Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Lubię małe miasteczka. Wszystkie moje jesienie

Katarzyna Śrutwa

Jan Marcin Szancer – Kólewna Śnieżka

wszystkie moje zmarznięte dworce
(no, nie było ich, aż tak wiele)
wszystkie moje zapłakane kościoły

dworce i kościoły
poczekalnie od… do…
miejsc, ludzi
skrzyżowania niespełnionych
miłości

wszystkie moje rzeki
wałęsające się wzdłuż
mojej duszy

wałęsające się
wzdłuż ja
wszystkie prądy od… i pod…
prąd

wszystkie zaplute chodniki
przechodzące przeze mnie
przechodzące przez siebie
na czerwonym świetle
pośpiesznie

wszystkie moje śmierci
co umarły
a ja jednak
żyć muszę

wszystkie porażki
porażające i śmieszne
jak mit
o raju
upadłym

wszystkie jesienie…
a jabłko czerwone
wciąż kusi

Reklamy


1 komentarz

Wesołe miasteczko. Tańczące słonie i tolerancja

Włodek Małkowski

Wiktor Górka – Kolorowy słoń na linie (plakat 1965 rok)

Boże! Przecież Ty mnie znasz i wiesz, że nie kłamię. To co ja po próżnicy będę z Tobą gadać. Bo widzisz, jak powiem coś mądrego to od razu uznają, że jestem idiotą. I gdyby nie to, że tylko Ty się do mnie uśmiechasz, to bym się załamał i zwariował. A TAK, TO MAM ICH W DUPIE. Na przykład im zupełnie nie przeszkadza, kiedy przewodniczący niejakiego parlamentu Europejskiego chwali się przed lewakami, że ma kontakty z obcą cywilizacją i co drugi dzień jest bardziej pijany ode mnie. Bo oni są bardzo tolerancyjni dla lewackich przewodniczących, a dla takich jak ja już nie. A przecież to tacy jak ja zapierdalają na ich fanaberie. To o czym ja z tobą będę gadać, przecież ty wiesz, że trzeba ich wszystkich potopić, bo to są źli, zdegenerowani ludzie. PROSZĘ CIĘ UTOP ICH.

***

Daję miesiąc czasu Komisji Europejskiej, aby się ode mnie i od moich kolegów z osiedla odpierdoliła. I nie brandzlowała mi mózgu tymi komunistycznymi bredniami. Bo jak nie, to nakładamy sankcję na tolerancję. Nie będziemy tolerować niemieckich samochodów, niemieckich artykułów spożywczych. I nawet niemieckich prezerwatyw. Dzięki temu będzie nas przybywać. A na zdrowej Polskiej żywności, od Polskiego zdrowego chama, będziemy zdrowsi i silniejsi.

***

Od razu ich przejrzałem, te ich sztywne gadki o tolerancji i demokracji, kiedy to dziwnym trafem ta tolerancja i demokracja zawsze tylko służyła ich ścisłemu towarzystwu. Niby czemu, tacy jak ja mieliby ich wspierać i zawsze chuj z tego mieć, robiąc z siebie frajera? Nie, nie, nie! Na ścieżki rowerowe, niejedzenie mięsa i ekologię to mnie nie nabiorą. Nie ze mną te numery, skoro zawsze mnie było tylko stać na pasztetową, ale ich to chuj obchodziło. Nie żebym coś miał do rowerzystów, bo sam czasem jeżdżę i lubię zwierzęta, i przyrodę, ale tak dla siebie, a nie na pokaz, że jestem niby postępowy. I w dupie mam ich imigrantów, gdy dosłownie zawsze w zasięgu ręki jest jakiś Polak potrzebujący pomocy, której nikt mu nie chce udzielić, tylko dlatego, że nie jest imigrantem a Polakiem. Ja wolę takiego papierosem poczęstować i piwo mu postawić. Potem okaże się, że on mi rower zreperuje i pogadamy o zwierzętach, bo kiedyś hodował gołębie, a za chłopca to nawet był kolarzem, a potem sporo w lesie pracował. Ale co on tam się będzie wymądrzał przed tym postępowym lewackim frajerstwem, patrzy na to kurewstwo i się tylko przygląda. Lepiej już pogadać z gołębiem.

