Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Piaskowy Chrystus. Mała trylogia śląska. Część 6

Wojtek Jaroń
(fragmenty)

kucharze

Podłoga była z wytartych, grubych desek sosnowych. Po szorowaniu unosił się w celi zapach lasu pszczyńskiego, znaczy lasu ze śląskiego Atlantowa, kontynentu, który dawno zginął w nas.

Po lekturze książki o tytule „Der Faust” przeczuwałem Europę i jej los. Faust był przepowiednią historii mojego świata. W odpowiedzi pisałem własny faustowski pamiętnik Europy. Zrozumiałem, że wszystko, co wokół się działo, było wymyślonym mitem wolności lub jej braku.

– Pamięć jest jedna, a pamięć Rachel będzie niezależna! – Powtórzyłem mimowolnie dwa razy.

To mój dyskurs z Faustem oraz zakład z losem o Europę we mnie. Stan wojenny, paragraf zdrady stanu, amnestia, obiektywizm historii i zbrodni. To zostało wcześniej zapisane poprzez wielkie dzieła, decydowało teraz o naszym losie. Spełniało się. Chciałem temu zapobiec. Chciałem być poza losem. Pisałem antytezy historii świata, jakbym chciał ostrzec przyszłość. Moje życie stało się dzięki zrozumieniu symbolu Losu bardziej dopełnione. Wystarczyło mi odkryć mój prywatny mit mojej własnej drogi, abym się uwolnił od zakładu z Faustem i wygrał.

W dzień nie mogłem pod powiekami biegać po umarłym, górniczym stadionie. W zamian za to bieganie pisałem pamiętnik mojej drogi i mozolnie odkrywałem. Na wszelki wypadek, i tak, aby sprawy losowe działy się normalnie pamiętnik zacząłem datować trzydzieści lat w przyszłość. Chciałem dać sobie szansę, by przegonić czas. Pierwszy zapis wypadał na 28 czerwca 2018 roku. 28 dzień więzienia, a właściwie to jest 28 noc. W rzeczywistości był 28 czerwca 1983 roku. Nazwałem całość „Pamiętnik nocny pisany w więzieniu, kiedy wstrzymywałem oddech, aby móc się zabić zatrzymanym biciem serca. Chodzi mi wolność.” Antydatowałem mój los i byłem, jakby oraklem. Miałem nadzieję, że tym antydatowaniem zapisów dam sobie czas na zrozumienie własnej drogi oraz istoty mitu w losie człowieka.

– Rok 1983 na rok 2018! – niezły numer.
– Trzydzieści lat, to tyle czasu, może zdążę?

Nie miałem pojęcia, dlaczego i po co, ale słowo we mnie było i słowo się stawało. Spisywałem je. Chciałem coś ustalić w tej pustce? Dokonałem zapisania tego stanu.

Pierwszy zapis. 28 czerwca 2018 roku (według mojego kalendarza). Pamiętnik jest nocny pisany we własnym, wewnętrznym więzieniu. Tworzę sobie drugie więzienie, aby zwyciężyć strach przed tym pierwszym. Przesunięciem daty oszukuję świat. Z racji ważności dręczących mnie kwestii przesuwam rok 1983 na rok 2018.

Mistrzu znalazłem się pomiędzy światami, wiem, że muszę z Tobą rozmawiać, inaczej zniszczy mnie moja droga. Jestem zamknięty za murem. Boli mnie kolor cegieł mojego więzienia. Jest jak smak rozdartej wikliny w ustach. Pozwól mi oddychać. Jestem tutaj by odkryć twoją i swoją tajemnicę. Oddychanie w więzieniu jest jedyną wolnością. Możemy spotkać się oddechem w różnych przestrzeniach nocy. Zabić się wstrzymaniem akcji serca, to jedyna wolność tutaj. Pozwól proszę, bym zaistniał. Nie wiedziałem, że ten, co mozolnie szuka, sam poprzez to poszukiwanie takim Mistrzem się staje.

