Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Piaskowy Chrystus. Mała trylogia śląska. Część 13

Wojtek Jaroń
(fragmenty)

Meldunek Operacyjny

 

Z-ca Szefa RUSW ds. Służby Bezpieczeństwa
w Gliwicach

Meldunek Operacyjny, SOR „Faust”

Po analizie materiałów ustalono co następuje. Aresztant Wojciech Cipa stanowi zagrożenie dla spójności doktryny naszej socjalistycznej ojczyzny. Swoim zachowaniem kreuje wzory zachowania osobowego oparte na wolności i całkowitej autonomii jednostki. Są to wzorce niedopuszczalne dla interesu socjalistycznej ojczyzny oraz naszych sojuszów. Ze względu na niebezpieczeństwo rozprzestrzeniania się takich wrogich postaw proponuję stworzyć wzór analizy operacyjnej.

Niniejszym wnioskuję o stałą, systematyczną obserwację rozwoju osobowego figuranta w sprawie rozpoznania o kryptonimie ”Faust” w celu analizy grupy postaw, jako możliwości zapobiegania zagrożenia dla porządku ustrojowego PRL oraz interesów sojuszniczych. Obserwacja ma następować, aż do fizycznego zniknięcia figuranta.

Sporządzono w dwóch egzemplarzach, Gliwice 30.06.1983

Podpisano
Ppłk Mgr K. Goraj

Michał Piotrkowicz - Przesłuchanie anioła

Michał Piotrkowicz – Przesłuchanie anioła

Gliwickie więzienie. Jest 30 czerwca 1983. Przewracam się na bok więziennego materaca. To ten bardziej wyleżany. Ten kawałek po lewej stronie jest miększy. Nie śpię. Śpię. Sam nie wiem. Tłumię w sobie pytania. Klasyfikacja prawna od 5 lat do kary śmierci? Zdrada? Kogo ja kurde zdradziłem? Kurwa! Ludowa dała jeść i do bezpłatnej szkoły wysłała. – Odbijało się mimo to w śnie i na jawie od sufitu do podłogi.

Minął miesiąc aresztu śledczego. Odwieczne czekanie na wyrok zdrady stanu staje się dla mnie grą w mijający czas. Moje czekanie nie pozwalało go zabić. O 9-ej rano przyjechała taka sama musztardowa żandarmerska suka, jak wtedy, jak był pierwszy raz. Dzisiaj mam sprawę sądową w Katowicach o zdradę stanu z paragrafu 231 dekretu o stanie wojennym.

Było tak jak za pierwszym razem jak mnie brali. Fakt, tym razem byłem eskortowany przez żołnierzy z karabinami maszynowymi w rękach. Chłopcy byli młodzi i mieli poważne tony twarzy. Sami do końca nie zrozumieli, o co w świecie chodzi, ale otrzymali rozkaz „kurwa Ojczyzna Ludowa cię wyżywiła”.

Fikcja autorytetu władzy, czasu i przestrzeni roku 1983 wyzierała na mnie spod podbródka żołnierza zadartego w skos do czapki młodego. Rzemyk wojskowej czapki ostro zadzierzgnął szyję w pionie. Wyglądali jak bydło oddawane nigdy niewidzianemu Bogu na ofiarę. Zrozumiałem tragedię sytuacji. Ona zobrazowała się we mnie przez tych młodych żołnierzy. Oni gotowi byli mnie zabić ot tak, jak górników! Po przeszło godzinie jazdy musztardową suką wwieziono nas w szczelinę jakiegoś brudnego podwórka w Katowicach.

Slumsy i biedniejsza, robotnicza okolica miasta. Domy były sprzed wojny. Architektura była taka sama jak w biednej Brukseli, w Barcelonie lub w Berlinie. Europa – wspólny mianownik zaszczanych podwórek. Te kamienice powstawały w jednym czasie. Na ulicy Mariackiej, tam gdzie nocą królowały prostytutki, w dzień był sąd wojskowy. Państwo pracowało dniem i nocą.

