Spółki Miejskie

Piaskowy Chrystus. Mała trylogia śląska. Część 17

Dodaj komentarz

Wojtek Jaroń
(fragmenty)

„Pisz krwią, a dowiesz się, że krew jest duchem.”
(Przepisane z Zaratustry na początku stanu wojennego,
w trakcie poszukiwań mistrza.)

Aleksandra Rost – Droga w górach

To był początek podróży, która miała zająć całe życie. Któż mógł to wtedy wiedzieć? Szukaliśmy wyjścia z matni stanu wojennego uciekając z domu w osiedlowy trójkąt Bermudzki. Tak myślałem o tym miejscu, bo było ono w środku, pomiędzy osiedlem A, B i C. Spotykaliśmy się przeważnie w kawiarni Teatru Małego, tam powstała idea ucieczki, nadbudowa, jak to się mówi. Wszystko zaczęło się od Filona, tekściarza grupy Dżem. Właściwie to on miał na imię Kaziu, ale to imię do niego nie pasowało. Studiował przez jeden semestr filozofię, a może tylko chciał studiować. Bardzo rzadko bywał trzeźwy i jak wszyscy nietrzeźwi miał swoją rację. Lubił nabijać się z naszego idealizmu. Miał rację, nie mieliśmy życiowego doświadczenia, a bardzo chcieliśmy zmieniać świat. – Odkryłeś już dzisiaj jakieś nowe kontynenty?! – Zawołał do mnie w pewien zimowy czwartek 1982 roku. Krzyczał zwykle z wysokiego pięterka kawiarni Teatralna w dół, do gości, a potem padał na blat stolika kawiarnianego. Był wielkim, osiedlowym poetą z trójkąta bermudzkiego osiedla A, B i C. Bełkotał bardzo umiejętnie, a my myśleliśmy, że to jest wena twórcza. – Szukajcie! Trzeba się udać w Drogę! Dopiero jak Droga się skończy, znajdziecie to, co najważniejsze. Doświadczenie Drogi! – Wmówił nam, że trzeba czytać Wojaczka, aby zrozumieć świat. Według jego wskazań zaczęliśmy szukać w realu Wojaczka. Zarażony był Poldi, zarażony był Mundi, zarażony byłem Ja i mój brat Tomek. W lato 1982 roku postanowiliśmy szukać Nowej Drogi, znaczy innego świata poza górniczym osiedlem A. Wtedy wszyscy byli zarażeni gigantem. Jedni jeździli po słomę makową, inni po sens życia, jeszcze inni uciekali przed bezpieką w Polskę. Nową ojczyzną mojego pokolenia był Jarocin, wydawał się wyspą wolności. Taka wolność sprowadzała się do ucieczki w muzykę i w maki. Ja takiej wolności nie chciałem. Miałem inne wychowanie. Wybrałem gigantyczne podróżowanie po Polsce, od gór do morza i odwrotnie. Chciałem, żeby było trochę pod Stachurę, ale ja śpiewałem życie, a nie śmierć.

Wędrówkę zacząłem od Sopotu, który stał się dla mnie symbolem odkrywania świata, który przeczuwałem. To w tym mieście urodził się Klaus Kiński, ten wariat, o przewróconych od szaleństwa świata, jasnych i proroczych oczach. Wylądowałem tam o piątej rano. Miałem plecak z własnoręcznie uszytym namiotem. To była innowacyjna konstrukcja. Podłoga, czyli dmuchany materac, sklejony był z wielką kwadratową pomarańczową płachtą. Na wypadek kontroli policji i wojska miałem podrobione zaświadczenie z uczelni, że zdałem w Katowicach na studia.

Na dworcu PKP były wojskowe kontrole. Nie można było sobie, ot tak, podróżować po Polsce. Udało mi się jednak jakoś wyjść z dworca.

Wokół stare poniemieckie wille. W uliczce w głębi, jakieś dwieście metrów ode mnie stali ZOMOwcy z karabinami na plecach, złapali właśnie jakichś kandydatów na maki i trawę. (Sporo młodzieży jeździło wtedy po Polsce na makowe żniwa.) Jeden z nich zauważył mnie i kiwnął do mnie ręką. Posłusznie idę w jego stronę. Pochylają się nad papierami tych makowych chłopaków i zaczynają się o coś spierać. Tracą mnie na sekund pięć z oczu. Zauważyłem po lewej małą uliczkę z domami w ogrodach. Wpadłem w tę uliczkę i dalej. Biegłem na ile można, bo mój plecak z namiotem ciążył mi strasznie. Z konserwami i bez skrzydeł ułudy na plecach miałem z 60 kilo. Potem płot, dziura w płocie, krzaki i stara willa, kiedyś poniemiecka albo żydowska, raczej nie polska. Pobiegli za mną, ale stracili ślad. Ktoś inny odwrócił ich odwagę. Usłyszałem jak przez mgłę: – Dokumenty do kontroli! – Ale to już nie do mnie, dzika zieleń mnie ochroniła. Byłem potwornie zmęczony tym biegiem. Ogród, w którym się znalazłem był dziki. W środku był mały staw i jasnoniebieska ławka. Farba na niej była stara i dawno morskim wiatrem wyblakła. Od tego wiatru stała się aż lekko zielononiebieska. Wybrałem ją do spania. Zostałem tam na kilka dni. Miałem bazę do czasu, aż pewnego ranka obudził mnie starzec. Dotknął moich długich włosów przeźroczystymi palcami starego człowieka. Potem puszku włosów na policzku. Były tak delikatne jak biel jego starości. Postawił butelkę z mlekiem, 3 bułki duże i kawałek żółtego sera. Otworzyłem oczy. – Zjedz śniadanie i idź. – Uśmiechał się łagodnie. Był jak anioł. Nic więcej nie powiedział i odszedł. Usiadłem i odprowadziłem wzrokiem jego lekko pochylone plecy. Była szósta rano. Zjadłem śniadanie i wymknąłem się z ogrodu. Opuszczałem arkadię. Chwila była piękna. Wiedziałem, że nigdy nie powróci do mnie.

