Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Degustacje. Marsz dla bogatych?

Z Ryszardem Szpytmanem rozmawiała Anna Roś

Ryszard Szpytman

A.R. Wróciłeś do Wrocławia, co skłoniło cię do powrotu?

R.S. Stan zdrowia i możliwość skorzystania z okazji darmowego powrotu do Polski. Wyczerpująca wędrówka i nienajlepsza dieta spowodowała niedobory w organizmie. Jak się okazuje nie ma żartów ze zdrowiem. Na początku pojawiły się zawroty głowy oraz lekkie krwawienia z nosa, potem bóle głowy, senność, silny katar i dłuższe krwotoki z nosa, trudne do zatrzymania. Właściwie to powinienem tutaj podziękować uczestnikom Marszu, którzy podzielili się swoimi lekarstwami oraz w trosce o moje zdrowie zaproponowali mi skorzystanie z nadarzającej się możliwości powrotu. W odpowiednim czasie pojawił się transport. Gdyby nie to, wędrowałbym dalej. W planach miałem przyjechać Polski pod koniec kwietnia. Rodzice chętnie by mnie zobaczyli na Święta. Tymczasem jestem już teraz, pod koniec marca. To trochę taki przyspieszony, nie powrót, a raczej przyjazd.

A.R. Przyjechałeś do Wrocławia z polską ekipą filmową. Jak się poznaliście i jak minęła podróż?

R.S. Poznaliśmy się w Sarajewie. Ekipa telewizyjna zbierała materiały o Uchodźcach i o Marszu. Mieli wolne miejsce i zabrali mnie do Polski. A jak nam minęła podróż? Przyjechaliśmy do Krakowa i to ledwo co. Podobno w drodze do Sarajewa został rozjechany wór z solą, co przyczyniło się do późniejszych nieszczęść. Na Słowacji zetknęliśmy się z samochodem widmo, którego nikt z nas nie widział. Pęknięte koło, porwane drzwi i właściwie koniec jazdy. Jednakże po zmianie koła patrol policyjny zezwolił na dalsze kontynuowanie podróży.

A.R. Co myślisz o organizacji Marszu pod względem wyżywienia uczestników marszu?

R.S. Organizacja wydaje mi się trochę chaotyczna i nieprzemyślana. Na Marsz są zbierane środki finansowe za pomocą portalu internetowego. Pomimo tego Maszerujący i Organizatorzy sami finansują jedzenie i noclegi, jeżeli są płatne. Czyli to, co jest wpłacane przez darczyńców na Marsz nie jest wykorzystywane do zakupu żywności ani opłacania płatnych noclegów. Zostało to określone na samym początku Marszu. Kilkakrotnie pojawiały się głosy w sprawie uczestników, którzy zrezygnowali ze swojej pracy. Ciekawe jest to, że część osób o niewielkim budżecie uważa, że mimo wszystko każdy sam musi finansować swój udział w Marszu. Natomiast osoby lepiej sytuowane uważają, że ci, którzy zrezygnowali z pracy i nie mają wystarczających środków nie muszą składać się na wyżywienie. Taką uwagę zgłosił jeden z obywateli niemieckich w hostelu w miejscowości Ptuj, co spotkało się z aprobatą Organizatorów, po czym zostało zapomniane. Brak zatem konsekwencji. Organizatorzy, z punktu widzenia ustanowionych reguł, nie odpowiadają za wyżywienie. Maszerujący sami przygotowują posiłki, mogą składać zamówienia na konkretne produkty, które kupują Organizatorzy z codziennych składek. Wielkość codziennej składki jest określana przez Organizatora. Sprawa dotycząca wyżywienia jest dla mnie dyskusyjna. Nie zgadzam się z zasadami dotyczącymi finansowania wyżywienia ustanowionymi przez Organizatorów. Tą drogą daleko nie zajdziemy. Nie wyobrażam sobie wejścia do Syrii będąc w wątpliwej kondycji zdrowotnej. Tego się nie da zrobić.

