Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Proste historie. Krew sięgnęła bruku

Jarosław Kapsa

„26 lutego 1948 nieznani sprawcy wtargnęli w Jerozolimie do mieszkań dwu Polaków – dziennikarza Stefana Arnolda i byłego konsula generalnego Witolda Hulanickiego – wywlekli ich na ulicę, związali ręce i zamordowali charakterystycznymi strzałami w tył głowy. Przyjętym już w Palestynie zwyczajem mordercy zawiadomili „anonimowo” prasę o swym czynie. W wyniku tego gazety hebrajskie następnego dnia doniosły, że obaj Polacy byli „straceni za kontakt z nieprzyjacielem”. Do popełnienia czynu przyznała się jedna z terrorystycznych organizacji żydowskich, znana pod nazwą Grupy Sterna.”¹

Witold Hulanicki

Urodzony w 1890 roku w Kijowie Hulanicki był w latach 1936-1939 polskim konsulem generalnym w Jerozolimie. Odwołany został przez generała Władysława Sikorskiego na fali rozliczenia z piłsudczykami.

Być zabitym strzałem w tył głowy, czy umrzeć na tyfus; w tamtym okresie oba rodzaje śmierci były naturalne. Ginęły całe narody, czemuż więc śmierć jednostki stanowić miała większy problem? Kto zabił, jakie były motywy? Takie pytania interesować mogą komisarza Maigreta z powieści Simeona. W zwykłym życiu ważniejszym jest co napiszą media. I tak „dipis” (displaced persons – obywatel bez państwa) Hulanicki został zabity, bo dozbrajał Arabów walczących z Żydami. Jedni w to uwierzą, drudzy nie, dla większości było to obojętne. Ludzie ze „śmietnika historii” nie cieszą się zbytnim zainteresowaniem.

Historia tworzona jest dowolnym wyborem faktów. Prawda nie pasująca do mitu jest skrycie ukrywana. Tak jest i było. W końcu kto z nas, pisząc opowieść genealogiczną własnej rodziny, nie ukryje przodka złodzieja czy pijaka. W podręcznikach historii zacierają się indywidualne dramaty. Prostota przekazu jest sprzeczna z twierdzeniem Immanuela Kanta: z pokrzywionego drzewa ludzkości nie da się prostej deski wystrugać.

Nie odpowiemy jak było. Nikt tego nie wie. Z mgły wydobywają się tylko oderwane obrazki.

Była Zofiówka, mityczny sztetl na mitycznym Wołyniu. Miejsce wielonarodowościowe, gdzie z wielu narodów Rzeczpospolitej żyli: Żydzi, Izraelici i starozakonni. Czasem także ci inni. Pod Zofiówką przebiegała linia frontu austriacko-rosyjskiego. Siedziało w nich przemieszane przedstawicielstwo kilkudziesięciu narodowości i kilku religii wzajemnie próbujące się pozabijać. W przerwach między wzajemnym zabijaniem przychodzili do Zofiówki, by też zabijać, kraść, gwałcić. Potem lepiej nie było. Zanim Zofiówka nie stała się miasteczkiem na Kresach Rzeczypospolitej kilkanaście razy przechodziła z rąk do rąk. Czyich? A kto by się w tym orientował? Byli tu Rosjanie, Austriacy, Niemcy, Ukraińcy hetmana Skoropadzkiego, Polacy, Ukraińcy Zachodnioukraińskiej Republiki, bolszewicy, „zieloni” atamana Machno, Ukraińcy Petlury, znów bolszewicy i znów Polacy. Kto by rozpoznał jednych od drugich? Prawdy szukaj po kolorze oczu nieślubnych dzieci zgwałconych kobiet. Pamięć zarastała chwastem jak okopy ciągnące się koło miasteczka, użytkowane sporadycznie jako poligon wojskowy.

Dwadzieścia lat po wojnie Zofiówka zadziwionymi oczyma swoich mieszkańców widziała defiladowy przemarsz dziwnych wojsk. Szli w piaskowych koszulach, podkutych butach, z dębowymi laskami zamiast karabinów, równym krokiem, z dumnie uniesiona głową i z wypiętą piersią ochotnicy żydowskiego wojska. Chłopcy z Pińska i Kowla, z Kołomyi i Tarnopolu, z setek różnych sztetli rozrzuconych między Europą Zachodnią a Europą Wschodnią.

