rozkwitała coraz ładniej. A takie to było miłe dziecko, ze coraz to do innej chaty zapraszano ją na obiad.

Kiedy podrosła, pomagała w pracy, komu tylko mogła. Wszyscy ją lubili. Ale Zuzanka najbardziej pokochała Marcina, starego kolegę ojca, i on też za nią świata nie widział. Dla niej to przede wszystkim zbierał dzieci na leśnej polanie i opowiadał im długie, piękne baśnie czarodziejskie.

Zuzanka najchętniej biegała i śpiewała po lesie, po łąkach i polach. Niedaleko wioski stał opuszczony, stary zamek, mury miał porośnięte mchem. Zuzanka lubiła siadywać między tymi murami. Plotła tam wianki i śpiewała.

W głębi, obok ruin kaplicy zamkowej, znajdowały się groby tych, którzy mieszkali tu przed wiekami. Nikt już o nich nie pamiętał, jaszczurki wygrzewały się w słońcu na omszałych, kamiennych płytach i słowiki kląskały w gęstwinie. Tylko Zuzanka dbała o te groby. Jej dziecinne rączki układały na nich wianuszki, potem dziewczynka odmawiała „Ojcze nasz” za dusze tych, co spali tutaj snem wiecznym.

Tak minął jej piętnasty rok.

Nastał czerwiec, przyszła wigilia świętego Jana, kiedy to młodzież pali po górach ogniska.

Zuzanka pobiegła pierwsza na wzgórze zamkowe i przygotowała gałęzie. Z dołu dolatywały do niej piosenki, okrzyki i śmiech młodych, którzy schodzili się na Sobótki.

Kiedy się zeszli, wzięli się wszyscy za ręce i śpiewali, potem skakali przez ognisko. Wtem Zuzanka potknęła się o coś. Schyliła się i podniosła jakiś biały przedmiot. Obejrzała go przy ognisku. Była to mała rączka wyrzeźbiona w alabastrze.

— Rzuć ją i podepcz — wołali inni — to pewno jakieś czary.
— Nie, nie depcz tego — upomniał ją stary żołnierz, który przykuśtykał na wzgórze za młodymi. — Tu jest dziurka do przewlekania, noś tę rączkę na szyi na tasiemeczce, przyniesie ci szczęście.

Ognisko dogasało, młodzi zbierali się iść z powrotem do wsi. Ale Zuzance nie chciało się jeszcze wracać do dusznej izby i namawiała koleżanki:

— Noc taka ciepła, księżyc świeci, chodźmy na zamek!
— Co ci strzeliło do głowy — obruszyły się — to ty nie wiesz, że w noc świętojańską czarownice kręcą się wszędzie i knują?

Zuzanka nie dała się jednak zastraszyć. Niby to poszła z innymi, ale po drodze zawróciła nie zauważona. Usiadła między murami zamkowymi na darni i patrzyła w niebo tak pełne gwiazd, że aż jej się oczy mrużyły.

Wtem usłyszała w dali piękne granie. Zasłuchała się oczarowana, a tu muzyka się zbliża, ukazują się światła we wrotach zamkowych. Wychodzi odświętnie ubrana kapela, za nią pani i pan w kosztownych szatach i złotych koronach. Dalej idą dworzanie parami, śliczne panny i młodzieńcy, wszyscy paradnie odziani. Po bokach słudzy z płonącymi pochodniami.

Obeszli zamek dookoła i zbliżyli się do Zuzanki. Śliczna pani skinęła na nią paluszkiem. Zuzanka nie zawahała się ani chwili, podbiegła do niej, a pani wzięła ją za rękę i prowadziła dalej.

Wtem w murze otworzyła się brama, kamienne schody wiodły za nią w dół. Wszyscy tam weszli, blask pochodni chwiał się i sunął po sklepieniach podziemnego przejścia.

Za tym przejściem Zuzanka zobaczyła wspaniały ogród, nad którym słońce świeciło jak we dnie. Pośrodku ogrodu stał biały, alabastrowy zamek, błyszczał na nim złoty dach. Dookoła kwitły przeróżne krzewy i rabaty kwiatowe, gałęzie drzew uginały się od owoców, a między nimi lekki wietrzyk roznosił zachwycające wonie, które Zuzanka wdychała pełną piersią.

Ilustracja - Maria Orłowska – Gabryś

Ilustracja – Maria Orłowska – Gabryś

Otworzyły się złote drzwi alabastrowego zamku i cały orszak wszedł tamtędy do wnętrza, tylko pani z Zuzanką została w ogrodzie. Zaprowadziła ją do mirtowego krzewu, urwała z niego długą gałązkę. Zrobiła z niej wianuszek, włożyła go Zuzance na głowę i powiedziała:

Dostałam od ciebie wiele wianuszków, teraz weź ten ode mnie na pamiątkę. Jutro przyjdź z ojcem na zamek, niech ojciec kopie tu, gdzie teraz stoimy. Nie mówcie nikomu o tym, co znajdziecie.

