Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Wesołe miasteczko. Ekspulsyjność analna

Włodek Małkowski

Fryderyk Nietzsche
pod natryskiem
zjadł zgniłą śliwkę,
a pestkę wsadził
sobie w dupę,
bo tak mu szepnął Zaratustra…

Oj destrukcja!
Destrukcja i korupcja!
Samo na usta aż się ciśnie.

Artysta wielki
rzeźbi w słonia kupie
i jeszcze z tego ma pieniądze.
Goryl bredzi coś o sztuce,
bo ponoć w gównie
dziś konstrukcja
i tylko z niego bat ukręcisz.

Tak jak ja teraz,
gdy to piszę
dumając sobie na sedesie…

The Krasnals - Ciągnie swój do swego

The Krasnals – Ciągnie swój do swego

Reklamy


Dodaj komentarz

Folklor Miami

Katarzyna Dragun

Lubię miejsca pełne sprzeczności. Ale czyż nie każde miejsce jest ich pełne? Nie wszędzie jednak te sprzeczności są jak przeciwieństwa, które się przyciągają, jak uzupełniające się yin i yang. W Miami te sprzeczności są wszędzie widoczne. I doskonale do siebie pasują.

a

Po wyjściu z klimatyzowanego lotniska uderza nas fala dusznego gorąca. Okulary słoneczne od razu zaparowują. Z lekka przytłumione długim lotem, porzucamy wyzwanie zdobycia informacji o dojeździe do naszego taniego hotelu na przedmieściach środkami miejskiego transportu i bierzemy żółtą taksówkę. Spokój czarnoskórego kierowcy i senność ulic, które mijamy, zakłóca jazgot z mini-telewizorka na tyle wezgłowia przedniego siedzenia pasażera. No cóż, widocznie typowi amerykańscy pasażerowie nie lubią oglądać miasta z okien samochodu, wolą gapić się w skaczący i jazgotliwy ekran tuż przed twarzą.

b

Taksówkarz podrzuca nas na ulicę, której nazwy nigdzie nie możemy dojrzeć, więc wchodzimy do pierwszego miejsca, które wygląda na hotel. Jak się okazuje, jest to wietnamska restauracja o zuchwałej nazwie Phuc Yea. Przyjmujemy to za komentarz przywitalny. Nikogo jednak nie widać z obsługi. Dopiero po kilku minutach pojawia się ktoś, kto wygląda na pracownika, choć daleko jego latynoskiej fizjonomii do azjatyckiej urody. Pracownik restauracji reaguje żywiej na pytanie po hiszpańsku, niż po angielsku i kieruje nas do budynku obok, gdzie wita nas bardzo miły skośnooki pracownik.

Nasz pokój znajduje się na parterze i jest przyzwoitych rozmiarów, z nieprzyzwoicie dużymi i wygodnymi łóżkami i pachnie czystością. Tania klimatyzacja chodzi głośno i od czasu do czasu wydaje dziwne dźwięki deszczu bębniącego o parapet. Może ma to zwiększyć poczucie chłodzenia. Okna są permanentnie zasłonięte skostniałymi od nieruszania żaluzjami i nie można ich otworzyć. Przynajmniej nie nawiedzą nas komary z wirusem ziki ani karaluchy. Pilot od telewizora nie działa, więc jego rolę przejmuje Agnieszka. Dziwnym trafem pilot działa przy przełączaniu kanałów. Króluje rzecz jasna temat Donalda Trumpa lub raczej anty-Trumpowa kampania wyborcza, nie tylko w wiadomościach, ale i w bloku reklamowym.

Przed odpoczynkiem po podróży chcemy odwiedzić amerykańską restaurację fast food. Nigdzie nie widać jednak McDonalda. Wybieramy nieznany nam dotąd pobliski Wendy’s. W chłodnym pomieszczeniu panuje zapach kloszardów z paryskiego metra. W środku niesamowita różnorodność klienteli: panowie w czapkach z daszkiem, nastolatkowie sączący Coca-Colę, wyniszczona pani pracująca, otyła dziewczynka ochoczo wciągająca tony frytek i hamburgerów, chudy mężczyzna z rozkojarzonym wzrokiem wtykający jakieś świstki papieru za ramy plakatów wiszących na ścianach i my.

