Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Wolność to komfort. Kurwe i Orientacja Anaviet Kurwajak’77 Wspak Na Zad

Anna Roś
Wiesław Cupała

żeby docenić poezji
smak
jesteśmy tam gdzie ptak
kurwajaak

*

W latach 77-80 wydawałeś z kolegami gazetkę Kurwe zawierającą opowiadania i poezję. Kto z tobą ją współtworzył? Skąd się znaliście i jak wpadliście na pomysł jej wydawania?

Kurwe wydawała wymyślona przez nas organizacja Orientacja Anaviet Kurwajak’77 Wspak Na Zad czyli Andrzej Pluta, Tomek Pawłowicz i ja, czasem Marek Adamkiewicz. Znaliśmy się jeszcze z Liceum Ogólnokształcącego nr 1 w Szczecinie, ale na pomysł wydawania gazety wpadliśmy później, na studiach. W tym czasie studiowaliśmy w różnych miastach. Ja studiowałem Matematykę, Marek Adamkiewicz Fizykę, Tomek Pawłowicz Historię Sztuki, wszyscy na Uniwersytecie Wrocławskim, a Andrzej Pluta Filozofię na KUL-u w Lublinie. Spotykaliśmy się latem. Często gościliśmy u zaprzyjaźnionego gajowego Bena. Miał on leśniczówkę w okolicach Trzebierzy Szczecińskiej, z dużą ilością pokoi i miejsc do spania. Jechało się tam piętrusem około godziny ze Szczecina. W czasie jednej z takich wizyt w leśniczówce zdecydowaliśmy się wydawać gazetę. Byliśmy wówczas zafascynowani dadaizmem i surrealizmem, pisaliśmy wiersze i różne opowiadanka. Chcieliśmy, żeby nas czytano. Udało nam się zdobyć starą, poniemiecką maszynę do pisania i mogliśmy zaczynać.

Orientacja Anaviet Kurwajak’77 Wspak Na Zad czyli redakcja „Kurwe” – Andrzej Pluta, Wiesław Cupała, Tomek Pawłowicz, Marek Adamkiewicz.

Dlaczego nazwaliście ją Kurwe?

Zastanawialiśmy się jak ją nazwać, wybór padł na słowo Kurwe, które po łacinie oznacza zakręt, ale jednocześnie zawiera w sobie przekleństwo. Czuliśmy zbliżający się zakręt historii. Były to czasy późnego Gierka. Pokolenie powojennego wyżu dochodziło do głosu. Coraz liczniejsze były zloty hipisów, zaczynało kwitnąć życie podziemne, pojawiła się opozycja. Byliśmy bardzo zaangażowani w działalność opozycji. To był czas, gdy wielkimi krokami zbliżał się Sierpień 80. Wszystko było wtedy polityczne. „Kurwe” stworzyliśmy jako swoisty, surrealistyczny azyl od tej polityczności.

Co zawierało pismo?

Kurwe miało być tworem, który nie zajmował się ani polityką, ani ezoteryką, bo to były główne tematy wydań podziemnych. My chcieliśmy być niezależni od tego wszystkiego. Pismo zawierało opowiadania, wierszyki, obrazki, znalazł się w nim nawet słownik bluzgu niezależnego, gdzie alfabetycznie wypisane były wszystkie wymyślone przez nas brzydkie słowa.

 

Postanowiliśmy wydawać periodyk będący zarazem immanentnym publikatorem sensu largo. Kurwe powstało jako wynik pracy i jako taki jest przedsięwzięciem na miarę swojego czasu. Długo szukaliśmy odnośników historycznych i mogę stwierdzić z całą, tak pożądaną szczerością, że ich nie znaleźliśmy. Jednak nie należy obawiać się o uwiąd naszego przedsięwzięcia.

Jeśli brak tradycji może spowodować ów uwiąd, to nam to nie grozi, gdyż poza nami hepatitis viralis a przed nami świetlana przyszłość. Nie znając treści pozostałych numerów i z powodu owej hepatitis pozbawieni procentów tak powiększających zakres naszej wyobraźni nie możemy sprecyzować charakteru pisma. Tako będzie to pismo o niesprecyzowanym charakterze. Tym lepiej.

Pisaliście pod dziwacznymi psedonimami. Mógłbyś je przypomnieć.

