Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Wesołe miasteczko. Karawana idzie dalej

Włodek Małkowski

Wszyscy na wszystkich psy wieszają, a karawana idzie dalej…

Wesołe miasteczko. Karawana idzie dalej

Wesołe miasteczko. Karawana idzie dalej

Kiedy nauczycielka w pierwszej klasie szkoły podstawowej nie była w stanie zrozumieć, że to, co namazała na tablicy nie jest żadną literką O, tylko kółeczkiem, zorientowałem się, że czeka mnie ciężkie życie na tym padole łez, między tymi ciemniakami. Matka, kiedy zobaczyła mój dzienniczek też nic nie skumała. Jednak trzeba było trochę czasu nim zrozumiałem, by lepiej się nie odzywać. Tylko udając jełopa jest szansa na to, że dotrwam do chwili, gdy pojawią się mi podobni. Dość szybko uznałem, że w takiej sytuacji zdobywanie wykształcenia nie ma większego sensu, no, przecież nie można być aż tak drobiazgowo zakłamanym. Kiedy tylko miałem okazję rzucałem w każdą szkołę kamieniem, ale to szczegół, człowiek był młody to się musiał wyszumieć.

***

Obecnie fizycy kwantowi potwierdzają to, o czym wiedziałem będąc dzieckiem.

***

Dziś mam satysfakcję, że się nie myliłem. Mieszkam sobie na bagnach w ziemiance obok bajorka, szanują mnie zwierzęta, czasem im czytam wiersze, korzystam z wynalazku Tesli, by mieć zasilanie. Raz na jakiś czas wpada do mnie córka gajowego i tej nauczycielki, która ponoć ciągle się upiera, że jestem jedynym idiotą w okolicy.

***

Problem ze mną polega na tym, że jestem zbyt mądry, by uwierzyć, że ktoś może być tak głupi, by tego nie docenić.

***

Co tu się dzieje? Budzę się rano o 5 i dowiaduję się, że znowu mam jakieś długi. To co ja podczas snu tych długów narobiłem? Jak tak można od samego rana człowiekowi ciemnotę wciskać. A co mnie mogą obchodzić długi Grecji? A poza tym jakie długi? Przecież Niemcy jeszcze nawet za pierwszą wojnę długów swoich nie spłacili, a tym bardziej za drugą. I ci barbarzyńcy mają czelność mówić o jakiś długach? Samych Greków wymordowali trzy miliony. Czy wy nie widzicie, że to jest chore, że czas z nimi zrobić porządek, bo znów im się we łbach przewraca z dobrobytu. Zawsze im tylko grabież była w głowie i zniewalanie innych. Krzyżackie obyczaje, krzyżackie.

***

Fajnie by było, gdyby tak z boku strony tykał ten licznik długu Balcerowicza. Aby każdy miał wiedzę o stanie naszej gospodarki. Tymczasem posłowie domagają się dożywotnich pensji. Dobrze, że tylko tyle, a nie tytułów książęcych i nadania majątków ziemskich. No cóż, muszą mieć o sobie bardzo wysokie mniemanie, wprost proporcjonalne do stanu licznika. Panowie posłowie zwolnijcie w tym szaleństwie, bo pewnego dnia nie zmieścicie się na zakręcie i nie będzie co z was zbierać.

***

Komorowski podwyższył sobie emeryturę, inni przyznali sobie odprawy i nagrody. A ty, co zrobiłeś dla ojczyzny?

***

Stowarzyszenie przyzwoitości powiadamia wszystkich chujomości oburzonych tym, że nie będą mogli już kraść, że nie ma nic przeciwko ich emigracji, jeśli wpierw oddadzą pieniądze za las.

***

W związku z tym, że coraz więcej osób traci pracę rośnie zapotrzebowanie na specjalistów, którzy wytłumaczą społeczeństwu jak żyć inaczej.

