Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Zapiski dinozaura. Strach przed następnym rokiem

Włodzimierz Zylbertal

Jan Rembowski – Weteran

Jako dziecko, krążąc między domem a szkołą, często widywałem Weterana. Znałem go, czasem przychodził do naszej szkoły na Akademie Ku Czci. Zawsze był ubrany w nienagannie skrojony mundur, chodził wyprostowany, sprężystym krokiem. Wydawał się wieczny, rok w rok wyglądał tak samo.

Aż któregoś-tam-roku przyjrzałem mu się bliżej i… zadrżałem. Zobaczyłem nie eleganckiego żołnierza, ale z trudem kroczącego, pomarszczonego starca. Uśmiechnął się do mnie, jak zawsze, przecież widywaliśmy się setki razy. Ale nie tylko on zdał mi się inny. Ja też – wtedy trzynastoletni – stałem się inny. Zacząłem bać się następnego roku.

Nie pomyliłem się. Następnego roku już nie zobaczyłem Weterana na trasie między moim domem a szkołą. Któregoś dnia tegoż roku zobaczyłem za to jak czterej ludzie wynoszą z mieszkania dwa piętra niżej od mojego – trumnę.

No i od tego czasu zawsze w przededniu Nowego Roku, najpierw wraz nadzieją chłopaka na wielkie przygody, potem z nadzieją mężczyzny na pomyślność jego dzieci, teraz z nadzieją człowieka bardzo już dojrzałego na ostateczne życiowe spełnienie, zawsze mam ten jakiś dygot, ten sam, który tak mocno przeżył trzynastolatek, widząc ruinę Weterana…

Czy na tym polega ta smutna mądrość życiowa, często nazywana też pogodzeniem?

Reklamy


Dodaj komentarz

Babcia Ezoteryczna. Wycieczka dla starców

Katarzyna Urbanowicz

Fot. Tony Luciani

Obwieszczono dziś w telewizji, że z powodu braku lekarzy na okres świąt zawieszona została działalność oddziału wewnętrznego szpitala w Oleśnie. Podejrzewam, że to tylko początek i sądzę, że przede wszystkim zamykanie dotknie oddziały wewnętrzne. Tam zazwyczaj i tak jest najmniej lekarzy i pielęgniarek, a chorzy wręcz nazywają te oddziały umieralnią. Mam możliwość porównań i istotnie o ile na oddziale chirurgicznym nie widać szczególnej różnicy w trybie dnia między dniem zwykłym a weekendem, o tyle na oddziałach kardiologicznych i wewnętrznych można w święto nie spotkać lekarza i rzadko dostrzec pielęgniarkę.

Czytam to, co pisze Justyna Karolak na blogu i sądzę, że ma rację. „To w okresie Bożego Narodzenia wzrasta liczba samobójstw. To na Boże Narodzenie ludzie umierają. To w Boże Narodzenie najwięcej starszych osób potrzebuje maksymalistycznej opieki, którą tak trudno zapewnić w czasie specyficznym, świątecznym, bo ten czas lubi być niezwykle egoistyczny: dokładnie w tym czasie kontakty rodzinno-towarzyskie intensyfikują się ponad miarę, wybuchają ekspansywnie i każdy oczekuje naszej uwagi, życzeń i obecności. Trudno podzielić siebie tak, by dla wszystkich starczyło po równo, a jeszcze człowiek chciałby odrobiny wytchnienia – dla siebie samego. Żeby odpocząć, żeby poświęcić uwagę własnym myślom, żeby zdobyć się na autorefleksję, żeby ocenić miejsce w życiu, do którego dotarło się w drodze prozaicznej tułaczki i nieprozaicznych marzeń, i brutalnej walki o byt.” (…) „Starszy człowiek, dziadek albo babcia, z demencją, z pieluchą w kalesonach lub rajtuzach, wydaje się jakże przystępny do pominięcia w naszym świadomym działaniu, bo istotnie często przejawia na tyle obrazowe schorzenia, objawy i dysfunkcje, że szpital weźmie staruszka pod swoje skrzydła na święta bez dwóch zdań, żeby badać, diagnozować i leczyć. Gdyby tylko szpital wiedział, że ten wylęg starców w szpitalnych progach na same święta nie jest wcale spowodowany realnymi chorobami starców, ich organiczną dysfunkcją… Kto o tym wie, jaki jest realny powód tego wylęgu? Prawie nikt. Prawie czyni co prawda pewną różnicę, ale ta różnica nie prezentuje się nadto malowniczo, by zaintrygować sobą tłumy. Każdy schorowany czy umierający starzec, który trafi do szpitala na święta, pozostaje wyłącznie pomarszczonym balastem – ciężar tego człowieka jest marny dla niemal wszystkich wokół, niczym wątły, przeterminowany puch, który niechcący usypał się z zapomnianej poduszki i teraz trzeba ten puch po prostu zamieść, żeby przestrzeń znów stała się czysta…”

Nic dodać, nic ująć. W dodatku ta wymuszona okolicznościami troska o osoby starsze i niedołężne nijak się ma do świadomości ich potrzeb.

