Spółki Miejskie

Babcia Ezoteryczna. Kiedy chce się do człowieka

1 komentarz

Katarzyna Urbanowicz

Edward Hopper, Chop Suey, 1929

U starszych, samotnych ludzi, tak jak ja, czasami chęć rozmawiania z żywym człowiekiem, a nie z komputerem, telewizorem, gazetą czy innymi mediami jest tak przemożna, że powoduje zachowania żenująco dziwaczne, jak na nasze polskie standardy, na przykład zagadywanie nieznajomych na ulicy, w pociągu czy gdzieś indziej. Pamiętam jednak, że w czasach mojego dzieciństwa było to zachowanie częste i przez nikogo nie przyjmowane pogardliwym spojrzeniem czy niechęcią.

Coraz częściej zdarza się jednak, że kontakt z żywym człowiekiem nie odbiega specjalnie od kontaktu z mediami. Moja koleżanka nauczycielka opowiadała mi o tegorocznych maturach ustnych z języka polskiego. Ktoś z jej uczniów czy uczennic wyraził taką opinię: „Jan Kochanowski w „Trenach” prowadził politykę propagowania żałoby”. Polonistka ta próbowała wyjaśnić jak uczeń rozumie pojęcie „propagować” ale nie udało jej się tego ustalić, aby więc nie pogrążać dalej delikwenta/tki odstąpiła od prób wyjaśnienia pojęcia „polityka”. Zastanawiając się jednak głębiej nad użytymi słowami trzeba przyznać, że nie popełniono tu rażącego błędu poza mentalnym przeniesieniem sfery prywatnej w sferę publiczną. Uczeń/nica ta dokonała tego przeniesienia nie zdając sobie z tego zupełnie sprawy, ponieważ jego/jej życie na skutek kontaktu z mediami zatraciło wymiar osobisty, a przynajmniej tak jej/jemu się wydawało.

Można też dopatrzyć się tu fascynacji językiem dyskursu publicznego, uznanego za lepszy i ważniejszy niż dyskurs prywatny. Podobnie jak za mojej młodości, gdy kawaler zaprosił pannę do restauracji i chciał być bardzo elegancki mówił do niej: „proszę, niech pani konsumuje.” Oczywiście dotyczyło to pewnej kategorii kawalerów, bynajmniej nie najelegantszych. Ten sposób mówienia (przemawiania) do otoczenia utrwala się coraz bardziej zabijając piękno i elastyczność naszego języka. Z wielkim żalem patrzę, słucham czy czytam bardzo mądrych ludzi, którzy mają wiele do powiedzenia, ale wskutek nadmiernie częstego obcowania z językami obcymi i tego, że ich myśli biegną szybciej, niż możliwość ich zapisu, wychodzi niezrozumiały bełkot, pełen przy tym błędów stylistycznych, ortograficznych i składniowych. Podobno mamy w Warszawie aż 30% dyslektyków i dysgrafików i wszyscy zastanawiają się dlaczego. To taka moda – iść na skróty. Większość młodych ludzi posługuje się komputerem, a tym samym ma możliwość sprawdzenia ortografii tego, co pisze. To nic trudnego – napisać najpierw tekst w wordzie, uruchomić narzędzie sprawdzania pisowni (taka ikonka ABC), a potem skopiować tekst i wstawić go do maila, odcinka na blogu czy gdzieś indziej. Jednak to przekracza ich możliwości. Zapewne dlatego, że spowalnia całą pracę, ale głównie z tego powodu, że nie przywiązują wagi do znaczenia posługiwania się prawidłową polszczyzną. Tak wszechstronnie obeznani z komputerem młodzi ludzie nie potrafią napisać prostego maila do kogoś z podziękowaniem na przykład za coś.

Stale słucham w rodzinie narzekania na bzdurne wymogi ortografii, na nieumiejętność polskiego państwa zlikwidowania tych wszystkich ó, rz, samo ha i innych okropieństw, jako przeżytków czasów słusznie minionych. Istotnie, dlaczego tak kurczowo trzymamy się tych wymogów, utrudniających życie młodym (i nieco starszym) ludziom? Dlaczego, nawet w rodzinie, nie potrafię przekonać ich do swoich poglądów? Dlaczego okopałam się na straconej pozycji?