Duch czasu przemawiał tutaj stęchłą cegłą, secesją przykuloną, poszczanymi przez pijaków ścianami. To była Europa, jej środek, jej brudne kochające prosty lud serce, jej zniszczona wątroba, jej rak. Tutaj Europa była oglądana w sferze rozbitego lustra. Pewno dlatego Piłsudzki nie lubił dziwnej agonii Katowic.

Zaskoczyło mnie bardzo to wczesnolipcowe słońce. Byliśmy w katowickim sądzie przed czasem.

Tylne wyjście z sądu było na placu dla skazańców oraz oskarżonych. Pozwolono nam czekać, pod karabinami. Postawiony czy siedzący – wszystko jedno – między dwoma żandarmami wyglądałem blado, dziecięco, pełen strachu. Beznadzieja, pustka.

Nagle ktoś otworzył bramę do podwórza. Widzę wchodzi dwóch facetów po 30-tce, w strojach tenisowych z rakietami w rękach. Opaleni, roześmiani, podobni do Arabów. Krew i mleko stanu wojennego. Nie wiem, jaka jest funkcja tych półbogów w tym budynku. W budynku musi znajdować się biuro podróży. Znowu cisza. Czekam więcej niż 40 minut. Potem woźny jakiś wchodzi i oficer nas do sali rozpraw wzywa. Do budynku wchodzę pod eskortę z ostrą bronią. Wieje strachem od tych karabinów. Nie, nie myliłem czasu, dyktatura osiem trzy i Polska jest za oknem. W 1956 strzeliliby w głowę bez sądu i bez karabinu pod eskortą. Dzisiaj miałem szczęście może. Myślę, że w tył głowy z broni krótkiej, strach krótki, nie warto się szarpać, ni myśleć. Mam szczęście? Po co kurde Irek wtedy dał mi tego Wojaczka? Po co śląski Zaratustra? Telepie po głowie.

Duże drzwi przede mną na oścież otwarte, poniemieckie. A jakże. Stół sędziowski i postaci w togach, z boku prokurator równie czarno w todze. Mój adwokat jest gruby, czerwony, wygląda na tle mojego paragrafu groteskowo. Sąd jest gotów, ja stoję i akt oskarżenia pada. Patrzę w dół. Po stołem widzę stopy, trampki, białe tenisowe. W osobie sędziego i prokuratora poznaję nagle radosnych, tenisowych chłopców z sądowego podwórza. Widzę ich znowu jak w filmie. Inny wymiar jakiś. Dwóch facetów, po 30-tce, stan wojenny w strojach tenisowych i do tego z rakietami w dłoniach. Oni tu na przerwie, a ja na tle kary śmierci. Opaleni, roześmiani, nie moi i w tym słońcu radosnym. Są podobni do Arabów w tej opaleniźnie. Białe, śnieżne tenisówki, spodenki i zachodnie koszulki. Krew i mleko Polski w czasie okupacji, a tu nasz stan wojenny. Jaka jest prawdziwa funkcja tenisowych półbogów w tym budynku? Wiem! To Oni! Teraz, poznaję ich po trampkach!

Trampki są pod togą sędziowską. Kontrast stanu wojennego. Tenisiści byli coraz bardziej rozdrażnieni. Mogę spierdolić im dzień. Rozprawa trwała dość długo. Może zrobiło się tak dlatego, ponieważ chodzi o los człowieka. Chodzi o mnie. Co z tym młodym gnojem zrobić? – wisiało w powietrzu.

– Zdrada! Ty chuju jebany! – Trzask w twarz. Czuję jeszcze uderzenie w twarz. – Kurwa, Ty! Socjalistyczna ojczyzna dała ci jeść i szkołę za darmo! A ty co? – Schylam głowę do kolan, aby się uchronić przed ciosem. – Wyżywiła i oprała! – dostaję w podbródek z haka, od dołu, ale się podnoszę. – 5 lat d0 kary śmierci? – Czuję bezradność socjalizmu w kolejnych ciosach.