Agnieszka Minkina i Katarzyna Dragun

Agnieszka Minkina i Katarzyna Dragun

Nazajutrz wybieramy zwiedzanie dwupiętrowymi, turystycznymi autobusami. Siadamy oczywiście na górnym, odkrytym pokładzie, gdzie słońce, wiatr, nisko wiszące kable, sygnalizatory świetlne i gałęzie różnorodnych palm i drzew chłoszczące nas po twarzach. W pewnym momencie wzrok nasz przykuwa wiadomość dla kierowców wisząca nad jezdnią: „Nigdy nie zostawiaj dziecka samego w samochodzie”. Myślę sobie, że widziałam coś podobnego w Europie, tyle że o psach zostawionych w zamkniętych samochodach na parkingu, ale widocznie standardy amerykańskie są inne.

e

Zachwyca mnie sposób, w jaki przewodnicy wymawiają Miami, z akcentem na pierwszą sylabę. W ich wykonaniu „Maaa – jami” brzmi jak zapowiedź gwoździa programu z ust cyrkowego konferansjera. Dwóch przewodników wygrywa nasz ranking na najlepszych. Jeden z nich co chwilę zachwyca się wszystkim, co opowiada, nadużywając frazy „pretty awesome” i raz po raz chichocząc, jakby go ktoś gilgotał w intymnych miejscach. Drugi zaś trajkota jak nakręcony, wyrzucając z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego i beatboxując niektóre zdania. Bez dwóch zdań, mistrz współczesnej wypowiedzi.

W pierwszej dzielnicy, w jaką wjeżdżamy, królują budynki sądów. Jest ich pięć pod rząd, każdy od innego rodzaju rozpraw. Chyba muszą lubić się tu procesować. Potem wjeżdżamy w historyczną część miasta, która wygląda jak zwyczajna, nowoczesna dzielnica. Zaraz po tym następuje prawdziwy gwóźdź programu – pomiędzy wyszukanymi budowlami Design District a Little Havana wjeżdżamy w uliczki, gdzie prawie każda ściana jest muralowym dziełem sztuki. Różnorodność stylów i kolorów przyprawiają o zawrót głowy. Prawdziwa uczta dla oczu.

f

Chodząc ulicami nie spotykamy właściwie żadnych zwierząt typu psy czy koty, migają nam przed oczyma może ze dwa rasowe psy prowadzone na smyczy przez właścicieli i jeden kot śpiący na schodach. Spod stóp umyka nam za to mnóstwo jaszczurek i w przedziwnych miejscach zauważamy różne ptactwo. Przy przystanku autobusowym przechadzają się ciemne (opalone?) koguty i kury z kurczętami.

g

Przed witryną sklepu odzieżowego natykamy się na samca pawia przyglądającego się wystawie. Po chwili zauważam, że ma wyskubane pióra z ogona. Pewnie chciał coś kupić, żeby go sobie dosztukować. Nie była to jednak sieć sklepów Peacock, więc wdzięcznym i powolnym krokiem oddalił się na trawnik.

h

Na jednym z pustych parkingów przechadza się stado białych ibisów z zakrzywionymi, różowymi dziobami.

i

Jedynymi ptakami na miejscu wydają się być mewy i brązowe (też opalone?) pelikany na plaży. Te ostatnie latają jak bombowce tuż przed twarzami kąpiących się, mewy za to wyczuwając ucztę przy mężczyźnie wyławiającym pokaźne ryby na plaży zdają się krzyczeć po hiszpańsku „mirrra, mirrra!”.

j

W Miami mieszka 80% dwujęzycznych mieszkańców, a ich pierwszym językiem jest hiszpański. Słychać to też na plaży, nie tylko w wołaniu mew. Leżąc na piasku mam wrażenie, że wylądowałam na planie jakiegoś argentyńskiego serialu, gdzie kobiety okrągłymi zdaniami wygłaszają swoje racje, a mężczyźni prężą mięśnie dumnie prezentując swoje tatuaże. Jeden z tych tatuaży przykuwa mą uwagę. Należy do rosłego, dobrze umięśnionego i bezwłosego Latynosa, który w towarzystwie otyłego kolegi w kucyku zanurza się w ciepłym oceanie. Na prawym płacie jego pleców widnieje Jezus, lewy okupuje diabeł. Obaj mocują się na ręce splótłszy dłonie w uścisku na środku kręgosłupa mężczyzny. Prawdziwe arcydzieło odzwierciedlające latynoskiego ducha.