— Tylko mamie i staremu Marcinowi, dobrze? — poprosiła Zuzanka.

Pani się uśmiechnęła.

— Dobrze — powiedziała — ale nikomu więcej, pamiętaj! I nie zostawajcie dłużej w tej wsi, przenieście się gdzie indziej.

Pani wzięła znowu Zuzankę za rękę i odprowadziła ją podziemnym przejściem do starej bramy, a tam skinęła jej białą rączką na pożegnanie i odeszła do zamku. Biała dłoń pani wydała się dziewczynce zupełnie podobna do tej alabastrowej rączki, którą nosiła na szyi. Kiedy Zuzanka wróciła do domu, schowała mirtowy wianuszek pod poduszkę i zaraz usnęła. Rano opowiedziała rodzicom o swojej przygodzie.

— To był chyba sen — zastanawiał się ojciec.
— Może — szepnęła Zuzanka.

Wtem przypomniała sobie mirtowy wianuszek i zawołała:

— Zaraz się przekonam, czy to wszystko widziałam naprawdę, czy mi się tylko śniło!

Podbiegła do łóżka, sięgnęła pod poduszkę — a tam leżał wianuszek, ale nie mirtowy, tylko szczerozłoty. Zdumieni rodzice obejrzeli go i popatrzyli po sobie. Ojciec wstał z ławy i chwycił łopatę.

Oświadczył stanowczo:

— Prowadź mnie na to miejsce, Zuzanko, idziemy na zamek.
— Poczekajcie trochę — radziła matka. — Pełno ludzi pracuje w polu o tej porze. Będą ciekawi, po co idziecie na zamek, a pani przecież kazała, żeby nikt o niczym nie wiedział. Poczekajcie do południa, aż ludzie wrócą do wsi na obiad.

Tak zrobili.

Od głównej bramy zamkowej Zuzanka poprowadziła ojca w bok, tam gdzie szła z książęcą drużyną. Znaleźli pomiędzy krzewami niski murek i w nim furtkę, która w nocy stała się wejściem do podziemia. Przeszli tamtędy i zobaczyli okrągły podwórzec zarośnięty gąszczem krzaków i zielska.

— Tu stał mirtowy krzak, obok tego drzewa, tylko w nocy drzewo nie było takie wysokie i grube — powiedziała Zuzanka. — Zapamiętałam dobrze to miejsce. O, patrz, tato, tu nawet jest podobny mały krzaczek, może to prawnuczek tamtego?

Ojciec zaczął kopać. Zaledwie zdjął warstwę ziemi, łopata stuknęła o wieko skrzynki okutej żelazem. Była taka ciężka, że nie mógł ruszyć jej z miejsca. Ale gdy tylko Zuzanka dotknęła jej alabastrową rączką, skrzynka dała się podnieść z łatwością. Zasypali dół i obłożyli go kamieniami, żeby nie było znać, a skrzynkę ponieśli razem do domu boczną drogą o zmierzchu, tak że nikt ich nie widział.

Skrzynka była pełna złota. Stali się bogatymi ludźmi. Ojciec naradził się z żoną i poszedł po starego inwalidę. Pokazał mu skrzynkę i opowiedział, skąd ją mają.

— Słuchaj, Marcinie — dodał na zakończenie — nam kazano opuścić tę wioskę, więc musimy się stąd wyprowadzić. Ale oboje z żoną bardzo byśmy się cieszyli, gdybyś ty zamieszkał w naszej chatce i rozporządzał się w niej, jakby była twoja. Zostawię ci też trochę gotówki, nie odmówisz mi chyba. Przykro mi tylko, że nie możemy obdarować biedaków ze wsi, którzy nam pomagali na początku, ale pani zabroniła mówić ludziom o naszym skarbie.

— Dobrze mówiła, bo i tak pełno będzie gadania, jak się wyprowadzicie.

I rzeczywiście ludzkie języki miały co mleć już od następnego ranka. Wczorajszy żołnierz przybłęda, we wsi wzięty za parobka, dzisiaj kupuje na jarmarku wóz i parę koni, osadza kamrata w żoninej chałupie, a sam z rodziną przenosi się do miasta, do wynajętego mieszkania. Skąd wziął na to pieniądze? Jedni winszowali, inni zazdrościli — jak to na świecie bywa.

Obok mieszkał bogaty gospodarz, taki zawistny, że byłby innym skąpił światła słonecznego, gdyby mógł. Żonę miał podobną do siebie. Ta nie wytrzymała i pobiegła na zwiady. Wypytywała przymilnie:

— Powiedzcie no, sąsiadko, co to się u was dzieje. Winszuję wam, winszuję! Pewno odziedziczyliście majątek po jakim krewniaku ?
— Co mamy, to przez alabastrową rączkę, którą córka znalazła, to ta rączka przyniosła nam szczęście — odpowiedziała matka Zuzanki. — Więcej wam nie powiem, bo mi nie wolno. Tamta badała jeszcze i nagabywała, ale nadaremnie.
— Postarałbyś się jakoś o tę alabastrową rączkę — radziła swemu mężowi. — Zuzanka głupia jeszcze i niedoświadczona, mógłbyś rączkę od niej wycyganić. Albo zaczaiłbyś się gdzie na dziewczynę i zabrałbyś siłą, zanim by się opatrzyła i poznała, kto wziął. Zazdrośnikowi nie trzeba było dwa razy tego powtarzać.