Mam niby całe życie przed sobą, a tu ciach! Nie zdążę, zabiją mnie, nie przejdę tego więzienia! Młody, zrozpaczony. Szukam instancji wyższej niż poczucie winy wobec matki Polki totalitarnej i tej, której się nie wybiera. Tej, którą się zawsze kocha, bo jest bezlitosna. Tak właśnie było. Przysięgałem sobie ze strachu przed wyrokiem z oskarżenia o zdradę stanu, pojadę nad morze. Pojechałem wtedy.

Od tego całego czekania na aresztowanie za odmowę nie wytrzymywałem napięcia. Wspinałem się po ścianach bloków, traciłem ciężar. Bardzo wczesny, letni gigant 1983 roku zaczynam w kwietniu, a maju mnie wzięli. Plaże po zimowych sztormach są jak pacjent po odwyku. Nie mam się do kogo odwołać przez oczekującym mnie wyrokiem zdrady stanu.

Pustka morza i człowiek z piachu. Wyrzeźbiłem go niedawno, a ten znika. Pustka szerokiej pustej plaży stanu wojennego była przeogromna. Ona narzucała pytanie o statut człowieka wobec ciągłego drgania czasu i przestrzeni. Dla uspokojenia rytmu natury w nocy spałem na plaży. Rano, przy wstawaniu słońca trenowałem jogę. I tak nikogo tutaj nie było. Dorzeźbiłem w poprzek pustej plaży do figury człowieka krzyż z piachu, napisałem dużymi literami – Gdzie jesteś wrogu? Innego symbolu nie byłem w stanie się doszukać w pustce sytuacji, w której się znalazłem. Nie miałem innego odwołania, powodu, racji.

Mogłem przenieść na niego moją zdradę, winę, przekleństwo. Człowiek z piachu pomagał wobec faktyczności aktu zdrady stanu PRL. Pusto. Była zapaść. Piaskowy człowiek milczał i znikał pod wieczór rozwiany morskim wiatrem. Skarżyłem się. On milczał dalej. Trzeba było ciągle odnawiać. Odnawiałem. Nie pomogło. On milczał. Piach rozwiewał kształty. Wiatr był bezlitosny. Był dla wszystkich tak samo. Dopisałem na 10 metrów – gdzie jesteś wrogu? Właściwie, to powinno zostać napisane – kim jesteś Wrogu?

Krzyknąłem w horyzont.

– To Ja! Czego chcesz ode mnie? Może, to Ja jestem wrogiem? Co ty na to? – Powtarzam pytanie od linii horyzontu aż do sklepienia, a potem upadłem na piach. – Nic nie ma! – Bezsilnie ściskałem twardą garścią piach. – Tam nie ma nikogo. Muszę sam wybierać, płacić i żałować życia… – Duszno mi!

– Aresztowany proszę odpowiedzieć na pytanie! – Słyszę.
– Jestem niewinny proszę Wysokiego Sądu.

Odpowiadam, jakby z pamięci. Zataczam się przy tym miękko. Sufit był wysoki, stara poniemiecka kamienica. To nie pomaga. Od gorąca robi się niedobrze. Było już razem z trzy godziny stania pod karabinami. Dwie godziny jazdy do tego. Wieczność w wielu innych wypadkach wypada o wiele krócej.

Prokurator gadał i gadał. Prokurator wygłosił w końcu mowę obronną na mój temat. Mówił o mnie, że socjalizm i łaska ludowa, że praca ciężka, że pochodzenie, że na osiedlu A w Tychach życie jest przejebane tak samo przed urodzeniem jak i po. Wnioskuje w końcu do sądu o nadzwyczajne złagodzenie mojej kary zdrady stanu. Od minimalnej kary 5 lat jest opcja na 30 miesięcy. Znaczy stawia na moje życie. Prorok okazał się diabłem i aniołem! Bronił mnie i oskarżał! – wymsknęło mi się w myślach pomiędzy frazami oskarżania.