Żydowscy komandosi z czasów II RP

Poszła wieść: polscy antysemici ćwiczą syjonistów. W dzień więcej łez niż potu, wrzask sierżantów: ruchy Żydy, ruchy, padnij, powstań, bieg, padnij, leż bo ci d… ustrzelą i czosnek zgubisz… Wieczorem apel: flaga z gwiazdą Dawida, chóralne pieśni i z dumą składany raport. W nocy pobudka, pogrzeb zapomnianej słomki, czołganie w błocie… Musztrowali zupacy – weterani armii rosyjskiej i niemieckiej, najlepsi z najlepszych do przetwarzania materiału ludzkiego w mięso armatnie. Ważniejsi byli inni instruktorzy, jedni w mundurach, inni po cywilnemu; nikt z nich nie przedstawiał się swoim nazwiskiem, u niektórych blizny świadczyły o praktykowanym zajęciu. Nazywano ich po cichu „sławkami”; bo Premier Walery Sławek też się oszpecił przy wybuchu bomby.

Doświadczenie historyczne powodowało, że Polska miała najlepszych na świecie speców od terroryzmu. Być może po długim okresie niewoli nie szło najlepiej z budową demokracji, z konstruowaniem administracyjnych procedur, z upowszechnianiem kultury technicznej, ale konspirowanie, tworzenie siatki wykonawczej, konstruowanie bomb, planowanie zamachów, inwigilowanie celu; wszelka tego typu łowiecka gospodarka była wpajana od dziecka. Bojowcy PPS z 1905, POW-iacy z ostatniej wojny, twórczo przejmowali wzory Narodnej Woli i eserów; najlepsi naukowcy doskonalili konstrukcję bomb, wyliczali siłę ich rażenia. Rządząca elita sanacyjna wykształciła się z konspiratorów i działała zgodnie z kanonami spiskowców. Ktoś był dyrektorem departamentu Ministerstwa Rolnictwa, ktoś inny urzędolił w GUS; oboje wykonywali tajne zadanie dla „dwójki” (II Oddział Sztabu Generalnego zajmował się wywiadem i kontrwywiadem).

Więc pod Zofiówką na przemian uczono budować domy i je wysadzać w powietrze, budować mosty i je niszczyć, konstruować bomby z niczego, przewozić materiały wybuchowe w sposób bezpieczny; „dla bezpieczeństwa” przygotowywać trucizny, poznawać podstawowe zasady szyfrowania informacji, kamuflażu, metod inwigilacji… Innymi słowy wszelkich przydatnych rzeczy, by mordować bez obawy wyśledzenia sprawcy przez komisarza Maigreta. Uczyli najlepsi z najlepszych terrorystów, uczyli najlepsi z najlepszych konspiratorów, uczyli najlepsi z najlepszych morderców.

Przenieśmy się z dalekiego Wołynia w inne egzotyczne miejsce. W 1933 roku dumę polskiej floty pasażerskiej „klejnoty księżniczki Dagmary”: SS Pułaski, SS Kościuszko i SS Polonia skierowano na obsługę linii orientalnej, na Morze Czarne i Śródziemne. „Światowid”, pismo propagujące turystykę, z zachwytem pisało o urokach rejsów Konstancja-Stambuł-Hajfa. Spotkać tu można było najsłynniejsze twarze, obserwować opalającą się na pokładzie Ordonkę czy grającego w kasynie Dymszę. Elita zapraszana do kapitańskiego stołu pływała I klasą. W gorszych warunkach, bez kasyna i widoku na Ordonkę, III klasą płynęła fala „anglików” z Kołomyi, dżentelmenów z Bałut, ferajny z Murdziela. Rejs był turystyczny, ferajna z Murdziela „przypadkiem” spóźniała się na odpływający z Hajfy okręt; z tego przypadku stawała się ku wyraźnej i nieukrywanej złości administracji brytyjskiej założycielami kibuców.