Bronisław Splachetko Jr, Gerard Fistuła, mgr Ewa Goy, Jurij Powidłło, Eliasz Waluszek, Maksymilian Lump-Proletariacki, Wieńczysław Konstanty, Kalikst von Trupka. Nie pamiętam teraz wszystkich. Redaktorem naczelnym był w każdym razie Bronisław Splachetko Junior.

 

Nota o Autorze:

Cała twórczość Bronisława Splachetki Juniora jest w swej istocie autobiograficzna, ale pisarzem wybitnym stał się dzięki temu, że pobłażania własnym słabościom potrafił użyć jako odskoczni do czystej bezstronności. Splachetko to dramaturg, który sam jest najciekawszą ze stworzonych przez siebie postaci. Jego autobiografia odwraca jednak od tego faktu uwagę i dlatego choćby skrótowe poznanie jej pozwala na przyjemniejsze i mądrzejsze czytanie jego dzieł.

Urodził się w roku 1948, dokładnie w przeddzień którejś z niedziel tego roku. Jego ojciec nazywał się Splachetko i był jednostką nieprzystosowaną /społecznie, rodzinnie, etnicznie, geograficznie i kulturowo/, z tego też powodu stawał się częstą przyczyną nieporozumień /społecznych, rodzinnych, etnicznych, geograficznych i kulturowych/. Wynikiem jednego z takich właśnie nieporozumień było poczęcie Bronisława Splachetki Juniora.

Kiedy jego matka była w ósmym miesiącu ciąży zaatakował ją byk. Ronionego Bronisława wydobyto cesarskim cięciem. Był drobny, z dużą głową. Później w szkole trapił się swoim niskim wzrostem. Pisząc o tym porównywał siebie do „chodzącej, owłosionej półlitrówki”.

Bronisław twierdził, że kiedy miał cztery lata zdarzyło się coś, co raz na zawsze dało mu poczucie pewności siebie. I w dużej mierze jest to przeświadczenie uzasadnione, choć szczerze mówiąc traktuję te „cztery lata” dość nieufnie, gdyż Splachetko miał skłonności do wiązania pewnych swoich cech, które wyjaśnić można genetycznie, z określonymi ściśle fragmentami swego życia.

Pierwszą dziewczynę rozebrał, kiedy miał pięć lat. Była o rok od niego starsza, a rzecz miała miejsce w spiżarni podczas imieninowej popijawy urządzonej przez ojca. Warto o tym wspomnieć, gdyż erotyzm odgrywa istotną /jeżeli nie dominującą/ rolę w całej twórczości Splachetki.

Krótki pobyt w Zielonej Górze zrodził w Bronisławie reformatora moralnego: oburzało go wszystko. Począwszy od fałszu, a na maszynach do szycia wyobraźni skończywszy. Jednak te moralizatorskie zapędy prędko wybito mu z głowy stosując wypróbowane od stuleci techniki retendencyjne.

Pierwszym ambitnym utworem Splachetki był podobno trzy tysiące wierszy liczący poemat epicki – opis podróży z Niekłończycy do Uniemyśla, którą zamierzał odbyć pociągiem pijaniutki w tzw. sztok. Jednak po przeczytaniu książki „Moskwa – Pietuszki” Wieniedykta Jerofiewa zniszczył swoje dzieło i już nigdy temat podróży nie powracał ani nie przyświecał w jego twórczości. Temu to pewnie zawdzięczamy artystyczną statykę jego utworów. Statykę, zwaną przez Euzebiusza Piotra Jana Czyszyna, statyką dynamiczną.

W roku 1977 Orientacja Anaviet Kurwajak'77 Wspak Na Zad zaangażowała Bronisława Splachetkę Jr na redaktora naczelnego swojego pisma „Kurwe”. Znakomity zmysł organizacyjny pozwolił Splachetce na stworzenie najbardziej wypukłego w stronę północy zespołu redakcyjnego w historii ludzkości /ze szczególnym uwzględnieniem prasy/. Jednak ta ciężka praca wyczerpała zdawałoby się niespożyte, siły pisarza. Po pewnych dziwnych i tajemniczych zdarzeniach Bronisław Splachetko powiesił się na własnych szelkach pierwszego sierpnia 1978 roku.