Wiem, to było dziecinne i głupie, to zapisywanie, to zatrzymywanie serca wstrzymanym oddechem, to wyzwanie i mój antytotalitarny gigant wraz z Kolumbem i z Faustem po starej drodze mateczki Europy. Choć sądziłem, że nie przeżyję tej wyprawy, los mi trochę pomagał. W pewnym sensie byłem na śladzie tajemnicy. Znaczy pomagał mi Grzesiu spod celi.

To był jeden z gości pod celą. On był gruby, prymitywny, roześmiany i bardzo uprzejmy.

– Bandyta! – Krzyknąłem zdziwiony pierwszy raz.
– Taaak. Tak jakoś wypadło – Odpowiedział nieśmiało.

Miał na imię Grzesiu i siedział za ciężkie pobicia z użyciem ostrych narzędzi i pałek. Czuł się dobrze w kryminale, nawet lepiej niż na wolności. To był ciepły człowiek. On stał się moim ochroniarzem za porcję czwartkowej, nabrzmiałej wygotowaniem kiełbasy. Dzieliliśmy się paczkami z widzeń. On miał wyłączność, ja miałem wieczność poczucia bezpieczeństwa. Taka była umowa. Więzień Grzesiu nazwał mnie Kolumb Joga.

– Kolumb Joga!
– Kolumb Joga!

Jedni wołali Kolumbem inni zaś Cybulskim. To z racji moich kwadratowych, przyciemnionych okularów. Częściej wołali za mną po korytarzach Kolumb Joga.

– Co tam u ciebie, Kolumb Joga? -Ja się półgębkiem uśmiechałem. Nie chciałem reklamy.

Przezwisko przyjęło się w całym areszcie. Sława się zemściła. Chciano, abym pracował w więziennej kuchni. To jedna z rzeczy, do której się nie nadaję. Ja opowiadam świat, ja nie gotuję go w garach. Wyczytali w moich aktach, że byłem po gastronomiku. Kazali iść do kuchni, poszedłem. Obiecali wypiskę, znaczy jedzenie na bony i ze sklepiku. Czas w pracy leci szybko. Grzesiu też się zgłosił jako tajny ochroniarz. On był na kartoflach, a ja w kuchni przy kotłach. Oddzielała nas gruba ściana obieralni kartofli. Dostaliśmy też inne cele.

Kuchnia więzienna to wielki przywilej. Taki nagły dostęp do jedzenia tworzy korupcję, łamie duszę. Jedzeniem ustawiało się strażników oraz cały areszt. Tam w kuchni pracowały największe chuje – do tego z najgorszych paragrafów. Kolizja między nami była zaprogramowana. Wszyscy byli złodziejami, jak tu upilnować takiego złodzieja. Kostki tłuszczu i mięsa wyławiano z zupy zaraz po ich zatopieniu kotle. Znałem schemat z Auschwitz. Oczytany byłem. Jedzenie było lokalnym pieniądzem. Można było je odsprzedać za różne skarby: mały telewizor, radio, parę paczek herbaty albo trzy paczki szlugów. Za pracę w kuchni księgowane były drobne pieniądze na więziennym koncie. Była praca i był ZUS, bony towarowe zamieniano w aresztanckim sklepiku.

Moja praca była wczesna, bo o 3.30 rano. Zero, zero. Ona niszczyła mój rytm trenowania śląskiej jogi. Pierwszą zupą mojego pierwszego dnia służby miał być krupnik – czyli zupa wszystko. Nie gotowałem jej jednak długo.

