Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Perły z Amsterdamu. Impresje

Karolina Rosocka

Pociąg do Brukseli odjeżdża o 9.52. Spodziewając się długich kolejek w kasach biletowych na dworcu centralnym w Amsterdamie, wybieram się dużo wcześniej. Zbliżam się jednak do kas i już widzę, że tu pustki. Zostaję obsłużona w 5 minut, a do pociągu jeszcze jakieś 50. Śmieję się z samej siebie. Co tu robić? Idę po kawę i zasiadam w holu głównym dworca. A tu muzyka.

To dźwięki pianina. Podążam więc, za tym, co słyszę, aż moim oczom ukazuje się instrument z naklejką play me. Przy pianinie mężczyzna. Raczej miejscowy, z plastikową, wypchaną reklamówką. Przypatruję mu się dłużej. Wygląda mi na bezdomnego. Nie jest brudny ani cuchnący, a jednak coś w jego wyglądzie wskazuje na ten smutny status. Gra naprawdę dobrze. Zbliżam się do instrumentu powoli, gdy nagle dźwięk ustaje.

Nie – proszę – graj jeszcze, nie przestawaj!

Ale cisza już zapanowała. Obok stoi młody mężczyzna, którego biorę za słuchacza. Okazuje się jednak, że to kolejny chętny do gry. Cisza trwa. Bezdomny nie wstaje od pianina, nawet nie spogląda w górę. Jego twarz i całe ciało tak bardzo nie chcą rozstać się z tym instrumentem. Niesamowita scena, pełna niewypowiedzianego napięcia. Nie pada ani jedno słowo pomiędzy nimi. Bezdomny w końcu wstaje i nie patrząc nikomu w oczy, odchodzi. Widzę go teraz w całej okazałości – w długim, starym płaszczu i z tą wypchaną reklamówką. Idzie w charakterystyczny sposób – zgarbiony, szurając nogami, w starych butach, przytłoczony ciężarem własnego życia. Obserwuję go jeszcze przez chwilę.

Nowe dźwięki już opanowały hol. To zupełnie inne melodie. Są żwawe, bardziej optymistyczne. Siadam naprzeciw, na ławce. Zamykam oczy i słucham. We wschodnim skrzydle trwają prace remontowe. Staram się na nich nie koncentrować, choć wwiercają mi się w prawy bok głowy. Wydaję mi się jednak, że im głośniej wiercą, tym mocniej wybrzmiewa pianino. I tak zwycięża czysty dźwięk. Przestali wiercić – pewnie mają przerwę śniadaniową. Ja jednak wolę myśleć – muzyka zwyciężyła . Niepoprawna romantyczka.

Tymczasem zbliża się kolejny muzyk. I znowu powtarza się ta sama scena. Jak ciężko wstać od tego niesamowitego instrumentu…Mężczyźni wymieniają się bez słowa.

Znowu obserwuję tego, który odchodzi. Wraca do rzeczywistości, coś w nim gaśnie…

Słucham jeszcze przez moment nowych tonacji, po czym ruszam na pociąg. W drodze mijam się z bezdomnym. Wraca do pianina… Idzie, ale jakby frunął. Będzie znowu grał.
Ach jak dobrze być czasem przed czasem…

Impresja do impresji

Impresja do impresji – Wiesław Cupała

Reklamy


1 komentarz

Formy Zamętu. Jednak można

Maciej Chwistek

Wsiadam dziś do pociągu. Zajmuję najbliższe miejsce. Spoglądam na osobę siedzącą naprzeciwko i już wiem. Niby nic co mogłoby wskazywać, żadnych tropów, czegoś co mogłoby sugerować. Po prostu wiem i czekam. Kilka zdań, na początek nieśmiało. No i w końcu po pięciu minutach.

– Czy pielgrzymuje pan?
– Nie. Nie wierzę w boga – chwilka przerwy – ateistą też nie jestem. – Zdziwione spojrzenie.
– Jak to nie ateistą? Można tak? – Krótkie rwące, nieśmiałe zdania z pytajnikiem na końcu… Nie rozumiem. Jestem pusty, jak stary garnek z odrobiną skisłego nalotu.
– Mi bardzo dobrze z tym.