A.R. Czy zwykły uczestnik marszu ma wgląd w finanse Marszu? Czy wie, ile do tej pory zebrano w zbiórkach internetowych, w jakim okresie, bądź kraju najwięcej, czy było to związane na przykład z jakimś konkretnym spotkaniem z uchodźcami?

R.S. Zwykły Marszowicz może sprawdzić ile zostało zebrane przez Internetową zbiórkę na Gofundme. Tam jest podana kwota, jaka została wpłacona od samego początku Marszu. Można przeczytać komentarze wpłacających oraz zobaczyć jaką kwotę przelali. Bardzo ciekawa lektura, choć nie miałem zbyt wiele czasu na nią. Kilka wpisów przeczytałem. W inne dane nie ma wglądu. Myślę, że byłoby ciekawym doświadczeniem dowiedzieć się, w jakich sytuacjach ludzie chcą nas wesprzeć i jaką mają intencję. Czego oczekują? Dlaczego wspierają inicjatywę?Może mają jakieś ciekawe pomysły, które chcieliby, abyśmy zrealizowali, a może po prostu wpłacają, bo chcą, aby Marsz dalej podążał swoją trasą?

A.R. Sprawa nieregularnych posiłków zapewne jest bardziej dokuczliwa dla kogoś pozbawionego środków. Podejrzewam, że bardziej zasobni uczestnicy nie odczuwają tego tak dotkliwie jak ty. Dla ciebie udział w Marszu skończył się anemią. Mimo wszystko myślisz o powrocie, gdy się trochę podkurujesz.

R.S. To taka choroba, nazywa się cierpiętnictwo. Kolega psycholog, który idzie w Marszu zapewne by mi to jakoś wytłumaczył. Anemia w moim przypadku nie jest potwierdzona, ponieważ nie zrobiłem badań, jest też niewykluczona, sądząc po objawach. Nie tylko ja odczuwam złą dietę, ale także inni uczestnicy, z Organizatorami włącznie. Niektórzy wyglądają lepiej, inni gorzej. Maszerujący sobie pomagają. Problem finansowy można w pewnym stopniu rozwiązać za pomocą portali typu Leetchi lub Gofundme, które pozwalają zbierać pieniądze na różne cele. Jeżeli ktoś czuje chęć, a nie może wziąć udziału w Marszu, jak ogłasza Organizator, może udzielić wsparcia finansowego. Civil Marsz zbiera środki i każdy z Maszerujących ma również prawo do zbierania środków finansowych. Założyłem swóją skarbonkę na Leetchi i są pierwsze wpłaty. Trochę późno się za to wziąłem. Lepiej jednak późno, niż wcale.

A.R. Czy Marsz to Organizatorzy i Maszerujący? Chodzi mi o to czy według ciebie stanowią jedność? Czy mają wspólne cele i oczekiwania?

R.S. Na ten temat pojawia się wiele różnych spostrzeżeń i każdy może to inaczej odczuwać. Jest podział na Organizatorów i Maszerujących. Nie oznacza to, że Organizatorzy to grupa zamknięta. Każdy może być Organizatorem i wziąć udział w Orgameetingach. Po całym dniu maszerowania nie zawsze są na to chęci i siły. Orgameetingi służą sprawom typowo organizacyjnym, odbywają się raczej późno i potrafią długo trwać. Natomiast zawsze około godziny po dotarciu do miejsca noclegu jest tak zwany Circle. Tam spotykamy się wszyscy razem. Jeżeli pojawią się jakieś kwestie do dyskusji to je omawiamy, jeżeli jest pytanie dnia, to dzielimy się swoimi przemyśleniami. Głównym zadaniem Circle jest rozdzielenie zadań na dzień kolejny, czyli kto będzie Marchmasterem, kierownikiem marszu, kto będzie Morning Rockstar i obudzi wszystkich o 6 rano oraz przygotuje składniki na śniadanie – rozłoży chleb, ser itp. oraz zagotuje wodę. Jest wiele różnych funkcji. Czy Organizatorzy i Maszerujący stanowią jedną całość? Marsz nie jest na szczęście strukturą wojskową i ma bardziej luźną formułę. Nowi marszowicze mogą czuć się trochę zagubieni. Nie ma przesadnej opieki, można jednak liczyć na wsparcie uczestników.