Było ich dwóch na kuchni. Jeden – ryży, duży i dwulicowy. On siedział za fałszowanie dokumentów. Drugi sprytny, uprzejmy, podobny do fryzjera. On siedział za okradanie starszych kobiet. Wzbudzał zaufanie. Ponadto, dodatkowo obaj i tak wyglądali na paragraf od fałszerstw. Pech chciał, paragraf mojego aktu oskarżenia z dekretu o stanie wojennym – paragraf 241, był identyczny w brzmieniu, co ich paragraf 241, no z normalnego kodeksu karnego. Oni znali kodeks i myśleli, że ja też fałszerz i że będzie ugoda. Zaczęli do mnie nawijać, że wafel, że jaranie, że wędzonka, że chabeta, że gicio. Oni kręcili się. W końcu ukradli jedyne mięso, jakie nam wydano na dzisiejszy obiad. To był perfidny fortel! Miało rozmrażać się w kotle. Szukam go jak zgubionego portfela. Rozpacz. Nie ma, będzie na mnie. Widzę strużkę osocza na kafelkach podłogi. Jest różowa i prowadzi przez posadzkę kuchenną w stronę obieralni kartofli. Gonię mięso wzrokiem. Widzę cienie, jest Ryży, przemyka do obieralni obok maszyny do mielenia mięsa. Skaczę przez kotły parowe. Łapię po drodze ciężką chochlę i walę na oślep. Chochla duża jak człowiek. Złapałem Ryżego tą chochlą. Przewrócił się na posadzkę, mięso miał schowane pod pasiakiem. Trzymam go rozpaczliwie chochlą i mówię, cedzę – przez zęby:

– kurwaaa, kuuurwaaa, dawaj!

On oszołomiony upadkiem charczy. Ja charczę też, aby go przerazić bardziej. W moim głosie jest groźba umierania w imię nieskończonej sprawy. Pomogła trochę. Schyliłem się. Szarpnąłem go. Guziki poszły, ale mięso nie. Mięso zamrożone, a on blady i piegowatoryży na twarzy. Ryży był cały w piegi i blizny. (Przypomniałem sobie ryżego Hanka z domu moich dziadków. On mnie też prześladował. Hanek nie chciał nas wpuścić do ogrodu do czerwcowych papierówek. Nadszedł czas zemsty.) Jeszcze jeden ruch chochlą do gardła i mięso spod pasiaka zostało oddane. Ryży leży ślisko na kafelkach podłogi, a guziki pasiaka poszły w obecności świadków. Zniewaga jest wielka. Złodziej stracił honor.

Zleciało się więźniów. Radzą.

– Do roboty, do roboty – wołają- Klawisz przyjdzie! Obiad musi być! Pokój! Pokój!

Dwóch strażników nic się nie dowiedziało. Dzień więzienny mija, wszystko jest jak w zegarku, szybko. Mija południe.

Potem zaczęły się potrącania takie i prztyczki. Prym wiódł ten z wąsikiem jak fryzjer. Psia mać, fryzia solidarność. Bez solidarności nie ma w Polsce przyszłości, nawet w mojej kuchni aresztanckiej. Przed obiadem na pięterku kroi się chleb na maszynie. Kromki wrzucać trzeba przez blaszaną rurę do podajnika – na kosze. Kroję chleb na maszynie do obiadu. Sto pięćdziesiąt bochnów chleba. Ryży jest na dole i grozi mi pięścią. Nie bałem się ich. Ja byłem paragraf moralny, oni kryminalni. Faust byłby skomentował – tylko głupi czuje się silny w tak przeklętych miejscach, ale ja nie. Ja byłem zmęczony oraz historycznie nieuważny. Siedzę i kroję chleby. Ogarnęło mnie dziwne uczucie, nie wiem, dlaczego. To był taki głupi moment. Nagle napięcie całego aresztanckiego miesiąca spędzonego w puszce pędzącego czasu zeszło ze mnie. Zapomniałem na chwilę o Ryżym, o Fryzjerze. Miałem wizję. Nad niebotycznym stosem kromek chleba zobaczyłem moją dziewczynę z Auschwitz. Szarogołębiowa Rachelka była cała w sepiach. Z profilu podobna do mojej matki Heleny, gdy ta miała lat osiemnaście. Moja Rachelka unosiła się jak anioł nad kwaśno-czerstwym chlebem i kiwała do mnie.