Mój młodociany wiek to uzasadnienie wymiaru kary „artykułem 21a”. Można zażartować, że „artykuł 21a” automatycznie redukuje mój wyrok z kary śmierci do połowy śmierci. Coś w rodzaju krakowskiego targu.

Targ pomiędzy diabłem i aniołem o powagę oskarżenia o moją zdradę stanu, o moją nieskończoność trwa niezwykle krótko. Dwie, trzy minuty. To nie był sąd. Sędziowie się śpieszą, bo w stanie wojennym tenis zrobił się modny. Spod togi wyzierają nagie, prawie chłopięce kolana. Jest na mnie szybki wyrok z powodu ich zmęczenia pracą dla ekipy, że „kurwa Ojczyzna Ludowa cię wyżywiła”. No tak. To ja jestem nierobem, oni generałami. Wieje paradoksom wprost z sali sądowej. Sędziowie skazują mnie na minimalny wymiar kary od 5 lat do 30 miesięcy więzienia. Tyle dostaję. Oni chcą zdążyć na tenisa, a ja się nigdzie nie śpieszę. Oni wiedzą o tym.

Gruby, spocony od przemijania adwokat gratuluje mi złagodzenia kary zdrady stanu. Podaje mi rękę zbyt mocno potrząsa. Nie kontroluje emocji. Jakby chciał coś ukryć. Stałem się cząstką pokolenia strącaną z dłoni grubego adwokata. Dano mi go z urzędu, z racji prawa. Dwa i pół roku, i Rachulka Tichauer. Dwa lata do przodu, dwa lata do tyłu. To jeden czas.

Reklamy


Dodaj komentarz

Wesołe miasteczko. Kilka zbłąkanych myśli

Włodek Małkowski

Kazimierz Mikulski - Tej nocy świeciły księżyce

Kazimierz Mikulski – Tej nocy świeciły księżyce

Pewnej nocy przybył do mnie anioł i zabrał na ucztę do nieba. Było tam tyle pyszności, lecz niczego nie wolno mi było zabrać ze sobą. Mimo to wychodząc ukradłem cukierka. Zjadłem go zawijając w papierek kamyk. Anioł pojawił się któregoś wieczoru i zażądał zwrotu. Dałem mu kamyk ze srebrnego pierścionka i odtąd moje życie się zmieniło. Poznawałem kobiety o gorzkich ustach i szeleszczących twarzach, jak papierki po cukierkach, oraz przyjaciół o kamiennych sercach. Mimo, że zawijałem w papierek, co tylko miałem najlepszego, anioł za każdym razem wracał, by oddać mi kamyk, który wrzucałem do doniczki. Aż do chwili, gdy w jego obecności spowiłem w papierek już tylko łzę i bezradnie uniosłem dłonie ponad jego skrzydła, bowiem już niczego cennego nie posiadałem. Stałem się odludkiem skupiającym się na kontemplacjach. Pewnego grudniowego wieczoru spostrzegłem zdziwiony, że w donicy wypełnionej kamykami wyrósł kwiatek. Za oknem pojawił się anioł, zakołysał przyjaźnie skrzydłami, uśmiechnął się i odleciał. Mam wrażenie że tym razem to była kobieta.

