Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Piaskowy Chrystus. Mała trylogia śląska. Część 4

Wojtek Jaroń
(fragmenty)

Faust i Mefistofeles

Faust i Mefistofeles

Najgorsze było czekanie na moje aresztowanie przez cały rok. Nie wiedziałem jak się bronić, bo miałem patriotyczne poczucie winy. Walczyłem bardziej cieniem pamięci rodzinnej i prostych skojarzeń. Jak postawić się całemu systemowi? Pytałem się w majaczących snach. Jak dokonać wyboru, jeśli nie ma się wyboru? Nie wiedziałem, co i jak nastąpi, w jakiej formie, kiedy… Ze strachu wspinałem się po ścianach, latałem pod sufitem. Traciłem fizyczny ciężar. Miałem przed sobą prawie ten rok perfidnego czekania na aresztowanie i rok walki ze strachem. Klasyfikacja karna od pięciu lat do kary śmierci. Byłem gotów na najgorsze. Miałem przejebane. Czekanie na decyzję oficerów stanu wojennego. To trwało za długo.

Siadałem w nocy, na wiele godzin, obok socrealistycznej wersalki, plecami do zimnej ściany, w blokowej formacji ducha lat pięćdziesiątych, wtedy kiedy w tej okolicy postanowiono wybudować socjalistyczny raj. Nie ma litości dla tych, co się buntują. Muszę się sam wyzwolić! Uciec! Wstrzymywałem oddech do utraty przytomności. Pod powiekami pojawiały się czarne obrazy i czerwone koła. W końcu przewracałem się w półukłonie, zawsze modlitewnie. Odnajdowałem siebie siedzącego na skrzyżowanych nogach, w pozycji lokalnego kwiatu lotosu. Byłem zamknięty trójkątem ciała, siedziałem w kręgu wysypanym grubym, złotym piaskiem. Krąg otaczał mnie i mój cień. Pozwalałem sobie dotknąć koniuszkami palca złoto piachu. Dotykałem tak, jak wody się dotyka i nie dotyka jednocześnie. Piach był ciężki jak cholera, drobinki przylgnęły jednak do opuszka prawej ręki. Dotknąłem ust, kącika ust jakbym pytał. W kąciku zatrzymała się złota drobinka. Oczy miałem zamknięte i otwarte jednocześnie. Potem lewitowałem. Traciłem fizyczny ciężar, płynąłem z okna z czwartego piętra bloku w dół i w górę.

To było górnicze osiedle A w Tychach, niedaleko prastarej dziedziny moich pradziadków. Socjalistyczny blok rodem z końca lat pięćdziesiątych postawiono niedaleko od umarłego, górniczego stadionu. Krążyłem nad nimi. Potem przemieszczałem się na Glinkę pod lasem, pod domy przy starej parowozowni. To była moja ojczyzna. Nazywałem ją Atlantowo. Słowo pochodzi od Atlantydy, od kontynentu, który miał być w nas. Kontynent zniknął w nas, bo była wspólnota. Został mit. Zatrzymywałem się na chwilę nad ojczyzną moich dziadków.

Wtedy właśnie pojawiał się Cień! Na początku ten Cień najpierw był i nic więcej, potem zbliżał się i był uporczywy w swojej obecności. Przyciskał mnie do ściany socrealistycznego bloku. Siadał przy mnie. Z czasem zaczął ze mną rozmawiać! – Byłem zdumiony. Ktoś chciał rozmawiać ze mną o zdradzie stanu?

– O co ci chodzi! – Pytał mnie jak leżałem w półskłonie, modlitewnie.
– A ty, kto? – Zapytałem.
– Jestem Doktorem Los! – wiedziałem, to musi być Faust w jakimś przebraniu. – Oddechu nie pokonasz, nie zatrzymasz! – powiedział to do mnie zbyt gwałtownie, jakby bał się, że kiedyś wstrzymam akcję serca. Zdradził się. Zależało mu na rozmowie ze mną. On jakby wiedział, że to mój sposób na pokonanie kontroli systemu. To prawda. Jak będzie źle, tak, że nie wytrzymam, chciałem wstrzymać własne serce. To miała być ucieczka. Nie, nie zdradzałem mu, o co mi chodzi, ale on i tak wiedział!
– Chcę, żeby pamięć była niezależna od interpretacji władzy! – Powiedziałem najważniejszą dla mnie rzecz. Nie poruszałem ustami. Mój głos był niematerialny, był rodzajem światła. To była dziwna sytuacja. – Pamięć jest jedna! – powtórzyłem mimowolnie dwa razy. – To paradygmat.
– Chcesz niemożliwego! – odpowiedział Cień. – Pamięć jest kluczowa do oszukiwania tłumu! Pamięci ani Prawdy nie ma! To idea. To jest tylko cień, tak, jak ja jestem cieniem. Ha, ha, ha! Ha, ha, ha! Platooon! Plaaaaton i jaskinia! Znaliśmy się kiedyś dobrze. – Jego głos odbijał się ciemnym echem.