***

Mnie naprawdę nie obchodzi, kto pisze ten głupi scenariusz: Moskwa, Bruksela czy jakiś świr w Białym Domu, jeżdżąc wokół stołu na czarnym koniu. Nie obchodzi mnie, co w Watykanie jezuita je na śniadanie, choć strasznie nie lubię jezuitów i życzę im, by wyzdychali, tym samym podzielając o nich opinię Juliusza Słowackiego. Jakie szczęście, że Julek znał się na giełdzie, bo inaczej groziło by mu jakieś Ivri, jak Norwidowi. No, bo przecież ten pojeb Mickiewicz, który go znał, palcem by nawet nie kiwnął. Pojechał do Turcji armię z Żydów robić, ale się przewinął. Oj! Adaś, Adaś, taki zdolny, a taki głupi. Pozostały spisane czyny i rozmowy, i mi wstyd za ciebie, ale mimo to, aż mi serce zadrżało, gdy ostatnio na śmietniku znalazłem twoje wiersze, takie maszynopisem luźno zapisane. Co miałem zrobić? Nie jestem świnią, więc je zabrałem. Leżą u mnie w domu, ale ich nie czytam, bo jestem na ciebie wkurwiony, po tym, co się o tobie dowiedziałem. Owszem rzucę czasem okiem udając, że nie czytam, choć wiem, że czytam. Jak ja bym bardzo chciał na tyle wyporządnieć, aby mnie było stać na więcej, niż papierosy, żeby pojechać w końcu ładnie ubrany do tego pałacyku-muzeum Norwida, który ponoć przed rokiem gdzieś w Polsce ufundowali, ale ty kuźwa nawet palcem nie kiwniesz, abym ja tam pojechał.

***

No dobrze. Jeśli któryś zrozumie swój błąd, to może powrócić do moich fb znajomych, pod warunkiem, że przez dwa tygodnie, każdego poranka, będzie zamieszczał swój wiersz lub patriotyczną piosenkę. I nie obchodzi mnie to, że ktoś nie ma talentu. Tekst ma być ładny i chwytający za serce. Co wy sobie myślicie, że ja będę za was pisać? Jak byłem chłopcem to każdego poranka musiałem wraz z innymi śpiewać takie piosenki, a czasy były niewesołe. I tak mi jakoś już pozostało, że teraz sobie czasem nucę przy goleniu, czasem nawet w łóżku przy kochance, ale nie żałuję. Nie żałuję i coraz lepiej rozumiem, co śpiewam!

***

Cieszy i smuci mnie, że nie wypada mi wejść na pewną stronę poetycką. Muszę przestrzegać zasad. Ja zawsze łajdak i byle co, ale przestrzegałem zasad i dlatego dożyłem swojego wieku. A oni tam o miłości i moralności. Lepiej nie wchodzić, po co mają mnie wyrzucić, gdy będę kulał się ze śmiechu. Poprosiłem za to o przyjęcie do Grupy Chujowych Artystów, ale chyba nic z tego. No cóż, wydaje im się, że oni są ode mnie gorsi, a ja chciałem tylko sprawdzić czy oni naprawdę są tacy chujowi, czy tylko się przechwalają. Za to dekadenci mnie zaprosili, chyba dostrzegli we mnie coś pozytywnego. Z przekory to zrobili, aby nie było, że są tak chujowi, jak ci chujowi artyści, ale czas pokaże, kto z nas jest bardziej chujowy. Tymczasem chuj na to kładę!

***

Miałem pod wierszem się podpisać, gdy nagle ktoś dzwoni z uwagą, że już niemodne takie wiersze bez haseł o demokracji i tolerancji, transparentne werbalnie i coś tam. Sam już nie wiem – mięknę. Włożyłem więc kartkę do biblioteki między stare tomiki senne. Na niebie zgasła gwiazda, uderzyli w dzwony kościelne i ludzie ze świeczkami udali się do domów, a ja w kapciach czytam Kawafisa o Neronie, o tym jak zapytał wyroczni o długość życia. Zadowolony z tego, by obawiać się dopiero lat siedemdziesięciu, udał się do greckiego teatru mając zaledwie lat trzydzieści, pił wino i cudowne sobie fikał kozły. Tymczasem starzec Galba szykował wojsko na granicy, gdy on beztrosko pisał sobie wiersze. Bo co by nie rzec, wbrew bredniom Sienkiewicza, do końca był artystą wielkim, ale kto Nerona dzisiaj czyta. A po moim pokoju chodzą fajne słonie i każdy piękną trąbą macha jak ogonem, aż Neron ze mną klaszcze w dłonie. I co nam możesz zrobić panie Galba? Ha! O poranku tańczę przy Bachu z Neronem, a wokół stołu tańczą ze mną słonie. I co nam zrobisz panie Galba?

