Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Wesołe miasteczko. Kanibale

Włodek Małkowski

Skoro świt, aby być trzeba biec
myślą, która mi lustrem.
Za nią już oni – z NIC.

Forsa, baba, sukces i ten blichtr.
Jak nóż słodki ich uśmiech,
głosu tembr – srebra dźwięk.

W sercu co im już puste
za ten wiersz tobie śmierć.
Krytyk umył im ręce.

Muszą żyć, aby mieć
i pożerać cię więcej.

Bronisław Wojciech Linke - Kanibalizm

Bronisław Wojciech Linke – Kanibalizm

Reklamy


4 Komentarze

Piaskowy Chrystus. Mała trylogia śląska. Część 8. Śląski joga

Wojtek Jaroń
(fragmenty)

Frederic Remington - Wilk

Frederic Remington – Wilk

Trzeci zapis, 13 lipca 1983 rok (Przesunięciem daty oszukuję świat. Z racji ważności dręczących mnie kwestii przesuwam rok 1983 na rok 2018.)

Pochodzę od wilków. Duszę mam płową. Po stepie tajemnic życia poruszam się wyłącznie sam. Chcę w ten sposób ochronić nasze przyszłe potomstwo przed wyłupiastookimi myśliwymi o zbyt szerokich ustach. Poznaję tutaj świątynie i śmietniki naszej cywilizacji. Oceniam czas po bólu w plecach i po skurczonych boleśnie nogach. Moje życie mrowi się w zadanym sobie bólu, w spowolnionym oddechu, w mózgu odwróconym do góry dnem. Jestem bez wyobrażeń. Jestem sam.

Szczęk klucza, nagle. Szybciej niż klak, klak, klak! Szybkie jest to nocne – cyk, cyk, cak, cak. Dźwięk się zmienia poprzez ciszę. Ale, otwieranie celi nigdy się w nocy nie zdarza. Zakazane! Cyk! To szybciej niż moja świadomość. Kątem oka jednak zdążę zauważyć. Patrzę w drzwi grube, więzienne i jest zaskoczenie. Widzę pod celę wchodzi gromada rycerzy. Umarłem! Jestem w zaświatach? Ruch trwa. W celi czuć śmierć, to zamarłe oddechy, milczenie i strach współwięźniów. Jest w ich ciszy umierający krzyk rozpaczy! Wojtek Joga! Kurwa, co żeś narobił! W nocy strażnicy nie mogą wejść do celi. Mogą tylko jak jest bunt! Joga, Ty oddechem zrobiłeś więzienny bunt, a nas za to rozniosą pałami! W drzwiach pojawił się pas jaśniejszego cienia. Wchodzą olbrzymy. Widzę ich spod powiek, wyglądają jak średniowieczni rycerze, w zbrojach, z tarczami w lewej i z pałami w prawej ręce. Nie ma światła, bo się nie da zaświecić. Jest tylko jeden wspólny system żarówek na wszystkie cele. Dociera do mnie – grupa uzbrojonych za specjalnym zezwoleniem naczelnika to więzienna Atanda. To uzbrojony interwencyjny oddział z wizytą u nas.

Więźniowie spod celi truchleją, a ja z nimi. Oni udają, że śpią, ja muszę udawać, że jestem Kolumb, że Joga. Nie mogę już założyć piżamki i grzecznie pójść sobie na materacyk. Jest na to za późno. Z powagą tej chwili i strachem śmiać mi się chce potwornie. Jak wyda się teraz, że się z nich śmieję, to mnie zabiją pałami. Wszyscy się budzą, ale udają sen. Nikt nie zna przyczyny nocnego nalotu. Jeśli jest jakaś, to jestem nią ja. Więzienna Atanda to rzadkość. Zdarza się tylko w przypadku zagrożenia bezpieczeństwa więzienia, buntu więźniów i jego gaszenia siłą. Moja joga jest buntem? Będzie sensacja na celach. Ja sam nie chcę oberwać, a aresztanci „współwspacze” też nie chcą żadnych sankcji. Ledwo ktoś z nas oddycha i wszyscy wstrzymują serca, nie tylko ja. Plastiki zbroi skrzypią w tej ciszy, strażnicy rycerze podchodzą do mnie.