Przykładem z innej beczki może być magazyn Spółdzielczy Spółdzielni Mieszkaniowej „Służew nad Dolinką” nr 26 z grudnia b.r. W wywiadzie prezes Spółdzielni chwali się nowymi inwestycjami na osiedlu: „Przez ostatnie lata, ku zadowoleniu mieszkańców, na Osiedlu powstało kilka inwestycji prospołecznych takich jak: Publiczne Przedszkole Małego Kopernika, teren rekreacyjny Górki Służewskie, siłownie plenerowe czy V piętro w nowym budynku przy ul. Mozarta 1, przeznaczone dla mieszkańców na potrzeby społeczno-kulturalne. Działalność tam prowadzona łączy całe pokolenia i ciągle się rozwija. Cieszę się, że to piętro żyje i służy ludziom. Zarówno dorośli, młodzież jak i dzieci korzystają z różnego rodzaju zajęć ruchowych, kulturalnych czy edukacyjnych w ramach programu Klubu Seniora, świetlicy środowiskowej czy też biblioteki. Miło jest patrzeć, gdy co dzień – wiele uśmiechniętych osób podąża na różnego rodzaju zajęcia i spotkania.”

Oczywiście wizja uśmiechniętych staruszków podążających dziarsko na zajęcia ruchowe i społeczno-kulturalne jest urokliwa, ale nie ma nic wspólnego z prawdą, której bliższy jest obraz serwowany przez Justynę Karolak. Mimo to, wydaje się, że pan prezes Spółdzielni wierzy w to, iż zapewnił osiedlowym dziadkom i babciom wszystko, co im potrzebne do szczęścia. Możliwe, bo program wydarzeń Klubu Seniora jest imponujący – pod warunkiem, że są to seniorzy młodzi i sprawni, dla nich bowiem wieczorki taneczne, chi- kung, siatkówka, ping-pong i rozmaite wycieczki są osiągalne. Na żadnym z wielu zdjęć nie zauważyłam jednak osoby na wózku, z balkonikiem czy nawet o kulach. One są widoczne wyłącznie na osiedlowych uliczkach i to w pogodne dni, w jedynym sklepie bez schodków, za to bez dostępu do wszystkich półek. Nawet pobliska apteka mieści się na piętrze bez czynnej windy, a żeby dostać się do przychodni, trzeba dojść do końca ulicy i tam skorzystać z podnośnika.

Ostatnio sprawdzałam możliwość skorzystania z podobno bezpłatnego miejskiego transportu dla niepełnosprawnych na wózkach, do lekarza lub przychodni. Udając się na zabieg, chciałam mieć pewność, że powrócę po nim do domu, nawet gdy nie zdołam wgramolić się do samochodu osobowego. Niestety, telefon zamieszczony na stronie Urzędu miasta nie odpowiadał przez kilka dni. Prawdopodobnie sprawa przestała być aktualna, ale wiadomości nie sprostowano.

Przeczytałam gdzieś też, że miasto ma umowę z firmami taksówkowymi, które przewożą niepełnosprawnych, niestety usługa aczkolwiek dwukrotnie droższa niż normalna i tak wymaga wcześniejszej, kilkudniowej rezerwacji. Po co więc szpitale jednego dnia, skoro i tak najlepiej swoje odleżeć?

Westchnęłam sobie oczywiście za Norwegią, gdzie w jednym z portów dyżurował samochód przewożący niepełnosprawnych na wózkach do miasta i z powrotem, czy Holandią, gdzie spotkałam w galerii handlowej „wózkową” wycieczkę na zakupy. Czy takie duże osiedle jak nasze (wielkość sporego miasteczka) nie mogłoby zorganizować „wózkowiczom” przed świętami przejażdżki do sklepu albo wycieczki dostępnej nie tylko dla chodzących na własnych nogach? Nawet rodziny nie zawsze mogą tu pomóc, bowiem składane wózki często nie mieszczą się w bagażniku.

W szpitalu przynajmniej zawsze można liczyć na towarzystwo, chyba, że go na święta zamkną… Trudno tylko zrozumieć dlaczego, mimo iż pełno w nich chorych babć i dziadków, wcale oni nie chcą tam leżeć, odpoczywać, jeść co ugotują im inni i korzystać z dobrodziejstw medycyny…

Dyskutowałam o tym ze znajomym tuż po świętach. Zapytał mnie: Dlaczego oczekujesz, że ktoś ci coś zorganizuje? Weź i spręż się sama, roześlij wici, że organizujesz wycieczkę, zbierz chętnych i dopiero wtedy pertraktuj ze spółdzielnią.