Do najwybitniejszych dzieł tragicznie zmarłego pisarza należą „Swobodne wariacje na temat naszej żony, która drapie się”.

Mgr Ewa Goy*

Ile numerów wydaliście i w jakich nakładach?

Wyszły tylko trzy numery. Pismo było wydawane raz do roku. Wielkość nakładów była niewielka dziesięć, piętnaście egzemplarzy. Jeden tomik wydaliśmy przy pomocy kalki hektograficznej, nakład był od dwudziestu do pięćdziesięciu egzemplarzy. Czasami udawało się zwiększyć nakład, jeśli ktoś zdobył dostęp do kserografu, były to bardzo pilnowane maszyny w tym czasie. Największy nakład miał pierwszy numer, który przywiozłem do Wrocławia i Marek Burek go skserował, pozostałe numery i tomiki rozchodziły się wśród znajomych w Szczecinie.

Z jakim przyjęciem spotykała się wasza gazeta?

Przeważnie wzbudzała śmiech. To była zabawa i dla nas, i dla naszych czytelników.

 

luudzie
czy jesteśmy
osłami wyjącymi
do słońca
czy też każdy
z nas ma coś
z zaskrońca
a może na ziemi
żyjemy w nudzie
luudzie
k
kobietyy
czy wy jesteście
z te j czy z innej
planety
kobietyy

dzieeci
zobaczcie jak
ten czas
leci
dzieeci

luudzie
okazało się
już ukazało się
że żyjemy
w brudzie
luudzie
*

Jak wyglądały numery Kurwe?

Pismo miało format A4, około dwudziestu stron przebitki maszynowej. Było justrowane, co w tamtych czasach było rzadkością. Mieliśmy też bardzo ładne ilustracje i ręcznie robione okładki. Myślę, że wynaleźliśmy nową technikę graficzną. Niesamowite efekty uzyskiwało się stosując aceton, watę, papier kredowy i fotografie z kolorowych tygodników takich jak Razem czy Perspektywy. Teraz ze względu na inny rodzaj farby ta metoda nie pracowałaby. Pomysły różnych kolaży, które wtedy powstały nabrały drugiego życia po dziesięciu latach w okresie rozkwitu Pomarańczowej Alternatywy.

Czy zachowały się jakieś egzemplarze?

Nie jestem niestety w posiadaniu żadnego z numerów. Posiadam tylko fragmenty brudnopisów. Być może coś jeszcze zachowało się w archiwach IPN-u, ponieważ wielokrotnie te wydania były rekwirowane przez służby bezpieczeństwa jako pisma bezdebitowe (nieocenzurowane) przy okazji różnych rewizji. Ewenementem był tomik wierszy moich i Andrzeja, który esbecy z obrzydzeniem odkładali po przejrzeniu kilku pierwszych stron. Przetrwał on chyba z siedem rewizji.

Dlaczego wasza gazeta była uznana przez władze PRL-u za zagrożenie? Przecież poza tym, że nie była ocenzurowana to właściwie nie robiliście nic złego, waszym celem nie było stawianie oporu raczej tęsknota za wolnością swobodnego wyrażania się.

No właśnie dlatego.

Czy ta potrzeba wolnej twórczości była w jakiś sposób związana z fascynacją zachodem? Dostęp do kultury zachodniej był co prawda utrudniony, ale możliwy.

Ja nigdy, specjalnie, „zachodem” nie byłem zafascynowany. Elementami kultury, owszem. Ale elementami kultury buntu, metodami walki bez przemocy stosowanymi przez zachodnich buntowników. „Zachód” nigdy nie był dla mnie żadnym rajem. Ponieważ, ze względu na działalność opozycyjną władze odmawiały mi paszportu należałem do licznego wówczas grona osób „wędrujących palcem po mapie”. Zbytnio nie cierpiałem z tego powodu.

Dlaczego wydawaliście ją tylko trzy lata?

Potem była Rewolucja Solidarności i zaczęły się inne rzeczy – Podziemie, Pomarańczowa Alternatywa. Coraz rzadziej spotykaliśmy się w Szczecinie i inicjatywa umarła śmiercią naturalną.