Rozmawiamy spokojnie, choć powierzchownie. Nie ma i czasu i sensu, ale poważnie traktuję ludzi i siebie. Nie wypada zbyć.

Na odchodnym mówimy sobie kilka dobrych słów. Zostawiam zdziwione dobre oczy, sam raczej obojętny. Wysiadam. Coś jednak zostaje, skoro o tym piszę. Jednak można!

W Zamęcie zastaję kałuże i błoto. Próbuję zobaczyć w nich coś wartościowego. Mijasz, przemijasz, czasem pomijasz, a nawet często. Nie chcesz, a rozmijasz się z tym, co nieprzemija. Któregoś dnia lub nocy zabiorę okno, drzwi i uniosę się tam, gdzie będę mógł je otworzyć szerzej niż w Zamęcie.


1 komentarz

Wesołe miasteczko. Szkoda papieru na druk

Włodek Małkowski

Chciałbym sobie popłakać nad tym światem, tak, jak kiedyś, gdy byłem chłopcem, ale się nie da. Próbuję się cieszyć, ale też mi nie wychodzi. Budzę się rano i zastanawiam, czemu ta osoba kłamie? Skoro wszyscy kłamią to ja już nie mam żadnych szans… Pieprzą mi coś, że Matrix, a przecież tą czerwoną i tą niebieską tabletkę wyprodukował ten sam koncern co Cyklon B. Ten sam, który wylansował Zorro i ugi bugi… lub Andy Worhola… Co za różnica? Ponoć potrzeba jest matką wynalazków.

Przed chwilą po raz pierwszy od kilku lat rozmawiałem przez telefon z pewnym okropnym alkoholikiem… Byliśmy pokłóceni o książkę na temat ludzkiego mózgu, którą zgubiłem. Już mi chyba wybaczył. Właśnie wydał tomik swoich wierszy… to bardzo filozoficzna poezja. Nie czytałem i nie będę czytał ze względu na mój stan zdrowia. Znam człowieka i wiem, że choć bardzo się stara okłamywać wszystkich dokoła to na pewno napisał czystą prawdę. Ta książka o mózgu to były straszne brednie, jak wszystkie książki o mózgu. Ale on nie mógł tego wiedzieć, gdyż zawsze był pijany. Zaczynała się od tego, że z oceanu coś wypełzło i skierowało swoje ślipięta do światła… sami widzicie, że głupoty nie z tej Ziemi.

Też kiedyś napisałem książkę o tym, jak zostałem sam w mieście, bo wszyscy poszli do Hollywood, ale uznałem, że nikt tego nie zrozumie, więc szkoda papieru na druk.

Potem napisałem następną, bo akurat było stulecie ŁKS-u. O pewnym księciu, który zamieszkał na Bazarowej, tam gdzie na środku boiska jest ten słup nazywany przez tubylców sędzią i nie wolno go usunąć. Ten książę miał piękny motocykl i 12 pięknych motocyklistek. Zakochała się w nim Karolinka z plastyka. Woził ją wokół boiska przed każdym meczem. Aż cały stadion szalał ze szczęścia. Lecz kiedyś na zakręcie spadła na tyłek i wszyscy ryknęli śmiechem… a ona już do końca książki taka jakaś smutna była. Uznałem, że PZPN nie zrozumie tej książki, więc szkoda papieru na druk.

Kończyła się tym, jak przybyły Półki Zaciężne z Cracowii, Husarzy z Wisły, Legioniści z Warszawy, Kosynierzy z Widzewa i inni ze wszystkich stron na Bazarkę, by stoczyć wielką bitwę ze stumilionową Armią Haitańczyków nadciągająca od Zgierza. Na lewej flance czarne ferrari, na prawej czerwone ferrari, po środku klubowe sztandary. Tak się kończy…

Stanisław Wyspiański - karykatura Bitwy pod Grunwaldem Jana Matejki

Stanisław Wyspiański – karykatura Bitwy pod Grunwaldem Jana Matejki

Potem z nudów napisałem następną, ale już tylko o miłości, bez ani jednego dialogu. Tylko taniec, muzyka i kolory – ona i on…

Ale skoro bez dialogów, to za trudne dla współczesnego odbiorcy…

Też szkoda papieru na druk.