k

Obfity Latynoski Duch unosi się także w Little Havana. To prawdziwa mieszanka kolorów i płowej szarości, wystrojonych dam i wyniszczonych kalek, odrapanych budynków i przepięknych murali. Są w nich naturalistyczne obrazy, karykatury sławnych artystów, abstrakcje, a nawet komiks o naturalnym i silikonowym pięknie kobiecego ciała. Cała dzielnica tętni życiem i swoistym zadowoleniem z życia, pachnie cygarami i brzmi gitarą. Decydujemy się na kubański bufet, gdzie starszy pan w słomkowym kapeluszu przygrywa na gitarze i śpiewa Guantanamera i inne hiszpańskojęzyczne przeboje. Nagle zaczyna pobrzękiwać w struny i dmuchać w liść, co muzycznie zgrywa się całkiem nieźle. Agnieszka próbuje swoich sił z liściem, ale jej nie wychodzi.

Po obiedzie lądujemy wreszcie w McDonaldzie, aby wypić milkshake’a i frapuccino. Na ścianie tablica z nazwą restauracji jest suto zdobiona etnicznymi wzorami, dla przypomnienia, gdzie jesteśmy. Wchodząc do środka, natykamy się na wychodzącego beznogiego starszego kalekę o kuli. Agnieszka instynktownie chce przytrzymać mu drzwi, ale ten szerokim, szczerbatym uśmiechem daje nam do zrozumienia, że to on nas przepuszcza. Nie sposób się przestać uśmiechać w tym miejscu. Zwłaszcza, gdy znów widzimy wiekową panią pracującą, przy stoliku ze starszymi panami. Pani jest cała w czerwieni: czerwona kusa sukienka, czerwone włosy z długą czerwoną płetwą na plecach i czerwony makijaż. Cała grupa żywo o czymś rozprawia i liczy drobniaki wysupłane z kieszeni.

Gdy czekamy na darmowy trolej, przyłapuje nas burza z ulewnym deszczem. Szukamy schronienia pod dachem przy wejściu do kina. Wlewają i wylewają się z niego same starsze osoby. Widocznie tego typu rozrywki nie kręcą tutejszej młodzieży.

Przechadzając się pewnego wieczoru ulicą równoległą do plaży, mijamy wiele ekskluzywnych restauracji, gejowską tęczową ulicę i ciężarówkę oferującą ekspresowe badania na wykrycie wirusa HIV. Środkiem ruchliwej jezdni przemyka młody chłopak na deskorolce, skupiony na pisaniu SMS-a. Oczekiwanie na powrotny autobus zajmuje nam prawie godzinę. Gdy nadjeżdża, kobieta siedząca za wielką autobusową kierownicą powstrzymuje nas ostro przed wejściem na pokład ostrym pytaniem „A wy gdzie?!”. Z pobłażliwym zdenerwowaniem wyjaśnia, że wsiąść należy z przystanku po przeciwnej stronie, gdzie zjawia się po dziesięciu minutach.

Poruszając się środkami miejskiego transportu odczuwamy bardzo, że jesteśmy w drapieżnej Ameryce, a nie w ugrzecznionej Anglii. Rzadko który kierowca jest miły i pomocny, a większość nie ma pojęcia, jak dojechać do miejsc ciekawych dla turystów. Jedyną osobą, która stara się nam pomóc w znalezieniu drogi i doładowaniu karty komunikacji miejskiej jest umundurowany pracownik Metrorail. Nosi plakietkę z nazwiskiem, które do niego idealnie pasuje: T. Knight. Spotykamy go w przeciągu dwóch dni w dwóch różnych miejscach. Cóż za rycerskie zrządzenie losu!

Paradoksem komunikacji miejskiej w Miami jest to, że na płatne autobusy czeka się dość długo, nawet do 40 minut, na bezpłatne zaś mini-pociągi Metromover i troleje około pięciu minut. Spotykamy w tych ostatnich paru bezdomnych i inne ciekawe postaci.

Najwięcej uciechy spotyka nas chyba jednak w sklepach i restauracjach.