 

SENSACJA

NAJWIĘKSZA SENSACJA NASZEGO STULECIA !
ZASKOCZENIE TZW. PEŁNE !
NIKT NIC NIE ROZUMIE !
REDAKTOR NACZELNY „KURWE” TEŻ !
DEMONSTRACJE W NIEKŁAŃCZYCY I UNIEMYŚLU !
ORIENTACJA ANAVIET KURWAJAK”77 WSPAK NA ZAD PRZESTAŁA ISTNIEĆ !
ZDANIE POPRZEDNIE JEST NAJPRAWDZIWSZĄ PRAWDĄ !
KTO ZAWINIŁ ?
CO BĘDZIE DALEJ ?
CZY „KURWE” I BIBLOTEKA „KURWE” PRZETRWAJĄ ?
BRONISŁAW SPLACHETKO JR PODAJE SIĘ DO DYMISJI ?
PROTEST KONSULATU WYBRZEŻA KOŚCI SŁONIOWEJ !
EWA GOY NIE PODDAJE SIĘ ROZPACZY !
DYMISJA B. SPLACHETKO JR – NACZELNEGO REDAKTORA „KURWE” I JEGO NIESPODZIEWANE SAMOBÓJSTWO !
TRZĘSIENIE ZIEMI W SALONACH REDAKCYJNYCH !
SZELKI B. SPLACHETKO DOWODEM RZECZOWYM !
ZNOWU DEMONSTRACJE !
LIST KONDOLENCYJNY OD PIPI LANGSTROM ROTE ARMEE !
KALIKST VON TRUPKA ZACZYNA PIĆ !
JONATAN ORZYSZ UDAJE, ŻE NIC GO TO NIE OBCHODZI !
EWA GOY OBEJMUJE STANOWISKO REDAKTORA NACZELNEGO !
„KURWE” ORGANEM EWY GOY !
CZY UDA SIĘ NADROBIĆ ZALEGŁOŚCI ?
REZYGNACJA VIOLLETTY NOVAK !
DE LIRYK KALIGRAF ZNIKA !
GDZIE JEST POWYŻSZY ?
STRAJK PRACOWNIKÓW DSW „WŁASNYM SUMPTEM” !
PIERWSZA PRÓBA REAKTYWOWANIA ORIENTACJI NIEUDANA !
POLICJA WKRACZA DO MIESZKANIA DE LIRYKA KALIGRAFA I ZASTAJE GO GRAJĄCEGO W BIERKI ZE SOBĄ !
TAJEMNICE KOSZEWKA NADAL TAJEMNICZE !
PRÓBA ZAMACHU NA EWĘ GOY !
KAZIO GUMKA PŁACZE* !

* z materiałów archiwalnych

Reklamy


Dodaj komentarz

Formy Zamętu. Mądrość dojrzałego wieku

Maciej Chwistek

Wiem już na czym polega mądrość dojrzałego wieku. Polega na tym, że gdy wstaję o drugiej w nocy i robię frytki na starym oleju, a później pijąc kawę zaparzoną po turecku przypatruję się własnym nogom, na których jest tylko jedna skarpetka, nie przejmuję się olbrzymią dziurą na pięcie. Zagryzam czekoladą i najspokojniej idę z powrotem do łóżka.


Dodaj komentarz

Piaskowy Chrystus. Mała trylogia śląska. Część 15

Wojtek Jaroń
(fragmenty)

Tuż przed świętami, 16 grudnia 1981 roku, w trzeci dzień stanu wojennego, mój Ojciec Zygmunt wrócił z Katowic na górnicze osiedle A, w okolice Glinki. Był pochylony do ziemi, siny, sczerniały i gorzki. Był jak dawno upadły topolowy liść na placu Pstrowskiego na osiedlu A w Tychach. Wrócił ze strajku z huty Baildon w Katowicach.

W trzeci dzień wojny rozgromiono strajk na w zakładzie mojego ojca. Ojciec tam pracował już 30 lat. Dostał wpierdol od ZOMO, a poprawkę do wpierdolu dołożyło SB. Ci z ZOMO zrobili po strajku hutnikom i studentom ścieżkę zdrowia. Ojciec przezornie schował pod kombinezon na tyłek i plecy blachę dla ochrony. Blacha chroniła do połowy jego plecy przed uderzeniami pałek. Widziałem plecy ojca posiekane na biało-czerwono. Tam gdzie sięgała blacha było biało, a gdzie nie sięgała plecy były na czerwono.