***

Ludzie często mędrkują szydząc z tych, co głoszą, że wszystkiemu są winni ONI. Próbują nam powiedzieć – skłamać perfidnie – że żadnych ONYCH nie ma. A przecież już rozgarnięte dziecko wie, że Oni to łachudry, które chcą mu coś zabrać – jego zabawkę, kanapkę w szkole. W każdym bloku mieszkalnym w dużym mieście, wiosce i miasteczku są tacy ONI, chcący żyć na czyjś koszt. Dla takich ONYCH – nygusów każde twoje oburzenie to mowa nienawiści lub teoria spiskowa. Tobie się nie należy nic, im wszystko… Czas wywieść ich wszystkich na wysypisko śmieci bez prawa do recyklingu.

***

Największa teoria spiskowa to spis powszechny!

***

Najpierw wszystkich aresztujemy, potem wszystkich rozstrzelamy, a na końcu, gdy okaże się, że zostaliśmy sami, zapytamy o to, kto nas zdradził?

***

Piszą, że grozi nam nieczytanie. Wprowadzono nawet ulgowe bilety na komunikacje miejską dla czytających w podróży. Trzeba by było jeszcze zatrudnić grupę filologów współpracujących z kanarami, by wyłapać tych, co udają, że czytają. Kilka pytań znawcy literatury wystarczy, by gapowicza przydybać. Mogłyby nawet być biblioteczki na końcu wagonu. Oj, ruszyłoby z kopyta czytelnictwo i pisarstwo!

***

Śniło mi się, że naukowcy amerykańscy odkryli nieznany wirus odpowiedzialny za kłamstwo. Fundacja Rockefellera przeznaczyła pokaźną sumę pieniędzy na opracowanie odpowiedniej szczepionki, co bardzo poruszyło ubogie środowiska żyjące w prawdzie.

***

Podobno budują gdzieś człowieka napędzanego miłością. „Miłość jest najważniejsza” – tak powiedział Lenin wypowiadając się na temat roli filmu w sztuce. Powstały już nawet banki miłości sponsorujące ten projekt i udzielające kredytów na procent. Dorzucili do kosztów co prawda dwie wojny i wybuchy atomowe, ale co tam – miłość jest najważniejsza!

***

Podobno szatan grasuje po necie, po wszystkich grupach i stronach, a admini nie reagują…

***

Siedzę sobie na kanapie, w internecie laski łapię, kliknę czasem lub postukam, jestem Stefek Burczymucha!

***

Tęcze, obręcze, poręcze. Jak to dobrze, że w końcu na tyle dojrzałem, że się głupotami nie dręczę. Pewna dziewczyna napisała mi na czacie, że wróci za pół godziny, bo jedzie do dziadka. Poprosiłem ją, by była dla dziadka miła, gdyż żyjemy już w takich czasach, że na starość też może być dziadkiem.

***

Miałem w młodości tylko dwie kobiety poezję francuską i rosyjską dziś mam tylko ciebie poezjo POLSKO.

***

Wreszcie przydzielono mi lektora i zaczynam rozumieć to, co mówię.

***

Takie mam przesłanie od króla Salomona. Dupa Jasiu, Jasiu dupa, Andrzej Duda, banda UPA.

***

Powiadają, że każdy w życiu ma swoje pięć minut. Tak, to prawda, która nikogo nie omija od prostaczka po geniusza. W młodości intuicyjnie odwracałem się od takich okazji, nie do końca rozumiejąc czemu to robię. Dziś z satysfakcją patrzę na te moje niewykorzystane chwile. Cóż 5 minut to tylko łajdactwo dobre dla tchórzy. Ja biorę wszystko!

Reklamy


1 komentarz

Proste historie. Mój kolega islamista

Jarosław Kapsa

Łyżka

Mówcie sobie co chcecie, a ja dumny jestem i zaszczycony, że w młodości mogłem zakolegować się z islamistą. Ataullah Bogdan Kopański był postacią wyjątkową, a rozmowy z nim wpłynęły istotnie na ułożenie moich klepek mózgowych.