Nawet nie dosłyszałem całej odpowiedzi – prędko w myślach do niego krzyknąłem.

– Idea ducha, idea dobra. Każda szlachetna idea musi być zawsze ważniejsza w życiu, niż naukowy materializm! – Chcę zmienić świat na lepszy – dodałem fizycznym głosem, strumieniem powietrza.
– Jak udowodnisz, że świat totalitarny można kształtować i zmieniać poza moim cyrografem, to wygrasz! Spełnię te dwa życzenia, wygrasz ze mną swój Los.

Słyszałem wcześniej o Fauście z lektury i z opowieści. Baaa, nawet w przysiółku u moich dziadków krążyła opowieść o takim właśnie Doktorze Los. To klucz do historii Europy. Najpierw pojawiał się On, a później dopiero się stawało. On programował los zbiorowości. Nikt nie chciał słuchać. Faust znikał, pojawiał się, a ja traciłem coraz częściej oddech. Nie pozwalałem, aby serce przetaczało tlen. Zwalniałem serce oddechem, jego brakiem wstępowałem w stan świadomy, znaczy ponad życiem. To zazwyczaj był dobry moment do podjęcia rozmowy z moim Doktorem Los. Mogłem się z nim mierzyć. Pojawiał się na takie wezwanie. Jak go nie było, powtarzałem zapamiętane słowa. Dwa punkty. Dwa warunki, które obiecał mi spełnić.

– Niech będzie rodzaj pamięci uniwersalnej, która nie podlega manipulacji żadnej władzy! Pamięć Rachel i pamięć górników z Wujka nie może być zależna od interpretacji. – Powtarzałem to Faustowi ciągle. Zależało mi na Rachel. Ta dziewczyna z Auschwitz w pewnym sensie stała się moją narzeczoną. – Idea musi być ważniejsza w życiu niż prymitywna materia. – Dodawałem jeszcze, by nie stracić losowej okazji. – Co chcesz w zamian za co te dwa punkty z umowy?
– W zamian? Jak to co? Ceną zawsze jest dusza. – Uwielbiał tak zapytywać w takim momencie. Wiedział, że tracę przytomność, tracę rytm serca. Staję się niematerialny. Łapczywie zaczerpnąłem kęs powietrza. Przestałem mówić światłem.
– Nie mogę! Za duszę! Oszalałeś? – Krzyknąłem, ale zawahałem się… – I tak jestem przegrany! Stąd się już nie wydostanę! Jestem przecież skończony! Nie wydostanę się żywy z życia! Cena jednak wydaje się zbyt podejrzana – pomyślałem – to tak, jakby życie było literaturą, a literatura życiem.
– Nie! To za mało! – Nie ustępowałem.
– Masz aż dwa punkty. – Targował się ze mną. Świnia!
– Dobrze! Niech będzie. – Odpowiadałem w emocjach, namiętnie, młodzieńczo, naiwnie. On się śmiał. Ale ja byłem gotów położyć wszystko na jedną szalę.

Na początku postanowiłem udowodnić moją determinację bieganiem. To tak, jakby była ciągła rozmowa z Faustem na tym umarłym, górniczym stadionie przed świtem. Dla wyrównania sił między mną, a wyrokami Losu biegałem ze związanymi rękoma, nad ranem, na tym umarłym stadionie na górniczym osiedlu A w Tychach.