Ojciec dał mi tę miedzianą blachę na pamiątkę w święta. Schowałem ją obok granatu gazu dymnego znalezionego przy kopalni „Wujek”. Opowiedział mi o Rudej Izie. To studentka ze strajku pobita przez SB. Nie wiem z jakiego powodu tak bardzo to pamiętam. Izolda dostała od SBka z pięści w twarz na beldońskich strajkach osiem jeden. Ruda krew zawiesiła się na jej białej twarzy, niby cień. Ta opowieść, to dziwna legenda. Nigdy nie potrafiłem tym z SB tego wybaczyć.

Ojciec nie chciał wierzyć w zdradę narodu, armii, kolegów. To było dla niego wszystko. Dla mnie to była ostatnia flaga Ludowej i Robotniczej. Nam osiemnastolatkom po maturze roku osiemdziesiąt został jeno popiół, a nie diament. Stan wojenny przyszedł jak porażenie prądem. Wielu moim rówieśnikom pozostało wtedy modlenie się do zdjęć gołych bab na przedostatniej stronie grudniowego wydania reżimowej Panoramy, w imię bożka Onana. To był ich bunt. Dokonywali cudów przed rozłożoną płachtą propagandy.

A Ja?

16 grudnia 1981, Kopalnia Wujek w Katowicach

Na górniczym osiedlu A, miasta ABC, w Tychach, w czasie stanu wojennego prawie czuć było dym z petard na Kopalni „Wujek”. Bulik, który pracował przy kopalni „Wujek” powiedział, że strzelają do robotników. Strach. Chciałem się zbroić! Kupiłem od Bulika granat gazowy za bon żywnościowy, taki na flaszkę wódki. Schowałem go pod kartofle jak relikwię. W ten sposób zacząłem zbierać broń.

ZOMO było zakwaterowane najlepszych hotelach Katowic-Stalinogrodu. Tak mówiłem z pragnienia zemsty na mieście: Hotel Katowice, Hotel Warszawa, Hotel Silesia. Kumple z Browarnika w Tychach – Mundek i Poldi pracowali tam jako kelnerzy na stażu po naszym browarnianym gastronomiku. Gadali ciągle o restauracji Hotelu Katowice. Nowa władza dawała duże napiwki, karabiny leżały stosami, a napiwki płacono opowieściami o śmierci górniczej i pacyfikacjach robotniczej braci!
– Trzeba od tego spierdalać! To miała być moja ojczyzna? Gówno, a nie ojczyzna. Gdzie jest nasza, polska armia?! – Kłóciłem się narodowo o poczucie sensu. Poczułem się opuszczony. Zostałem bez ojczyzny, bez narodu, bez państwa.

Postanowiłem zorganizować czwarte powstanie śląskie. Czwarte! – no, bo legenda rodzinna mówiła, że trzy inne robili moi dziadkowie. Zostało mi więc „Czwarte”. Zanim cokolwiek faustowskiego się stało utknąłem w brudno mroźnej przestrzeni grudniowego strachu. Była niedziela 13 grudnia 1981 roku i jeszcze wszystko było w opcji otwartej poza tym, że świadomość klasowa już poszła się jebać. Znaczy, docierało, że aresztują ludzi tysiącami.

Moją pierwszą ojczyzną i emigracją stała się Kolumbiada. To literatura mnie odkryła, a nie ja ją. Skoro Solidarka się rozpadła szukałem wzorów. Co do buntu kierowałem się literackimi opisami. Wojaczek Rafał, Zaratustra, Kolumb, Popiół i Diament, Lot nad Kukułczym Gniazdem. Zero praktyki.

Jest broń, jak broni nie ma. Jest sens w morzu bezsensu. Faust przestał się liczyć. Został już tylko Kolumb w grze i Wojaczek. Idę na pewną i bezsensowną śmierć. Bezsens ma sens. To najważniejsza nauka. Na tym polega cały dyskurs polskiego Kolumba z doktorem Faustem. Poprzez pochodzenie stąd miałem silny instynkt Kolumba w sobie, no i poza sobą. To czysta projekcja, że naród do buntu, że powstanie śląskie. Postanowiłem. Sam sobie będę narodem. Jeszcze nie wiedziałem, że Solidarność była domkiem z kart.