A.R. Jakie są stosunki między maszerującymi? Czy powstają konflikty, przyjaźnie?

R.S. W większości zdarzeń relacje pomiędzy maszerującymi są dobre, a nawet bardzo dobre, poza drobnymi incydentami. Konflikty są nieuniknione, ale raczej się wygaszają. Osób, które idą od początku przez cały czas jest niewiele. Powracających wita się jak starych znajomych. Myślę, że jesteśmy zgraną grupą.

A.R. Jakie akcje towarzyszą Marszowi? W jaki sposób rozpowszechniacie ideę Marszu?

R.S. Podstawowa akcja oprócz codziennego maszerowania, noszenia banera, flag to rozdawanie ulotek zachęcających do przyłączenia się. Ulotki zawierają podstawowe informacje kontaktowe oraz listę miejscowości na następne kilka dni. Są też mniejsze lub większe wydarzenia medialne. Spotkania z dziećmi w szkołach, najczęściej tam gdzie nocujemy, czasami jesteśmy zapraszani na lekcje, spotkania z lokalnymi organizacjami aktywistycznymi, spotkania ze społecznościami. W niektórych krajach tych spotkań było dużo, obecnie trochę mniej. W Sarajewie zorganizowaliśmy trzydniowy cykl wydarzeń na wolnym powietrzu – przejście na boso centralnym deptakiem, koncert oraz 24 godzinną dyskusję w parku podzieloną na panele tematyczne.

A.R. Jak odbiera was miejscowa ludność, czy dołącza się do Marszu? Jaki kraj najlepiej wspominasz i dlaczego?

R.S. Zastanawiam się nad tym do dnia dzisiejszego. W krajach bałkańskich reakcja jest bardzo żywiołowa, zwłaszcza w Bośni. Ludzie trąbią, machają, pozdrawiają, ale nie dołączają. Czasami zatrzymują samochody i rozmawiają. W Chorwacji dostaliśmy od kierowcy dwie nalewki i kiełbasę, w Bośni wodę i Coca Colę. W krajach Bałkańskich jedynie ze Słowenii dołączyło do nas kilka osób, jak na razie nie zauważyłem Chorwatów i Bośniaków na Marszu. Z krajów, które najlepiej wspominam to początek Marszu. Pewnie dlatego, że wszystko było nowe, nowi ludzie, nowe wydarzenie, nie było problemów związanych z wyżywieniem, przyjeżdżając samochodem miałem spory zapas. Były to przyjazdy raczej na chwilę, teraz jak się idzie tyle tygodni odczuwam znużenie. Aby to zrozumieć należy doświadczyć.

A.R. Czy nadal zamierzacie iść przez Turcję, pomimo panującej tam wojny domowej z Kurdami?

R.S. Tak, jest to właściwie jedyna droga do Syrii. Jest to też ważny fragment trasy Marszu, ponieważ znajdują się tam obozy uchodźców oraz jest to też miejsce, w którym znajduje się granica z Syrią. Jeżeli nie zostaniemy wpuszczeni wtedy będziemy zastanawiać się co dalej.

A.R. A co jeśli was wpuszczą? Myślisz, że macie szansę wyjść z tego cało?

R.S. Jak na razie zamierzamy dojść do Aleppo. Myślę, że kluczowym elementem będzie dotarcie do granicy Syryjskiej. Nie tylko od nas zależy czy wejdziemy do Syrii, ale czy osoby, które nam to mogą umożliwić zdecydują, że możemy wejść. Wpuszczenie Marszu jest związane z zapewnieniem bezpieczeństwa oraz zapewnieniem możliwości dotarcia do celu. Z pierwszym związane jest życie, z drugim zdrowie.

