Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Babcia Ezoteryczna. To co prawdziwe

Katarzyna Urbanowicz

Wojciech Eichelberger

To, co budzi autentyczne emocje, co jest do bólu prawdziwe, raczej nie jest perfekcyjne. Perfekcja wymaga opanowania, przemyślenia i obróbki. Ale przede wszystkim założenia – które wszystkimi tymi zabiegami kieruje.

Myślałam o tym oglądając ostatnią wizytę w sejmie minister Rafalskiej i słowa niepełnosprawnego chłopca. Nie kontrolował swoich ruchów, powtarzał się w swojej wypowiedzi; towarzyszące mu kobiety płakały i błagały panią minister o przychylność (tak się teraz ładnie mówi – pochylenie się), usiłując powstrzymać spazmatyczne drganie jego nóg, a on w kółko to samo, i to samo. Nikt nie ośmielił się mu przerwać. Żałosne widowisko. Wszyscy, którzy go słuchali chcieli, żeby wreszcie przestał, żeby zamilkł, żeby zaczął wyglądać zwyczajnie i nie obnażał tak swojej rozpaczy, żeby nie oddziaływał na widzów z taką siłą. Moja znajoma mówi pogardliwie o podobnym obnażeniu uczuć, terminem zaczerpniętym od kucharzy – soute. Nawet komentatorka TVN 24 z trudem powstrzymywała łzy i drżenie głosu, choć oczywiście potem wypowiedź przycięto i ucywilizowano. Ja zaciskałam dłonie, błagając go w myślach o składniejsze i precyzyjniejsze dobieranie słów.

Sceny, jak opisana, pokazują nam, jak bardzo głęboko w nas tkwią ludzkie dramaty i jak wiele byśmy chcieli zrobić, żeby ich nie widzieć. A kiedy uświadomią nam, jak ogromna bywa skala ludzkich tragedii, nie wiemy sami, jak się zachować. Nasza kultura wymaga opanowania, przemyślenia i dostosowania się do określonych szablonów. Nawet nieszczęścia wymagają podporządkowania się określonym standardom. Inaczej czujemy zażenowanie.

Mam na to prosty przykład. Jeśli ktoś stanie na ulicy, postawi przed sobą jakieś pudełko i zacznie śpiewać – uznamy, że jest ulicznym śpiewakiem, zarobkującym w ten sposób. Jeśli ktoś inny stanie tyłem do ulicy, nie postawi przed sobą pudełka i zacznie mówić lub śpiewać – uznamy go za wariata. Nad pierwszym może się zlitujemy, drugi wzbudzi raczej niechęć i obawę, jako ktoś, kto może uczynić coś nieoczekiwanego i zagrażającego otoczeniu.

Pan Wojciech Eichelberger ponoć napisał takie zdanie: „Bólu w związkach z ludźmi doznajemy wtedy, gdy poszukujemy w drugiej osobie ratunku i ukojenia i nie udaje się nam ich wyegzekwować. Prawdziwa miłość nie boli. Cierpienie wynika z jej braku. Domaganie się od Bogu ducha winnych ludzi, aby stali się ratunkiem, remedium na nasze niespełnione życie, jest agresją przebraną za słabość i prowadzi nieuchronnie do konfliktu.”

W ten sposób pan Wojciech Eichelberger widzi wszystkie sytuacje, gdy jednostka potrzebuje wsparcia innych (także i protesty osób niepełnosprawnych), jako agresywne i roszczeniowe, a osoby te uznaje z góry winne za powstały konflikt – co jasno wynika z drugiej części wypowiedzi. Przedkłada więc to, co obrobione, dopasowane do standardów, nad spontaniczne i autentyczne – co może dziwić u kogoś, kto jest psychologiem.

Jednak pierwsza część wypowiedzi jest bardziej bulwersująca, bowiem sięga nie tylko do przejawiania emocji, ale do ich odczuwania, gdy pisze, że prawdziwa miłość nie boli, a cierpienie wynika z jej braku, a właściwie niemożności wyegzekwowania od innych tejże miłości. Tym samym pan WE jest reprezentantem podejścia ekonomicznego czy raczej wolnorynkowego do sfery uczuć człowieka: Cierpisz, bo nie możesz dostać. Brak = niemożność wyegzekwowania.

Mój znajomy, astrolog, W. Czylek, napisał w dyskusji nad tym twierdzeniem: „Ale cierpienie to nie pies tresowany, to wilk prosto z lasu, wolnowybiegowy.” W pełni się z nim zgadzam. Cierpienie nie musi wynikać z braku miłości. Miłość tę można mieć, ale można mieć także dylematy moralne, można zetknąć się z obiektywnymi okolicznościami, uniemożliwiającymi czy utrudniającymi jej realizację (sięgając chociażby do literackiego przykładu Romea i Julii) – jest na to wiele przykładów i dowodów. Dlaczego więc pan WE serwuje nam taki, nieprawdziwy obraz? Wszak nie każdy poszukuje w drugiej osobie ratunku i ukojenia, nie każdy nawet chciałby go przyjąć. Życie jest o wiele bardziej skomplikowane, niż panu WE się wydaje.