***

Katastrofalnym błędem jest sądzić, że skoro rozszerzający się wszechświat przyspiesza, to zwiększającą się między nami odległość, jak na powłoce powiększającego się balonu, musimy czym prędzej zapełnić, aby nie stracić kontaktu między sobą… Zagracamy ten piękny świat niepotrzebnymi gadżetami mającymi świadczyć o naszym rozwoju, gdy tymczasem stają się tylko ścianą między nami. Ach, te wszystkie Noble, Oskary, nagrody i tytuły będące jedynie skutkiem strachu przed samotnością. Przecież na tej powiększającej się powłoce my sami stajemy się więksi wprost proporcjonalnie do naturalnie zwiększającej się odległości między nami. Dość w nas szerszego spojrzenia i słyszenia, głębszego odczuwania, bo i serca nasze większe, by tą przestrzeń wypełniać życzliwym uśmiechem i radością. By zapłonąć wspólnym jasnym światłem bez obawy, że czegoś dla nas zabraknie. W przeciwnym razie skończymy w układzie scalonym nad bramą, gdzie tylko hasło po niemiecku: SUKCES CZYNI WOLNYM (ERFOLG MACHT FREI), oszukani przez doktrynalnych mędrców. Kochani, kosmos nas nie zostawi, miejmy tylko odwagę być sobą i się do niego przyznać.

***

Jak myślicie damy radę powstrzymać zagładę? Czy jeszcze nie tym razem, kolejnym łudząc się mirażem, bo już po zagładzie. Moi drodzy przyjaciele, choć jestem po trzech lobotomiach to nadal nie wiem, o co tu chodzi? Zawsze myślałem, że wystarczy po prostych ścieżkach chodzić i się nie dopierdalać do tych, co po krętych lubią chodzić. I za to nawet kumple mnie szanowali, bo przecież każda droga prowadzi tak jak noga, to lewa, to prawa, a czasami w podskokach, żabką lub na czworaka. A tymczasem o każdą drogę draka. To co kuźwa, na starość mam się uczyć latać?

***

Jestem przeciwko przyjmowaniu uchodźców z kosmosu, dopóki nie wyślemy tam kilku znanych osób.

***

Co za stuknięty starzec? Najpierw się ujara, a potem przez kilka godzin siedząc przed komputerem ogląda katastrofy maszyn budowlanych. Kłóci się przy tym sam z sobą, wymyśla inżynierom, ubliża brygadzistom i robotnikom, udziela rad. Co tam, niech mu i tak będzie skoro powoli przyswaja sobie angielski, zupełnie jak dziecko, nawet o tym nie wiedząc. Na drugi dzień opowiada mi o tych katastrofach akurat w chwili, gdy mi się wydaje, że piszę piękny wiersz. Już nie sięgam po pistolet tak, jak kiedyś, tylko się uśmiecham w nadziei, że w końcu zrozumie, że komputer gasi się niekoniecznie wyciągając wtyczkę z gniazdka. A wiersz to jak trzeba mogę sobie nawet w tramwaju napisać. Niech się dziadek uczy!

***

Jestem poważnie chory na normalność, Sex Pistols już na mnie nie działają. Czekam od dziecka na przeszczep miłości. Z każdym rokiem coraz trudniej o dawcę. Z każdym świtem słabszy i bardziej normalny już z wysiłkiem się podnoszę, by wiersze pisać zbyt normalne, więc niezrozumiałe i ponoć przez sen coś bredzę o jakiejś prawdzie.

***

Wysłałem dziś totka, a to dlatego, że się dowiedziałem, że gdyby nie totek, to Lechu zamiast przeskoczyć przez płot, zdechłby pod płotem.

***

Osiągnąłem gigantyczny sukces! Nikt na mnie nie głosował, a mimo to mam coś do powiedzenia, a więc powiem bez ogródek o co mi chodzi – HWDP I rządowi!