Owszem, trochę przez sentyment. Mój stryj, urodzony na najbardziej na wschód wysuniętych kresach do dziś mówi tak, że gdyby z jego słów ułożyć dyktando, niewiele byłoby pomyłek. W jego wymowie (pozbawionej tej śpiewności z jaką kojarzy się na ogół pochodzenie ze wschodnich rubieży) wyraźnie wyczuwa się różnicę między samym h, a ce-ha, podobnie ż i er-zet. Ó kreskowane jest u niego także bardziej dźwięczne w stosunku do nieco przyduszonego w wymowie u zwykłego.

Po co kultywowanie tego wszystkiego? Najgłębsze porozumienie między ludźmi zakłada „mówienie tym samym językiem”, przez co rozumiemy wszystkie tego języka niuanse i grepsy, gesty i spojrzenia, cały arsenał dostępny porozumiewającym się ludziom. Zubożenie języka porozumienia o niektóre elementy (ortografię czy składnię na przykład) pociągnie za sobą nieuchronne zubożenie go na innych płaszczyznach: zastępowanie polskich słów słowami obcego pochodzenia, konstrukcji właściwych dla naszego języka konstrukcjami obcymi i tak dalej. W myśl przysłowia: „dać kurze grzędę, a ona wyżej siędę”. Tak się oczywiście dzieje w praktyce, ale nie nadawanie temu zjawisku ram urzędowej aprobaty powoduje, że ciągle tacy czy inni maniacy mogą wykorzystywać całe bogactwo naszych słów i naszego języka do porozumiewania się, choć tych, którzy ich rozumieją jest coraz mniej.

Pytałam moją koleżankę polonistkę, jaki temat prezentacji jest najczęściej wybierany przez młodzież jej szkoły na maturze. Odpowiedziała bez zastanowienia: Miłość i Holocaust. Nie powinno to dziwić: miłość dla młodych jest jedną z najważniejszych rzeczy, a Holocaust najbardziej może wszechobecnym ostatnio w oficjalnych mediach tematem. Ale myliłby się ktoś, kto by sądził, że usłyszy rzeczy interesujące i własne przemyślenia – chociażby w sprawie miłości. Nic z tego. Moja koleżanka mówi, że można zanudzić się na śmierć. Młodzież na prezentacji do tego stopnia wykuła przygotowane formułki, że gdy w stresie zdarza się jej zapomnieć niektórych słów czy wyrażeń, nie próbuje idei swojego wystąpienia przekazać własnymi słowami tylko uporczywie powraca do poszukiwań zapomnianej frazy. Powoduje to, że wystąpienie jest przerywane chwilami ciszy męczącej wszystkich, choć przecież taki temat, jak miłość interesuje wszystkich niezależnie od wieku. W dodatku zestawienie z holocaustem może być pretekstem do opowiedzenia prawdziwych i zaczerpniętych z lektur historii i właściwie jest samograjem.

Jeżeli jednak rozmowa i kontakt z drugim człowiekiem jest tylko wymuszonym społecznie konwenansem, czyż może się wydarzyć coś, co kiedyś opisałam po całonocnej rozmowie — czuwaniu z pewną koleżanką: „Zarówno ja, jak i B byłyśmy padnięte. Nie spałyśmy całą noc i miotałyśmy się każda w swoim pokoju. B pewnie miała ochotę jeszcze rozmawiać, ale ja nie miałam siły na nic, a zwłaszcza ochoty na jakąkolwiek rozmowę z żywym człowiekiem. Owszem, chętnie porozmawiałabym z kimś umarłym, który doskonale wie co się dalej wydarzy, ale oni na zawołanie nie przychodzą. Próbowałam w nocy pewnej medytacji polegającej na tym, że z oddechem wciągasz odżywcze białe siły, a wydychając wyrzucasz czarne zasłony, jednak nic nie pomagało: czerń pod powiekami jak była, tak gęstniała.”

Nawet po latach pamiętam doskonale tę rozmowę. Katastrofa smoleńska zdominowała cały dyskurs publiczny, tworząc nastrój przygnębienia i żałoby, a w tym czasie umierał jej mąż i nasza rozmowa miała przezwyciężyć ten żal publiczny prywatnymi nadziejami (mąż B oczekiwał na przeszczep). Nigdy wyraźniej nie zobaczyłam, jak publicznie prezentowane sprawy mogą zaszkodzić sprawom prywatnym, wdzierać się w nie do tego stopnia, że rozmowa ze zmarłymi byłaby czymś bardziej pożądanym i oczywistym. Gorzkie, bolesne doświadczenie, a jednak ukazujące wagę i siłę prywatnego porozumienia między ludźmi. Dzięki wspólnemu językowi także.

Reklamy

One thought on “Babcia Ezoteryczna. Kiedy chce się do człowieka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s