Polityka i poglądy polityczne głębiej się wdzierają się w nasze własne przekonania moralne, niż jest to konieczne, potrzebne i zdrowe. Liberalizm w pewnych dziedzinach się sprawdza i jest pożądany, a w pewnych nie – zaciemnia tylko spojrzenie na świat, na nasze człowieczeństwo i nasze powinności. Wszystkie polityczne „izmy” są tylko przybliżeniem, odnoszącym się do wielkich mas ludzkich jako całości, a nie do uczuć pojedynczego człowieka. Wszak między socjologią, a psychologią są istotne różnice.

Posługiwanie się myśleniem ekonomicznym, gdy mówi się lub pisze o miłości (obojętnie jakiej: rodzicielskiej, erotycznej, czasem też bliźniego), jako oczekiwaniem od przedmiotu miłości profitów, jest fałszywą ścieżką i samo w sobie może być przyczyną innego bólu i smutku. Gdy tak myślimy o uczuciach, nigdy nie będziemy widzieli wyjścia, jak z błędnego koła. Nie da się bowiem innymi sposobami – jak w ekonomii, zdobyć środków na zaspokojenie pragnień, a samo pragnienie, bądź jego odczuwanie, może być celem.

Reklamy


Dodaj komentarz

Babcia Ezoteryczna. Komentowanie

Katarzyna Urbanowicz

Katarzyna Urbanowicz

Pewien młody człowiek, otwierający przede mną drzwi do korytarza, gdy wręczyłam mu pęk kluczy i powiedziałam, że drzwi otwiera klucz ciemnozielony, rozpoczął serię komentarzy, że w pęku nie ma jasno zielonego, ani w ogóle zielonego w innym odcieniu, w związku z tym, nie jestem wystarczająco precyzyjna. Widocznie nikt go nie poinformował, że komentowanie każdego cudzego słowa nie jest potrzebne, a czasem wręcz niegrzeczne. Dziś myśli się o prawach komentującego, a nie komentowanego – szala przechyliła się na drugą stronę wolności.

To także w kontekście niepełnosprawności, którą zazwyczaj utożsamia się z niepełnosprawnością intelektualną. Jeśli proponuje się młodemu człowiekowi, żeby zabrał na spacer starą kobietę na wózku inwalidzkim, sądzi on, iż za taką babcię należy też myśleć i decydować. A skoro ma decydować, to czyż nie prostsze jest pójście do Biedronki i przyniesienie zakupów, niż wożenie tam ciężkiego ładunku? Ja zaś pytam siebie: czy to wyłącznie na starych kobietach spoczywa obowiązek wyjaśniania młodym świata?

Oczywiście mogłam odpowiedzieć mu szczerze i uczciwie, że w tym pęku miałam klucz w jasno zielonej oprawce, ale mylił mi się w ciemności korytarza z jasno niebieskim, od dolnego zamka drzwi. Właśnie poprzedniego dnia wymieniłam oprawkę, którą ktoś mi kupił przy okazji w punkcie dorabiania kluczy, z czego bardzo się cieszyłam, bowiem z kluczami męczyłam się już jakiś czas. I że w ogóle Sherlock Holmes nie miał racji, kiedy w jakimś opowiadaniu, po śladach zadrapania wokół dziurki od klucza wydedukował, iż właściciel mieszkania jest alkoholikiem.

W ten sposób, tłumacząc się, włączyłabym się w banalnie głupią dyskusję, jakich wiele na FB – pozornych dyskusji zamulających mózgi i zwiększających chaos informacyjny. I dałabym znak, że nie rozróżniając barw w półcieniu, nie w pełni kontroluję rzeczywistość – a więc muszę poddać się cudzej kurateli. Dałabym też pretekst do dalszego nieżyczliwego komentowania mojej opowieści, jaką by nie była. Wszak kiedy napisałam w poprzednim odcinku, że interakcja z bliskimi bywa trudna (podając przykłady), odpowiedziano mi, że ćwiczenie jest receptą na owe trudności. Biję się w piersi! Chociaż tak zazwyczaj jest, że to JA mam być wyrozumiała i życzliwa, a nie ten DRUGI, bowiem on nie interesuje się naukami psychologów. Ja mam przewidywać skutki, a nie inni uczestnicy kontaktu.