Mędrcy świata dyplomatycznego rozpatrywali zgodność Deklaracji Balfoura z uchwałą Ligi Narodów o mandacie Palestyny. Żyjący na Ziemi Obiecanej beduini dowiadywali się, że są południowymi Syryjczykami, a potem z równym niedowierzaniem przyjmowali informacje, że są Palestyńczykami. W Jerozolimie, Betlejem, Nazarecie, mnogość różnych odmian chrześcijaństwa walczyła o datki z obsługi pielgrzymów do miejsc świętych. Przybywający „turyści” z Murdziela powtarzali, że „Naród bez ziemi, szuka ziemi bez narodu” i spotykali na miejscu cały gąszcz narodów, półnarodów, ćwierćnarodów; ludzi bytujących tu „od zawsze”, niechętnych do przesunięcia się w imię racji moralnych czy racji zapisanych w Starym Testamencie.

Dlatego pod pokładem, na którym opalała się Ordonka, pod zapasami żywności i skrzynkami win w ukryciu przewożono broń. Nowe, prosto z taśmy produkcyjnej, dzieła sztuki technicznej z Radomia i Pionek; naoliwione, sprawdzone; które „przypadkiem” znikały z magazynów fabryk, „przypadkiem” tego nikt nie zauważał, nie prowadził śledztwa i nie uwzględniał w bilansie.

Znów przeskoczyć muszę w inne miejsce, w inny czas. Kijów, miasto, gdzie urodził się Hulawicki był przed wojną zbiorowiskiem polskich studentów. Tak wyszło wedle woli carskich urzędników; w Warszawie przeważali rosyjscy studenci; w Moskwie i Petersburgu mogli studiować ci z najlepszych domów o lojalności potwierdzonej bumagą „ochrony”. Polskimi miastami uniwersyteckimi były: Dorpat, Kazań i Kijów. Z różnych powodów Kijów był najbardziej radykalny, kwitły tu rozmaite socjalizmy, w tym takie o narodowych obliczach polskich, rosyjskich, ukraińskich, tatarskich, żydowskich, gruzińskich. Był to Paryż Carskiego Imperium, tak, jak w stolicy Francji, tak i tu, życie polityczne mieszało się z tajemnymi obrządkami masonerii; a bracia „fartuszkowi” jednocześnie tworzyli bardziej ukryte świeckie konspiracje. Na bazie owego spiskowo-masońskiego melanżu po wybuchu wojny tworzono POW. W latach przełomu 1917-1921 była to chyba największa w Europie siatka zorganizowanego wywiadu, sięgająca od Kijowa po Kazań, Moskwę, Tbilisi, Baku; wywiadu „prywatnego”, pracującego dla Piłsudskiego, bez względu na to, czy istniało państwo polskie i kto tym państwem rządził. Czas był taki, jaki był; wróg naszego wroga był naszym sojusznikiem, wrogowie i sojusznicy zmieniali się szybciej niż pościel w hotelu „George”, tworzyły się i rozpadały mikrosojusze, sztuka manipulacji stawała się sztuką przeżycia. Przez pewną historyczną chwilę POW miało nawet swoje państwo, które współtworzyło i z którym walczyło: Ukraińską Republikę Ludową. Akcje powieści Fleminga i La Carre mogłyby się toczyć na tej tworzącej się Ukrainie; tyle, że czytelnik przerażony byłby brutalnością scen. Tu złapanych „szpionów” gotowano we wrzątku, obdzierano ze skóry, wbijano na pal; kwitły średniowieczne obyczaje w epoce czołgów i samolotów.