A.R. Co twoja rodzina, znajomi myślą o twoim udziale w Marszu? Wspierają, odwodzą, kpią?

R.S. Rodzina liczy na opamiętanie się, szybki powrót i co najważniejsze szybkie znalezienie pracy. Znajomi raczej życzą szczęścia.

A.R. Zdjęcia, które robisz są dosyć optymistyczne, ale wiem, bo kontaktowaliśmy się, że często miałeś dość maszerowania. Co pomimo zwątpień pcha cię do przodu? Dlaczego nie opamiętasz się tak, jak radzi ci rodzina?

R.S. Sam się nad tym zastanawiam. Dotarcie do Aleppo nie jest dla mnie najważniejsze. Jest symbolem. Uważam, że najważniejsze jest to, co można zrobić po drodze. Teoria głosi, że Marsz jest procesem i po zakończeniu, kiedy wszyscy się rozjedziemy, będziemy mogli na swój sposób rozprzestrzeniać idee. Ja mam pomysł na książkę fotograficzną, w której chciałbym zawrzeć trochę spostrzeżeń na temat pokoju, wojny i pomagania sobie.

 

Reklamy


Dodaj komentarz

Formy Zamętu. Odkrywanie tajemnic życia i kosmosu

Maciej Chwistek

Ostatnio dobrze się myśli. W pociągu tak ciekawie, że na stacji nie wysiadłem. A wracając przez las to już pełnia szczęścia i odkrywanie tajemnic życia…

Pierwszy kilometr przez Torzym to tylko bzykanie tirów i osobowych na zmianę. Ta powtarzalność sprawia, że coraz głębiej się wchodzi w siebie i myśli nad światem. Rytm niczym narkotyk. Mogłem ominąć ulicę i iść od razu torami, ale wiecie co znaczy trzymać długość kroku przez wiele kilometrów. Nogi podporządkowane są odstępowi podkładów kolejowych a gdy zboczysz z nasypu to wisi nad tobą groźba sturlania się ileś metrów w dół.

Czterdzieści lat temu szedłem tak nocą z Rowu do Kieszkowa, monotonia kroków sprawiała, że zapominałem, że niosę kolegę, który przesadził z sylwestrową zabawą. Czasem jego stopy po podkładach robiły tak, jak w dzieciństwie lubiłem patyczkiem po płocie. Wniosek. Wtedy robili lepsze buty, dzisiejsze by tego nie wytrzymały. Wychodząc z Torzymia jeszcze wiedziałem, że jest niebo, bo coś tam w górze szarzało, czasem nawet odbiło się w kałuży. Skończyły się pola, wszedłem w las. Ciemno, czasem tylko wąziutka szczelina pomiędzy wierzchołkami drzew. Ta nikła smużka już nie miała sił przeglądać się w kałużach o czym moje buty informowały chlupiąc donośnie. Czasem któraś z puszek z kocim żarciem kantem poczęła uwierać. Należało potrząsnąć i iść dalej.

Idę. Gdzieś od strony Grochonia (torfowe płytkie jezioro) słychać strzały. Cholera wie czy to myśliwi, czy kłusownicy. Czasem na to samo wychodzi. Dziesięć, piętnaście strzałów. Nie lubię. Kilka lat temu, gdy też nocą szedłem z Sulęcina ktoś strzelał kilka metrów ode mnie. Oj! – udarłem się wtedy wykorzystując typowo narodowy zwrot:

– Kurwa mać! Co jest grane?!

Nikt mi nie odpowiedział, no to dalej już tylko gwizdałem i klaskałem.

A z tym przeklinaniem to nie zdarzało mi się dawniej. Z domu wyniosłem słowo zastępcze: Kurza noga i kilka razy w roku używane przez ojca: Kurde. W szkole usłyszałem Kurna a inna koleżanka dodawała nać. Począłem używać, no ale kiedyś się pomyliłem i wyszło Kurwa mać.