Następne dwie noce spędziłem w lasku na gdańskiej Żabiance. Rozbiłem tam namiot niedaleko osiedla. Szybko odnalazły mnie tam osiedlowe chłopaki. Mieli po jakieś piętnaście lat. Przynosili mi jedzenie. Była w nich fascynacja moim wyrwaniem się z domu. Wieczorami opowiadałem im historie z podróży i z szerokiego świata. Słuchali z otwartymi ustami. Nie zabawiłem tam długo. Kończyły mi się pieniądze. Brak gotówki mógł być naprawiony tylko jakąś wakacyjną pracą.

Pojechałem do Bydgoszczy. Na dworcowej hali waletowałem 3 noce z przypadkowymi osobami. Dworce PKP w 1982 roku były jak azyl. Można było tam za grosze oddać bagaż do przechowalni, zjeść w dworcowym barze. Można było za nic znaleźć przyjaźń! Było lato, a lato niewiele kosztowało. W dzień wędrowałem bez celu po mieście zdumiony surową niemieckością centrum miasta i bez skutku szukałem pracy.

Jeździłem po okolicznych bogatych gospodarstwach, gdzie były sady z brzoskwiniami. (Cena kilograma tego owocu była wtedy monstrualne wysoka.) Zadzwoniłem do kolejnej furtki. Trochę dziwnie się czułem, bo dom otoczony był płotem z drutem kolczastym. Za płotem warczał pies i próbował zerwać się z łańcucha, by ugryźć. Wył tak, że nic nie było słychać. Wpuścili mnie na podwórze, a pies zmęczony szczekaniem zamilkł. Podszedłem do otwartego okna, w którym stała gruba gosposia. Zapytałem o pracę. Mówiłem, że student i że na wakacjach. Otaksowała mnie wzrokiem, wyceniła jak wieprzka na przedwojennym targu i odmówiła. Pożegnałem się grzecznie i zawróciłem, ale wkurwiło mnie to! Brzoskwinie dyndały nade mną na wyciągnięcie ręki. Miały iść pewnie na targ dominikański do Gdańska, a jedna sztuka kosztuje więcej niż tygodniówka robotnika. Ja cię pierdolę! Ten wściekły pies telepał mi się w głowie, aż mnie to zabolało nagle. Nie mogłem się oprzeć zemście, wyciągnąłem rękę i zerwałem 3 sztuki. A za mną wrzask tej grubej z okna. Kobieta skoczyła do parapetu ruchem psa na łańcuchu. Omal nie spadła na dół i się nakryła nogami. Dobiegły mnie grube przekleństwa i psa szczekanie. Poczułem się jak w zaklętym mieście z bajki. Nie było w nim ani jednego sprawiedliwego człowieka, dlatego będzie one skazane na żywioł i plagę.

Wędruję dalej… Drogą z Bydgoszczy na Poznań.

Czas i przestrzeń zmienia sekwencje miasteczek i wsi w emcekwadraty płotów w gospodarskich obejściach wokół mnie. Fizyka dnia w mojej letniej, gigantowej geografii przetrwania. Nowa kultura budowy płotów i zagród zdradza historię miejsca. To nie jest dawna kongresowa Polska, bo tu już Wielkopolska. Na wsi domy są w głębi podwórza, a płot musi zakrywać widok domu i jest tajemnicą gospodarza.

Nagle widzę dom inny. Większy i wypatroszony na zewnątrz. To pewno kresowy gospodarz. Jest traktor i maszyny przed domem, jest miasta pobrzeże i są pola żniwne. Wchodzę do środka, sień jest ciemna, chłodna, wiejska oraz zawsze otwarta. Pukam w otwarte drzwi kuchni kułakiem pięści i wchodzę, pachnie kwaśno, kartoflano, przaśnie. Przy stole siedzi cała rodzina. Ojciec rodziny – spalony słońcem, zmęczony wiecznym urabianiem się i podwójnym statusem, chłopa i robotnika. Obok jego żona. Już przejrzała. Nie wiekiem, ale ciemnym trudem. Widać, że dobry towarzysz życia i umierania. Na jej dłoniach grube żyły. Musiała prać ręcznie całe życie. Dalej trójka młodszych dzieci, ich twarze też spalone od słońca przy żniwach i szczerząca się do mnie córka.