Witold Hulawiecki wychował się i wyszkolił w kijowskim POW. Tam stał się profesjonalnym szpiegiem, z umiejętnością zawierania różnych sojuszy, zdradzania byłych przyjaciół na rzecz byłych wrogów, manipulowania jednymi i drugimi. Dobry agent nie odchodzi ze służby; może urzędolić tam czy siam, udawać dyplomatę zainteresowanego promocją polskiej gospodarki, ale w „nadgodzinach” robić swoje na rzecz służby. W Palestynie, brytyjskim obszarze mandatowym, wir ludzki był podobnie rozszalały jak na Ukrainie w latach 1917-1920. To nie było tylko tak, że po jednej stronie Arabowie, po drugiej Żydzi, a nad nimi próbujący utrzymać porządek Anglicy. Trzeba było bardzo tęgiej głowy, by rozeznać, którzy Palestyńczycy są prosyryjscy, a który antysyryjscy; a już rozeznać różnicę między żydowską Haganą a Irgunem mógł tylko człowiek z doktoratem. Administracja brytyjska próbowała stosować politykę indyjską: tak każdemu dogodzić, by nie chciał nam szkodzić; wyszło jak zwykle odwrotnie. Jedynie co łączyło wielce podzielone środowiska arabskie i żydowskie to wspólna ochota na dowalenie Brytolom. Nic dziwnego; dwóm narodom uroczyście obiecano własne państwo na tym samym obszarze. Potem mogło być jedynie gorzej: gdy doszło w 1937 roku do powstania palestyńskiego Anglicy zalegalizowali i dozbrajali milicję żydowskiej Hagany. Gdy Żydzi rozpoczęli „czystki etniczne”, Anglicy zaczęli dozbrajać bojówki arabskie. W tym całym wirze rolą konsula było znać wszystkich graczy, z każdym jakoś współpracować, w każdej sytuacji dbać o realizację najważniejszego celu wyznaczonego przez polskie władze: zwiększeniu emigracji Żydów z Polski do Palestyny; taki był cel sanacyjnych władz, podporządkowany sytuacji wewnętrznej Polski. Rozładować próbowano antysemickie napięcie potęgowane kryzysem gospodarczym przez dobrowolną emigrację ludności żydowskiej.

MS Piłsudzki

Znać wszystkich, współpracować z każdym, manipulować ogółem; to takie ogólne założenie. W szczególe brać trzeba było pod uwagę, że stroną nieformalnego porozumienia antysemickiej sanacji był Zelew Żabotyński i jego faszyści. Nie obrażajmy się na tą nazwę: organizacja Bejtar zafascynowana była postacią Mussoliniego, na wzór jego bojówek umundurowano bejtarowców. Oni właśnie ćwiczyli pod Zofiówką i Andrychowem; ich weterani z POW uczyli konstruowania bomb. Dla nich MS „Piłsudski” przywoził z radomskiego „Łucznika” pistolety. W Palestynie bejtarowcy stworzyli Irgun wzorujący się na Organizacji Bojowej PPS Piłsudskiego. Dodajmy tu, że Irgun powstał jako grupa dysydentów z wcześniej utworzonej organizacji samoobrony Hagana. Obie najważniejsze organizacje zbrojnej samoobrony tworzone były i kierowane przez Żydów z Polski, obie za wzór wybrały Piłsudskiego, obie korzystały z wsparcia rządu polskiego (tyle, ze Irgun bardziej). Późniejsze określanie jednych lewicą (Hagana) drugich prawicą (Irgun) to swoista konfabulacja. Liczyły się anse personalne i różnice taktyczne: kto skuteczniej bronił osadników żydowskich.

Przed wybuchem powstania arabskiego w 1936 roku do Palestyny przybyło 100 tysięcy polskich Żydów. Pod wpływem rebelii władze brytyjskie zdecydowały o zablokowaniu imigracji. Nie wpłynęło to na ograniczenie wrogości Arabów do Anglików, nie zmieniło ich przekonania o konieczności zepchnięcia Żydów do morza. Blokadę wprowadzono w najgorszym momencie, w czasie, gdy represje antysemickie wymusiły emigrację Żydów z hitlerowskich Niemiec; w czasie, gdy nie tylko w Polsce, ale i Rumunii, Węgrzech, Austrii w emigracji Żydów widziano możliwość rozwiązywania wewnętrznych problemów. Chcąc utrzymać pokój na Bliskim Wschodzie Brytyjczycy stworzyli sobie dwóch wrogów: Żydów i Arabów; nie zyskując żadnego sojusznika.

Polski wywiad zgodnie z porozumieniem międzypaństwowym ściśle współpracował z brytyjskim. Jednocześnie szef wywiadu generał Tadeusz Pełczyński w porozumieniu z MSZ (Witoldem Drymmer) przemycił do Palestyny 13 tysięcy Żydów i 20 tysięcy sztuk broni. Wśród tych 13 tysięcy kolonizatorów było kilkuset wyszkolonych w Zofiówce i na innych poligonach terrorystów. Młodych ludzi nauczonych wysadzania domów i mostów, podkładania min-pułapek, zabijania pistoletem i nożem; gotowych oddać życie własne i zabrać życie wroga w imię idei erec Israel. Jednym z odpowiedzialnych za wyszkolenie bojowników był Abraham Stern. We wrześniu 1939 roku, gdy Wielka Brytania wypowiedziała wojnę Hitlerowi w imię obrony Polski główne organizacje żydowskie w Palestynie – Hagana i Irgun – ogłosiły zawieszenie broni w walce z brytyjskimi władzami kolonii palestyńskiej. Stern się wyłamał; dla niego Hitlery, tak jak bibilijni Hamani, to tylko prześladowcy, którzy przychodzą i odchodzą; stworzenie państwa żydowskiego zależne jest od pokonania angielskiego wroga.