Pewnego wieczoru nachodzi mnie ochota na niezdrowo przyrządzonego smażonego kurczaka w panierce. Jedynym miejscem w okolicy, gdzie mogę kupić coś takiego jest Domino’s Pizza. Za ladą panie o obfitych krągłościach ze stoickim spokojem rozgniatają ciasto na płaskie placki, a rosły i dobrze uposażony mięśniowo pan obsługuje klientów przekomarzając się z każdym. Przychodzi moja kolej i zamawiam kurczaki w panierce.

Na pytanie:
– Co jeszcze? – odpowiadam, że:
– To wszystko.
– Oookej! – reaguje zbity z tropu rosły pan.

Płacę mu jednodolarówkami w monetach. I znowu moment zastanowienia.

– W jakiś sposób mi się to podoba – oznajmia ważąc mało uważnie monety w dłoni, zamiast je policzyć.

Wychodząc z zamówieniem dostrzegam zabawny napis na szybie przy ladzie „Proszę o niedokarmianie pracowników”.

Innym kuriozalnym sklepem jest dla nas lokalny monopolowy. Podzielony jest na dwie części: tanią i drogą. Droga jest odseparowana szklaną, kuloodporną ścianą, co robi oszałamiające wrażenie. Sprzedawca siedzi za tą szybą przy okienku, którego nie zamierza otwierać nawet po to, aby zeskanować butelki margarity i mojito. Bez słowa podnosi czytnik i wzrokiem daje mi do zrozumienia, że mam do niego obrócić butelkę tak, żeby mógł odczytać kod kreskowy, po czym znów bezgłośnie pokazuje palcem na ekranik z ceną. Czuję się, jakbym była z wizytą w więzieniu.

Ech, Miami… miasto niezwykłości … Będzie mi brakowało jego niespodzianek, wilgotnego powietrza, dusznego gorąca, przepychu i ubóstwa, serdeczności i opryskliwości i wszystkich innych przeciwieństw, które doskonale ze sobą współgrają…


Dodaj komentarz

Proste historie. Prawda w kajdankach

Jarosław Kapsa

Artur Grottger - Wojna - Już tylko nędza

Artur Grottger – Wojna – Już tylko nędza

„kto publicznie i wbrew faktom przypisuje narodowi polskiemu lub państwu polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie lub inne zbrodnie przeciwko ludzkości, pokojowi i zbrodnie wojenne, podlega karze grzywny lub karze pozbawienia wolności do lat 3”

Taki projekt zmiany ustawy o IPN przyjął Sejm na wniosek Ministra Sprawiedliwości Ministra Zbigniewa Ziobro. Widać z tego, że skuteczna polityka historyczna nie może się obywać bez pałki, kajdanek i aresztów.

Część odbiorców przyjmie to z satysfakcją; wreszcie będzie można wsadzić do paki prezydenta USA lub innego celebrytę, gdy bezmyślnie chlapnie coś o „polskich obozach koncentracyjnych”. Osobiście jednak należę do tej innej części odbiorców; jestem jak Osioł Kłapouchy z pesymizmem obserwujący zmiany rzeczywistości. Zajmując się amatorsko pisaniem o historii lokalnej mojego miasta, wcześniej czy później popełnić mogę opisane przestępstwo i trafić przed oblicze prokuratora z IPN. Pała prawa działa topornie, nie zajmuje się wyjaśnianiem subtelności co ustawodawca rozumiał przez określenie „wbrew faktom” i o zbiorze nazywanym „naród polski”.

Pisząc o historii rzadko mamy do czynienia z prawdą ostatecznie ustaloną; badając odnajdujemy nowe fakty, albo nowe okoliczności nakazujące zmienić ocenę znanych wcześniej wydarzeń. Opis życia jest płynny, dla jednych – nawet naocznych świadków – było tak; dla innych inaczej. Jest to jak obraz bitwy oczyma bohatera tołstojowskiej księgi „Wojna i pokój”; widzi krew, mordowanych ludzi, lecz z tej, jego perspektywy nie sposób wiedzieć kto wygrał pod Borodino i po co… Przyjąć oczywiście można doktrynę, że o tym co jest faktem prawdziwym decyduje władza; ale taka doktryna boleśnie zderza się z podstawowymi prawami każdego wolnego człowieka.

