Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Formy Zamętu. Dlaczego?

Maciej Chwistek

Mówisz bym już nigdy nie pytał DLACZEGO. Nie muszę.

Przecież wiem. Rozumiem aż do bólu. Moje DLACZEGO to krzyk, to niezgoda na…

Wiem, moja niezgoda to banał, tak jak i to, na co się nie zgadzam. To przygniata do ziemi, a jednak pospolite, normalne, przeciętne. Tak częste, że aż banalne. Wiem niesprawiedliwe, bolesne, nie moje, choć moje. A gdy już tylko moje, to jedyne, niepowtarzalne, najwspanialsze lub najokrutniejsze.

Czy to co piszę ma jakiś sens?

Nie ma. Bzdet nikomu niepotrzebny. No, może mi. Tak, mi potrzebny, bo piszę, a gdybym nie pisał gryzłbym nerwowo chleb, co chwilę zmieniałbym w radio kanały, chodziłbym wokół stołu. Może bym nawet doszedł na kopiec Kościuszki i podeszwy starł w butach, a tak tylko piszę.

A dlaczego te fotki? A dlaczego by nie? Przy każdej zadawałbym to samo pytanie. DLACZEGO?

Reklamy


Dodaj komentarz

Wesołe miasteczko. Przed świtem

Włodek Małkowski

Piotr Antkowiak - Świt i zmierzch

Piotr Antkowiak – Świt i zmierzch

Mów mniej, a więcej usłyszysz.

**

Nie mogę zasnąć, choć czuję się zmęczony. Stoję w oknie z papierosem i patrzę w deszczową ciemność nocy rozmyślając o tym, co się zdarzyło dawno temu gdzieś daleko w Rosji…

Pewien człowiek skazany na śmierć poprosił władze więzienia, by pozwoliły mu ostatnie trzy dni spędzić z żoną, która miała go właśnie odwiedzić. Obiecał przy tym, że nic jej o tym nie powie. I tak też się stało. Spacerował z nią starając się być pogodnym, nawet przez chwilę nie dając jej poznać w jak tragicznej jest sytuacji. Był czuły, troskliwy i chyba nawet bawił ją żartami. Raz tylko na moment zasłonił twarz dłońmi, gdy szedł za nią brzegiem jeziora, ale gdy to dostrzegła powiedział, że od tak, tylko przez chwilę źle się poczuł, ale już jest wszystko dobrze. Na koniec poprosił ją, by zabrała jego ciepłe ubrania, które mogą jej się jeszcze przydać, gdyż on lada dzień dostanie nowe sorty. Niczego się nie domyśliła. Zaraz po jej wyjeździe rozstrzelali go.

Ale co ja okaleczony bezmyślnym wrzaskiem o byle co i lamentem nad samym sobą z byle powodu mogę o tym wiedzieć?

Tak. Chyba dobrze, że jednak nie potrafię zasnąć starając się jeszcze czegoś nauczyć i zrozumieć.

**

Jeszcze z dwie godziny i zacznie świtać. Tak mi zeszła noc na wsłuchiwaniu się w szum morza, lasu, śpiew ptaków, czuły szept kobiety, miły dotyk jej ciała…

Ktoś mógłby powiedzieć, że tam, gdzie obecnie mieszkam nie ma morza, lasu i ogrodów z kolorowymi ptakami, ani nie ma przy mnie żadnej kobiety. Ale jakie to ma znaczenie? Ja to słyszę tak, jak się słyszy jeszcze nienapisane wiersze. I mnie to wystarcza, sprawia, że jestem szczęśliwy?

Tak, tak. Nie miałem lekkiego w dzieciństwa. Siłą woli musiałem przyczynić się do tego, by doświadczyć wszystkiego, na co nie miałem szans w realny sposób. Z konieczności nauczyłem się mieć to na swój sposób, tak, by jak inni być szczęśliwym i za bardzo nie narzekać.

To nie moja wina, że nie wszyscy słyszą ten wibrujący syk kosmosu, który nieustannie mi towarzyszy. Nie słyszą szumu morza tylko dlatego, że nie ma go w okolicy. Nie czują pocałunku kobiety, tylko dlatego, że są akurat samotni.