W niedzielę, w domu, w reakcji na Jaruzelskiego przypiąłem na kurtce odruchowo biało-czerwoną koloratkę z paskiem żałoby. To była moja parabelka. Kurde! Obywatel Kolumb się narodził! – polski wirus eksplodował.

Z żałobą narodową na klapie poleciałem do naszego Teatru Małego w Tychach. Teatr zamknięto ze względów bezpieczeństwa, bo był w tyskim trójkącie bermudzkim, znaczy pomiędzy osiedlem A, B, C. Co do tych osiedli: z dwóch różnych transportów kresowych przywieziono tam ludzi do bloków. Różnili się kulturami, ale stać ich było na współdziałanie.

Oczekiwałem fali buntów i strajków. Właśnie 13 grudnia 1981 oczekiwałem tytanicznego starcia, a tu nic. Na przystanku czerwonego autobusu do Katowic numer cztery panuje cisza, mróz i strach. Czuję zimno zimna. Zima jest głęboka. Z czasem mijam pierwszy patrol, jest pod kałasznikowami. A ja, jak głupi, czekam na ten bunt. Zbieram myślami broń.

Około 4-ej po południu robiło się ciemno, zimno. Jakby według planu tego dnia wszystko miało przestać się ruszać, więc się niewiele ruszało się. Stało parę taksówek na postoju, pomyślałem, że była tam policja. Autobusy miejskie działały planowo.

Idę dalej, wchodzę do restauracji Hawana, to koło kina Andromeda na osiedlu ”B”. Ostentacyjnie niosę żałobę na piersi. Lokalny gwiazdozbiór Kolumbów tam czekał.

Szatniarka w restauracji na widok mojej polskiej żałoby na tureckiej kurtce dżinsowej upuściła szydełka. Zabrzmiało metalem szydełka na marmurach socjalistycznego gmaszyska, zabrzmiało tak, jak szybka, niechlujna salwa. Ona robiła ciepłe skarpetki dla synów, ci byli na polsko–polskim froncie, czyli tam gdzie trzeba być, aby nie zostać Kolumbem. Znałem ją z widzenia. Wcześniej była babcią klozetową na starym dworcu PKP, tam gdzie kozioł pił piwo księżycowe w formie reklamy na fasadzie jeszcze starszego kasyna. Znałem jej syna z mojej szkoły. Cicha, pracowita rodzina. Łączyła nas tajemna nitka bezklasowego pochodzenia. Awans z dworca do kina. Ten stan wojenny to awans dla wielu. Szepnęła ostrzegawczo.
– Chłopcze, zabiją cię ci zbóje. Uciekaj, nie warto, bo wolność to ułudna rzecz.
Była tybetańskim oraklem i może miała rację.

Ja sam oddałem się sprawie. Zostawiłem kurtkę w szatni i udałem się w głąb restauracji. Chciałem walki. W środku siedziało tylko parę osób. Pustka oniemiała i była wokół. Szukałem Fausta wokół, nic i niczego nie znalazłem, a chwila była losowa, była faustowa i piękna. Nie miałem do Fausta pretensji, że się nie zjawił.

Kołatały się we mnie, w głowie i w trzewiach jakieś cytaty kolumbowe. Literatura szkolna przejmuje kontrolę nad życiem. Dla równowagi chodziłem dalej do pracy jak każdy. Nie było wyjątków. Nikt nie zamarzł, ani nie umarł z głodu.

W poniedziałek rano 14 grudnia 1981 roku zjadłem bardzo skromne śniadanie. Miałem na popołudniową zmianę, na 14.00. Rankiem pojechałem organizować strajk.

Na terenach przemysłowych wystawionych za kredyty Gierka chciałem znaleźć niejakiego Wasilewskiego, szefa związków zawodowych Solidarność. To człowiek legenda, szef. Pracował w nowych technologiach. Szukałem go, bo chciałem namówić go do strajku generalnego.

Koło godziny 11.00 jadę z moją żałobą na klapie autobusem na te tereny przemysłowe. Stoję w środku dużego przegubowca, na tym obrotowym kole pomiędzy, z boków są barierki. Można się szeroko oprzeć. Trzepie jak cholera. Żałoba narodowa na klapie, i w planie. Ludzie się odsuwają. Boją się tej mojej osiemnastoletniej i Kolumbowej demonstracji.