Tymczasem Zuzanka i jej rodzice spakowali na wóz swój niewielki dobytek. Zuzanka powiedziała:

— Tato, matuś kochana, pójdę jeszcze na zamek choć na chwilkę, żeby się z nim pożegnać.
— Idź, córuś, ale wracaj prędko — zgodzili się.

Sąsiad śledził Zuzankę i zobaczył, że idzie na zamek sama jedna. Skradał się ukradkiem za nią. Wtem patrzy, a tu z bramy zamkowej wyskoczył jakiś koń, galopując minął dziewczynkę i pędzi ku niemu. Chłopu się wydało, ze to jego własny, więc zawołał zdziwiony:

— Toż to moja Łysa! Co za czart wypuścił ją ze stajni i przygnał aż tu, na zamek?

Dopadł konia i chwycił go za grzywę — wtem koń odbił się kopytami od ziemi i porwał chłopa pod obłoki… Co się z nim stało, nie wiadomo. Do wsi nie wrócił już nigdy.

Zuzanka z rodzicami zamieszkała w mieście. Uczyła się teraz różnych rzeczy: pięknego czytania i pisania, haftu, a nawet gry na harfie. Po trzech latach wyrosła z niej prześliczna, mądra panna, wielu młodzieńców o nią się starało. Ona wybrała sobie pewnego szlachcica, który najwięcej się jej podobał, i wyznaczono dzień ślubu.

W pięknej, białej sukni z welonem, w złotym wianku mirtowym — no i oczywiście z alabastrową rączką na szyi, bo to była jej najmilsza pamiątka — jechała Zuzanka do kościoła na ślub, a z nią rodzice i pan młody, dalej drużbowie i druhny.

Wtem podszedł do karety jakiś stary kaleka, zdjął czapkę, pokłonił się i poprosił o jałmużnę. Zuzanka zawołała na furmana, żeby zatrzymał konie, popatrzyła na żebraka i krzyknęła:

— Marcin!

W jednej chwili wyskoczyła z karety, chwyciła starego za ręce i pytała:

— Co to, nie poznajecie mnie? Przecież ja jestem Zuzanka! Przysiądźcie się do nas i opowiedzcie, co się z wami działo. Mój Boże, że też nie wiedziałam wcześniej, jak to was bieda przycisnęła!

Łzy stanęły jej w oczach. Stary popatrzył na nią rozczulony.

— E, ja tak tylko udałem żebraka, żeby popatrzyć na ciebie z bliska. Do waszej karety nie wsiądę, jam przecie mizerak, a ty teraz jaśnie pani. Nie chcę ci zrobić wstydu przed panem młodym i jego rodziną. Ale niech ci Pan Bóg szczęści za to, żeś została taka dobra, jak dawniej.

Wtem rodzice Zuzanki także poznali Marcina. Wyskoczyli na drogę i przyłączyli się do próśb Zuzanki, aż wciągnęli starego do siebie. Widząc to pan młody pomyślał: „Serce moje nie pomyliło się, kiedy odgadło, że nie ma na świecie lepszej dziewczyny niż moja Zuzanka ani zacniejszych ludzi niż jej rodzice. Jakie to szczęście, że będę miał taką żonę”.

Marcin jechał więc z nimi. Po drodze żalił się ojcu Zuzanki, że choć nędzy nie zaznał i na wsi ludzie byli dobrzy dla niego, jednak wciąż było mu tęskno za towarzyszem z wojska i jego rodziną.

— Teraz jakem was zobaczył i pogadałem z wami, będę choć miał co wspominać przez jakiś czas — zakończył uśmiechając się smętnie.
— Nie martw się, kolego — pocieszał go ojciec Zuzanki. — Już się teraz nie rozłączymy. Kupiłem całe wzgórze zamkowe z ruinami. Młodzi chcą sobie wybudować wygodny dom niedaleko starego zamku, więc będziesz miał Zuzankę blisko. A zimą, kiedy śnieg i mróz dokuczą ci w chatce, zabierzemy cię z sobą do miasta.

Tak się stało. Zacnym wieśniakom, którzy mu niegdyś pomagali, ojciec Zuzanki zwrócił wszystko dziesięciokrotnie. A kto tylko znalazł się w potrzebie, ten wiedział, że mu pomoże młoda pani z zamkowego wzgórza. Alabastrowa rączka i złoty wianek były zawsze najdroższym jej skarbem.

„Bajarka opowiada. Zbiór baśni całego świata” Opracowanie: Maria Niklewiczowa.