To jednak – Ja! – Telepie ostatecznie, przeraźliwie w mojej zdezorientowanej głowie. Po to tu przyszli w zbrojach? Dlaczego? – Idą powoli w moją stronę, do grubej na cztery metry ściany. Jestem przyczyną? Były wiarygodne donosy? Wymknąłem się spod kontroli? Człowiek, który zabija ręką, ma takie energie? Joga i śląski Kolumb? Uważajcie na niego! On ma straszną moc! Sprytny oraz zabobonny tłum. W ciągu tego wczesnoletniego czasu jednego miesiąca w areszcie, dwa razy uświadomiłem sobie, że nie przeżyję. Pierwszy raz w starym dworcu areszcie w centrum Stalinogrodu. To była pierwsza noc, jak mnie wsadzili do puszki. Drugi raz jest teraz, ta Atanda w nocy, w ciężkim areszcie w Gliwicach, tuż po północy. Przecież ja nie potrafię zabijać przez wyciągnięcie ręki! Rozpacz. Ale jak im to wytłumaczyć! W takiej sytuacji przyłapią mnie na udawaniu zabijania? Stan alarmowy w areszcie, bo moja śląska joga, co! – Śmiać się chciało i płakać. Litania bezgłośnych pytań układała się prawie w modlitwę. Widzę ich kątem oka, są blisko. Przymykam powieki całkiem, nie oddycham. Wstrzymuję oddech, ale wolniutko sobie sączę powietrze przez nos pomiędzy nagle zlodowaciałymi gałkami oczu. Nie wiem, dlaczego rozśmieszyło mnie to wszystko! Myśl we mnie. Jak oni się kapną, że ja się śmieję, to chyba mnie tymi pałami rozszarpią, jak na pierwszej krucjacie? Boże, Boże, ratuj! Stoi teraz nade mną najwyższy rangą, znam jego głos ze spacerniaka, kapitan. Kawał drania. Pochyla się nad moim materacem. Czuję zimno muru na plecach i zimno sytuacji. Niemiecki mur za mną, prawo moralne we mnie, a temat jest taki polski, bo bunt. Światło jednej latarki pada na mnie. Czuję cienie nad sobą, oddechy, ich przesuwanie, potem znowu ciepłe oddechy wprost w twarz. Świecą mi tą latarką w oczy, sprawdzają, czy mój duch jest jeszcze w więzieniu. Szepty, gmeranie jakieś. Nagle ukłucie. Kłują mnie czymś w ramię i w udo. Boli. Szczypią i szarpią. Śmiać mi się chce z tego powodu bardziej. Jeśli zdradzę, że jestem tu i teraz, to mi napierdolą. Wstrzymuję oddech, nie oddycham, potem powoli strużką na zewnątrz, wypuszczam, jakbym oddawał ducha. Moje ciało i dusza leją się w tę noc atlandową. To jest lekcja wolności! Nie chcę wcale umierać! Zostawiam serce, niech bije. Trzymam oddech, nie puszczam ducha. Minuta jakaś mija i dwie. Wiem po czerwieni w mojej głowie, że jest granica bez tlenu. Trzymam i wypuszczam mozolnie znowu. Ślepe powieki, a ja się we wnętrzu śmieję aż do obłędu. W szczelinie powiek wychodzą wreszcie sznurkiem w zbrojach, z tarczami. Są jak korowód śmierci w filmie „Siódma Pieczęć” niejakiego Ingmara Bergmana.

Szczęk. Cyk, cyk, cak, cak. To jednak nocna jakość – nicość. Odchodzą.

Czy to jest cena wolności? Muszę się schować. Padam z wyczerpania na ziemię mojego więziennego materaca. Nikt nie piśnie słowa. Przerażenie unosi się w powietrzu nocy. Czuję to teraz. Czuję, że złapał mnie Bóg za nogi w sposób niechciany i ciągnie gdzieś. Czuję, że nie przypadkiem. Rano się budzę i jest inny poranek. Wszyscy patrzą na mnie ukradkiem, ale nic. Mogę, jako pierwszy się umyć i skorzystać z toalety, to wyróżnienie. Jest zmiana hierarchii. Jednak strach, patrzą na mnie z respektem. To ich strach. Oto Kolumb Joga, co wyciągnięciem ręki potrafi zabić człowieka! Ha, ha, ha.