Trzęsie strasznie i jest w końcu kolejny przystanek. Wchodzi do autobusu gruby major z teczką skórzaną, z twarzą jak na kacu i z pistoletem w kaburze. Taki ruski major – myślę sobie. On staje naprzeciwko przy drugiej barierce. Też go trzęsie. Ja na klapie mam tę pierdoloną narodową żałobę i narażam się właśnie. On widzi, że czarna i cała biało czerwona ta wstążka i dumna.

Czułem się jak duńscy obywatele, co z dawidową gwiazdą na płaszczach, jak wychodzili w trzydziestym dziewiątym w obronie swoich hebrajskich sąsiadów.

On taksuje mnie wzrokiem, a nuż skoczę do gardła. Potem ocenia sylwetkę i fizyczną tężyznę, znaczy potęgę mojego Kolumba. Poprawia rękę przy kaburze. Byłem gotów na ofiarę. Trzeci dzień stanu wojennego, może ktoś strzeli z pukawy.

Boję się jednak i nie spuszczam go z oczu. Wszyscy spoglądali spode łba i czekali. Major czekał. Przegubowy autobus trząsł miłosiernie. Strach. Czy ruski major wyjmie pistolet i zastrzeli mnie jak psa? Tak było dotychczas w podręcznikach historii, że Rusek albo Niemiec strzela do bezbronnego Polaka.

Mierzymy się dalej wzrokiem. Napięcie rośnie. Jestem przerażony. Trzęsie nami wspólnie na tej autobusowej platformie. Autobus był wygodnym miejscem na nagły atak. On jest cięższy i starszy. Myślę błyskawicznie. Skoczę mu do gardła, jak autobus szarpnie na zakręcie za Hotelowcem. Wyrwę mu broń z kabury. Jest jakaś szansa na zostanę bohaterem. Dzieciaki powstańcze z Warszawy zastrzeliły wielu. Nie będę gorszy, też tak chciałem.

Nic się nie dzieje. Trzęsie, ale nie skaczę. Major wysiada pod szpitalem. Klasie robotniczej macha teczką z cielęcej skóry, jakby na pożegnanie. Nikt nie został ranny. Niedokończona cała ta sytuacja, ale jest dobrze.

Wyskakuję z autobusu, rzygam ze strachu w brudny śnieg.

Tereny przemysłowe. Są pogłoski o zakładach. Baby na serach opowiadały o swych mężach. Słyszałem, że w zakładach remontowych ZREMB ludzie zaspawali się w narzędziowni zakładu od wewnątrz. Brzmi strasznie nawet jak tych czołgów nie widać. Pewno pójdą na nich pancernie. Idę tam, ale spokój. Nic.

Wchodzę do budynku. Jest biuro Solidarności. Pukam i otwieram drzwi. Otwarte. Siedzą dwie kobiety. Jedna czarna, druga blondynka. Różnią się tylko w szczegółach, ale nie w treści. W siódmej sekundzie wiem już wszystko. Hmm, z naboru pań sekretarek dla wodzów narodu, kojarzy się złośliwie, ale mimowolnie. Przywódcy narodu zapuszkowani chyba, nie ślinią się do nich teraz jeno modlą, refleksja krótka w głowie. Siedzą przy kawie. Kawa przysłana w paczce z Niemiec. Jakże inaczej. Mówię, że szukam Wasilewskiego. Chcę namawiać do akcji protestacyjnej i strajków. Czas wołać naród do walki.

Mam osiemnaście lat i całą naiwność Kolumba. Jest we mnie instynkt ten polski i niepolski, i jest romantyzm pełną twarzą jakby wyrok już był.
– Co ty Chłopak, jakie strajki? – One do mnie – Posiedzimy do końca kawy, a potem do domu – powiedziały – Trzeba wracać do domu! Ty też wracaj. To nie ma sensu. – Mądrość jest kobieca, ogólna i uniwersalna. Zrozumiałem, że generalnego już nigdy nie będzie.

Lecę dalej w poprzek terenów przemysłowych. Dzień mija i robi się później, wszystko staje się zawieszone mrozem i martwe ciężarem zimnego błota. Autobusy roznoszą bryły brudnego śniegu po całym mieście, co znaczy ktoś ruszył w dalszą drogę. Nie wracam na plan kinowy, na Hotelowiec.