Niejasność budzi także byt „naród polski”. Przyjmuje tu pewną wizję zbiorowości kierującej się wspólną wolą, w imię deklarowanego patriotyzmu idealizując ową zbiorowość. Wyrażają to uczucie deklarowane publicznie hasła: „naród polski nigdy nie splamił się współpracą z okupantem”, „naród polski bohatersko walczył z nazizmem”, „naród polski odbudował stolicę”. Ponieważ naród to w rzeczywistości społeczność budowana przez różne indywidualności, idealizacja musi prowadzić do swoistej selekcji. Innymi słowy: członkiem wyidealizowanego narodu nie jest ten, który uważa się za Polaka, lecz jedynie ten, któremu my nadajemy to „honorowe” miano. Dzięki temu z kręgu „narodu polskiego” możemy wyrzucić Żydów, Ukraińców, Niemców, Rosjan; nawet jeśli oni – wbrew genetycznemu pochodzeniu – sami się za Polaków uważali. Na podstawie tej samej logiki możemy wykluczyć innowierców (bo Polak to Katolik). A najważniejsze, możemy skutecznie pozbyć się problemów cieniem rzutujących na ideał narodu. W każdym społeczeństwie jest – mniej więcej – 2% zbrodniarzy i zboczeńców; wykluczmy ich z narodu… W warunkach okupacji w każdym społeczeństwie znajdzie się – mniej więcej – 10% ludzi gotowych dla korzyści materialnej kolaborować z okupantem; też ich wykluczmy, skazując za „odstępstwo od narodowości”.

Przy takiej elastyczności idealizowania narodu, pisząc obiektywną prawdę subiektywnie popełnić mogę przestępstwo. Opis mordu popełnionego za pomocą siekiery, w okresie okupacji hitlerowskiej, przez obywatela II RP, z pochodzenia Polaka wyznania katolickiego, na obywatelu II RP, z pochodzenia Żyda wyznania mojżeszowego, może być uznany za przestępstwo. Bo w międzyczasie IPN, na mocy władzy nad pamięcią, wykluczył mordercę z grona Narodu Polskiego, tym samym wbrew faktom przypisałem owemu Narodowi niegodne zachowanie.

Zmiana prawa płynie ze „społecznego oburzenia”. Takowe rodziło się nie tylko przy lapsusach z „polskimi obozami koncentracyjnymi”, jeszcze większy gniew wzbudziły słowa pana J.T. Grossa „w czasie wojny Polacy zabili więcej Żydów niż Niemców”. Nikt nie próbował weryfikować prawdziwości tej tezy; uznano ją za zbyt obraźliwą.

Zajmuję się historią lokalną Ziemi Częstochowskiej. Nie prowadziłem dokładnej statystyki, lecz poznając relację z różnych faktów zachodzących w okresie okupacji, mogę powiedzieć z pełną odpowiedzialnością: tak, jest wysoce prawdopodobne, że na tym obszarze, w okresie od zakończenia kampanii wrześniowej, do zajęcia Częstochowy przez wojska sowieckie (miedzy 4 września 1939 r do 17 stycznia 1945 r), obywatele II RP, z pochodzenia Polacy, z wyznania katolicy, zamordowali więcej obywateli II RP, pochodzenia lub wyznania żydowskiego, niż Niemców.

Przyczyna tego była dość prozaiczna. Zabicie Niemca skutkowało nie tylko ściganiem sprawcy, ale także groziło odwetem: rozstrzelaniem dziesięciu zakładników, spaleniem wsi itp. Zabicie Żyda było bezkarne, a nawet przynieść mogło materialne korzyści (zagarnięcie majątku zamordowanego, nagroda od niemieckich żandarmów). Nie było w okresie okupacji gminy na obszarze ziemi częstochowskiej, gdzie by nie doszło do aktu morderstwa, lub wydania ukrywających się Żydów w ręce służb okupacyjnych. Ziemia częstochowska nie była niczym wyjątkowym wobec reszty ziem Polski. Zatem twierdzenie pana Grossa nie jest, bynajmniej, przesadnym oszczerstwem.