Symbole Lehi, Hagana i Irgun

Hulanicki został jako sanator zwolniony przez generała Sikorskiego ze stanowiska konsula generalnego. Być może oprócz niechęci Premiera do piłsudczyków, zadecydowały o tym także naciski brytyjskie (pamiętano aktywność Hulanickiego w przemycie ochotników żydowskich). Dymisja powodowała, że eks-konsul znalazł się na obcej ziemi bez środków utrzymania. W tym ludzkim wirze politycznym Jerozolimy ceniony był jednak jako człowiek „który znał wszystkich”; ceniony i opłacany tak przez sfery handlowców „czarnego rynku” jak przez rozmaite kręgi spiskowo-polityczne. W czasach, gdy każdy walczył z każdym, neutralny pośrednik był cenniejszy od złota. Nie wiemy i nigdy tego nie będziemy wiedzieć, jaki był udział tego typu pośrednictwa w budowaniu sojuszu wrogów wspólnego wroga. Stern tworząc Lehi (Grupę Sterna) decydując się na kontynuowanie walki z brytyjskim wrogiem potrzebował nowych sojuszników. Starym „polskim” kanałem przez Konstancję-Stambuł-Hajfę płynęła do żydowskich bojowników broń od Mussoliniego. Krokiem następnym było nawiązanie kontaktów z niemiecką Abwehrą. Dla Hitlera ważniejszym sojusznikiem był Wielki Mufti Jerozolimy, który – gdy wojska generała Rommla wejdą do Egiptu – miał wywołać wielkie powstanie w Palestynie i Syrii. Jednak owe kontakty Sterna z Abwehrą zdecydowały o losie lidera Lehi. W 1942 roku policjant brytyjski zastrzelił go; podobno chciał uciekać w czasie aresztowania. Zabójstwo lidera nie wpłynęło na osłabienia działań Lehi. Nazywany przez Brytyjczyków pogardliwie Gang Sterna stał się tym samym, co Tymczasowa IRA w latach 70-tych w Irlandii; śmiertelnie kąsającą Imperium osą.

W 1943 roku do Palestyny przybyło polskie wojsko – Armia Andersa. Wśród przybyłych był ocalony z łagru Menahem Begin (Mieczysław Biegun); byli także urzędnicy MSZ zaangażowani w przemyt broni dla Irgunu (Drymmer, A. Zarychta). Nastąpiła fala dezercji; żołnierze żydowscy odchodzili z Armii Andersa z bronią, by walczyć o swoją Ojczyznę. Zabiegi Drymmera, Hulanickiego i innych powodowały, że żandarmeria polska niezbyt gorliwie szukała zbiegów (nawet przesyłała im w prezencie skrzynki z amunicją). Wzajemnie żołnierze i sprzęt wojskowy „andersowców” był bezpieczny; ciche porozumienie chroniło przed atakiem terrorystycznym ze strony jakiejkolwiek grupy żydowskiej. Po wojnie to „ciche porozumienie” nadal chroniło ludność polską. Rodziło to nadzieję, że po zakończeniu „ery ołowiu”, w podzielonej na niepodległe państwa żydowskie i arabskie Palestynie znajdzie się miejsce dla polskich „dipisów”; narodu, który utracił Ojczyznę.

