Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Wesołe miasteczko. Niewolnicy

Włodek Małkowski

Obecnie niewolnicy
muszą zapłacić
za dojazd do niewolniczej pracy
za powrót do domu
za to, że pracują
za wynagrodzenie
za to, że kupują
za to, że nie chorują
za to, że są okradani przez banki
za to, że utrzymują pasożytniczą administrację
za polityków, którzy kłamią
za lekarzy zbrodniarzy
za to, że mogą płacić
przez kilkadziesiąt lat
na drewniana skrzynkę,
w której ich wreszcie zamkną
i przysypią opłaconą ziemią
za to, że się urodzili
i uwierzyli w miłość
jakby to było przestępstwem.

Nie mam już siły płacić za swoje wiersze
żegnam więc mając nadzieję,
że choć kilka ocaleje za darmo.

Syzyf - Tycjan

Tycjan – Syzyf (1548-49)

Reklamy


Dodaj komentarz

Perły z Amsterdamu. Harry i Jaap

Karolina Rosocka

W samym sercu miasta, nad rzeką Amstel, pięć minut piechotą od czerwonych latarni i minutę od urzędu miejskiego, w którym codziennie rozpatruje się setki wniosków o obywatelstwo, siedzą oni – Harry i Jaap. Siedzą w budzie, w jaką wyposażony jest tu prawie każdy sprzedawca, na dwóch starych fotelach, otoczeni mnóstwem kartonów i książek.

Zdj. Karolina Rosocka

Zdj. Karolina Rosocka

Harry i Jaap – sprzedają na Waterlooplein od 40 lat. Ich kram zawiera rozmaitości – od beletrystyki po książki naukowe, albumy, kulinaria, komiksy, bajki dla dzieci, antyki i inne perełki. Jest w czym wybierać i przebierać. A oni siedzą tu jak ojcowie mafii – co chwila ktoś się z nimi wita, ktoś dosiada się na krótką rozmowę.

Uwielbiam szperać w starociach. Więc, gdy tylko odkrywam rynek, na którym można znaleźć prawie wszystko – książki, ciuchy, meble, bibeloty i inne – staje się on jednym z moich ulubionych miejsc. Wiele stoisk to ciuchy vintage. Świetne kolekcje. Są sprzedawcy, którzy naprawdę znają się na rzeczy.

Marcus, Holender, pasjonat wszystkiego, co stare, pokazuje mi katalog. Tu, latami poselekcjonowane, wzory, materiały i kroje od lat 50 aż po 90, które ostatnio stają się coraz bardziej modne. Z tym katalogiem jeździ do Niemiec i Polski, gdzie w potężnych magazynach, kobiety segregują vintage ciuchy. Wie jak wyceniać towar, zna marki. Ma swoich stałych klientów, którzy przychodzą po konkretne rzeczy. Pewnego razu odwiedzam jego mieszkanie… Każdy element, wiszący czy stojący, przykuwa moją uwagę. Jaki piękny to człowiek, który wygrzebuje, co rusz, te niespotykane cudeńka i wkomponowuje je w całość swojego mieszkania z takim wyczuciem. Marcus ma również imponujacą kolekcje ekspresów do kawy, oczywiście starych, z których stworzył wspaniałą ekspozycje na kuchennej szafce. Tu liczy się detal – śrubki, uchwyty, zakrętki, rurki, wszystko zaprojektowane z duszą. Małe wirtuozerie.

Na Waterlooplein są też stoiska, gdzie ciuchy leżą w wielkich hałdach – pokaźne kolekcje vintage – tu wszystko między 5 a 10€. Właściciele tych stoisk to głównie Marokańczycy, sympatyczni i gadatliwi, z charakterystycznym akcentem.

Marcus jednak wścieka się na nich.

– Nie dają mi zarobić – nie selekcjonują, wyrzucają wielkie wory na ziemię i sprzedają za grosze!

Przód rynku – to egzotyka – biżuteria indyjska i peruwiańska, skórzane torby z Afryki (źle wyprawione, zapach „afrykańskiej łąki” czuć z daleka), plecione sandały i kosze z Minorki. Ta część jednak w ogóle mnie nie interesuje.

Prawie każdą wolną chwilę spędzam na Waterlooplein. Czuję się tu bardzo dobrze. Sprzedawcy już mnie rozpoznają, uśmiechają się, rozmawiają.