Z piętnaście lat temu spędzaliśmy miło czas z przyjacielem serdecznym Tomaszkiem. Spacer na grzyby, później do skupu i do sklepu. No, jedzonko było i po piwku, a jakie rozmowy…

Któregoś dnia przyjechała Tomaszka siostrzenica. Wyobraźcie sobie czternastolatkę o błękitnych oczach, platynowych włosach z ładnym uśmiechem. Któregoś dnia ogłosiłem konkurs na najpiękniejszą wiąchę. W tym dniu nie mieliśmy humoru a ja miałem kompleks na tle wiąch. Oczywiście młoda nie miała brać udziału, ale tak natarczywie prosiła, że ulegliśmy.

Moje wiąchy przyznaję, niezgrabne, bez polotu, sztywne niczym pręt zbrojeniowy. Tomaszek zachwycił skojarzeniami, poetyką, sięganiem do historii, lekkością. Były pięknie splątane, celne, szerokie w swej warstwie społecznej. Byłem zachwycony. No, ale po pierwszych wiąchach Kamili usiadłem. Ta tryskająca energią soczystość, barwność, logika, płynność. Bogactwo słownictwa i zakres. Od anatomii po cały przegląd chorób, zjawisk atmosferycznych astronomicznych i czynności seksualnych. Stałem oniemiały.

Teraz z perspektywy wiem, że zmarnowała swój talent. Co z tego, że skończyła polonistykę, kiedy zaniedbała poezję?


Dodaj komentarz

Zapiski dinozaura. Psychotroniczne rozdwojenie jaźni

Włodzimierz Zylbertal

Rys. Saul Steinberg

Osobliwość życia psychotronika, zwłaszcza, jeśli zna on jakiś sposób monitorowania swojej rzeczywistości równoległej, np. astrologię… Otóż w życiu takiego człowieka obowiązkowy staje się rodzaj „rozdwojenia jaźni”. Np. nasz psychotronik czuje się źle, deprecha się do niego czule uśmiecha, widać, że coś z nim nie tak. Zglęzły, niekomunikatywny, nie do życia, choć niedawno jeszcze był duszą towarzystwa. Ktoś „normalny”, „nie-psychotroniczny”, słowem – mugol jakiś zatabaczony, myślałby może, że to rzeczywiście deprecha, udałby się do stosownego doktora i potulnie brał stosowne prochy. Ale nie psychotronik… ten popatrzy w tranzyty, progresje i dyrekcje, no i znajdzie, co tam się dzieje, np. progresywny Księżyc w ponurym cieniu natalnego Saturna. Porobi obliczenia, no i wyjdzie mu, że ów Księżyc wyjdzie z cienia owego Saturna za trzy miesiące.

I będzie miał nasz bohater dylemat: z jednej strony jest mu realnie i namacalnie źle, z drugiej, to tylko progresja horoskopowa, która nie trwa wiecznie. No, taka podwójna świadomość, rozdwojenie jaźni wcale solidne. I nierozerwanie z nim związana konieczność dokonywania wyborów, mugolom nieznanych: czy jestem obywatelem świata realnego-konkretnego (wtedy do psychiatry i potulnie łykać, co on tam zapisze), czy jednak dusza moja przeczysta światu symboli przynależy – a wtedy przeczekać te trzy miesiące aż się aspekt progresywny rozjedzie i wszystko wróci do normy, w tym oczywiście sam zainteresowany. Do tego drugiego wyboru można wygodnie dorobić filozofię taoistyczną, nakazującą aby człowiek był w harmonii z Kosmosem, nawet wtedy, gdy Kosmos nie ma dobrych wieści.

Co się człowiek nauczył, to już się nie od-nauczy, psychotroniczne rozdwojenie jaźni, często rozwija się w rozpoznawalną u niejednego adepta psychotroniki osobowość wieloraką, każdy taki składający się na psychotronicznego osobnika „wielorak” żyje w innym wymiarze – a całe to cholerne bogactwo musi zmieścić się w jednym człowieku, i ten człowiek musi jeszcze na czas płacić rachunki i podatki…