Niestety; wróćmy tu do przywołanego artykułu Jerzego Luxenburga z maja 1948 roku. W końcu 1947 roku „prasa hebrajska poczęła sobie używać na całego. W ciągu jednej nocy Polacy stali się bodaj czy nie najgłówniejszym czynnikiem w walkach żydowsko-arabskich. Posypały się oskarżenia o szkolenie Arabów i dostarczanie im broni. Tym razem wiedziano już, że odbywa się to na terenach Syrii i Libanu skąd następnie wyszkolone i uzbrojone przez „andersowców” oddziały przeprawiają się do Palestyny, by walczyć z Żydami. Wówczas to bodaj po raz pierwszy na łamach prasy hebrajskiej zyskał prawo obywatelstwa rdzennie bolszewicki termin „Anders-Leute” i przez długie już tygodnie z nich nie schodził. W Palestynie rozpętała się psychoza, z którą walka była całkowicie beznadziejna. To z czym sami Żydzi walczyli od wieków, a mianowicie oskarżanie w czambuł całego narodu o popełnione czy nawet niepopełnione winy jednostek zastosowano obecnie do Polaków. Dla prasy i społeczeństwa żydowskiego nie było wśród Polaków jednostek dobrych i złych, ludzi tych lub innych przekonań politycznych, natomiast istniała jedna, zwarta i jednolita masa „andersowców”, która poprzysięgła Żydom zgubę. Zwalczana przez Żydów od tak dawna norma odpowiedzialności zbiorowej święciła teraz smutny tryumf. /…/ Powoli życie Polaków w Palestynie stawało się nie do zniesienia. Już sama rozmowa w miejscach publicznych po polsku była dość niebezpieczna. W niektórych sklepach nie chciano Polakom nic sprzedawać. Na ulicach zatrzymywano ich, legitymowano i prowadzono do różnych placówek, które żądały powołania się na gwarantów ich lojalności spośród społeczeństwa żydowskiego. /…/ Z pomocą przyszedł zamach 22 lutego 1948 na głównej ulicy Jerozolimy, Ben Yehuda. Eksplozja 3 ton materiałów wybuchowych przywiezionych w ciężarówkach i pozostawionych na środku ulicy spowodowała śmierć i rany około 200 osób. W gruzach legły wielopiętrowe domy grzebiąc pod sobą mieszkańców. Ludność wpadła w szał. Zaczęto szukać sprawców. Jedni upatrywali ich w Arabach, inni w Anglikach. Poszukiwania nie dały rezultatu, społeczeństwu trzeba było dać jak najprędzej satysfakcję. Zamordowanie przejeżdżających tamtędy natychmiast po zamachu trzech lotników angielskich nie wystarczyło. Grupa Sterna ten właśnie moment uznała za odpowiedni, by wykonać sowieckie „zamówienie społeczne” i zlikwidować Arnolda i Hulanickiego. /…/ Ohyda i bezsens tego morderstwa nie mogła być niczym usprawiedliwiona. Byłoby jednak błędem oskarżanie o nie całego społeczeństwa żydowskiego, którego beznadziejną tragedią jest, że jego dążenie do niepodległości tak się nieszczęśliwie splotło ze sprawą usadowienia się bolszewików w tej części morza Śródziemnego, iż stanowi ono groźbę dla całego świata.”

Luxenburg pisał o sowieckim zamówieniu. Po wycofaniu się Brytyjczyków z Palestyny sojusze się zmieniły. Grupa Sterna nawiązała kontakt z wywiadem sowieckim, ZSRR wspierał Żydów w walce z „pro-kapitalistycznymi” Arabami. Brzmi to dziś śmiesznie; ale zbyt dużo krwi to kosztowało by uśmiechem kwitować dramaty ludzi.

Prawdę jak było łatwiej jest zamieść pod dywan. Nie wyciągać z szafy, nie przypominać na akademiach. W słońcu błyszczą pomniki „poległych za Ojczyznę”; w cieniu zapomnienia groby tych zabitych w imię tego, by ktoś miał Ojczyznę wyłącznie dla siebie. Deszcz zmyje ich krew z bruku.

¹„Wiadomości” Londyn, 16.05.1948 r 3 nr 20 /111/; Jerzy Luxenburg „Kulisy pewnego morderstwa”

Reklamy


1 komentarz

Krasnoludki i gamonie. Chciałem ponownie być chuliganem

Waldemar Fydrych („Major”)

Agnieszka Couderq-Kubas i Major Waldemar Fydrych fot. Martin Mair

Od ośmiu lat nie oglądam telewizji, co jest dobre ze względów zdrowotnych. Od tego czasu telewizja stopniowo przestała mnie też oglądać na żywo lub prawie na żywo. Prawdopodobnie bywam jako zmumifikowana postać z rzadka w programach kulturalnych lub historycznych. Ostatnio jednak pojawiłem się w programie „Spotkanie z Chuliganem”.

