Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Babcia Ezoteryczna. Wypożyczalnia nr 140

Katarzyna Urbanowicz

Jacek Yerka – Biblioteka, 2011

Gdy byłam młodą dziewczyną, nie stać mnie było na kupowanie książek, byłam więc częstym gościem rozmaitych wypożyczalni. Jako „połykaczka słowa drukowanego” – jak złośliwie określała mnie rodzina, mająca wątpliwości, czy czytając tak szybko, można przyswoić sobie właściwe treści; znałam wszystkie żoliborskie wypożyczalnie i wszystkie zatrudnione tam panie. Na ogół były to starsze panie (dla mnie, młodej dziewczyny, kobiety po 40-tce), pracujące tam dla niewielkiej pensji i spokojnego zatrudnienia. Uwielbiały katalogowanie, spisywanie, wypełnianie bibliotecznych kart i szacunek, jakim darzyły je dzieci i młodzież; nie znosiły czytelników/czytelniczek, które prosiły o wybranie stosownej dla nich książki, ponieważ same nie znają się na literaturze, a czymś trzeba wypełnić czas. Dla informacji młodzieży dodam, że w roku 1956, obejrzałam pierwszy program w telewizji na ekranie Belwedera wielkości pocztówki, w towarzystwie ze trzydziestu sąsiadów pewnej dyplomatycznej rodziny, której córka była moją szkolną koleżanką.

W tamtych latach, jak z powyższego wynika, wyłącznie książka była oknem na świat, odmienny od szarego i nudnego wyobrażenia o prawomyślnym środowisku komunistycznego, szarego człowieka, który, nawet będąc kucharką, nadawał się do rządzenia. Bowiem kucharce potrzebna była jedynie wiara w słuszność naszej ideologii, a nie wiedza, czy fachowość (jak twierdził sam wielki towarzysz Lenin). Radio serwowało program naładowany wyłącznie polityczną propagandą, a jedynie literatura (poprzez tanie wydania klasyki walcząca z analfabetyzmem), udostępniała niewielkie odmienności i odchyłki od standardu (tak, tak, znacząca liczba ludzi nie umiała wówczas czytać i pisać!). Ludzie nieco odmienni od reszty populacji mieli przechlapane (jak dziś w Korei Północnej, w którym to kraju odnajduję echa mojego dzieciństwa). Ja też, ku mojemu ubolewaniu, różniłam się nieco od wymogów – przede wszystkim nie byłam kucharką. I czytałam zbyt szybko, pomijając fragmenty, które nie uznawałam za istotne. Byłam leworęczna (to ówczesne kalectwo, raz) i nie umiałam sylabizować – (dwa), co było podstawą ówczesnej nauki czytania. Ale przeczytałam wówczas, jako kilkunastoletnia dziewczyna, w „Literaturze na Świecie” fragmenty tekstów Jeana Geneta i zrozumiałam wówczas, że miłość nie jest czymś ograniczającym się do jednej płci, a jej piękno i siła nie leży w stereotypach, tylko w literackim odwzorowaniu uniesień. Takich odkryć literackich było więcej i dotyczyły różnych sfer życia człowieka. Nie koiły mojego prywatnego bólu, ale pozwalały go oswoić i przetworzyć, początkowo niezdarnie i nieudolnie, z czasem coraz bardziej zgodnie z zamierzeniem.

Nic więc dziwnego, że kiedy ukończyłam szkołę i dostałam się na studia, pierwszej pracy szukałam w żoliborskiej wypożyczalni książek. Zarabiałam grosze, ale kochałam swoją pracę. Owe panie od katalogowania miały problem z polecaniem czytelnikom poszczególnych pozycji, bowiem generalnie same nie lubiły czytać. Najprzyjemniejszym zajęciem było dla nich siedzenie przy dużym stole i naklejanie ex-librysów klejem sporządzonym z wody i mąki, i gadanie o dzieciach i wnukach. Gdy więc trafiła im się dziewczynina, która to lubiła i znała wszystkie nowości literackie, ba, była w stanie podyskutować o nich z upierdliwymi staruszkami, hołubiły ją, a nawet przygotowały mi w najdalszym kąciku stanowisko do czytania/przeglądania wszystkich nowości, a potem wpisywania na maszynie informacji o treści książki na karcie katalogowej (nie było wówczas zwyczaju drukowania na okładce informacji o książce, czasem tylko na tzw. skrzydełkach zamieszczano informacje o autorze, jeśli był ważny). Wszystkie upierdliwe babcie w poszukiwaniu czytelniczych miłości kierowano do mnie. Byłam w tym specem, choć osobiście powieści w rodzaju Rodziewiczówny „Między ustami a brzegiem pucharu” przyprawiały mnie o mdłości. Dopiero dziś, po latach, gdy jestem już starą kobietą, doceniam wiktoriańskie powieści i cały ich drobiazgowy opis kultury, która choć wyrafinowana, przeminęła wraz z epoką i została zastąpiona prostszymi symbolami.

Potem przeszłam do pracy w Bibliotece Narodowej, ale to już całkiem inna historia.

Była to najprzyjemniejsza praca, jaką w życiu wykonywałam, niestety nie dałam rady się z niej utrzymać. W tamtych czasach minimum pensji wynosiło netto (bez podatku – nie było ich) 1500 zł, ja zarabiałam 800 zł.

Potem moje życie i status materialny się zmienił, stać mnie już było na kupowanie książek i gromadzenie ich w mieszkaniu. Księgozbiory jednak nie były trwałe, pierwszego pozbyliśmy się z mężem po urodzeniu dzieci, sprzedawszy go za grosze, z powodu konieczności zakupu wielkiej ilości pieluch tetrowych i pralki Światowit, do ich prania, drugi wywędrował nie tak dawno w związku z przystosowaniem mieszkania dla osoby niepełnosprawnej. Kilka lat zamawiałam książki w księgarniach internetowych, dopóki nie odkryłam iż reklamują zwykły szajs, nie próbując nawet sugerować literatury wyższego lotu.