***

Zdarza mi się napisać coś genialnego, bo nie przejmuję się tym, że jestem beznadziejny. Bardziej lubię być genialny i uparcie podejmuję próby. Podobnie mi się przytrafia z kobietami. One są piękne, ale ja się nie przejmuję tym, że jestem brzydki, gdyż bardziej lubię ich piękno i uparcie podejmuję próby. Lubię też ptaki i nie przejmuję się tym, że nie potrafię latać, więc niewykluczone, że przy kolejnej próbie zgaszę papierosa i jakby nigdy nic sobie polecę.


Dodaj komentarz

Wspomnienia z raju – Meksyk

 

Katarzyna Dragun

Agnieszka Minkina i Katarzyna Dragun

Wraz z nastaniem sierpnia postanowiłyśmy nie czekać na nadejście angielskiego lata i udać się do cieplejszego kraju. Stanęło na Meksyku, a dokładniej – na półwyspie Jukatan i wyspie Cozumel, której nazwa w języku Majów oznacza „wyspę jaskółek”. To popularny cel pielgrzymek kobiet starających się o dzieci i idealne miejsce na miesiąc miodowy nowożeńców. Może i nie bez znaczenia jest fakt, że jaskółki wiążą się w pary na całe życie.

Raj

Pierwsze, co na każdym kroku zwraca uwagę, to wszechobecność religii. Wizerunki Jezusa i Marii widać wszędzie – na ścianach, szybach samochodów, tatuażach, przydrożnych bilbordach prezentujących wyolbrzymione obrazki, które u nas ksiądz rozdaje dzieciom po kolędzie z napisem „Jezu, ufam Tobie”. Wpływ religii odnaleźć można nawet w imionach tubylców. Czuję, że ziściły się słowa księdza z podstawówkowych rekolekcji, gdy przed wejściem do hotelu wita nas uśmiechnięty ochroniarz Jesús, a recepcjonistka María wręcza nam klucze do pokoju. Jesteśmy w niebie!

Otoczenie także wygląda jak raj. Hotel wciśnięty jest w dżunglę, stanowiącą kozumelski rezerwat przyrody. Pomiędzy zaroślami przemykają na naszych oczach zwierzątka: szare kraby, ruchliwe ostronosy, miniaturowe świnki i leniwie sunące iguany. W wodzie podpływają do nas urocze rybki w żółte i czarne pasy i zaczepiają nas pyszczkami. Jesteśmy w niebie! Obfitość jedzenia, piękne widoki, ciepło i symbioza ze zwierzętami – czego chcieć więcej?

Niektóre kościoły nie wyglądają jak ośrodki zadumy nad ludzkim cierpieniem i małością, a raczej jak centra rozrywki religijnej, z dobrze zareklamowanym programem. Gdy używam takiego porównania w rozmowie z tubylcem, Ramónem, wydaje się być zadowolony z faktu, że to zauważyłam. Hotelowy kościół jest tego ucieleśnieniem: wygląda jak bar, ze stołem do snookera i dyskotekową kulą. Inny kościół, do którego trafiamy, znajduje się na plaży i jest otwartym tarasem, przykrytym słomianym dachem z widokiem na morze. O wiele łatwiej w ten radosny sposób czcić Boga.

Ale Meksyk to nie tylko świątynie katolickie. W poszukiwaniu ruin Majów natykamy się na kościółek wybudowany tuż przy małej piramidzie ku czci bogini wody, płodności i księżyca – Ixchel. Jego jaskrawożółty kolor zdaje się krzyczeć po hiszpańsku: „Katolicyzm wygrał! Jestem większy, ładniejszy i to u mnie ludzie się modlą!”

