Spółki Miejskie


1 komentarz

Babcia Ezoteryczna. Moralność szpiegów

Katarzyna Urbanowicz

Na moich oczach zmieniają się standardy moralności. Istniejąca od zawsze hierarchia czynów zasługujących na potępienie nie jest dana na zawsze – co najlepiej widać, gdy się ma więcej niż 70 lat.

Bycie szpiegiem w historii świata nigdy nie było jednoznaczne, ale nigdy też nie było jakoś szczególne potępiane. Przy czym nie miało tu raczej znaczenia na czyją rzecz się szpiegowało, bowiem doskonale zdawano sobie sprawę, że ośrodki te mogły się zmieniać i zmieniały. Pewne znaczenie miała tu swoista etyczność i rzetelność postępowania. Wróg mógł być wrogiem, co nie oznaczało, że zasługuje na potępienie, zaś sojusznik nie przestrzegający niepisanych norm mógł ściągać na siebie odium. Nie było więc jednoznacznych podziałów na tych, którzy są z nami i tych, którzy są przeciwko nam – jakie obserwujemy w Polsce dziś.

Wspominając swoje lektury z lat dziecinnych i młodzieńczych, począwszy od „Szpiega” Jamesa Fenimore Coopera, „Sekret Tudorów:” – kroniki nadwornego szpiega Elżbiety I – Christophera W. Gortnera, poprzez liczne książki Le Carre uświadomiłam sobie, że profesja ta ma liczne oblicza, nie zawsze negatywne. Pracując w latach studiów w Bibliotece Narodowej przy selekcji książek przeznaczonych do oprawy, często zaszywałam się w jakimś kącie magazynów czytając z wypiekami na twarzy przedwojenne groszowe powieści szpiegowskie niedostępne dla zwykłych czytelników w PRL, którym serwowano literaturę na poziomie do tego stopnia, że do któregoś roku, bodajże końca lat pięćdziesiątych, w ogóle nie wydawano powieści kryminalnych. Pierwsze wydane natomiast powieści były swojską odmianą sensacji tzw. „powieścią milicyjną”.

Żadna z tych książek, czytanych ukradkiem w BN, samoistnie nie utkwiła mi w pamięci, pozostała po nich zaś wspaniała atmosfera zakazanej tajemnicy i ogólne prawidła rządzące tym gatunkiem. Historie szpiegowskie splatały się tam z historiami miłosnymi, choć nie było w nich czegoś podobnego do dzisiejszych teorii spiskowych. Akcja była znacznie prostsza i w znacznej mierze przepleciona swoistym wykładem norm moralnych, ukazujących dobitnie co w postępowaniu bohaterów było złe, a co dobre.

Po stu latach wszystko się odmieniło. W Polsce bycie „tajnym współpracownikiem” stało się jednoznacznie moralnie naganne, niezależnie od postępowania konkretnych osób, od ich uwarunkowania, od przestrzegania norm moralnych, od przekonań wreszcie. W powieściach międzywojnia ktoś, kto był szpiegiem, jeśli czynił to z pobudek szlachetnych, był bohaterem pozytywnym. Ofiara szantażysty zawsze była lepsza niż szantażysta. Ktoś, kto się nawrócił na słuszną drogę, zrozumiał swój błąd, był chwalony i stawiany jako przykład.

W Polsce obecnej nikt nie pyta o pobudki. Nikt nie docieka, jakie były możliwości uniknięcia szantażu. Nikogo nie obchodzi co dany człowiek robił i z jakich powodów. Ważny był podpis – prawdziwy, fałszywy, obojętne. Szantażowany jest bardziej winny niż szantażysta – na co dowodnie wskazuje przykład afery pewnego senatora.

W swoim dość długim życiu zetknęłam się z kilkoma osobami będącymi TW. Z wiadomych powodów nie mogę przytoczyć szczegółów, bowiem nie mam pojęcia kim są one dziś i co robią. Ale w przybliżeniu mogę coś o nich powiedzieć. Oto młoda dziewczyna, studentka. Do szaleństwa zakochana w mężczyźnie, który ją próbował zwerbować. Próbująca popełnić samobójstwo, gdy sprawa stała się jasna, ale odratowana. Potem już ze względu na nadmierną emocjonalność nieprzydatna. Inna młoda dziewczyna, też studentka, postawiona w sytuacji bez wyjścia. Przyjęcie oferowanej przez „przyjaciela” pożyczki na ratowanie życia ciężko chorej matki… i dalej już wiecie.

Nawet postaci Ub-ków i SB-ków nie zawsze były jednoznaczne. Z jednym takim siedziałam biurko w biurko w pewnej firmie. To był wrak człowieka. Wymykał się do toalety i tam wypijał flaszeczkę jakiejś wody po goleniu. Kiedyś z tej łazienki nie wyszedł. Ja odczuwałam w stosunku do niego litość, ale inne osoby nie, bowiem podobno robił złe rzeczy. Kiedyś chciał wytłumaczyć mi coś, ale cofnął się w ostatniej chwili. Powiedział tylko, że miał legitymację partyjną z jednocyfrowym numerem. Było to dla niego tak ważne, że stanowiło początek i koniec usprawiedliwiających wyjaśnień na swój temat. A może to wtedy był ostatni moment, żeby takich ludzi wysłuchać?