Tak doczekałam do dnia dzisiejszego, czytając po raz wtóry stare pozycje, które ocalały z pogromu (muszę dodać, że w zamierzeniu selekcja tytułów nie powiodła się i zapanował chaos, eliminując pozycje, na których mi zależało, a pozostawiając chłam, który nadawał się do wyłożenia na parapecie okna na parterze mojego bloku, w sąsiedztwie nakrętek na cele charytatywne.

I oto przeczytałam w gazetce osiedlowej, że nowo powstała wypożyczalnia dostarcza osobom niepełnosprawnym książki do domu, zmobilizowałam więc wnuka, żeby zawiózł mnie na wózku inwalidzkim do tejże wypożyczalni. To była bardzo owocna wyprawa (nie licząc wiatru we włosach i innych rozkoszy przebywania na świeżym, powietrzu).

Współczesna wypożyczalnia okazała się całkiem czymś innym, niż ta sprzed lat. Możliwość szperania w księgozbiorze za pomocą internetu, dodawania tytułów do schowka i inne udogodnienia, zaćmiły trudy dostania się wózkiem na piąte piętro (z windą, ale i z ograniczoną możnością manewrowania wózkiem w skąpo zaplanowanej przestrzeni). Tak czy siak wypożyczalnia 140 to nie sąsiedni sklep Żabka, gdzie flaszki z napojami wypełniają wolną przestrzeń między regałami, nie pozwalając osobie na wózku dostać się gdziekolwiek, a senne sprzedawczynie, o buziach nie skażonych myślą i ustach, nie umiejących wypowiedzieć sensownego zdania, za to demonstrujące pogardę dla osób nie będących młodymi, umięśnionymi i wytatuowanymi mężczyznami, nie wyrażają najmniejszych chęci, żeby ruszyć tyłek i coś podać.

W wypożyczalni przemiła młoda i ładna kobieta (wiele uroku ludzie zawdzięczają jednak myślącym obliczom!) wprowadziła mnie z grubsza w tajniki współczesnej wypożyczalni, jakże odmiennej od tej, sprzed lat! Internetowy katalog, możliwość korzystania ze schowka, zdalna rezerwacja i szeroka informacja o książce, a także poszukiwanie i rezerwacja w innych wypożyczalniach w dzielnicy! Wpadłam jak śliwka w kompot, zalogowałam się i utonęłam w księgozbiorze!

Niestety, cudowne wrażenia mijają, gdy zetkną się z prawdziwym życiem. To, co stanowi podstawę literatury – język – ulega przemianom dla niej niekorzystnym. W „Tosterze Pandory” czytam artykuł o języku, napisany przez Leonarda Jaszczuka, reklamowany jako: „Nadzwyczajnie fascynujący artykuł pióra Leonarda Jaszczuka – podnoszący temat wolności słowa w Internecie oraz przemiany międzywiekowej (wiek XX i XXI), która przez cały czas dzieje się, odbywa, toczy, zazębia i postępuje, ponieważ jest ona… procesem. Bardzo polecamy tę zwartą lekturę publicystyczną.”

Nie do końca zgadzałam się z konstatacją artykułu, że współcześnie słowa odzyskują treść i znaczenie. Wręcz przeciwnie – moim zdaniem ich znaczenie zostaje świadomie przesuwane w innym kierunku przez reklamę, ale też i propagandę. Znaczenie słów zostaje spłycone, dopasowane do potrzeb nie odbiorców i posługujących się nimi rozmawiających ze sobą osób, a do potrzeb biznesu.

Moje dywagacje zostały przez autora artykułu podsumowane jak bredzenie głupiej kobiety. Napisał on „Obawiam się, iż takie postrzeganie świata wiąże się poniekąd z analizą zawartą w tekście, aby akceptować wyżej wymienioną konkluzję, trzeba być aktywnym udziałowcem interaktywności. System zero – jedynkowy powoduje obcięcie aparatu krytycznego sprowadzając analizę na jeden tylko format postrzegania rzeczywistości jako powidoków telewizyjnego młynka do mielenia ,,czekolady””. Sam styl tej wypowiedzi dowodnie oznacza degradację języka, który zatraca swą melodię, zaczyna zgrzytać i trzeszczeć, nie stając się w zamian precyzyjniejszym.

Nie wytrzymałam tego bleble i odpysknęłam: „Chyba wszyscy, tak czy inaczej jesteśmy „aktywnymi udziałowcami interaktywności” i zarzut „obcięcia aparatu krytycznego” wyraża poczucie wyższości w stosunku do jednostek mniej aktywnie zarządzających swoją osobowością, ba, nawet nie zarządzających nią w pełni świadomie. Jednak uczestniczymy w kształtowaniu języka i czasem świadomie oceniamy zmiany, co bądź by o nas nie mówiono i czego nie zarzucano, a także bez względu na to, z jakiego rodzaju słowników korzystamy.”

Moglibyśmy tak dłużej toczyć naszą dyskusję, gdyby nie dzisiejsza rozmowa z pewną młodą dziewczyną. Powiedziała mi, że czuje się nieswojo, rozmawiając z kimś twarz w twarz, zwłaszcza, gdy ktoś na nią patrzy. Zapewne do tej pory patrzyła swoim rozmówcom ekran w ekran. Przypomniała mi jakieś staroświeckie porady, że polując na tygrysy nie wolno patrzyć im w oczy i w ogóle dzikie zwierzęta nie znoszą walki na spojrzenia. Przypomniała mi także moje młodzieńcze problemy z wytrzymywaniem wzroku innych ludzi, co rzekomo dowodziło szczerości i uczciwości.