Było bowiem tak: w początkach 1982 r., ośrodek internowania, pawilon więzienny w Zabrzu-Zaborze, pękał w szwach; trzeba było funkcjonować na dwie zmiany (jedni spali, inni gadali; potem zmiana). Jedynym cichym punktem była prowizoryczna kaplica, urządzona w pakamerze. Ale i to miejsce było trudno osiągalne, bo okupowało je dwóch neofitów. Czesiek Świerczyński świeżo się nawrócił na katolicyzm i przez to czuł się w obowiązku modlić trzy razy dziennie; Bogdan, jako neofita muzułmański musiał to robić razy pięć. Ambicje Cześka, by nie odpuścić muzułmanom, spowodowały podniesienie ilości jego modlitw do sześciu dziennie… Tym samym z braku miejsca przyszło mi pozostać religijnym abnegatem, przez wrodzony konformizm zaprzyjaźnionym z jednym i drugim neofitą.

Bogdan trafił do Zaborza w glorii autora „Traktatu o łyżce”. Po 13 grudnia na Górnym Śląsku internowano wszystko, co na drzewo nie uciekało (chyba co czwarty internowany w PRL był Ślązakiem); zatem nawet obszerne cele tamtejszych aresztów pękały w szwach. Siedział więc Bogdan w gronie 12 ludków, w czteroosobowej celce aresztu w nowym budynku WUSW. Nadzorcą był mikrego wzrostu klawisz o piskliwym głosiku, wyraźnie odczuwający kompleksy. W porze obiadowej rozdał podopiecznym po misce bryji, dorzucając do tego 1 łyżkę. Jak na apostolski skład osadzonych, ograniczona do jedności ilość sztućców budziła pewien dyskomfort; zgaszony uwagą klawisza: „ynteligencia, a bez lyzky sobie nie radzi”. Skandal zrodził się po posiłku; w tajemniczy sposób owa deficytowa łyżka zniknęła. Klawisz zmuszony był zadać fundamentalne pytanie: „kto zajebał lyske”… Nie doczekawszy się satysfakcjonującej, ustnej odpowiedzi, przyniósł dla każdego kartkę papieru i ogryzek ołówka, wnosząc o pisemne wyjaśnienie postawionego powyżej problemu. I tak na zebranych od kolegów 13 kartkach powstał autorstwa Bogdana Kopańskiego spisany maczkiem „Traktat o łyżce”. Było w nim możliwie wszystko: etymologia słowa łyżka, hipoteza o udziale Fenicjan w jej tworzeniu, krótkie omówienie doktryn filozoficznych i religijnych stojących na straży własności prywatnej łyżek… Brakowało tylko jednego: ostatecznej tezy wyjaśniającej kto, konkretnie, łyżkę zajebał… Za tenże mankament wynagrodzono autora krótkim lecz treściwym spałowaniem, a ogół komentarzem: „ynteligencia, tera bendzie żryć bez lyski”.

Na tle wszelkich cierpień ludzkości w XX w., konsumpcja bez łyżki była sankcją możliwą do zniesienia; Bogdan zaś w oczach wszystkich osadzonych awansował do rangi błyskotliwego intelektualisty.

Zanim doktor nauk humanistycznych Uniwersytetu Śląskiego stał się Ataullahem, modlącym się na przemian z Cześkiem, w ekumenicznej kapliczce (dawnym schowku na szczotki), Kopański był rodowitym Ślązakiem, rzekłbym hanysem. Jego droga do nawrócenia prowadziła przez młodzieńcze lewactwo, gdy jako nastolatek z wypiekami czytał o walce ludu Algierii i Wietnamu z imperialistami. Ku własnej szkodzie, nie ograniczył się do wysyłania listów z żądaniem uwolnienia seksownej komunistki Angeli Davis; ale o skłonności imperialistyczne posądził także pana Gomułkę, co zmieniło się w nieprzyjemność przesiedzenia kilku miesięcy w gorącym roku 1968 r. Resocjalizacja nie okazała się w jego wypadku całkowicie udana; choć nadal pozostawał prosocjalistycznym lewakiem. W połowie lat 70-tych poznał młodą gniewną studentkę z Palestyny Mariam, a ta siłą swych argumentów (wspartą prezentacją kałaszy na przejecie weselnych przez ród Rahmanów), przyspieszyła proces nawrócenia Bogdana.