Dzisiaj tropi się ich ofiary, ale nawet ich nie próbuje zrozumieć i wysłuchać. Cokolwiek by nie powiedzieli, są z góry przegrani. Żąda się od nich przyznania i przeprosin, ale gdyby temu żądaniu się podporządkowali czy ktokolwiek spróbuje ich zrozumieć i zastanowić się? Są z góry na przegranej pozycji.

A najsmutniejsze, że robią to ci, którzy są zbyt młodzi żeby pamiętać, jak wtedy było. Którzy nigdy w życiu nie zostali wystawieni na trudną próbę. Którzy nie musieli wybierać między ważnymi dla siebie wartościami. Na szczęście ja i moi bliscy też nie musieliśmy. To raczej łut szczęścia i przypadek. Ale widziałam takich, który musieli. I nic, co powiedzą dziś, po latach, nie odda tego, co wówczas przeżyli.

Reklamy


1 komentarz

Perły przed wieprze. Dziady

Marek Szarek

Dziady – reż. E. Nekrosius

Poszedł dziad na Dziady – Szarek do teatru. Spektakl zaczyna się, jak należy – ciemno wszędzie, głucho wszędzie, na scenie same dziury, z dziur wychodzą upiory. Guślarz czaruje, duchy wywołuje. Każdego nakarmi, napoi, wysłucha, a który uparty i do mogiły wrócić nie chce, temu w imię Ojca, Syna, Ducha – pokaże Pański krzyż! A kysz, a kysz! Upiory uciekają ze sceny przez wielką dziurę w ścianie. Dziura ma kształty Mickiewicza z wileńskiego pomnika Pronaszki. Co mniej cierpliwi widzowie także uciekają z przedstawienia, bo sztuka trwa 4 godziny i ciągnie się jak flaki w jatce.

Dziady w reżyserii Eimontasa Nekrosiusa w Warszawskim Teatrze Narodowym miały premierę w marcu ubiegłego roku. Jest to widowisko efektowne, lecz nierówne. Litewski reżyser początek ma dobry, ale im dalej w dramat, tym większy dramat. Sceny więzienne, patriotyczne, martyrologiczne są mdłe i statyczne. Łez z oczu nie wyciskają, szlochu z piersi nie wyrywają, do broni nie wzywają! A Wielka Improwizacja, to jest Wielka Katastrofa! Grzegorz Małecki, który gra Gustawa-Konrada, nie staje na wysokości zadania. Aktor w ogóle nie staje – on kuca. Wielka Improwizacja wygłaszana z przykucu, to pomysł na tyle oryginalny, że na pewno zapisze się w historii polskiego teatru. Chciałoby się zawołać – Grzesiu, ty nie kucaj, tylko wrzucaj. Ale Grzesiu nie słucha, a znudzony widz też nie. Cesia, która widziała onegdaj Konrada w wykonaniu Jerzego Treli w Krakowskim Teatrze Starym była tak Małeckim zdegustowana, że musiałem krzepić ją winem, które przemyciłem na widownię w plastikowej buteleczce po wodzie mineralnej.

Buteleczka przydała się także przy – „Widzeniu Księdza Piotra”. Słusznie, bo współczesny widz nie jest zdolny słuchać na trzeźwo, tych wszystkich mesjanistycznych kocopałów, wygłaszanych przez proroka zrodzonego z matki obcej, imię jego – dawne bohatery, który plecie trzy po trzy i czterdzieści po cztery. Reżyser był podobnego zdania, bo „Widzenie” podane było w konwencji ironicznej. Bardzo dobrze wypadła scena z panią Rollison i Senatorem. To zasługa zarówno pomysłowości reżysera, jak i gry pary aktorskiej: Kingi Ilgner i Arkadiusza Janiczka. Klasą samą dla siebie jest aranżacja muzyczna sztuki zaproponowana przez Pawła Szymańskiego.

Tak czy siak, na kolonach, czy w kucki, po pańsku z biletem w pierwszym rzędzie, czy po dziadowsku z wejściówką w ręku, na trzeźwo, czy na rauszu – Dziady w Narodowym zobaczyć trzeba! A więc drodzy Przyjaciele:

– Wstępujcie w sztuki przybytek!
– Gromada niech was się zbierze!
– Weźcie jadło i napitek!
– I jałmużnę i pacierze!

P.S. Napitek możecie przemycić w buteleczce po wodzie mineralnej. Dobrze Wam radzi i pozdrawia – wasz dziad fejsbukowy – Szarek.


3 Komentarze

Formy Zamętu. Sen zimowy

Maciej Chwistek

Zdarzają mi się dwupoziomowe sny. Raz chyba nawet śniłem trzy poziomy, ale nie jestem pewien, bo zaraz się przebudziłem i może to była już jawa.

Dziś zdrzemnąłem się po południu. We śnie miałem ważne spotkanie ze znaczącą dla mnie osobą i prowadziliśmy poważną rozmowę. Usłyszałem przez sen gwizd czajnika na piecu. Przeprosiłem tę osobę, że zniknę na chwilę, by odstawić czajnik na bok. Było małe zamieszanie i obudziłem się. Czajnik odstawiłem, ale rozmowy już nie mogłem dokończyć.

Szkoda, że informacja dociera tylko w jednym kierunku, ze świata realnego do snu, a nie odwrotnie… Chciałbym jeszcze długo prowadzić tę pogawędkę. Jeden z powodów to to, że najważniejsze szczegóły tej konwersacji uciekły. Rozmyły się w jawie.