Nie tylko język zaczął wyrażać splątanie współczesności, popadł w obsesję nie określania bezpośrednio niczego, zwłaszcza ważnego; weszło to też na spojrzenia, na dotyk i na zrozumienie. Wszystko to stało się sygnałem, nie do końca zrozumiałym i rozmytym, jak język prawników, urzędników i polityków. Świat przestał wabić skomplikowanym szaradowym wyrafinowaniem, przeobraził się w prymitywny spektakl, o niezdefiniowanych regułach, odnoszący swój największy triumf w imprezach sportowych.

W końcu jak napisałam w pewnej dyskusji o KK i piłce nożnej, jako religiach współczesności: „A ja sądzę, że to przemyślana strategia. Gdyby kibole nie mogli się pobić po meczach, napadaliby na spokojnych ludzi na ulicach. Gdyby kibice i ich dziewczyny nie mogły rzewnie płakać po przegranym meczu, ludzie zapomnieliby, że można z jakiegoś powodu czuć smutek. Gdyby nie te flagi, szaliki itp., ludzie zapomnieliby skąd i po co są. Gdyby nie wściekli się na mistrza Nawałkę i swoich idoli, mogliby wściec się na takiego czy innego z rządzących i zrobić jakąś rewolucję. No i wreszcie, jest to rozrywka dostępna także dla najgłupszych debili – jaką drugą znajdziecie? Uważam, że w Polsce obecnie sport jest bardziej potrzebny niż religia. Rozumieli to już starożytni, domagający się chleba i igrzysk. Gdy ich brakło, imperia upadały.”

Przykro mi, ja nie pasuję do tego świata. Dobrze, że zanim umrę, mam dostęp do wypożyczalni nr 140.

Reklamy


Dodaj komentarz

Poezja i inne nieszczęścia. Broszka

Błażej Sędzikowski

Miałaś złotą broszkę
po babci
babcia dostała ją od matki
a jej matka od własnej matki
nikt nie wie skąd ją miała twoja praprababka
może od prararababki
a może od narzeczonego
twojego prapradziadka?
któregoś dnia zabrałem
twoją złotą broszkę
i zaniosłem do lombardu
następnego dnia płakałem w twoich ramionach
spójrz jak rzygam żółcią
to po wódce
spójrz na te straszne sińce na moich rękach
to po heroinie
mój biedny mąż
powiedziałaś


Dodaj komentarz

Kot Dżinx

Błażej Sędzikowski

Kain White – Czarny kot

Cześć. Nazywam się Dżinks i jestem kotem, ludzie mówią, że koty przyzwyczajają się do miejsca. To nieprawda, przyzwyczajamy się owszem, ale do zapachu. Pod tym względem jesteśmy sentymentalną rasą i jeśli jakiś zapach raz nam się spodoba, to zawsze będziemy do niego wracać… Najlepiej świadczy o tym historia kota, którego ludzie, chcąc się go pozbyć, wywieźli około dwudziestu kilometrów za miasto, do znajomych na wsi. Że niby na wsi kot będzie szczęśliwszy, bo myszy sobie nałapie i pobiega. Tfu! Co za bzdury…

Na wsi, wiadomo, gość w dom, bóg w dom i nasi bohaterowie chcąc nie chcąc musieli zostać na kolacji, zmarudzili tam trochę, w końcu jednak zebrali się w garść i wśród uścisków i pożegnań wrócili do domu. I kogo zastali pod drzwiami? Naszego futrzastego przyjaciela właśnie. Ten kot raczej nie był z mojej dzielnicy, nie znałem go osobiście, ale znam koty, które go znały, tak przynajmniej twierdziły. Mnie osobiście w tej historii zastanawia, jakim sposobem ten kot odnalazł drogę, przecież wywieźli go samochodem, czy to możliwe, żeby jechali cały czas prosto? Anyway.

Tak w ogóle to koty z nudów plotą różne bzdury, zwłaszcza jak są stare, a chcą jeszcze czymś zaimponować kotkom i młodzieży, wtedy koloryzują, a czasem kłamią zwyczajnie i bezwstydnie.

W rzeczywistości to pewnie nie było dwadzieścia kilometrów, tylko znajomi na sąsiedniej ulicy, w to już mógłbym od biedy uwierzyć.

A propos sielskiego życia kotów na wsi, od razu wam powiem – to kompletna bzdura, bujda zwykła na resorach. Dachy tam z rzadka rozsiane i w dodatku spadziste. Ciekaw jestem, jak byście po takich dachach wiejskich gontem krytych łazili… W dodatku te cholerne myszy. Jest ich tam mnóstwo, w związku z czym ludziom się wydaje, że jak są myszy to my koty nic już więcej nie potrzebujemy, że myszami się najemy i wszystko w porządku. Ciekawe, co by powiedzieli, gdyby to oni mieli jeść myszy… Osobiście nie widzę nic zdrożnego w łapaniu gryzoni, wiadomo, adrenalina, ambicja, atawizm, agresja i inne jeszcze trudne słowa na „a”, ale jedzenie to już zupełnie co innego, bo widzicie, jedzenie jest kwestią kultury i nie ma tu miejsca na atawizm.

My, koty, bardzo poważnie traktujemy kwestie kultury, a w szczególności kultury jedzenia i nie jest to nawet kwestia smaku, tylko właśnie kultury, którą mamy w genach, z którą przychodzimy na świat. Słyszałem kiedyś o kocie, który zdechł z głodu po tym jak ludzie, z którymi mieszkał, w ramach oszczędności przestali kupować mu Whiskasa i przerzucili się na inną, tańszą karmę. Osobiście jestem skłonny w to uwierzyć dlatego, że znam siłę whiskasowego nałogu i wiem, co to świństwo robi z kotem. Sam jestem uzależniony i mówię to z dumą, bo w przyszłym miesiącu, dokładnie siódmego, będzie już rok jak nie biorę. Osobiście uważam, że Whiskas jako narkotyk powinien być zakazany i wycofany ze sprzedaży, tylko jak przetłumaczyć to ludziom? Niestety, bariera językowa jest w tym względzie nie do przezwyciężenia.