Ale czy na pewno? Tuż obok, na placu, duże, kamienne tablice z kolorowymi wizerunkami dawnych bogów zdają się nic z tego nie robić. Na straganach sprzedaje się pogańskie maski, kalendarz i zodiak Majów, zdobione czaszki, tubylczą biżuterię. Są i owszem wymyślne krzyże i Maryjki, ale stanowią one kilkuprocentowy odsetek towaru. Ciekawe co by powiedział Jezus na kupczenie tym wszystkim przed jego świątynią? Widać Święta Inkwizycja niezbyt skutecznie wykorzeniła dawne wierzenia i rytuały.

Meksyk to ziemia, którą przywłaszczyli sobie niegdyś Hiszpanie, a teraz próbują to zrobić, choć w inny sposób, potomkowie brytyjskich osadników z Ameryki Północnej. Walkę o wpływy widać wszędzie. Kto tę walkę wygrywa? Gorącokrwiści potomkowie hiszpańskich konkwistadorów, drapieżni i zachłanni Amerykanie, czy niskopienni spadkobiercy Majów? Czy może wszystkie te trzy nacje współgrają ze sobą niczym kolory tęczy u stóp bogini Ixchel?

Śpiesz się powoli

Główną cechą charakteru rdzennych mieszkańców jest powolność. Trudno zgadnąć, czy to z powodu upałów, mentalności, czy duchowego nastawienia. Nieraz doprowadza to do szaleństwa przyjezdnych. Doświadczamy tego już pierwszego poranka w hotelowej stołówce w Cancún czekając na kawę. Grubo po czasie rozpoczęcia śniadania, o którym recepcjonista nas poinformował dzień wcześniej, panie z siatkami na głowach nieśpiesznym krokiem podchodzą do maszyny z kawą i zaczynają ją obsługiwać. W podobnym tempie rozkładają talerzyki i filiżanki. Z maszyny zaczyna się lać kawa na podłogę. Wbrew oczekiwaniom, panie nie podskakują nerwowo, aby z lamentem na ustach zatrzymać ciemną powódź, lecz nadal ze stoickim spokojem rozkładają naczynia. Aż chce się powiedzieć: „Nie ma co płakać nad rozlaną kawą”. Choć nie jestem pewna, czy uzależnieni od kofeiny to zrozumieją.

Czas w Meksyku rozumiany jest inaczej, niż przez ludzi z innych rejonów świata. Umawiana godzina niekoniecznie jest godziną spotkania. Wyjaśnia to nam amerykańska żona wcześniej wspomnianego Ramóna, Heather. Kilka lat temu, trzyletnia wówczas córka Heather dostała zaproszenie na urodziny w wesołym miasteczku. Na zaproszeniu widniała godzina dwunasta i o tymże czasie obie stawiły się na imprezie. Ku zdziwieniu kobiety, nikogo tam nie było. Po kilkakrotnym sprawdzeniu adresu i dzwonieniu do gości okazało się, że przyszły za wcześnie. Nikt nie wymaga tu od gości stawienia się na imprezę na czas. Umowna godzina 12 jest tak naprawdę trzecią po południu. Na ślub zapowiedziany na czwartą, goście przychodzą dopiero wieczorem. I nikt się na ten fakt nie oburza. Takie podejście do życia zaoszczędza wiele stresu, choć niekoniecznie niecierpliwym klientom.

Kto da więcej?

Sklepy nastawione głównie na turystów przeważnie nie mają wywieszonych cen. Gdy pytamy o cenę, zazwyczaj pada odpowiedź w dolarach amerykańskich, rzecz jasna, zbyt wygórowana. Sprzedawcy słysząc, że musimy się zastanowić, albo że chcemy porównać towar w innych sklepach, automatycznie spuszczają cenę, sprzedają produkty za pół lub ćwierć proponowanej ceny. Nigdy nie lubiłam się targować, ale też i nigdy nie przychodziło to łatwiej niż tutaj. W żadnym z tych sklepów nie dostrzegamy kasy fiskalnej. Prawdziwie wolny rynek!