Ale nie mam o to do nich pretensji i nawet im nie współczuję. Po prostu tacy już są. A ja jestem taki. Wolę kwiatki, niż buraki.

**

Na przykład taki cesarz Neron został niesłusznie posądzony o podpalenie Rzymu i nikt nie dochodzi dobrego imienia Nerona mimo jego niedomagań psychicznych. A kto czytał jego poezję? Ile zarobili podpalacze na przejęciu portowych dzielnic do tej pory nie ujawniono. Podobno wciąż zarabiają. A niech tam, ważne, że ludzie wciąż tak samo jak stuknięty Neron piszą wiersze.

**

O 5 rano na strychu z synem prezydenta gra w okręty Krzychu, a z synem premierki ktoś pogrywa w bierki. Z córką zaś biskupa lepią dziś bałwana, śmiechu co niemiara. Marudzą o grantach u słynnej znachorki z synkiem profesorki. Tylko syn artystki, starej anarchistki, śpi spokojnie w domu. Co się będzie szlajał z takimi chujami o 5 rano.

**

Idzie trzech kominiarzy. Niosą pękaty worek. Szukają w głębi ściany, aby jasność malować czarnej sadzy smugami, obyś dostrzegł jak z czerni kropki na twoim czole światło ponad i błękit sączy w zboża zielone.

Idzie trzech piekarzy. Niosą pękaty worek. Szukają w głębi ściany, aby ciemność malować białej mąki smugami, obyś dostrzegł jak z bieli kropki na twoim czole ciemność ponad i błękit sączy w zboża zielone.

Chleb powszedni na stole.

**

Świt. Można napić się kawy.

Być w tym mieszkaniu, od okna do ściany. Każdy krok to za uśmiech, za łzę, za setki lat niezapisanych, za jeden dzień, za tą pewność, że wiem, kiedy skargi bolesny krzyk rwie sumienie jak tępy nóż.

Nie, ty nie wiesz nic. Czymże jest twój ból, co wzniośle tak krwawi, kiedy inni już w bólu niemych kamieni, których ogień nawet nie strawi.

Każdy krok w tym mieszkaniu, od okna do ściany, za miliony przepadłych słów.

Aż przystajesz przed oknem zdumiony próżnością tej ceremonii i już wiesz, że nie wiesz nic. Możesz tylko napić się kawy.

**

Myśleć o tobie, kiedy świt, to jak modlitwa. Czemu myślisz, że drażni mnie to twoje niewidzenie i niesłyszenie, skoro tyle razy też byłem niewidzącym i niesłyszącym. I nudnym wydawało mi się to drzewo za oknem. A przecież to drzewo jest starsze od tego domu. W końcu mu się przyjrzałem dostrzegając jak zmyślnie ma splątane konary, zdają się tworzyć kształt pustego oka, którym spogląda w okno lub symbol nieskończoności, gdy spojrzę na nie z innego miejsca. Dostrzegłem też czarne ptaki, właśnie już kraczą, gdy o nich wspomniałem. Uśmiechnąłem się więc do nich w nagrodę. Na parapecie pojawił się wróbelek, a ja wróbelka to już kilka lat nie widziałem. Dziękuję ci wróbelku za to, że jeszcze jesteś. Przypominasz mi dzieciństwo, kiedy na podwórku było jeszcze sporo wróbelków. Tak, myśleć o tobie, kiedy świt, to jak modlitwa.

**

Często światło i ciemność jest tylko dekoracją. Możliwe.

Nie wiem co to jest cisza. Chyba nigdy jej nie doświadczyłem. Czy to ten wibrujący dźwięk zdający się przenikać przez wszystko co mnie otacza?

Podobnie jest z ciemnością. Zamykam oczy i widzę jasną poświatę. W końcu je otwieram, by odpocząć.

Nie, nie narzekam, zdołałem się już do tego przyzwyczaić. Kiedyś zdarzało mi się biegać po pokoju i upychać cokolwiek w każdą szczelinę, by osiągnąć doskonałą ciemność. Ale już tego nie robię.