Och, jak dobrze pamiętam słodkie rozleniwienie, tę błogość, która rozlewa się po całym ciele promieniując z wypchanego Whiskasem brzucha. Jak potem popada się w słodkie omdlenie, w miarę jak trucizna jest w brzuchu trawiona. Jak mruczenie samo się z niego wydobywa… Długo by mówić, ale fakty są takie, że cała ta idylla kończy się sraniem za szafą, bo przećpany kot nie ma siły dowlec się do kuwety. A potem są z tego tytułu problemy, wrzaski, awantura, a czasami nawet, nie daj boże, bicie. Człowiek, który bije, to nie człowiek, to bestia, jego apodyktyczność jest straszniejsza niż zęby wielkiego psa i znacznie bardziej upokarzająca. W dodatku ich gniew i „metody wychowawcze” są zupełnie bez sensu, skoro równocześnie faszerują kota Whiskasem. Dlatego, gdy mnie to spotkało, powiedziałem – dość! Koniec z whiskasem i koniec z ludźmi.

Teraz mija już oprawie rok jak jestem na swoim i muszę powiedzieć, że bardzo sobie chwalę. W domu, w którym mieszkam, są myszy, ale nie przeszkadza mi to, wręcz przeciwnie, lubię ten ich cichy chrobocik, bo wiadomo, że będzie co jeść w razie, gdyby kot się, nie daj boże, stoczył i znalazł na dnie. Na razie jednak nie jest tak źle i na myszy poluję wyłącznie dla relaksu. W kwestiach żywieniowych jestem na razie ustawiony, bo jak przystało na rozumnego kota, zahodowałem sobie staruszkę. Moja staruszka mieszka w oficynie domku naprzeciwko, oprócz niej nikt tam nie mieszka, bo cały ten dom, tak samo zresztą jak mój, jest w kompletnej ruinie, pewnie niedługo będą je wyburzać, ale póki co mieszkamy sobie ze staruszką vis a vis w doskonałym szczęściu i harmonii. Harmonia naszej współpracy jest doskonała i polega na tym, że staruszka wystawia przed dom jedzenie, a ja je zjadam. Od czasu do czasu daję jej się pogłaskać, mruknę przy tym nawet i otrę się o nogę, ale bez przesady, tak żeby jej nie rozpieścić. Nie po to kot urabiał staruszkę przez długie tygodnie, żeby teraz, kiedy już ma ją w garści, zepsuć wszystko przez niepotrzebne czułostki. O nie, staruszka musi znać swoje miejsce i swoją funkcję, a jak wiadomo Pan powołał staruszki do istnienia, żeby było komu karmić koty…

Ale do rzeczy, chciałbym opowiedzieć wam historię tego niesamowitego roku, pierwszego roku mojej trzeźwości, a zarazem najbardziej burzliwego w całym moim kocim życiu, tak, że teraz, gdy patrzę wstecz, sam nie wiem, jak ja to wszystko przeżyłem.

Jak już wspominałem, zaczęło się od tego, że siedziałem sobie na kanapie wypchany Whiskasem jak sakiewka skąpca drobnymi i nagle poczułem, że zjedzone przeze mnie gówno dojrzało do tego, by wydalić je drugim końcem, no słowem zachciało mi się srać. Normalnie poszedłbym do kuwety, ale kiedy bierzesz Whiskas nic nie jest normalne ani logiczne. Zwlokłem się więc z kanapy i niewiele myśląc wlazłem za nią i tam zrobiłem to, co każdy kot musi czasem zrobić. Konsekwencje tego lekkomyślnego czynu nie dały na siebie długo czekać. Człowiek – kobieta, podczas sprzątania odkryła moją niechlubną tajemnice i podniosła wielki krzyk. Ja już wtedy siedziałem skulony za szafą, bo czułem przez skórę, że lepiej nie rzucać się w oczy. Niestety człowiek – mężczyzna wytropił mnie tam. Potem zawleczono mnie do dużego pokoju, gdzie już z daleka widziałem złowrogo odsunięte łóżko, następnie wetknięto mi nos w to, w co nosa pod żadnym pozorem wkładać nie wolno i w tej mało komfortowej pozycji obito. Nie wiem czym bito, ale wiem, że bolało. Oczywiście zjeżyłem się cały i zamiauczałem przeraźliwie, a potem czmychnąłem znowu za szafę. W mojej głowie myśli pędziły jak szalone, krążąc wokół planów krwawej zemsty. Wyobrażałem sobie jak wydrapuję im oczy, jak zakradam się, gdy śpią i przegryzam im gardła, z góry wiedząc, że nie będę miał odwagi spełnić żadnej z tych gróźb, coś jednak musiałem zrobić.

Nakazałem sobie spokój, wygładziłem sierść na ogonie i zacząłem myśleć, tym razem już spokojniej. Przyjrzałem się swojemu życiu jak to mówią pod mikroskopem i z dystansu, narzucając sobie zimną obojętność badacza, a to, co ujrzałem, wcale nie napawało optymizmem. Zobaczyłem bowiem uzależnionego od Whiskasu ćpuna, który sra za łóżko, bo nie ma siły dowlec się do kuwety, zobaczyłem kota, któremu w ostatnim roku na niczym już nie zależało, poza kolejną dawką narkotyku. Zobaczyłem kota, który nie interesuje się kotkami i co gorsza, kota, którym nie interesują się kotki… ze zgrozą uświadomiłem sobie, że cały ostatni marzec spędziłem leżąc naćpany na kanapie, to samo było w czerwcu. Słowo „impotent” groźnym cieniem przemknęło mi przez głowę.