W tych twierdzeniach pojawia się szereg elementów dyskusyjnych. Pytaniem jest, kogo uważam za Polaków (obywatele II RP pochodzenia lub narodowości polskiej). Poziom świadomości obywatelskiej był dość niski, przed wybuchem wojny blisko 20% mieszkańców wsi nie odczuwało tożsamości narodowej. Częstochowa leżała na pograniczu, wiele osób będąc obywatelami II RP deklarowało się jako Polacy, a potem w warunkach okupacji utożsamiło się z Niemcami. Każda zbrodnia wynikała z innych okoliczności i motywacji. Nie da się obronić tezy, że morderstwa na Żydach wynikały przede wszystkim z zakorzenionego antysemityzmu; przeciwnie były i to dość liczne przykłady, że wyznawany antysemityzm nie przeszkadzał w ratowaniu i udzielaniu schronienia Żydom. Znacznie częściej motywy zbrodni miały charakter materialny, lub – jeśli można tak określić – służbowy.

Tu warto zwrócić uwagę na pewien przemilczany aspekt. W czasie okupacji niemiecki żołnierz czy policjant nie był stale fizycznie obecny w każdej wsi. Rządziła nominowana przez okupanta polska administracja (wójtowie, burmistrzowie, sołtysi), ona decydowała o realizacji niewdzięcznego obowiązku rozdziału ciężarów podatkowych czy kontyngentowych (władze niemieckie wyznaczały ogólny kontyngent dostaw płodów rolnych dla całej wsi; wójt decydował o podziale obowiązku na poszczególne gospodarstwa i dbał o egzekucję tej daniny). W ramach tej ograniczonej samorządności wójtowie powoływali straże gminne, służby porządkowe chroniące bezpieczeństwa mieszkańców. W większości służby wykonywały zadania niezbędne; w warunkach wojny plagą było złodziejstwo i zwykły bandytyzm. Na owe straże gminne niemieckie władze okupacyjne zrzucały także obowiązek „polowania na Żydów”. Samo nałożenie obowiązku, czy nawet ustalenie zachęt materialnych, nie musiało przesądzać postępowania strażników; nikt ich nie pilnował, mogli zlekceważyć narzucony obowiązek. Decydowało coś innego. Ukrywający się uciekinierzy z getta musieli jakoś przeżyć, a nie posiadając innych możliwości musieli także kraść (ziemniaki z pola, kurę z podwórka, jabłka, kłosy zbóż itd). Gorliwość części strażników gminnych w ściganiu Żydów wynikała z ich pojmowania obowiązków na rzecz pilnowania majątku mieszkańców wsi. Wcześniej, w latach I wojny światowej czy „wielkiego kryzysu”, częste były przypadki samosądów chłopów nad złodziejami. Identycznie, w sensie moralnym, traktowano podczas okupacji hitlerowskiej, samosądy na Żydach, podkradających ziemniaki z pola.

Ktoś czytając moje słowa może się oburzyć, ktoś inny z tego oburzenia donieść „gdzie trzeba”, a tam gdzie trzeba będzie czekał prokurator. I co z tego? Czy to zmieni fakty?

Byłoby też rzeczą niewłaściwą przedstawianie zbrodni popełnianych przez Polaków na Żydach bez wpisania w szerszy kontekst. Powtarzając z pełną odpowiedzialnością, że w warunkach okupacji na ziemi częstochowskiej Polacy zabili więcej Żydów niż Niemców, dodać muszę: jest także wysoce prawdopodobne, że z rąk Polaków zginęło więcej Polaków niż Niemców. Uściślając: obywatele II RP, narodowości polskiej i wyznania katolickiego, zabili więcej podobnych sobie obywateli II RP, narodowości polskiej i wyznania katolickiego, niż obywateli państwa niemieckiego.