Rzeczywiście. Dlaczego? Święta racja! Zadumałam się głęboko. Dlaczego ja sama się nie sprężę? Wszak tyle razy już robiłam to w swoim życiu. Organizowałam kilkakrotnie różne społeczne przedsięwzięcia, ostatnie, przewodnicząc społecznemu komitetowi budowy wodociągu we wsi Mierzwice Kolonia. Wodociąg wybudowano dzięki społecznej pracy mojej i moich działkowych znajomych. Włożyliśmy w to także trochę własnych funduszy, skrupulatnie rozliczyliśmy się z każdej złotówki, oddaliśmy nadwyżkę tym, którzy dokonali wpłat i tak dalej. Nie oczekiwaliśmy od nikogo podziękowań (bonusem było to, że gmina w ogóle ten wodociąg wybudowała, choć początkowo nie mieli zamiaru), ale też nie oczekiwaliśmy szeptanej propagandy, że obłowiliśmy się na tym przedsięwzięciu. Przecież zapłaciliśmy tyle co wszyscy za przyłącza i przypadającą na nas część kosztów projektu, do czego się zobowiązaliśmy. Zresztą projekt także sporządziła osoba wskazana przez gminę. Resztą, tj. przetargiem i zleceniem prac, ich nadzorem itp. zajęła się gmina. To wówczas nastąpił ten moment mojego zniechęcenia do działań prospołecznych. I jakoś trwa do dziś.

Siedzę sobie w domu na wygodnym fotelu i chciałabym, żeby czasem ktoś pomyślał także o mnie. Mnie się już za bardzo nie chce. Może przyjdzie na innych kolej? Tylko błagam, zastanówcie się czego osobom starszym i niepełnosprawnym potrzeba? Na pewno nie potańcówek, a przynajmniej tym mniej mobilnym. Tyle, że potańcówki zorganizować najłatwiej. I oczywiście łatwo się nimi pochwalić. Zwłaszcza w gazetce finansowanej przez sponsora i wydanej na pięknym kredowym papierze…


Dodaj komentarz

Perły przed wieprze. Święta i po świętach

Marek Szarek

Franz Krüger – Vorweihnacht

Święta minęły jak z bicza strzelił! Lepiej napisać, że przeleciały, niczym gwiazdy spadające, żeby porównanie wypadło bardziej poetycko, nie tak furmańsko. Wprawdzie bombki na choince jeszcze wiszą, ale po jabłkach zostały tylko wspomnienia i puste ogonki. Już od dawna na świątecznych drzewkach nikt nie wiesza łańcuchów sklejanych z pasków kolorowego papieru, ani orzechów włoskich owiniętych w złotka po czekoladzie, ani karmelików, ani włosów anielskich, a o zimnych ogniach to najstarsi Mikołaje nie pamiętają.

Ja pamiętam jeszcze socrealistyczne bombki z traktorami i przodownikami pracy, które wieszał na choince dziadek Antek. Dziadek był ideowym komunistą, repatriantem i gminnym sekretarzem partii na Żuławach. Wszystkie tytuły i zasługi wypisane były na tablicy jego grobowca na Powązkach, ale przepadły, gdy nastała III Rzeczypospolita. Ojciec zmienił napisy na epitafium – zniknął członek Komunistycznej Partii Francji, a narodził się żołnierz Armii Polskiej we Francji.

Przemija postać świata. W naszym domu, także zachodzą zmiany. W ostatnich latach, żona wprowadziła zwyczaj wspólnej, głośnej modlitwy przed kolacją wigilijną. Składamy ręce i powtarzamy za Cesią słowa pacierza. Ja i dzieci czujemy się lekko skrępowani i niepewnie przestępujemy z nogi na nogę. Sztucznymi uśmieszkami, żarcikami próbujemy odnaleźć się w niezwyczajnej sytuacji, oswoić sacrum. A po modlitwie łamiemy się opłatkiem kupionym w supermarkecie. Po wieczerzy nie mamy zwyczaju chodzić na pasterkę, ale przyjmujemy księdza po kolędzie. Sami nie wiemy jacy jesteśmy; wierzący, wątpiący, obojętni, ateiści czy agnostycy?

Ale w obecnych czasach duszne rozterki zeszły na drugi plan, bo na pierwszym króluje polityka.

W Nowym Roku życzę sobie i Wam mniej polityki, a więcej jabłek, złotych orzechów, słodkich karmelików, kolorowych łańcuchów i anielskiego włosia! Zimnych ogni nie życzę, tylko prawdziwych, gorących, żeby grzały nasze dusze i ciała przez cały rok!