Wreszcie po raz kolejny przyjrzałem się ostatniemu incydentowi z whiskasową sraczką za łóżkiem i moim nosem w tej sraczce zanurzonym. Nie mogłem nie przyznać racji ludziom, bo to nie był pierwszy raz, jak kuweta była dla mnie za daleko… ale żeby zaraz bicie, nos w kupie, to jednak mimo wszystko była lekka przesada.

Wiedziałem, że nie będzie mnie stać na krwawą rozprawę z dręczycielami, choć słyszałem już opowieści o kotach przegryzających ludzkie krtanie, to jednak stanowczo nie było w moim stylu, prawdę mówiąc ciarki mnie przechodziły na samą myśl o tak jawnej i bezpardonowej przemocy. Wiedziałem jednak, że coś muszę zrobić, cokolwiek, i to szybko, bo inaczej na zawsze już będę rozwalonym na kanapie ćpunem bez przyszłości. Co gorsza ludzie mogli stracić cierpliwość dla mojej notorycznej abnegacji i wykopać mnie z domu.

Co wtedy pocznę? Gdzie się podzieję? Takie pytania krążyły mi po głowie, kiedy uświadomiłem sobie, że w zasadzie moim głównym i jedynym problemem jest Whiskas, jeśli rozwiążę ten problem to reszta powinna pójść gładko. Zrozumiałem też z żalem, że nigdy nie będę zdolny tego zrobić jeśli tu zostanę. Ludzie widząc, że gardzę ulubioną do tej pory karmą pomyślą, że jestem chory i zawiozą mnie do weterynarza, a chyba nie ma nic straszniejszego i bardziej traumatycznego dla kota niż wizyta u weterynarza… Dojdzie jeszcze do tego, że będą mi Whiskas siłą wpychali do gardła… albo dadzą mi zastrzyki, po których nie odróżnię własnego gówna od miski kaszy… o nie, stanowczo nie mogłem do tego dopuścić.

Pozostało więc tylko jedno wyjście – odejść. Odejść to zupełnie co innego niż zostać wyrzuconym, odchodząc zabiera się godność ze sobą, kiedy cię wyrzucają, twoja godność zostaje w domu.

Był ciepły letni wieczór, kiedy wyślizgnąłem się przez okno na pierwszym piętrze i zjechałem w dół po rynnie szorując o nią pazurami, żeby zamortyzować upadek. Jeden pazur złamał mi się przy tym, a reszta nieco stępiła, nie wiedziałem jeszcze wtedy jak bardzo będę ich w najbliższej przyszłości potrzebował. Miałem więc godność i nikłe pojęcie o otaczającym mnie świecie, pojęcie zaczerpnięte raczej z intuicji i domysłów niż prawdziwych doświadczeń. Lubiłem, gdy było ciepło, wylegiwać się na parapecie okna, a że jestem dobrym obserwatorem, wiedziałem jednak to i owo. Na przykład, że na dworze przez pół roku jest zimno, a przez pół ciepło, wiedziałem, że na świecie jest mnóstwo bezdomnych kotów i to było dobre, były jednak też psy i to było złe.

Psy szczekały hałaśliwie grożąc wszystkim na około śmiercią i zagryzieniem, żadnej z tych gróźb zresztą nie spełniając, przynajmniej nie na moich oczach, wiedziałem jednak, że należy się ich wystrzegać jak ognia. Teraz stojąc na ulicy, jeszcze wstrząśnięty jękiem jaki wydały moje pazury szorując po blaszanej rynnie, uzbrojony w swoją nikłą wiedzę, zastanawiałem się co robić dalej. I wtedy do moich uszu doleciał ten dźwięk – cichy monotonny szmer, jakby ktoś coś wlókł po ziemi i jakby coś było powoli, lecz bardzo konsekwentnie miażdżone.

Zaczaiłem się w pobliskiej bramie nasłuchując.

– Schowaj się – usłyszałem czyjś szept. Właścicielką szeptu była może już nienajmłodsza, ale wciąż piękna, kotka w seksownym, czarnobiałym futerku.
– Cześć, jestem Dżinks – powiedziałem szarmancko – a ty?
– A ja jestem nie dla ciebie – odpowiedziała kotka.
– Jestem kotką Wikusa – powiedziała widząc moją zdziwioną minę, takim tonem jakby to miało wszystko tłumaczyć.
– Wi… kogo ? – zapytałem.
– Wikusa… zresztą nieważne, jestem Ida, a ty nie jesteś Dżinks, tylko Zielony Dżinks, zapamiętaj to sobie. Jeszcze cały śmierdzisz ludźmi – powiedziała z pogardą.
– Za co cię wywalili? – zapytała po chwili milczenia.
– Nie wywalili mnie, sam odszedłem – powiedziałem z dumą.
– Idiota – prychnęła.

Nie wiedziałem co na to powiedzieć, więc milczałem i tak siedzieliśmy sobie przez jakiś czas.