Wojna demoralizuje, zanika poczucie wartości życia ludzkiego. Widoczne to było także w okresie I wojny światowej i budowy Niepodległej Rzeczpospolitej, gdy bandy rabunkowe, dezerterzy i przemytnicy bezkarnie grasowali, w praktyce rządząc zatopionymi w lasach wsiami podczęstochowskimi. W okresie po II wojnie światowej występowało podobne zjawisko; bardzo trudno dziś ocenić i rozdzielić działania formacji konspiracji zbrojnych (żołnierzy wyklętych) od zjawiska masowego, powodowanego wojenną demoralizacją, bandytyzmu. Przemilczanym tematem jest zwykły bandytyzm podczas okupacji hitlerowskiej (choć niepokojącemu wzrostowi tego zjawiska społecznego poświęcano dużo miejsca w raportach komendy AK przesyłanych do Londynu). Także w tym wypadku trudno ocenić i rozdzielić sferę zbrojnego oporu od zwykłego bandytyzmu. Czy rabujący dwory „Garbaty” (przyjmowany i wyrzucany z Gwardii Ludowej i AL) był komunistycznym partyzantem realizującym ideę rewolucji społecznej, czy zwykłym bandytą? Czy akceptowana przez Okręg częstochowski PPR metoda nakładania haraczy na ziemian i kidnaping w celu uzyskania okupu, był formą oporu zbrojnego, czy bandytyzmem?

Nie da się bez tego, przykrego kontekstu, ocenić stosunków polsko-żydowskich. Wspomniałem o zbrodniach popełnianych przez straże gminne w imię obrony majątków chłopskich. Ale owe zagrożenie było jak najbardziej realne i nie sprowadzało się tylko do kradzieży ziemniaków z pola… Działające, akceptowane przez okupanta straże gminne, często stawały się podstawą tworzenia formacji „konspiracyjnych” (w tym zwłaszcza: Chłostra – Straż Chłopska pod egidą PSL), zbrojnie broniącej wsi przed zbrojnymi grupami bandytów rabujących mienie, nakładających haracze, gwałcących kobiety i mordujących mieszkańców. Żeby było jasne: to nie ukrywający się Żydzi stanowili główny problem (choć walcząc o przeżycie część z nich też musiało uciekać się do bandyckich metod). Większość grasujących bandytów było Polakami (narodowości polskiej, wyznania katolickiego).

Zdecydowana większość zbrodni popełnianych podczas okupacji przez Polaków na Żydach i na innych Polakach miało motywacje materialne. Tylko w części wypadków można było mówić o świadomym współdziałaniu z okupantem. Polując na Żydów, na polecenie władz okupacyjnych, straż gminna, miała obowiązek schwytać i doprowadzić do niemieckiego posterunku ukrywającego się. Samowolny rabunek czy morderstwo Żyda władze okupacyjne traktowały jako przestępstwo.

Motywacje materialne często nie pokrywały się ze świadomym współdziałaniem z okupantem. We wsi pod Mstowem miejscowy chłop zabił ukrywającego się żydowskiego przedsiębiorcę. Ukrywał go w swojej piwnicy dwa lata, kiedy przedsiębiorca przestał płacić zatłukł go pałką. Tłumaczył to po wojnie, podczas procesu: nie miał środków na dalsze żywienie ukrywającego, bał się, że wygnany z domu zdradzi Niemcom kto go wcześniej ratował. Innym tego typu przykładem jest morderstwo dwóch Żydów przez partyzantów oddziału AL działającego pod Radomskiem. Morderstwo popełnione na rozkaz (lub przy akceptacji) przedstawiciela władz okręgowych PPR, tłumaczono koniecznością ochrony baz partyzanckich przed dekonspiracją. W obu wypadkach możemy mówić o odrażających moralnie aktach zbrodni, ale nie o współdziałaniu z okupantem w realizacji planu ludobójstwa.

Odnotowywane współdziałanie przy likwidacji getta częstochowskiego we wrześniu 1942 r, wymuszone zarządzeniami okupanta, polskiej policji „granatowej” czy polskiej administracji (z budżetu miasta finansowano wyżywienie ekip „likwidatorskich”), nie miało charakteru bezpośredniego udziału w zbrodni. W tym wypadku największy udział bezpośredni w mordowaniu mieli, zwerbowani do służby Niemcom, Łotysze, Rosjanie i Ukraińcy.