Pytam, o pracę przy żniwach. Chłop patrzy się na mnie, potem na córkę.
– Nie, nie, nie trzeba. – Widzę, że chodzi o córkę, a nie o robotę. Córka na wydaniu i ma zostać dziewicą, a student to jest klasowe zagrożenie. Nici z roboty na polu.

Jadę dalej. Na wieś. Tam praca będzie na pewno, bo wszędzie żniwa. Wmawiam sobie, ale poczucie samotności rośnie.

Wsiadam do pociągu osobowego. Wygląda tak, jakby miał się rozpaść. Jadę bez planu, ale z mocnym postanowieniem znalezienia pracy. Inaczej nie przeżyję. W świetle nocnej latarni minąłem napis miejsca o nazwie Września. Jestem niedaleko wozu Drzymały i tych antyniemieckich historii. Czy istnieje jakiś świat poza ideologią?

Jest taki spokój, pociąg jest nocny, wiem, że nie wysiądę wcześniej niż przed zmrokiem. Zaczyna się umieranie krajobrazu w krajobrazie. Gdzieś trzeba rozbić namiot i pospać, a dworce wiejskie się nie nadają na nocleg. Wyglądam z okna pociągu, jest pusto, w oddali świeci światłami wioska. Skaczę po bagaż, już późno i trzeba się zdecydować. Wysiadłem na tej małej stacji bez świateł i daleko od domostw. Do wsi był kawałek, nawet nie znałem jej nazwy. Pola się kładły płasko, szeroko. Dech mi zaparło. Byłem zmęczony tak bardzo, że aż chyliłem się pod plecakiem. W kępie drzew i krzaków, w środku żniwnego pola rozkładam namiot, a raczej wślizguję się w pomarańczowy worek namiotu jak do śpiwora. Zasypiam szybko.

O czwartej nad ranem, ledwo świtało, ziemia zatrzęsła się pode mną i buczy. W malignie półsnu zobaczyłem potężne smoki. Huczą, świecą się i mielą. Posuwają się krok po kroku, są ciemno czerwone. Łapię plecak, w panice rzucam dobytek na materac dmuchany i ciągnę jak sanie za sobą do rowu. Aby tylko uciec w przyjazną ciemność. Półgoły jestem i śpię jeszcze. Moja dupa pokłuta ścierniskiem boli. Wpadam w rów i się przewracam. Reflektor daje mi snopem światła w ryja. Błyskiem instynktu nagle poznaję: to przodownicy pracy i ich zbożowe kombajny. Wyglądały jak księżycowe pojazdy. Kurwa, gdzie ja się znalazłem? Idę dalej spać.

Budzi mnie słońce. Jest siódma rano. W płucach zaduch żniwnego pyłu od tych pierdolonych kombajnów. Żółte pola pełne są tych czerwonych biedronek olbrzymek. Rozglądam się. Widzę tablicę drogowskazu przy drodze. Jestem w Żydowie. Kojarzę migawki z TV o wielkopolskiej wsi i o bohaterach pracy socjalistycznej. Ludzie z PGR-ów pracują w nocy i ranem, potem w dzień kradną zboże workami z magazynu. (To jak historia z Penelopą. Ona w nocy też pruła.) Z łupem wracają do swoich domów. Ekonomika. Jedna twarz wsi to ta z PGR-ami, a druga twarz, to gospodarze nazywani bambrami. Wieś ma tę drugą twarz bogatą i krzepką. Ona jest starsza niż socjalistyczny celofan w formie PGR-ów. Popracowałem tam trochę przy żniwach u Stasia Nowaczyka, chłopa na dwudziestu trzech hektarach. Była tam jego siostra Jadzia z mężem, co był kombajnistą z PGR-u, brat kulawy alkoholik Stefan i stary Nowaczyk, siwy olbrzym – Józef. Stary był jak mój Indianin z Kukułczego Gniazda, dlatego mi się zaraz spodobał. W Żydowie spotkałem też Marka Sokołowskiego.

Po skończeniu żniw u Stasia Nowaczyka w Żydowie pojechałem w Bieszczady. Raz w Ustrzykach Górnych w barze nie zapłaciłem za zupę ogórkową. Zostawiłem za to na talerzu wiersz-haiku napisany aluminiową łyżką. Kobiety z baru były tak zajęte plotkowaniem, że nie zauważyły mojego odejścia. Spałem w paśnikach wyłożonych sianem. Jak przyszyły wielkie deszcze – a takie zawsze przychodzą – włamałem się do budki przy skoczni narciarskiej. Złapano mnie w takiej budce. Było ich dwóch, ale miałem szczęście. Byłem naiwnym człowiekiem drogi, ale oni też z niej byli. Ludzie tutejsi pojmowali się przez wschód, nie przez zachód. Puścili mnie bez żadnych konsekwencji. Wróciłem z letniego gigantu na Śląsk pod koniec września 1982 roku.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s