Za mojej młodości mawiano o takich jak ja: kaleki – zaliczając do nich także leworęcznych i innych odmieńców – szczególnie brzydkich, za niskich, za grubych, nieśmiałych. Życzliwie dodawano czasem tylko przymiotnik: „życiowe”. Życiowe kaleki. Od tamtego czasu nie postąpiliśmy ani krok naprzód w ucywilizowaniu. Nadal jesteśmy, jako społeczeństwo, na poziomie plemiennym. Liczba niepełnosprawnych, rosnąca w każdej społeczności, nadal nie zmusza nas do myślenia. Podobnie, jak nie rozumiemy pojęcia gwałtu: (wszak słowiańskiej babie dawało się maczugą w łeb i za włosy ciągnęło w krzaki, he, he, he, nikt się nie patyczkował; jak się kobiety nie bije, to w niej wątroba gnije itp.itd.), tak i nie rozumiemy prawa do godnego życia osób innych, niż my. Mają siedzieć cicho i potulnie milczeć. Są brzydcy, koślawi, wiele im brakuje do naszej sprawnej młodości, nie rozumieją nas, na przykład tego, że spocenie się na słońcu i zaniechanie użycia stosownego kremu, jest horrorem, nieporównywalnym z żadnym innym doznaniem niepełnosprawnego egoisty na wózku.

Chociażby ci, którzy protestują w Sejmie! Nie można im pozwolić wychodzić i wracać, bo będą siedzieć nie wiadomo dokąd. Nie można pozwolić otwierać okien chociaż temperatura wewnątrz podobno sięga 40 stopni, szybciej pójdą po rozum do głowy i przestaną zajmować miejsce. A w ogóle to mówimy o matkach niepełnosprawnych dorosłych, jakby ci niepełnosprawni dorośli wszyscy byli niesprawni intelektualnie i nie mieli prawa się wypowiadać (co na szczęście robią).

Pół biedy, jeśli sprawa dotyczy osiemnastolatka, który zgodził się pchać starą babcię na wózku, nie wiedząc naprawdę, o co chodzi. Rzeczą babci jest uświadomić mu, iż nie tyle chodzi o Biedronkę, jako cel wyprawy, ile o samo wyjście z domu, czyli to, co nasz premier Morawiecki określił, jako dostępność plus. Skoro tego nie potrafiła, albo zaniechała – jej strata.

Temu młodemu człowiekowi nie przedstawiono problemu niepełnosprawności, jako nieuchronności losu, która może dotknąć nas wszystkich. Nic więc dziwnego, że on i jego starsi koledzy – posłowie – traktują osoby niepełnosprawne, jako niebędące w stanie podejmować w pełni racjonalnych decyzji, o czym świadczy nieustanne powtarzanie pani rzecznik rządu o zapotrzebowaniu na pieluchomajtki. Czyż może ktoś, kto jak niemowlę sika w pieluchy, zachować rozsądek i jasność myślenia? A przecież niepełnosprawność nie jednakie ma oblicze. I konieczność używania pieluchomajtek (jeśli nawet zachodzi), nie dyskwalifikuje intelektu osoby (nawet jeśli jest kobietą).

Z takim spojrzeniem trudno podejść do osób z porażeniem mózgowym, jako do normalnych ludzi, chociażby (jak dzieci protestujących w sejmie matek) mówili do rzeczy i z sensem. To nieważne, co mówią, ważne, że mają głowy przechylone, ręce pokręcone i jąkają się. I z upodobaniem pokazywani są, jak leżą zwinięci w kłębek na przygodnych legowiskach. Zapewne brzydko pachną po dniach braku prysznica! A ich mamusie! Tak się stawiają, a mają czas pomalować sobie brwi, przyciemnić rzęsy i rozjaśnić włosy! Ewidentnie robią sobie popularność w trosce o kasę! Mają być zapuszczone, brudne i zdołowane!

Nie winię wspomnianego osiemnastolatka – wszak wytrwał w przyjętym na siebie dobrowolnie zobowiązaniu – choć nie było to bierne wytrwanie, ale głośne komentowanie publiczne sytuacji, która go spotkała. Winię siebie i swoich rówieśników, że nie wychowaliśmy pokolenia naszych dzieci na tyle silnie utrwalonego w przekonaniu o konieczności opieki nad babciami/dziadkami (choć akurat one spełniały oczekiwanie w tym zakresie), aby przekazały kolejnemu pokoleniu imperatyw pomocy starszym członkom rodu. Kiedyś opieka nad starymi w rodzie była związana z podejściem patriotycznym, bowiem to oni zachowywali pamięć wieków. Dziś patriotyzm wynaturzył się do cudzych symboli, cudzych znaków i zmanipulowanej tradycji i niczym dziwnym są oczekiwania, iż muszą wymrzeć pokolenia, które pamiętają jak było, żeby można było właściwie ocenić historię. A skoro muszą wymrzeć (nie chodzi oczywiście o konkretne osoby, o nie), to lepiej wcześniej niż później, mniej zachodu i wydatków.