Rynki staroci mają swoją specyfikę. To niezwykły klimat. Mam wrażenie, że tutejsi sprzedawcy to ludzie z innego wymiaru. Gdy wszystko dookoła pędzi, oni dzień w dzień, tkwią tu, na powietrzu, otoczeni rupieciami. Ich twarze – o specyficznej fakturze, naznaczonej słońcem i wiatrem – są zdrowe i rumiane. Są wśród nich wieloletni kolekcjonerzy, amatorzy, kombinatorzy lub tylko chwilowi handlarze. Zarobki mają niewielkie – ile warte są stare filmy dvd, książki, wazoniki, metalowe puszki czy znoszone buty? Zawsze jednak znajdą się wielbiciele starości.

ee

Odwiedzam stoisko Harrego i Jaapa, bo lubię książki. Zawsze się przy tym relaksuję. A ponieważ nie znam języka holenderskiego, zatrzymuję się przy albumach, najczęściej malarskich lub fotograficznych. Okazuje się, że za każdym razem, jest jakaś ciekawa pozycja, a w niej golasy. Kupuję z napiwków w barze. Z czasem, gdy tylko się zjawiam, Harry, przeszczęśliwy, od razu wręcza mi kolejną erotyczną zdobycz. Czeka specjalnie na mnie. Ileż radości mu to sprawia. Obserwuję go, gdy wręcza mi książkę – ten figlarny uśmiech i oczekiwanie na moja reakcję.

– Harry jaki nosisz numer buta? Masz ogromna stopę! – zauważam któregoś razu.

Harry śmieje się.

– Wiesz co znaczy długa stopa u mężczyzny?

Od razu łapię:

– Tak, tak wiem Harry. Wiem – rozmiar stopy równa się długości członka. A ty pewnie nosisz buty kilka rozmiarów za duże, bo chcesz wywrzeć imponujące wrażenie na swoich klientkach! Hm?

Harry śmieje się. Ma poczucie humoru i dystans do samego siebie.

– To europejskie numer 50 – w końcu odpowiada.

Sprzedawca książek i jego wielkie stopy.

No tak. Holendrzy to przecież jedna z najwyższych nacji. A jak długie ciało to i stopa niemała. Przeciętny rozmiar damskiego obuwia (dziwne to słowo – obuwie) to 40-41, męskie plasują się pomiędzy 46-48. 50 to tylko dwa numery więcej – zatem nic nadzwyczajnego. Zastanawiający pozostaje jednak fakt ich wzrostu. Słyszałam niedawno taką teorię, że to z braku słońca, dokładniej mówiąc – bardzo ograniczonej ilości słonecznych dni. Żeby więc być jak najbliżej słońca, kiedy już pojawi się na niebie, wyciągają się i wydłużają najlepiej jak potrafią. Holendrzy nie raz już pokazali, że są w stanie wiele osiągnąć, dzięki swej wytrwałości. Woda uczyniła ich wielce zahartowanymi ludźmi, którzy nigdy się nie poddają. I stąd takie z nich wielkoludy.

Harry i Jaap uwielbiają, kiedy ich odwiedzam. Zawsze roześmiana, w vintage sukienkach od marokańskich handlarzy, za 5€. Gdy tylko mnie widzą promienieją, krew zaczyna szybciej krążyć w ich starych żyłach. Widzę jak błyszczą im oczy.

To takie ulotne chwile, które w perspektywie tu i teraz, bycia ludzkim, znaczą bardzo wiele.

Siadam pomiędzy nimi i oglądamy razem te erotyczne albumy. Zabawne, zaskakujące, zmysłowe i kiczowate. Komentujemy, podziwiamy, śmiejemy się. Ileż w tym świeżości, ileż wyzwolonej energii. Jak przyjemnie, tak zwyczajnie i normalnie, pośmiać się i porozmawiać o seksie… Jakie to niezwykle połączenie. Ja – 30 letnia, coraz bardziej świadoma siebie, wciąż odkrywająca i poszukująca, i oni – 70 letni – już pogodzeni ze sobą, już uspokojeni, dostrzegający i doceniający ulotne piękno i nigdzie niespieszni. Odwiedzam ich, poświęcam im swój czas i uwagę, i wcale nie traktuję ich jak zasiedziałych staruszków. Oni naprawdę, na ten moment odżywają, erotyczne skojarzenia rozpalają ich wyobraźnię. I nic w tym wulgarnego czy niesmacznego. To klasyczny, filmowy wręcz, przykład przyjaźni młodej kobiety, świadomej swojej atrakcyjności, kochającej życie i ludzi i dwóch dojrzałych mężczyzn, którzy te właśnie cechy potrafią w niej zauważyć, docenić i zachwycić się nimi, a przez to znowu poczuć się młodo i dziko.