Czas do południa mija nijako, ale cały kryminał już wie, u Jogi na celi była Atanda w nocy. Jedna osoba na celi i wszystko jak w czasie buntu. Staję się niedotykalny i naznaczony. Ale ze mną niedotykalny staje się i Wódz z Kukułczego Gniazda Polski Niepodległej i Jedynej, i nieśmiertelna jest moja dziewczyna z Auschwitz. Koło 14.00 znowu wchodzą strażnicy. Wszyscy na nich czekali. Takie nocne akcje nie zostają bez konsekwencji. Brzmi nowe – cyk, cyk, cak. Kaziu dziesioniarz, paragraf 210, czyli od pobicia z przedłużeniem dłoni, z wrażenia o mało nie wybił sobie zębów o stołek. Wypada mu z dłoni cynowy kubek. Franek ledwo wyrobił ukryć żyletkę pod butem. Skaczemy na proste nogi, bo się nagle drzwi celi otworzyły i taki jest rozkaz chwili.

– Aresztant Cipa – słyszę – do Naczelnika! Masz dziesięć minut czasu na pozbieranie się.

Do Naczelnika? Jak to! Ja? Wezwanie do Naczelnika? Przecież Naczelnik, to nie jest facet do pogadanek z więźniami! Znowu zarzucą mi jakąś zbrodnię stanu? – Bronię się. Kulę się. Słyszę ten rozkaz, jakby ktoś strzelił z karabinu, a odgłos wystrzału echem się niesie. Przeholowałem. Więźniowie z celi kiwają na mnie głowami, niby na zawsze i pożegnalnie. No, Kolumb Joga, masz przejebane, jak cię sam naczelnik więzienia wzywa.

– Karny transport jest jak w banku – słyszę komentarz.

Drżą razem ze mną. Oj zabobonny jest nasz więzienny naród.

Jak tu się ubrać na tę okazję? Założyłem wyjściowy pasiak, znaczy chlorem wyprany, aż biały i dla człowieka na miarę. Zdobywało się taki pasiak za pomocą łapówek – dwie herbaty, jeden Dżem i paczka herbatników. Cena nie była do negocjowania. Dawano produkty w milczeniu i ze zrozumieniem ważności transakcji pod stołem dyżurnego więźnia w pralni. Ten świat się dzielił na tych, co byli przed i po białawym pasiaku. Ja byłem po. Wyżej w hierarchii był tylko pasiak-nówka. Prysznic i ewentualna zmiany pasiaka wypadał raz na tydzień. Zdążyłem z tymi herbatnikami. Miałem chlorowany pasiak, stare buty, z krótkimi sznurówkami, chyba dwa numery za duże. Spodnie za krótkie o dwadzieścia centymetrów. Rękawom tylko dziesięciu centymetrów brakowało do przegubów rąk. Włosy ścięte krótko, jeszcze wolnościowe. Ciemne okulary w grubych oprawach, Cybulski prawie. Pasiak żółtobrunatny i już chlorowany był jednak drugiej klasy. To był etap pasiaka dla tych, co jeszcze niezaadoptowani. Na sercu kurteczki naszyto granatowy, czy raczej ciemno błękitny kwadrat. To nie była kieszeń. Kołnierz miałem też w granatowym stylu. Wyglądałem jak radziecki kosmita w przykrótkich brunatno żółtych drelichowych spodniach oraz w niedopasowanych butach. Jedynie ten błękitny kwadrat naszyty na piersi aresztanckiej kurtki dodawał mojej osobie szpanerskiej formy.

– Aresztant Cipa! – Słyszę ponownie. – Kurwa, do Naczelnika! – Pada złowieszczo jak mokra szmata na twarz.