Relacje i ogląd świata niepełnosprawnych są przeszkodą, a Unia Europejska w dodatku nas zniewala. Tak naprawdę ci młodzi ludzie nie wiedzą, czym jest prawdziwe zniewolenie. I nie zrozumieją, dlaczego ja czuję się lepiej w Holandii, czy Norwegii albo Szwecji, z obcymi (czasem nawet uprzedzonymi do Polaków), niż w mojej Ojczyźnie. Tam jestem człowiekiem. Wystarczy chwila, żebyśmy się zrozumieli mimo nieznajomości języka. Tutaj jestem wyłącznie obiektem manipulacji i cudzych wyobrażeń. Samotna wśród królewiczów i królewien.

Chociaż, może, jeśli ogarnę się, zacznę naprawiać świat i przestanę brać wszystko do siebie, nie odczuwając zranionej ambicji, zacznę tłumaczyć wszystkim dookoła od początku, jak powinno być w cywilizowanym kraju i co mają zrobić, żeby dorosnąć do norm, zanim się one zmienią. Tylko jakoś zapału i energii mi brak… Cytując wiersz Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej: „I klonom ręce opadły, i mnie…”


1 komentarz

Perły przed wieprze. Wujaszek Wania

Marek Szarek

Wujaszek Wania – reż. Iwan Wyrypajew

W Warszawie – upały. Cesia schroniła się w górach, a ja z córką w teatrze. Zmęczeni teatralnymi eksperymentami, znudzeni awangardą, zbrzydzeni powszechnymi na warszawskich scenach: kopulacją, profanacją i golizną, tym razem postawiliśmy na klasykę. Niech Warlikowski warczy w Nowym, niech Jarzyna przeklina w TR, niech Zadara się stara – my wybraliśmy Czechowa.

W Teatrze Polskim rosyjski reżyser Iwan Wyrypajew wystawia Wujaszka Wanię, czyli sceny z życia ziemian – po bożemu i z dużym powodzeniem. Na sztukę wali publika w wieku 50+ czyli, jakby powiedział sprawozdawca sportowy – zawodnicy kategorii lekko-średniej i półciężkiej, a nawet superciężkiej, bowiem w trakcie spektaklu pod jedną panią pękło krzesło, a inna zasnęła.

Ja też spadłem z krzesła, kiedy na scenę weszła Karolina Gruszka, która grała Helenę, piękną żonę starego reumatyka i egoisty profesora Sierebriakowa (w tej roli doskonały Andrzej Seweryn). Helena, nie wiadomo dlaczego wierna jest mężowi, nudzi się na wsi, pali długie cigarety i czaruje mężczyzn. Gruszka w roli profesorowej jest, jak najpiękniejsza jabłoń w hesperyjskim sadzie. Nic dziwnego, że w sztuce Czechowa wszyscy chcą ją zerwać. Nieszczęśliwą miłością pała do niej tytułowy wujaszek Wania (melancholijno-histeryczny Zbigniew Chojnacki), pożąda jej Astrow – doktor- ekolog – dziwoląg (zabawny Maciej Stuhr), przyjaźnią darzy Helenę brzydka pasierbica Sonia (wzruszająca Marta Kurzak). A od niedzieli, w pięknej aktorce kocha się Szarek (nieudany biznesmen z Wólki Kosowskiej). Szarek snuje się po Psiej Górce, jak Mickiewicz w Alpach-Splugen, duma skąd wziąć pieniądze na następny spektakl i wspomina pamiętną frazę z Wujaszka Wani.

– „Przepadło moje życie! Mój talent, mój rozum, moje szczęście! Gdybym żył odważniej, mądrzej wyszedłbym może na Schopenchauera, Dostojewskiego! A teraz co? Postarzałem się, zbrzydłem. Po prawdzie – do kieliszka zaglądam!”

W tych słowach streszcza się cała akcja i sens sztuki wielkiego Rosjanina: nudne, przegrane życie bohaterów, kłopoty materialne, smutek prowincji, nieodwzajemniona miłość, wódka i bałałajka. Czechow, jakiego znamy i kochamy. Nie ma w spektaklu wiszącej na ścianie strzelby, ale jest pistolet, który w ostatnim akcie musi wypalić! Z jakim skutkiem? Tego Wam nie zdradzę, ale serdecznie radzę – Wybierzcie się na przedstawienie do Teatru Polskiego, zakochajcie w Karolinie Gruszce i nie spadnijcie z krzeseł, kiedy usłyszycie cenę za bilety!