– Chodź Wojtek, chodź Wojtele z Atlantowa, chodź do mnie! – krzyczy

Wojtek co ty wyrabiasz?! Z nimi nigdy nie wygrasz! To system! Kurwa, nie mogę! Co ja robię w tej kuchni jebanej – myślę sobie. Płaczę nagle w te kromki, niepomny, że Ryży wchodził do mnie po schodkach. On był piętro niżej. Ja byłem zatopiony w dziwnym i czasoprzestrzennym faksie z wyobrażonej wizji nad…

Nie wiem, dlaczego tak się stało.

Rachelka z kromkami chleba była tak podobna do mojej matki Heleny z ostatniego więziennego widzenia. Miała twarz w przeraźliwie łagodnych liniach. Rozryczałem się ze wzruszenia nad delikatnością jej twarzy i nad przejebaniem nad kromkami chleba.

Co to zjawa? Może to mój anioł stróż? Umarła mniej niż czterdzieści lat temu w Auschwitz!

– Nie wygłupiaj się Rachel – Mamroczę do siebie. – Zostało z ciebie jedynie zdjęcie, na wystawie w baraku numer X! Nie możesz być czymś realnym!

Rachel unosiła się tak nade mną w dziwnym, ponadczasowym, duchowym tańcu. Była nade mną i nad stosem świeżo ukrojonych więziennych pajdek.

– Wojtele! Wojtele! – Usłyszałem. – Wojtele trzeba walczyć o sprawę! Ty paragraf moralny, a oni kryminalni. Ryży jest na schodkach! Skrada się! Wojtele strzeż się.

Rachel jednoznacznie ostrzegała mnie. Nie miałem czasu na spekulacje. Ja śląski Kolumb, Joga, gastronomiczny Zaratustra, Zbyszek Cybulski z osiedla A, kumpel Bulika Ciulika, Jasia Kiety, Dżidżego, co bramki strzelał pupą wziąłem się w garść. Podniosłem duży kosz. Było chyba z pięćset kromek więziennego chleba. Zaświtało tekstem – czarny chleb i czarna kawa, opętani samotnością – i jebnąłem koszem w dół na schodki. No w Ryżego. Ja walnąłem w niego tym koszem. Mój oświęcimski pacyfizm przemienił się w czyn. Ryży wylądował na dole i nakrył się nogami. Wpadła mu do gęby piętka razowego chleba i zaczął się dławić. Fryzjer leci, bo chciał mu doskoczyć z pomocą. Leci do mnie na piętro. Nie zdążył. Byłem wyżej, byłem przegrany. Ale nie! Może jest nadzieja!

– Nigdy się nie poddawaj! – Woła jakiś głos. Ramiona oparłem o poręcze, rozhuśtałem korpus jak na umarłym górniczym stadionie w mieście ABC. Wzorem starego Zemana z Soblówki spod beskidzkiego Gronia, wypłaciłem Fryzjerowi kopa prosto w ryja. But więzienny zleciał mi z nogi, odbił się od szczęki Fryzjera i się rozleciał. Fryzjer nakrył się pod schodkami eleganckim, chlorowanym pasiakiem. Ktoś krzyczy

– Napad, napad, bijcie na alarm! – To mój głos. – Biją mnie! – Wołam.

Wpada mój Grzesiu poczciwy ochroniarz, ze skrobakiem do kartofli w dłoni i syczy:

– Komu kurwa, komu tu jeszcze dojebać.

Strażnik leci, ja krzyczę, tamci lecą. Tamci się nie skarżą, bo mięso ukradli. Tamci milczą nagle, bo może być raport karny. Izolatka czeka nas wszystkich, jak zaczniemy gadać. Ja wiem, że nie ma powrotu do kuchni. Czeka mnie prędzej lub później żyletka albo wyostrzona łyżka na gardle. Strażnik wygładza sprawę, tak, jakby miał swój udział w tym mięsie.