– Co to za hałasy? – zapytałem w końcu.
– Śmieciarka – powiedziała, a mój koci instynkt podpowiedział mi, że za tym dziwnym słowem kryje się cała groza ulicy. W pewnym momencie hałas stał się tak głośny, że obydwoje położyliśmy uszy po sobie.
– Nic tu po nas – powiedziała Ida – chodź, znam fajną miejscówkę gdzie dają towar – dodała i pobiegliśmy w podwórko. Byłem ciekaw jakie to miejsce i co to za towar, który tam dają. Dziś wiem, ze oszukiwałem sam siebie, od razu mogłem się domyślić, co jest grane, już po samym sposobie w jaki powiedziała „towar”, ale mnie się właśnie ten sposób szczególnie podobał, dlatego pobiegłem za nią. Ida przystanęła na chwilę przy śmietniku węsząc, potem trąciła łapą pustą puszkę po sardynkach i wskoczyła na przyśmietnikowy murek.
– Idziesz? Czy będziesz tak stał i się gapił? – zapytała. Z murku wskoczyliśmy na niski szajerkowy daszek, z tamtąd na wyższy daszek niewielkiego budynku, a z niego, pomagając sobie podpórką od latarni wskoczyliśmy na duży wysoki dach kamienicy. Czułem jak serce rozpiera mi radość i podniecenie. Oto ja Dżinks wolny dachowiec biegnę z piękną kotką po towar na „fajną miejscówkę” i wcale nie przeszkadzało mi to, że Ida jak sama powiedziała jest kotką Wikusa, co mi tam jakiś Wikus, ja Dżinks dziesięciu Wikusów zjadam na śniadanie. Biegliśmy tak jakiś czas, trochę dachami trochę ulicami, opuszczonymi już o tej nocnej porze, raz natknęliśmy się na jakiegoś kundla, który natychmiast zaczął krzyczeć, że poprzegryza nam karki, ale kompletnie go zignorowaliśmy.

W końcu dotarliśmy na cuchnące uryną podwórko z drewnianymi schodami pnącymi się stromo na piętro. Na tych schodach i pod nimi było już kilka kotów.

– Cześć Loli, to jest Dżinks – Ada przywitała się z młodą rudą pięknością, a ja w myślach podziękowałem jej, że nie nazwała mnie zielonym Dżinksem.
– Cześć Ida – duży czarny dachowiec wychynął spod schodów – kogo nam tu przyprowadziłaś? – zapytał patrząc na mnie nieufnie.
– To Dżinks – przedstawiła mnie Ida – przed chwilą uciekł z domu. Poznajcie się Dżinks Wojno, Wojno Dżinks.

Wojno patrzył na mnie jakbym był kawałkiem gówna, które przykleiło mu się do ogona. Jeszcze zobaczymy, kto ile jest wart – pomyślałem.
– Widzieliście Wikusa? – zapytała Ida.
– Wikus poszedł z ekipą na wysypisko, podobno wytropili kontener towaru, który ludzie wyrzucili, bo się przeterminował – wtrącił się pręgowany Kot, który dotąd siedział cicho pod schodami.
– Głupcy, towar jest dobry, dopóki jest w puszce – powiedziała Loli.
– Mam nadzieję, że zostawią coś dla nas – stwierdził Wojno.
– Wikus zawsze zostawia coś dla swoich kotów – rzekła Ida z przekonaniem i odcieniem dumy w głosie.

Przez chwilę wszyscy milczeli.

– Ludzie w domu? – Ida przerwała ciszę.
– Niedawno wrócili – powiedział pręgowaniec – pokazaliśmy się im, pewnie już szykują działkę.

Ostatnie słowa zaniepokoiły mnie, ale zarazem ucieszyły. Tę dwoistość uczuć zna każdy uzależniony kot, nienawidzisz tego i kochasz równocześnie. Teraz dopiero zobaczyłem, że wszystkie otaczające mnie koty są okropnie wychudzone, a w ich oczach pali się whiskasowy blask.

Whiskas jest tuczący, wiem to po sobie, problem polega na tym, że uzależniony nie tknie innej karmy, a gdy Whiskasu jest mało to zaczyna niedojadać lub przestaje jeść w ogóle i zdycha jak tamten kot, o którym wam mówiłem. Po jakimś czasie drzwi się otworzyły i na schody wylała struga żółtego światła. Zobaczyłem kobietę, niosącą dwie miski pełne towaru, wszystkie koty rzuciły się w jej stronę.

– Co to jest do cholery? – Ida patrzyła z niesmakiem na zawartość wystawionych miseczek, w których zamiast spodziewanego Whiskasa, był Kitikat. Kitikat był podróbką Whiskasa i nie dawał nawet w połowie takiej fazy jak oryginał.
– Wyrolowali nas – powiedział pręgowaniec gniewnie.
– Nigdy nie ufaj ludziom, pierwsza zasada Wikusa – stwierdziła Loli.
– Nie mów, nic o Wikusie, to mój kocur, pamiętaj o tym, głupia suko – Ida wyładowywała gniew na kim popadnie.
– Ciekawe tylko, czy Wikus o tym wie, w każdym razie chyba czasem zapomina, zwłaszcza w czerwcu i w marcu.
– Ty zdziro – krzyknęła Ida i bez ostrzeżenia rzuciła się na Loli z pazurami. Rozbiegliśmy się na bezpieczną odległość, bo nikt nie chciał być przypadkową ofiarą pazurów którejś z kotek.
– Spokój dziewczyny, zjedzmy to, co dali i poszukajmy Wikusa – pręgowaniec próbował opanować sytuację.
– Sam sobie żryj to świńswo – stwierdził Wojno, ja idę szukać Wikusa już teraz.

Tymczasem ja, Dżinks, nie wdając się w dyskusję zająłem się miseczką z Kitikatem, pomyślałem, że to nawet dobre na odwyk, odstawienie od razu Whiskasa, bez żadnej diety pomostowej, mogło się źle skończyć dla mojego organizmu. A tak, najpierw trochę na Kitikacie, a potem już na normalne żarcie. Kitikat pomógł i już po chwili łapy przestały mi się trząść. Tymczasem na podwórku, atmosfera się nieco poprawiła, dwie waleczne kotki odstąpiły od siebie i teraz lizały rany w przeciwnych końcach podwórka.

– To co idziemy po tego Wikusa, czy macie jeszcze jakieś walki w planie na dzisiejszy wieczór? – spytałem nabierając pewności siebie.

Może i dachowce, ale jak dla mnie całe to towarzystwo to były zwykłe ćpuny, takie same zresztą jak ja.