Minuta jeszcze na ubiór. Patrzę sekundę na Klawisza. On jest ważny i przez duże ”K”. Chcę wiedzieć, jaki ma humor. Ale sterczące spod czapki włosy, czapka na oczach nie dają poznać stanu jego duszy. Nie widać wzroku. Za dużo myślę. Jak myślę, jestem w transie. Strażnik wygląda dobrze. Ma bardzo wypukłą dolną wargę. Więźniowie mówili na to – żona dała Klawiszowi dupy. Absurd. Widzę mojego Klawisza w czapce, między nogami tej baby. Jest duża, mleczna i kukłowata. Chocholi taniec. Za dużo siedzę po nocach i mam zbyt plastyczne wizje. Klasa romantyczna, maturalna, kolumbowa – kojarzy się automatycznie. Mam minutę, ale nie na dalsze fantazje tylko na wyjście spod celi.

Strażnik jest jednak radośnie piękny. Macha dużym metalowym kluczem i gwiżdże nasz przebój. Oj, całe więzienie nasze śpiewało tę Korę – Kocham cię, kochanie moje. Kocham cię, kochanie moje… Moje. Parę sekund innego życia jest w tej melodii – buty, kurtka, włosy trochę sterczą, okulary, jak Cybulski. Ze względu na podobieństwo do Zbyszka wołają na mnie czasem Cybulski na przemian z tym Jogą. Klawisz niecierpliwie mnie pogania. Idę za nim. Władza czeka. Dwa kroki za Klawiszem, bo taki jest przepis. Żółte, brudne korytarze pomalowane są grubą olejną farbą. To one mijają nas. Pamiętam tę farbę, bo była jak Polska Walcząca. Wszystkie kroki są wyliczone milion razy. Na wysokości oczu znajduje się szlaczek w przykucnięte zajączki. Ta olejna farba to jakieś fatum.

Pancerna farba? – Coś mi to przecież mówi. Malowałem taką farbą w nocy pierwszego listopada 1982 roku na ulicy Budowlanej, na Glince, na murze zakładów ZEG. To było niedaleko domu dziadka Roberta. Była godzina policyjna. Czołgałem się kawał drogi w trawie od domu dziadków. Dziadek Robert Cipa był powstańcem śląskim, ja myślałem – też potrafię być powstańcem. Właściwie to cała jego rodzina była w jakimś powstaniu. W roku 1919 poszło tam siedmiu braci Roberta i jego ojciec Jan. To był mit! Nawet siostry Roberta były powstańcze. Powtarzam. To był mit i była klęska mitu, bo wtedy skończył się stary śląski świat, a nowy wcale się nie narodził. Tak trzeba, że niby będzie Polska dla zwykłych ludzi – Ta myśl kołatała się w mojej zrozpaczonej głowie. Farbę dla mnie wyniósł ojciec z Huty Baildon na nasz ruch oporu. Pierwotnie farba szła na olimpiadę do Moskwy, raz namalowana była niezniszczalna. Taka farba pancerna, dla syna, niezmywalna. Przydała się na trzymetrową kotwicę. Tyle w temacie malowania znaku ”PW”, na murze w 62 lata później od roku 1919.

Wychodzimy z bloku więzienia do budynku obok. Na drzwiach w korytarzu tabliczka z napisem Naczelnik. Drżę cały w sobie i trzęsą mi się nogi ze strachu. Nie czekam długo. Wchodzę na wezwanie.

– Melduję się! Aresztant Cipa do raportu – mówię w więziennej, obowiązkowej formie i żargonie.

Pokój jest długi, ciemnawy, jamnikowaty, gdzieś w końcu okno. Światło z okna oślepiało mnie. – Skurwysyn musi mnie widzieć doskonale! – Szybka myśl. Na tle okna widać biurko i zarys człowieka za nim, twarzy nie widać, negatyw. Widzę, że kontur osoby wstaje. Podchodzi bliżej i niejako wchodzi w mój wymiar. Nagle jest szczupły, średniego wzrostu, wysportowany. Jest tak jak Faust. Twarz jest pociągła, lisia i na witaminach. Ona przyjemnie miga w swej otwartości. Włosy ma czarne, krótkie, lekko zmierzwione. Ubrany jest w mundur wysokiego oficera. To onieśmiela. Rozmawiałem cały rok z pułkownikami, przed aresztowaniem, ale to mnie nie wyrobiło w rozmowach. Jeden był groźny, drugi był przyjazny i ojcowski. Naczelnik jest sam. On obchodzi biurko i idzie ku mnie. Kurde, co tu jest grane, bo on uśmiech ma na twarzy. Naczelnik wyciąga dłonie i mówi do mnie zbyt życzliwie.