Mariam miałem przyjemność poznać w internie na sali widzeń, gdy czekała tam na męża. W trakcie takiego gadu-gadu towarzyskiego, nieopatrznie wspomniałem o ograniczonym prawie kobiet arabskich. „Tak” – wrzasnęła Mariam – „Jak u was wylądowałam na Okęciu, pierwsze co widziałam to kobietę pracującą w toalecie. Na takie upokorzenie nie zgodziłaby się żadna Palestynka. Kto więc będzie mnie tu uczył o prawach kobiet… ”. Z pokorą i z ciekawością musiałem się zgodzić i wysłuchać potem wykładów Bogdana o prawach majątkowych kobiet w kulturze islamu. Z Miriam zresztą nikt nie odważył się zadzierać. Pilnujący podczas widzeń klawisz śmiał jej zwrócić uwagę, by z mężem nie rozmawiała po angielsku, bo mają problemy z podsłuchiwaniem. W zamian usłyszał, że angielski jest zrozumiały dla wszystkich ludzi i nie do uwierzenia by Jaruzelski na strażników więziennych kierował ruskie tłuki i niemoty…

Znałem islam wcześniej, tak jak i nasza większość narodowa, z lektur Sienkiewicza. Rozmowy z Kopańskim były jak wlewanie oleju do głowy. Pracował w tamtych czasach nad tematem nazwanym „holocaust Tatarów krymskich”, od niego więc dowiadywałem się o unikalnej kulturze potomków Tuhaj-beja i jej zagładzie, gdy dwukrotnie w XX w doszło na Krymie do ludobójstwa (w 1920 r i w 1944 r). Inaczej zacząłem postrzegać wojnę w Afganistanie, gdy poznałem podsuniętą przez Bogdana, powieść J.Kessela „Jeźdźcy”. Rodzinne opowieści Kopańskiego o Rahmanach, jego teściach i szwagrach, otworzyły mi oczy na los Palestyńczyków w Izraelu, Syrii, Jordanii, Libanie…

Nienawiść jest dzieckiem strachu, strach synem niewiedzy. Gdy się widzi nie mity, nie dogmaty religijne, nie tezy geopolityczne, lecz zwykłych ludzi, ich dramaty, ich marzenia, ich radość i cierpienie, inaczej się widzi cały świat. Przez tych kilka miesięcy wspólnej odsiadki Bogdan Kopański dał mi rzecz wyjątkową. Dzięki niemu nie mogę, psychicznie i fizycznie, znienawidzić muzułmanów. Nie mogę… bo nie widzę ich jako anonimowej, jednolitej masy, ale jak szereg indywidualnych jednostek: jedynych dobrych, innych złych… Każdy z nich jest podobny do mnie; każdy ma prawo do tego, do czego i ja chcę mieć: prawo wyboru własnej drogi w poszukiwaniu szczęścia.

Bogdan Kopański po internie wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Kontaktów nie utrzymywaliśmy. Został cenionym profesorem, autorem mądrych książek. Wykładał nauki polityczne m.in. w pakistańskim Islamabadzie i na uniwersytecie w Malezji. Nie wiem jak dzisiaj postrzega problemy świata, jakimi słowami mówi o dramacie wojen w Syrii, Iraku czy Afganistanie. Na znalezionym w internecie zdjęciu przypomina taliba. Ale i tak go lubię.

Innym naszym kolegą z obozu internowanych był Antoni Macierewicz. Bliźniaczo brzmiały opowieści Antka i Bogdana. Zanim Antoni stał się łupkowskim mesjanistą, paradującym po obozie z „Księgami Pielgrzymstwa” pod pachą, w młodości uczył się języka keczua, by zrozumieć sens walki peruwiańskich Indian z imperialistami amerykańskimi.

Byłoby gorzką kpiną z naszych życiorysów, gdyby wysyłane przez Ministra ON Macierewicza bomby zabiły dzieci lub wnuki Kopańskiego. Tak jak i tragiczną drwiną byłoby, gdyby wnuki Bogdana zabiły w terrorystycznym ataku nasze wnuki.