Jest to program prowadzony w TV Republika przez Piotra Lisiewicza, audycja jest nagrywana w dawnym bunkrze gaulajtera na półżywo czyli jednego dnia wizyta w studio, za kilka dni jesteś na antenie. Same przygotowanie audycji było dla mnie nie lada wydarzeniem. Najpierw musiałem przed samym sobą przyznać się, że się zdeklasowałem. Że upadłem jako były chuligan na dno. Nikomu nie wpieprzyłem od bardzo dawna, nie uczestniczyłem w żadnej bójce. Zastanawiałem się, co zrobić, jak podreperować swoją reputację jeszcze przed programem. U Lisiewicza bywają kibole, zakapiory a ja stary dziad upadłem. Nawet kibice Legii, kiedy pewnego dnia paradowałem w czarnym szalu w barwach Polonii patrzyli na mnie z politowaniem.

Jedna z największych zniewag spotkała mnie kilka lat wstecz, kiedy udałem się z kolegami Sławkiem Cyniakiem i Arturem Karwickim czyli Gamoniami na Krakowskie Przedmieście. Było to 11 listopada, na transparencie nieśliśmy napis „Szukamy Guza”, niestety ponieśliśmy klęskę, zainteresowanie było duże, obfotografowano nas, spacerujący ustawiali się co chwilę do zdjęcia, ale tego czego szukaliśmy, nie dostaliśmy.

Przed programem postanowiłem komuś wpieprzyć albo przynajmniej zaatakować. Czasu miałem bardzo dużo, program, z mojej przyczyny był przesuwany. Kombinowałem komu przyłożyć. „Aby to miało sens powinienem” – myślałem intensywnie „przeprowadzić atak na znanego polityka”. Nie miałem wątpliwości, że politycy zapewnią mi rozgłos jako chuliganowi. Ale najatrakcyjniejsi politycy byli nieosiągalni.

Prezes Kaczyński był już zajęty przez innych, nawet mniej znacznych niż ja chuliganów. Premier Beata Szydło niestety też, a poza tym ja mam ambicję bycia chuliganem a nie damskim bokserem. Pozostali mi politycy z niższej półki. Kandydatem dobrym był minister kultury, lecz jest już atakowany, przez kulturalne ciocie. Wyobrażałem sobie udany atak na ministra. Niestety, kiedy dowiedziałem się, ze posiada czarny pas w judo poczułem się jeszcze bardziej zagubiony. Oczywiście, pozostawali politycy z opozycji, ale to głównie o nich powstaje satyra. Nikt by nie uwierzył, że na serio atakuję opozycję, raczej wyszedłbym na performera a nie chuligana.

Tak zmęczony myśleniem wylądowałem w Poznaniu w miejscu audycji. Przed wywiadem red. Lisiewicz lubi sobie strzelić lufę śliwowicy. Pija śliwowicę w pewnym parku. Wychyliliśmy śliwowicę w krzakach. Miałem jeszcze szansę zrealizować tam swoją inną potrzebę. Chciało mi się sikać.

Lisiewicz stworzył tym piciem szansę na zrobienie na miejscu czegoś wielkiego, ale nie odważyłem się sikać na alejce, nie szprycowałem nawet ściany jakiegoś budynku przyległego do wspomnianych krzewów. Nawet nie mogłem się zaliczyć do obszczymurków – najniższej kategorii chuliganów.

Potem już tylko poszliśmy do studia, jedyną pociechą było, że owe studio mieści się w rezydencji byłego Arthura Karla Greisera, a dokładnie wywiad miał miejsce w jego bunkrze. Nie pozdrowiłem tego miejsca, nie stanąłem z wyciągniętą ręką.

Jak trudno zostać chuliganem.

Wywiad jest poniżej w komentarzu:


Dodaj komentarz

Wesołe miasteczko. Kolęda wielkanocna

Włodek Małkowski

Daruj Boże, daruj Boże
za przelane wódki morze!

za zaćpanych coraz gorzej
daruj Boże, daruj Boże!

Niech się nas nie czepia sitwa,
bo to nasza jest modlitwa.

Sitwie radio, telewizja,
szkołą fałszu ich religia.

Sitwie układ co popłaca,
my za sitwę mamy kaca.

Za przelane wódki morze
daruj Boże, daruj Boże!