– O! A niech mnie Panie Wojtku! Ja też studiowałem resocjalizację.

Zdębiałem w myśli – on się przymilał, prosił mnie o mentalny azyl, chwalił się, że nie jest Azjatą.

– Ja wiem, co to joga – dodaje.

Zatkało mnie jeszcze bardziej. Joga? Śląska joga? Co on wie o Wielkim Wodzu z Kukułczego Gniazda Niepodległej i Jedynej? Nic nie może wiedzieć. To jest tajemnica! Nogi mi zmiękły. Nie mogę posiąść się ze zdumienia. Psyche mi siada od diametralnej zmiany napięcia. W nocy Atanda, teraz azyl. O co tu chodzi? On chyba mówi, że on nie z Rosji i że nie jest Azjatą. Jest cywilizowany, znaczy zna się. On przymila się do mnie, podaje rękę, zaprasza do stołu obok. Są tam herbata i zbyt suche ciastka. Ciastko jest bardziej suche niż moje gardło. No nie, musiałem przecież próbować. Gardło nie przyjmuje. Przełykam ślinę. Nie pomaga. Rezygnuję. Siadam przy nim, przy stole. Rozumiem – my tu dzielimy wspólne wartości światłej Mateczki Europy. Właśnie to chce naczelnik więzienia do więźnia powiedzieć.

– Ćwiczy pan jogę?- Pada pytanie.
– Tak śląską jogę – odpowiadam – mój pomysł. Robię ćwiczenia oddechowe i wczuwam się w moje serce, biegam w myśli po stadionie, aż do upadku na twarz – dopowiadam – ale nie zdradzam, że chcę się tym zabić jak przyjdą po mnie.

Patrzy na mnie. Nie wie czy to żart.

– Zatrzymuję Pan serce! – Ha, ha, ha! – Zatrzymuje Pan serce, niech Pan uważa do diabła. Panie Wojtku! Gra Pan niebezpiecznie! Wolności jest wiele, a życie jest tylko jedno. Do życia potrzebne jest serce. Ha, ha, ha – zaśmiał się ponownie. Wiem, dlaczego. Rozmowa ze mną sprawiała mu przyjemność. Właściwie to ucieszył się, że jest ktoś, kto nie będzie strzelał do jego syna – przemknęło takim komentarzem. Naczelnik śmieje się z tego jak dziecko, robi się przyjemnie.

– Co mogę zrobić dla Pana, Panie Wojtku?

– ……!!!??? Jak to? – Ja na to. Gwałtownie poruszam nogami pod stołem, jak koń trafiony z moździerza. Zdumiony jestem aktem dobrej woli. On powtarza:

– Panie Wojtku, czego potrzeba?

Twarz moja jest jak płótno chlorowanego pasiaka. Oczy stają się kwadratowe jak kieszonka więzienna na mojej klatce piersiowej. Mówię, że ja książki z wolności chciałbym, że biblioteka i wolny dostęp, no i bieganie wczesne rano istotne. On odpowiada:

– Prośbę formalnie pisać należy. Ja to podpiszę i będzie śląska joga – dodaje (znowu się zaśmiał).

Może on wie. Może to wdzięczność? Jakbym poszedł do armii, zastrzeliłbym może jego syna. A może w Auschwitz była rodzina? Nagradza mnie za pamięć, której nie mieli nawet Oni i potomkowie!Pamiętam twarz mojego prokuratora. On jest wdzięczny, że unikamy wspólnie, niezgrabnie, wielkich kolizji historii. Nawet sam nie wiem, o co w tej zamkniętej przestrzeni więziennej chodzi. Jak pytać? Nie pytam. W regulaminie nie ma takiej formuły pytać o sens historii świata.