Wolne drogi

Wolność panuje również na drogach. Kiedy następnym razem poczuję złość na kierowców BMW ignorujących używania kierunkowskazów na londyńskich drogach, przypomnę sobie, że w Meksyku to norma, niezależnie od marki samochodu. Sygnalizacja świetlna dla pieszych to rzadkość, której nie jest nam dane doświadczyć, przechodząc przez ruchliwe ulice Cancún. Chcąc przedostać się na drugą stronę ulicy, trzeba włączyć tryb sprintu i zmysł obserwacji. Znacznie lepiej jest być pasażerem pojazdu. Podczas jazdy busem przewozowym z Playa del Carmen kierowca zjeżdża na prawo, choć dla mnie ta strona wygląda jak pobocze. Jedzie tak tym pół-pasem, a wraz z nim sznur innych samochodów przed nim, dobre kilka minut. Zauważamy też, że niektóre samochody na drogach nie posiadają tablic rejestracyjnych. Jest ich sporo. Jeden z taksówkarzy tłumaczy nam, że rząd meksykański wymaga wymianę tablic co trzy lata i często nie dochodzą na czas do właścicieli samochodów. No tak, czas meksykański…

Postanawiamy wynająć samochód, aby zwiedzić wyspę. Pedro, zajmujący się organizacją wynajmu samochodów w hotelu podaje nam wygórowaną cenę i dodaje, że jak przyjdziemy nazajutrz rano o dziewiątej, wynajmie nam auto za pół ceny. Zjawiamy się na czas i oczywiście czekamy na Pedra zastanawiając się, co znaczy dziewiąta według czasu meksykańskiego. Pedro stawia się pół godziny spóźniony i wynajmuje nam samochód o pięć dolarów więcej, niż obiecał. Nasz rydwan to nie pierwszej młodości, ni czystości Chevrolet, w którym nie działa klimatyzacja ani światło, zamykać go trzeba ręcznie, a na tablicy rozdzielczej stale pali się kontrolka otwartych drzwi, nawet po zamknięciu samochodu na klucz. Pomimo to autko zdaje egzamin obwożąc nas po prawie całej wyspie.

Tubylcy

Mieszkańcy Meksyku wyglądają jak żywcem wyjęci z planu filmu Apocalypto Mela Gibsona, z tą różnicą, że odziani są we współczesne ubrania i porozumiewają się po hiszpańsku. Orle nosy, skośne oczy i szerokie nozdrza na ciemnych twarzach niczym nie przypominają gładkich twarzy aktorów i aktorek z seriali, które emitowane są na AztecTV. Czuję się przy nich jak Guliwer w krainie Liliputów, jako że prawie wszyscy sięgają mi do pach.

Miałyśmy szczęście nie spotkać nikogo, kto wydałby się agresywny lub grubiański. Prawdopodobnie dlatego, że w tej okolicy przestępczość nie należy do najwyższych w tym kraju. O potencjalnych niebezpieczeństwach przypominają nam jedynie mijani po drodze policjanci uzbrojeni w karabiny. W turystycznej części Cancún natykamy się również na amerykańskiego Dodge’a z napisem „Policja Turystyczna”.

Z całą moją chęcią poznania folkloru kraju, który odwiedzam, wolałabym uniknąć spotkania z gangiem narkotykowym. Jednakowoż trudno pozbyć mi się tego typu skojarzeń, gdy odwiedzamy Hacjendę Antigua, specjalizującą się w produkcji organicznej tequili. Oprowadzający nas po posiadłości ogolony na łyso mężczyzna, swą urodą i sposobem wyrażania się, bez trudu dostałby rolę w filmie o jakimś bezlitosnym kartelu. Jego „zbrodnicze” zachowanie to głaskanie nas po plecach i staranie się upicia nas. Na moje stwierdzenie „Nie mogę, bo prowadzę” odpowiada „Możesz, nie chcesz!”. Po czym wlewa Agnieszce kawowo-migdałową tequilę wprost z butelki do buzi, stojąc za nią. Ku jego rozczarowaniu nie kupujemy żadnej butelki trunku, jako że wracać będziemy tylko z bagażem podręcznym. Dostaje jednak napiwek (lub raczej natequilek) i jego kartelowa twarz się rozjaśnia.

Wyjeżdżamy z poczuciem smutku, bo nagle trzeba wracać do chłodniejszej rzeczywistości. Niemniej jednak, bogatsze w doświadczenia, rozumiemy nagle, że Meksyk po hiszpańskiej kolonizacji i amerykańskim wpływie żądzy pieniądza, pozostał w głębi serca wierny swoim tradycjom. Wszystkie historyczne wydarzenia zostały przyjęte przez tubylców i przyrodę ze stoickim spokojem, wręcz z akceptacją, a życie toczy się według starych zasad (i meksykańskiego czasu). Bo i po co zmieniać raj?