Jesteśmy skrępowani tradycją; nauczono nas chronić godność i dobre imię rodziny, wbito nam w głowę, że o zmarłych (bliskich) albo dobrze, albo wcale. Ze zrozumieniem przyjmujemy, że syn, nawet wbrew faktom, broni ojca – pana Bieruta, czy pana Gomułkę. Syn wypełnia w ten sposób tradycyjny obowiązek moralny. Oburza nas inne zachowanie; wytykamy, że Terlecki junior zlustrował Terleckiego seniora. Naturalnym jest, że próbujemy usprawiedliwić przestępstwo popełnione przez kogoś bliskiego, choć taki sam czyn popełniony przez obcego chcemy ukarać nawet odebraniem mu życia. Wyidealizowany naród to „rodzina rodzin”. Jak więc można „kalać gniazdo rodzinne” przypominając niemiłe fakty, że ktoś z bliskich przodków był mordercą, bandyta czy gwałcicielem? O zmarłych tylko dobrze…

Z pokorą przyjmuję, że tak jest; rozumiem racje za tym stojące. Wiem, że im bardziej chlubimy się rodzinnymi przodkami, z tym większym bólem przyjmujemy fakty mówiące, że i wśród nich pojawiła się zakała. Nie odczuwam żadnej przyjemności w zadawaniu ludziom krzywdy przez demitologizację ich pojęcia o własnych rodzinnych korzeniach.

Pisanie o przeszłości nie jest, lub nie powinno, być mitotwórstwem. Nie można krępować badań historycznych ani naciskiem moralnym, ani – tym bardziej – groźbami kar więzienia. Nie można… bo sami siebie zubażamy.

Nie istnieje odpowiedzialność zbiorowa. To nie Naród popełnia zbrodnie i nie Naród dokonuje czynów wspaniałych. To są indywidualne zachowania ludzi, za które każdy jest indywidualnie odpowiedzialny. Syn bohatera nie jest lepszy od syna przestępcy; bo ani zasług, ani win się nie dziedziczy. Zbiorowość – naród, wspólnotę lokalną – tworzą ludzie dobrzy i źli. Nie istnieją w związku z tym narody lepsze i gorsze. Każda społeczność, bez względu na swoją właściwość genetyczną, tradycję, religię, może w warunkach ekstremalnych ulec demoralizacji, stać się zdolną do czynów niegodnych. Jeśli wytykamy Niemcom wybór Hitlera, czy Rosjanom popieranie Stalina, to spójrzmy też krytycznie na siebie. Nawet w stanie wojennym zdecydowanie więcej Polaków czynnie wspierało pana Jaruzelskiego niż angażowało się w działania „podziemnej Solidarności”. Jaka jest więc gwarancja, czy przy innych okolicznościach historycznych Polacy nie wybraliby swojego Hitlera czy Stalina? Zachowajmy w ocenie własnej zbiorowości trochę pokory, bo tylko wtedy jesteśmy w stanie ustrzec się przed popełnianiem zbiorowych szaleństw.

Zachowanie polskiej zbiorowości w czasach ekstremalnych nie było ani zdecydowanie lepsze, ani zdecydowanie gorsze od zachowań innych zbiorowości. Jeśli akcentujemy martyrologię, traumę wojen i zaborów, to, sorry: Irlandczycy, Serbowie czy Hiszpanie mieli nie mniej przekichane… Jeśli potępiamy szaleństwo okrutnych zbrodni popełnianych przez Ukraińców, Chorwatów, Rumunów; to miejmy także odwagę piętnować przypadki równie okrutnych zbrodni popełnianych przez Polaków.

Historia może być nauczycielką życia pod warunkiem, że nie będzie niszczona cenzurą. Patriotyzmem nie da się tłumaczyć ograniczania debaty przez prokuratorskie sankcje. Owszem zdarza się, że w takiej otwartej debacie padają słowa głupie, obrażające nasze uczucia (owe polskie obozy koncentracyjne). Ale podobne głupoty nie dotyczą tylko historii; prokuratura na szczęście nie zamyka w więzieniach głosicieli tezy, że Ziemia jest płaska. Tradycje wolnej dyskusji pokazały, że bez potrzeby pałki i aresztu można poradzić sobie z głupotą.

Chroniąc prawną przemocą „dobre imię Narodu” wchodzi się na zwodniczą drogę. Co będzie następne? Wzorowana na przedwojennym prawie ustawa o „ochronie dobrego imienia śp. Lecha Kaczyńskiego”… Potem ustawa broniąca rząd przed „niesprawiedliwą i niekonstruktywną krytyką”… I dla Polaków więzienia z pustaków. Tak jak kiedyś, gdy parę lat kosztowała literówka, napisanie zamiast Stalin Sralin.