Obawiam się bólu, który nieustannie mi od jakiegoś czasu towarzyszy. Na razie staram się z nim zaprzyjaźnić. Szepczę coś do niego, zadaję pytania bez odpowiedzi. Może się uda.

W dzieciństwie lubiłem przyglądać się powietrzu dostrzegając w nim wibrujące punkciki jak mikroskopijne ziarenka (może to one są tym wibrującym dźwiękiem(?)). Co miałem innego do roboty, gdy godzinami spędzałem czas w samotności. Patrzyłem sobie w to powietrze, aby się nie nudzić. W końcu zaczynałem coś nucić pod nosem i ruszałem w długą podróż krążąc po podwórku.

Ale co będzie z bólem? Czy uda mi się pogodzić z jego przenikaniem?

**

Przez gąszcz myśli ze snów milczącym sercem wyrąbałem drogę nad morze. Chłód tam jednak i pustka. Duch śmierci zamarzł w skutej lodem łódce.

Nie zostanę nieśmiertelnym na takim zimnym odludziu, pod kryształową zorzą układając wiersze o ogrodach z okruchów kryształu, nie wzejdzie z nich kwiat, by zapachnieć letnią nocą.

Pójdę choćby bosy po lodzie na wyspę umarłych, gdzie w ruinach posępnego zamku tli się jeszcze płomień. Zgaszę go sobą, w swoje przebudzenie.

Nie pozostanę milczącym nad kryształowym morzem z kryształowych snów.

**

Ma starzec karty trzy, na jednej z nich jest moja twarz. Zawsze kiedy było źle rozkładał je bym odkrył, gdzie jestem sam. Czasem na drodze w szeleście drzew, o właśnie tam, gdzie o nocy pieśń. Piękne sny proszą byś żył piękniej, niż śnisz. I z wszystkich chwil, o których wiesz, już piszesz wiersz, niech śmieją się. Ma starzec karty trzy, na jednej z nich jest moja twarz, moja twarz.

**

A kiedy sny odchodzą i płakać już nie umiesz, w dniu wytartym jak podeszwa wędrowca, który skonał w tłumie, tęsknota coraz bledsza nie spieszy na ratunek, lecz spada poprzez piekła tańczących bezrozumnie. Nie bądź jak chłodny popiół, tych co spłonąwszy w ogniu miłości innych nie mają nic do powiedzenia, aby zapłonąć sobą. Wstań z uniesioną głową, do gwiazdy, która na niebie jest już tobą i choćby przez łzy, lecz się śmiej, aż ujrzysz niebo kolorowym, a będzie z tego niejeden sen, bo ci, co kochają wiecznym światłem płoną, nigdy się nie spalając.

**

A kiedy przyjdzie o wszystkich zapomnieć, i o tych co im ta pamięć obojętna i tych co smutkiem za nią płacą, nie osądzaj mnie. Nie wiesz o mnie więcej, niż sobie zdolny wyobrazić człowiek. Pod jeszcze niepoznaną gwiazdą pomilcz chwilę o mnie na przyszłe drogi przypomnienie.

**

Pić już więcej nie mogę. Przede mną jest droga, a ja kocham tę drogę. Stamtąd skąd wracam niewielu wróciło. Mnie było dane. Po burzy na morzu, za zadane rany, na brzegu poranka opadam perłami.


Dodaj komentarz

Cienie i szepty. Gorączkujące serce

Jacek Knap

Rys. Jacek Knap

Rys. Jacek Knap

na klęczkach
owijam bandażem śniegu
gorączkujące serce

Rys. Jacek Knap

Rys. Jacek Knap

daleko w tyle
zostało miasto
które kamienuje mnie
co dzień

Rys. Jacek Knap

Rys. Jacek Knap

las wezbrał
zalał wzgórza doliny
nieruchomym morzem

stoi

Rys. Jacek Knap

Rys. Jacek Knap

tylko on
wypije każdą
rozpaczliwą spowiedź

Rys. Jacek Knap

Rys. Jacek Knap

z głowy wyjmie
głaz pokutny
pamięć

Rys. Jacek Knap

Rys. Jacek Knap

więc idę
który to już raz
utonę w nim
zniknę

Rys. Jacek Knap

Rys. Jacek Knap

marząc
o twoich włosach
jak całun