Budziło mnie przyrzeczenie Fausta zbyt wcześnie rano. Wstawałem po godzinie czwartej rano. Ojciec też wstawał. Pił herbatę, dodawał wolno łyżeczką owocowego dżemu, bo cukru nie było. Jechał trzydziesty czwarty rok tym samym pociągiem ze stacji Stare Tychy do Huty Baildon. Ojciec miał pociąg o piątej dziesięć, a ja miałem mój stadion o czwartej trzydzieści. On był ofiarą systemu i ja jego negacją. On 15 grudnia 1981 roku przeszedł przez szpaler ZOMO. Na plecy podłożył miedzianą blachę, ta nie sięgała na tyłek. Jego plecy były biało-czerwone. To był ostatni sztandar Ludowej i Robotniczej. Widziałem. Góra była biała, tyłek siny, a twarz Ojca szaro-sinawa. Dostałem ten kawał blachy ze strajku na hucie Baildon na wigilię 1981 roku. Chciałem się zemścić.

Biegałem. Biegałem na tym stadionie przed odjazdem pociągu mojego Ojca do pracy na hucie Baildon. Chciałem dokonać aktu walki z systemem, w imię tej herbaty wypijanej szybko i bez sensu.

Przeskakiwałem rankiem przez płot stadionu jak Indianin w ledwo dniejącej ciemności. Byłem tam Wodzem z Lotu nad Kukułczym Gniazdem, byłem Rafałem Wojaczkiem.

Szur, szur obok wiekowych dębów przemykałem. Biegnę głośno przez krzaki do bieżni. Gałęzie mnie łapią. Stadion dawno już umarł. Był niczyj, był mój. Pora była moja. Ludzie budzili się powoli, a ja już biegałem. Każda minuta tego czasu i losu była jeszcze wolna od stresu dnia. To była taka pora sącząca jeszcze ciepłem kaloryfera i robotniczą piżamą. Historia toczyła się dalej, jak robotnicza herbata bez cukru.

Wczesny czas świtania dnia. Stałem beznadziejnie sam, na tej bieżni na umarłym stadionie, za szpalerem starych dębów. Na nogach miałem ciężkie budowlane buciory. Utrudniałem sobie sprawy. Musi być ciężko. Dodatkowo wiązałem sobie ręce z tyłu, żeby nie było łatwo.

– Jak mnie będą gonić muszę być przygotowany!

To miała być jak najbardziej naturalna sceneria ucieczki skazanego za zdradę stanu komuny. Wybierałem stadionowy popiół i diament, tak, jak ludzie wstają na poranne pociągi do hut i do kopalni. Stawałem do biegu o trofeum Wodza z Kukułczego Gniazda Polski czasu osiem dwa i trzy. Po pogromie Solidarki podnosiliśmy się z uczuciem niemocy. Biegłem po trofeum wolności, że jest. Biegłem przeciw wszystkim systemom totalitarnym. Robiłem codziennie o świcie memoriał lekkoatletyczny w imię Solidarki, w imię jakiejś nieznanej dziewczyny z Auschwitz.

Reklamy


Dodaj komentarz

Wesołe miasteczko. Prawo

Włodek Małkowski

prawo na prawo
prawo na lewo
prawo dla ludzi
prawo dla zwierząt
prawo i brawo
brawo i bis
prawo to wszystko
a tobie nic

wybory


Dodaj komentarz

Wesołe miasteczko. Milczenie

Włodek Małkowski

Ileż to trzeba się nagadać sam do siebie, by nie było tak, jak po próżnicy, gdy do głupców gadasz.

W mieszkaniu, na ulicy, w środkach komunikacji miejskiej, a nawet czasem przez sen… skoro masz coś istotnego sobie do powiedzenia nie zwlekaj. Mów!

Abyś potem nie żałował, gdy przyjdzie chwila ciszy, a ty nie powiedziałeś, z takich czy innych powodów. Wtedy ci się nawet milczeć nie chce. Gdyż milczenie twoje, z bagażem tego niewypowiedzianego garbu, nie w pełni jest zasłużone.

Dawno temu mantrowałem godzinami w świątyni, a potem godzinami milczałem, ale i tak najpiękniejsze z milczeń było to, które przychodziło od tak sobie… jakby zawsze we mnie było.

Czasem w lesie, na meczu żużlowym, na przesłuchaniu u prokuratora lub egzaminie…

Kochani uwierzcie mi, że to było zawsze to samo milczenie, które odkryłem już w dzieciństwie.

Trudno mówić o takim milczeniu nawet do samego siebie.

Trudno o nim pisać, a czasem nawet nawet i milczeć, jeśli to nie jest To milczenie.

Marcin Kołpanowicz - Altum Silentium

Marcin Kołpanowicz – Altum Silentium