– Zamknij się Dżinks, bo też oberwiesz – Ida gładziła się łapką po naderwanym uchu.
– Jeszcze chwila na głodzie, a gotowiście się tu pozabijać – powiedziałem. – Spróbujcie Kitikata, mnie pomógł.
– Sam sobie próbuj Dżinks, ludzki pomiocie – Wojno stał na mocno wyprostowanych łapkach, co świadczyło o tym, że i on miał ochotę na bójkę. Wspominałem wam już, że brzydzę się przemocą? Nie wspominałem? No to teraz wspominam, brzydzę się przemocą. Dlatego pozwoliłem, żeby Wojno chodził sobie na wyprostowanych łapach, ja zaś kompletnie go zignorowałem. W końcu jakoś się zebraliśmy i wyruszyliśmy w stronę wysypiska, tylko oczywiście nie całą grupą, ale tak jak zawsze podróżują koty – oddzielnie, każdy inną trasą. Ja nie znałem drogi, pobiegłem więc za Idą, bo znałem ją najlepiej i już zdążyłem polubić, mimo przykrego incydentu z Lolą. Prawda jest taka, że będąc samemu na ulicy czepiamy się wszystkiego, każda osoba jest lepsza niż samotność i gotowiśmy zaprzyjaźnić się z psem, byle tylko nie być samemu. Wysypisko już z daleka przywitało nas odorem miliona gnijących odpadków. Przeleźliśmy przez dziurę w płocie i zanurzyliśmy się w labirynt hałd.

– Czas zrzucić domową szatkę – powiedziała Ida mając na myśli mój zapach. Swoją drogą to symptomatyczne, że już pierwszej nocy wolności wylądowałem na wysypisku śmieci. Dziś wiem, że takie są koleje losu wszystkich uzależnionych kotów.

Kocie wycie usłyszeliśmy już z daleka. Gdy dotarliśmy na miejsce oczom moim ukazało się niezwykłe widowisko, zobaczyłem zgromadzenie kotów wokół stosu wyrzuconych przez ludzi Whiskasów. Na stercie puszek stał olbrzymi kocur, cały biały jak ja, nie licząc czarnych skarpetek, na dwóch przednich łapach i czarnej łatki na czole. Pod nim kilkanaście kotów buszowało wśród rozrzuconych puszek, daremnie usiłując przegryźć się przez metalowe wieczko Patrzyłem w milczeniu na to kocie upodlenie, tak samo wielki biały kocur, nie przyłączał się do reszty, lecz przyglądał się, w jego oczach znać jednak było błysk cynicznego rozbawienia.

Gdy nadeszli ludzie, koty rozbiegły się jakby ktoś je pozamiatał. Było ich dwóch, młodszy z dymiącym patykiem w dłoni i starszy w czapce na głowie i z butelką fioletowego płynu w ręku. Koty nie znają ludzkiej mowy, tak jak ludzie nie znają kociej, słyszeliśmy jednak jak naradzali się patrząc na rozrzucone puszki. Potem ludzie otworzyli puszki i zaczęli na naszych oczach jeść Whiskasa, dobywając ciche westchnienie z niejednej kociej krtani.

Patrząc z dystansu nie wiem co mnie natchnęło, może chęć przypodobania się innym kotom, zaimponowania im, a może zwykły głód whiskasowy, którego nie dało się do końca stłumić Kitikatem, na pewno nie bez znaczenia był też fakt, że dopiero co uciekłem z domu i ludzie kojarzyli mi się niemal wyłącznie jako ciepłe i czułe istoty, karmiące Whiskasem i głaszczące czule kocią sierść (no chyba, że ktoś nasrał za łóżko, ale wtedy też konsekwencje nie były przecież naprawdę groźne). Naprawdę nie wiem, która z tych pobudek mną wtedy kierowała, może to były wszystkie one razem – kilka czynników tworzących razem wybuchową kombinację. Dość, że wyszedłem z ukrycia i obwieściłem swoje nadejście głośnym miauknięciem.

– Stój głupcze – zawołała Ida do mojego ogona.

Ludzie przez chwilę patrzyli na mnie w milczeniu, potem chwilę rozmawiali, następnie młodszy otworzył trzecią puszkę towaru i zbliżył ją w moją stronę. Ponętny zapach Whiskasa przyciągnął mnie jak sznurek.

Człowiek wyrzucił zawartość puszki na ziemię, a ja jadłem bezpośrednio z ziemi, hamulce puściły, teraz liczyło się już tylko jedno – Whiskas. Po chwili zobaczyłem obok siebie pręgowany pyszczek innego kota.

– Cześć, jestem Fafik, mogę się poczęstować? – zagaił.
– Jedz – powiedziałem łaskawie.

Po chwili obydwaj wchrzanialiśmy aż nam się uszy trzęsły.

Nawet nie zauważyłem kiedy młodszy z mężczyzn porwał Fafika w powietrze, sam w ostatniej chwili umknąłem przed rękami starszego, może gdyby to mnie łapał młodszy teraz ja rzucałbym się bezradnie w ludzkich dłoniach. Niezbadane są wyroki wszechjedzącego i nie nam sądzić o naszym przeznaczeniu, jednak za każdym razem na wspomnienie tych chwil odczuwam lekkie ukłucie sumienia – dlaczego nie ja? Człowiek nie bawił się długo z Fafikiem tylko od razu, bez zbędnych ceregieli, skręcił mu kark. Obserwowałem to schowany bezpiecznie za rozwalonym dziecięcym wózkiem.

Ta scena na zawsze wbiła mi się w pamięć „nigdy nie ufaj człowiekowi” – pierwsza zasada Wikusa.