Z nostalgią więc wspominam świat, gdy zamknięci w więzieniu byliśmy wolnymi ludźmi, którzy nie musieli głowy sobie zaprzątać takimi wizjami.


Dodaj komentarz

Zapiski dinozaura. Piekło jest puste, a wszystkie demony są tutaj

Włodzimierz Zylbertal

Ilustracja: Sztuczne Fiołki

Ilustracja: Sztuczne Fiołki

Bardzo to dziwne: Nawet, jeśli istnieje tajna mafia kontrolująca świat, i mamy podejrzenia, że dowodzą nią ludzie znani z imienia i nazwiska, np. Rotschild albo Soros, to w powszechnej świadomości winni są wszyscy, którzy z owymi panami cokolwiek mają wspólnego, np. wszyscy bez wyjątku Żydzi, tylko dlatego, że mają nieszczęście być rodakami panów Rotschilda i Sorosa…

Genialne! Gdybym był Rotschildem albo Sorosem, i rzeczywiście dowodziłbym najtajniejszą i najpodlejszą mafią w dziejach świata – sam bym tego lepiej nie wymyślił. Bo np. ktoś nabrał kredytów jak dziad w torbę i nie umie ich spłacić – winny Żyd! Kto inny za grosze oddał jakiemuś sprytnemu chciwcowi spory majątek, o który sam nie umiał zadbać, żeby dochody przynosił – winny żyd! jeszcze kto inny dał się zwyczajnie przekupić i za wcale przyzwoite pieniądze z zapałem kołczuje i czelendżuje, czyli robi za współczesnego nadzorcę niewolników – winny żyd! I wcale nie Rotschild albo Soros (bo im człowiek przekredytowany, czy kupiony może tylko nagwizdać), tylko mieszkający w sąsiedztwie „oburzonego” Abramek, czy czy inny Mosiek – jego można łatwo dosięgnąć, mordę mu obić, wyobrażając sobie przy okazji, że Sorosowi się ja obija. Kredyt i bieda zostają nietknięte… I jak zawodowi macherzy od nienawiści rozpętają kolejną akcję „bij żyda!”, to oberwą Abramek, czy Mosiek… a Soros z Rotschildem tylko rączki swe tłuste, krzywdą ludzką upasione, zatrą z wszawego zadowolenia. Kosztem Bogu ducha winnego Abramka, czy Mośka, ocalą swoją mafijną skórę i swoją wszawą kasę. I jeszcze będą się cieszyć, jakich to pożytecznych mają idiotów na swoje usługi.

Rozwiązanie godne Człowieka to byłaby rzetelna analiza procesów, które doprowadziły do tego, że się Soros z Rotschildem (jeśli to rzeczywiście oni) tak rozwielmożnili – i praca nad takim urządzeniem świata, żeby do powtórki tej opłakanej sytuacji nie dopuścić. Sądzę, ze najbardziej taką pracą zainteresowani byliby… a jakże, Mosiek i Abramek, bo to w imię ich najżywotniejszych interesów by było. Ale czarno ja to widzę, bo chwilowo sianie nienawiści jest nierównie prostsze od myślenia i budowania.

Tak zatem jeszcze przez jakiś czas w cieniu Rotschilda, czy Sorosa, Wielkich Szatanów – swoje wszawe interesiki będą załatwiać małe gnidy wszelkich nacji, jakich zawsze trochę się znajdzie, a jak się taką gnidę złapie, to ona głośno krzyczy, że „to nie ja, to żydy wszawe!” – i wskaże Abramka albo Mośka… Potem zapewne pomodli się w kościele za cud swego ocalenia. I tą oto metodą, w kościele, ponoć wybaczającym i pełnym łaski, utwierdzi.., najprymitywniejsze żydostwo świata, takie, które nakazuje do siódmego pokolenia karać synów za grzechy ojców. Że tą metodą utwierdza znienawidzone Sorosy i Rotschildy – nie skojarzy, biedaczek…

Wszyscy jesteśmy Żydami?