***

Jakim bym był człowiekiem, gdybym dzieciństwa się zaparł, wypierając się tego, że jestem stuknięty. To prawda, że nigdy nie potrafiłem się nauczyć matematyki i śmieszy mnie teoria względności, ale rachować w pamięci, to nadal rachuję szybciej niż wszyscy ci maturzyści, a jak pisać zaczynam, to aż się błędy ortograficzne razem z radości grupują i podskakują szczęśliwe wyciągając ręce jak dzieci do mojej opowieści. Góry z U robią kołyski, aby kołysać się było piękniej, a nie jak Syzyf okrągły kamień toczyć lub z Ó wybałuszać oczy, a rzeki to przez samo Ż, by każdy wiedział, że płyną tylko dla mnie. Bohaterowie niosą na plecach worki zabawek w pękatych workach, żołnierze bez R, jak bez karabinów, co najwyżej rzucają śnieżnymi kulkami. Czasem mi wstyd za te R, gdy je dla świętego spokoju dodaję, za to Ó jak drzazga w oku, zamiast bujać się swobodnie w dolinie między górami, jak konewka w ogródku pani Flory z czwartego piętra kamienicy.

***

Śniło mi się, że piękne i bogate kobiety uwodziły brzydkich i biednych facetów. Dla podniety. Więc w trymiga do nich zadzwoniłem. Jak zwykle nie odebrały telefonu. Poszedłem do łazienki i się ogoliłem.

***

Za 15 min wychodzę przywitać się z nowym rokiem, oby tylko nie doszło do nieporozumień już na samym początku.


1 komentarz

Formy Zamętu. Zima

Maciej Chwistek

Przyszła! Przylazła! Właściwie to przykuśtykała, a może nawet się przyczołgała. Nie pytała, czy chcę i czy użyczę gościny. Pieprzona patriotka! Zawsze zjedzie na kilka miesięcy i twierdzi, że ma prawo. Niby przed tysiącami lat w obecności starego dębu i posiwiałej już ze starości brzozy spisała umowę z wróblami i jaskółkami, że będzie nawiedzać te strony na trzy, cztery miesiące. Wróble miały świadczyć i sprawdzać czy dotrzymuje umowy.

Ledwie się zjawi zaraz coś psuje. A to muszę drzewo ściąć, by się ogrzać, kasę zamiast na świeże owoce wydać muszę na buty, a o tej ilości soli na drogach nie wspomnę. Stara, stetryczała jeszcze się maskuje. Podmaluje szronem rzęsy, mgiełką przypudruje, bo śniegu już jej nie starcza. A spod mejkapu pryszcze na kilometr widać. A to zardzewiała puszka, zeschłe liście, nie wspomnę o pięknie zarysowanych psich kupach. I co z tego, że czasem sypnie, okryje, przytuli? Jak człowiek sam, to jeszcze tym potrafi zaszkodzić. I co to za tulenie, skoro wszystkie koty i psy uciekają od niej i garną się do mnie na kolana? One niech się tulą, ale ta zimna, blada, upaprana błotem, o sztywnym chodzie i głowie schowanej we własnych ramionach?

Mówią niektórzy, że ona zdolna scenografka, że nastrój potrafi stworzyć, że tak inaczej się tulisz, że inaczej wypatrujesz. Cholera jedna. A to pranie ze sznurka targane do chaty niczym stos trupów, sztywne, lodowate wydające chrzęst, jakby za chwile miało tańczyć wokół mnie taniec śmierci.

Mówią też, że zdolna z niej malarka. Może i zdolna, bo i mnie czasem zachwyci, ale monochromatyczna, monotematyczna i za dużo światła zużywa, dla mnie już nie starcza, jak wstanę o siódmej lub ze spaceru wracam o piątej.

W mordę taka mi patriotka, co piaskiem muszą przez nią sypać, a o krwi na drogach nie wspomnę. Tylko przegnać taką jak najdalej, bo oddychać czasem nie można, takiego smrodu potrafi narobić. Jedyne co, to marzyć i wspominać lato, spacer nad Pliszką, uśmiechy, świergolenie ptaków, zapach, ciepło, eeeeech, by się chciało…

Ech, piękna wiosna i tylko marzyć.