Dzięki mojej Rachel byłem w kuchni Wodzem Lotu nad Kukułczym Gniazdem Naszej Niepodległej i Jedynej.

Wracamy po pracy. Cela numer 44 jest dwunastoosobowa i każdy ma pryczę. Nikt nie śpi na podłodze. Wszyscy więźniowie to element pracujący i resocjalizowany. Ja też byłem resocjalizowany z faustowskiej gorączki. Następnego dnia Klawisze przychodzą wcześnie rano.

Jest godzina przed 3.00 nad ranem. Otworzyli z metalicznym szczękiem drzwi do celi – klik, klak, klak. Nie spałem.

– Więźniowie do pracy, raport – zabrzmiało.

Należało odpowiadać jak padnie nazwisko – jest gotów. Odpowiadali po kolei z celi

– Zawiszak?
– Idzie, jest gotów!
– Kowalik
– Idzie, jest gotów.
– Wojtek Cipa z Atlantowa
– Nie idzie, odmowa pracy! – słyszę swój głos. -Więzień Cipa Atlantowski, odmowa pracy – mówię ponownie. – Nie idę! – Odmawiam pracy.

Odwracam się plecami do ściany i czekam na cios. To był szczyt, najpierw odmówiłem strzelania do górników, a teraz odmawiam daru więziennej pracy. Boję się zemsty. Wiem, że Ryży i Fryzjer są przygotowani na zemstę stulecia. Jak pójdę tam dzisiaj rano, wpierdolą mnie do kotła z zupą i sparzą wodą jak świnię po szlachtowaniu. Albo przypadkiem zrani mnie jakaś maszyna. Mówię „nie” wobec przywileju bycia resocjalizowanym pracą. Odwracam się, chcę spać, jest 3.30 rano. Jestem roztrzęsiony. To bunt. Jak odmowa to Klawisz wypisuje kwit karny, lecisz automatem. Jak się ktoś dostanie na jego formularz to koniec.

Reklamy


1 komentarz

Formy Zamętu. Chwasty polskie

Maciej Chwistek

Czytając przez lata przeróżne historie, a i obserwując życie, dziwię się sprzeczkom na temat dawnych (a i współczesnych) bohaterów wojennych…

Na przykładzie świętych, którzy nieraz byli bezmyślnymi hedonistami a nawet zbrodniarzami, ale w pewnym momencie następowała w nich pozytywna przemiana, powinniśmy zaakceptować łatwo fakt, że i w drugą stronę ludzie się zmieniają. Szczególnie w czasach wojny, i po, gdy nawykli zabijać i być panami życia i śmierci, czują się bohaterami.

Politycy koniecznie chcą uogólniać czyjeś życie i tylko dlatego, że mają w tym swój interes.

1234567891011121315

 

 


Dodaj komentarz

Wesołe miasteczko. Henryk

Włodek Małkowski
(tekst inspirowany piosenką Nicka Cave’a i P.J. Harvey „Litlle Henry Lee”)

znużony już od rana
a tu się jeszcze śni
że ty i ja
jak Henry Lee

pomyśleć strach

la la la la
la la la li

i jak z tym żyć
gdy takie sny
o Henry Lee

la la la la
la la la li

znów jestem
tylko twój
Henry Lee

a niech i cały dzień
znów się śni
że ty ja
jak Henry Lee

a może w noc

la la la la
la la la li

i w końcu będziesz
mieć te sny
o Henry Lee

la la la la
la la la li

to tylko ja
twój pieprzony
Henryk

la la la la
la la la li

to śpiewam ja
twój pieprzony Henryk

Nick Cave i PJ Harvey

Nick Cave i PJ Harvey