Czuję, że to już koniec rozmowy. Pytam o zezwolenie wyjścia. On w pracy, a ja w więzieniu. On łaskawie, że „tak” – kiwa całą głową. Wstaję. Jeszcze raz widzę z bliska twarz tego człowieka. Jest chytra, smagła, trochę arabska i bardzo opalona. Podchodzę do drzwi, znam jego tajemnicę, odwracam się, melduję się, wychodzę. Otwieram drzwi.

Odskakuje cień. Klawisz o nabrzmiałej dolnej wardze czeka z uchem za drzwiami. Bezgłośne ma takie pytanie na twarzy – I co? Naczelnik i jego kolega? – Ja na to bez słów – Nie, raczej wspólnik tajemnej historii z Faustem. – Jego pytanie pozostaje bez odpowiedzi, ale prowadzi mnie pod celę, jakbym ja był księdzem, a on ministrantem. Pod celę idę przez ciemnożółte korytarze malowane tym popieprzonym niezniszczalnym olejem. Na wysokości oczu mam szlaczek. Zajączki w kucki. Polski komentarz – nigdy do końca nic nie jest zbyt radykalnie.

Jest moja cela. Staję, odwracam się do ściany, szczęk, metaliczny kluczy nowym – cyk, cyk, cak, cak, jest, jakby było na zawsze tak samo. W celi cisza przez duże, cycate „Ce”.

– Ce! CE! CEEEE! I coooo – Grzechocze niemo.

Jestem od teraz więźniem o specjalnym statusie. Każdy się łasi. Mam mieć do książki i do biblioteki poszerzony dostęp w czasie popołudniowym. Po tygodniu przenoszą mnie do wielkiej celi, takiej bez materacy na podłodze w nocy, czyli na plaży. Otrzymuję specjalne zezwolenie od naczelnika, że mogę biegać na spacerniaku o 4.30 rano.

W celi jak w kiblu, zaszczana ściana, posypano ją chlorem. Wszędzie jest jak w styczniu. Posypało więziennym śniegiem. Do mycia rąk służy ogromny, okrągły bidet z kranami. Jest na osiem osób. Mała fontanna. Jest tylko zimna woda. Ukradkiem, nad ranem zacząłem wdychać solanki z tego bidetu. Solankami otworzyły mi się drzwi nieskończoności dotąd niepoznanej. Czekam na biegi. Zanim wychodzę, jest zapis nowy.


Dodaj komentarz

Wesołe miasteczko. Poeta

Włodek Małkowski
moim kolegom

Tatusiu, powiedz mi kto to jest poeta?

To ktoś, co rano wstaje i pisze wiersze, ale już śpij, bo rano musimy wcześnie wstać.

No tak, my rano wstajemy i ty choć poeta idziesz ze mną nad morze po książki, które na brzeg fale wyrzuciły, choć wszyscy mówią, że w naszym mieście nie ma morza, a książki są z wysypiska na śmiecie.

A kim ty chciałbyś być?

Błękitną piłeczką.

Jak to?

Bo widzisz, jak ja będę taką piłeczką, to Zuzia, ta co ma kokardę i pierdolca, będzie mną rzucać o mur, aż się tak niefortunnie odbiję, (bo my tato niefortunni jesteśmy), że potoczę się przez okienko do ciemnej piwnicy, gdzie dwóch kloszardów postanowi rozegrać mną mecz życia o butelkę taniego wina. Na bramce stanie ten perkusista, co mu się dziewczyna z takim dupkiem do Opola puściła. Bardzo tym przygnębiony wykopnie mnie przez okienko i się potoczę wprost, na te nasze boisko na Bazarce. Tam z czerwonego ferrari wysiądzie Lewandowski i mnie przytuli. I powie do Zuzi, już wielkiej damy: my tym błękitnym dziś tu mecz rozegramy. Ale tatusiu przy pierwszym strzale w słupek pęknie moje błękitne serce, bo jestem za Ł.K.S-em. Wpadnę do kanału tam, gdzie punk ołtarz swój ma, a potem, jak ty zostanę Poetą…

Małgorzata Suwalska - Piłka

Małgorzata Suwalska – Piłka