Na naszych oczach ludzie rozpalili małe ognisko i upiekli biednego Fafika obdarłszy go wcześniej ze skóry. Taki los ćpającego kota. Niby normalka jak się później dowiedziałem, ale mimo to od tej pory byłem jakby dotknięty piętnem, naznaczony, koty nie ufały mi, pamiętając, że to przeze mnie Fafik skończył jak skończył, inni mówili jednak, że Fafik był świeżak jeszcze zupełnie zielony, nie mniej niż ja i sam sobie jest winien, że nie słuchał starszych, bardziej doświadczonych kotów.

Gdy ludzie poszli, my rzuciliśmy się na otwarte przez nich puszki i ucztowaliśmy tuż obok obgryzionych kostek towarzysza.

Pamiętam to, oj dobrze pamiętam, tak jak to, że leżeliśmy potem tak naćpani, że nie mieliśmy nawet siły, żeby podnieść się, kiedy nadjechała zgniatarka do śmieci. Tak zginęła Ida. Wikus do dzisiaj wini mnie o jej śmierć, choć to nie ja przecież wymyśliłem to przeklęte wysypisko.

Choć rzeczywiście, gdybym się nie ujawnił, ludzie nie otworzyliby reszty puszek na przynętę, którą my naćpaliśmy się, gdy już sobie poszli.

Potem były miesiące snucia się po wysypisku i pod zaprzyjaźnionymi domami w poszukiwaniu działki. Wyzbyłem się resztek godności, żebrząc jak pies o krztynę Whiskasa. Noce na klatkach schodowych i wysypiskach, dni na żebrach pod czyimś domem.

Nie zawsze był towar i bywały takie dni, że nic od świtu do zmierzchu nie miałem w pysku. Schudłem wtedy dramatycznie. Futro mi pociemniało od brudu, nie miałem bowiem czasu ani siły nawet na to, żeby się myć, co jest przecież jedną z najważniejszych kocich cech odróżniającą ich od zwierząt ordynarnych, takich jak psy. Wierzcie mi, kot, który się nie myje, to kot, który upadł tak nisko, że niżej już nie można.

W pewnym momencie odnalazłem siebie, siedzącego na chodniku przed moim starym domem, myślałem o tym, żeby wrócić, lecz nie miałem odwagi, nie wiedziałem czy poznaliby swojego białego pupila w tym burym łachu, którym stałem się teraz.

Tak wrócić nie mogłem, nie w tym stanie, wstyd byłby zbyt wielki.

„Wrócę jak wytrzeźwieję” – pomyślałem. I wtedy po raz pierwszy to poczułem, to, co dzisiaj nazywamy wszechjedzącym. To było jak światło padające z wysokiego okna, jak spokojna pewność, że ktoś tam jest, ktoś większy ode mnie, kto czuwa. Ktoś dla kogo nie straszny jest whiskas, ktoś dla kogo nie straszne są nawet kacowe zmory po długotrwałym braniu – wszechjedzący.

Pamiętam, że szedłem wtedy swoją starą ulicą, ale nie była to już ta sama ulica, w moim otoczeniu zaszła subtelna zmiana, niby wszystko było tak samo, ale nic już nie było tak samo. Wszystko rozświetlał niewidzialny blask wszechjedzącego.

Potem spotkałem Wojna, był zaledwie wystrzępionym strzępem tego wspaniałego czarnego kocura, którego poznałem parę miesięcy wcześniej.

– Idziemy po towar? – zapytał.
– Ja już nie biorę – powiedziałem – jestem uzależniony, Whiskas mnie zwyciężył – to były magiczne słowa, poczułem jak wypowiadając je odmieniam się i umacniam wewnętrznie, jak na nowo odkrytej i przyznanej bezsilności powstaje pole do działania dla wszechjedzącego.
– Ja też mam dość, Whiskas odebrał mi wszystko, co miałem – powiedział Wojno i wtedy zaczęliśmy rozmawiać. Ten niemal obcy dotąd kocur stał mi się nagle bliski jak brat.

Opowiadaliśmy sobie swoje losy, swoje życie i koleje swoich upadków, przeglądaliśmy się w sobie jak w lustrze, ze zdumieniem odnajdując w sobie nawzajem utraconą kocią godność.

Tak odbyliśmy nasz pierwszy mityng, tak się wszystko zaczęło.

Nigdy nie zapomnę tego poranka, gdy spacerowaliśmy po polnych ścieżkach za miastem, w które zapuściliśmy się zupełnie nieświadomi, że w ogóle gdzieś idziemy, ten wschód słońca, który nas wtedy zaskoczył był zupełnie niesamowity, był jak bezpośredni znak od wszechjedzącego – początek nowego życia.

Dziś są nas setki, nie ma dnia, żebym nie dostawał wiadomości z innych miejscowości, gdzie otwierane są kolejne grupy AW – Anonimowych Whiskasoholików. Każdy mityng zaczynamy modlitwą do wszechjedzącego i minutą ciszy ku pamięci Fafika, Idy i wszystkich innych, którzy oddali życie w nierównej walce z Whiskasem, nie mając szansy ujrzenia światła, dziękując zarazem, że nam to światło było dane.

Nigdy nie zapomnę dnia, w którym sam Wikus dołączył do naszego grona. To było wyjątkowo radosne i ważne wydarzenie, bo od tej pory inne, dotąd nieufne koty zaczęły się do nas garnąć. Teraz dopiero smakowaliśmy prawdziwej kociej wolności, wolności, w której kot i człowiek znają swoje miejsce i są to miejsca równoprawne, ze wskazaniem na wyższość kota, który mocą swojej urody, niewoli człowieka do służenia i karmienia.

Jak wiecie dziś jestem życiowo ustawiony, mam swoją staruszkę i liczne kontakty i własne kocie sprawy, zwłaszcza w marcu i czerwcu.

Jednak w moim domu zawsze jest miejsce dla tych, którzy wciąż jeszcze cierpią. Jeśli i ty drogi czytelniku jesteś jedną z takich osób, przyjdź do nas. AW to miejsce dla ciebie.

KONIEC