“Starsi panowie, starsi panowie, starsi panowie dwaj
Już szron na głowie, już nie to zdrowie, a w sercu ciągle maj…”

Zdj. Karolina Rosocka

Zdj. Karolina Rosocka


Dodaj komentarz

Olej z Myszy. Plastickowy

Piotr Kłosowicz (klosov)

Zdj. Piotr Kłosowicz (klosov)

Zdj. Piotr Kłosowicz (klosov)

Z tego co pamiętam, a pamięć mam nie najlepszą, to zespół Plastic People of the Universe wystąpił we Wrocławiu przynajmniej dwa razy. Byłem na obu koncertach.

Pierwszy odbywał się w bunkrach pod Wzgórzem Partyzantów, dawniej zwanym Wzgórzem Sakwowym, później Wzgórzem Liebicha (Liebich Höhe), a nawet Wzgórzem Miłości. Nie pamiętam, w którym roku był ten koncert, chyba w 1999? W tamtym czasie „wzgórze” było miejscem młodzieżowych schadzek i fajnych wydarzeń. Obecnie, to chyba filia muzeum historycznego? Czyli, nic się nie dzieje.

Wewnątrz było bardzo gorąco, duszno i parno. Tłumy ludności! Przepiękne panny z głębokimi dekoltami, w ludowych czeskich strojach rozdawały „jakieś” kanapki i ciasteczka. Już ich wcale nie potrzebowałem, chociaż były naprawdę pyszne! Ciasteczka i te panny! A tłumy były zachwycone tym poczęstunkiem. Nie sposób było się dostać nieco bliżej sceny. Nie tylko ja bawiłem się znakomicie.

Drugi koncert (który pamiętam) odbywał się w „Browarach” w ramach Festiwalu Wyszechradzkiego w październiku 2006 roku. Przyszło sporo dzieciaków na koncert Armii Budzyńskiego, jakby bez świadomości, co w muzyce, naprawdę rewolucjonizującej historię w naszej części Europy wcześniej się wydarzyło (sic!). Ja przyszedłem właśnie dla Plasticków.

PPU zagrali swoje historyczne numery. Brzmiące mrocznie i bez nadziei, ale było też parę nowych, mocno rockowych, a nawet rozrywkowych. Byłem zachwycony, że potrafią i pięknie dają radę. Ciekawe, że Panowie i Pani byli uśmiechnięci i zadowoleni ze swojego występu, chociaż nikt nie nosił za nich instrumentów, paczek i głośników. Na koniec pozwolili sobie na relaksacyjne piwo, chyba trochę czekając na jakąś reakcję. A tu nic.

Właśnie wtedy wykonałem po raz pierwszy swój „taniec z aparatem” (to mój termin i zastrzegam go sobie!). Biegałem po stołach, chciałem zwrócić uwagę i uzyskać trochę niezwykłych obrazów. Chyba się udało, chociaż zupełnie nie miałem wtedy pojęcia o robieniu zdjęć. Bracia Czesi okazali się cudownie pobłażliwi, a ja do dziś żałuję, że nie miałem odwagi, aby z nimi pogadać.

Wracając do niepamięci. Tego bandu już nigdy nie zobaczymy w całości, w składzie, którego też już nie-pamiętamy!

Zdj. Piotr Kłosowicz (klosov)

Zdj. Piotr Kłosowicz (klosov)

Zdj. Piotr Kłosowicz (klosov)

Zdj. Piotr Kłosowicz (klosov)

Zdj. Piotr Kłosowicz (klosov)

Zdj. Piotr Kłosowicz (klosov)

Zdj. Piotr Kłosowicz (klosov)

Zdj. Piotr Kłosowicz (klosov)

Zdj. Piotr Kłosowicz (klosov)

Zdj. Piotr Kłosowicz (klosov)

Zdj. Piotr Kłosowicz (klosov)

Zdj. Piotr Kłosowicz (klosov)