Spółki Miejskie

Proste historie. Dwa patriotyzmy

Dodaj komentarz

Jarosław Kapsa

Jan Niecisław Baudouin de Courtenay

„Niestety, posiadam tylko zwykły paszport, wydany mi przez odpowiedni urząd państwowy, ale paszportu, poświadczającego moją prawomyślność specjalnie polską, nie posiadam. Co więcej, muszę się ze wstydem przyznać, że bez zastrzeżeń nie mogę należeć do narodu polskiego. Objektywnie jestem oczywiście Polakiem, bo jestem związany z tą grupą ludzi, która się nazywa narodem polskim, zarówno przez język, jako też przez wspomnienia, przez stosunki rodzinne itd. Tego nie mógłbym z siebie wyrwać, a zaprzeczanie temu byłoby bądź to objawem obłędu, bądź też umyślnym kłamstwem. Ale moja świadoma i dobrowolna przynależność do narodu polskiego ma swoje granice. Mogę iść ręka w rękę z Polakami tylko o tyle, o ile bronią własnych praw, nie robiąc zamachów na cudze prawa, o ile pracują twórczo i dodatnio, nie zaś niszczycielsko i ujemnie. Pod hasłami bandyckiemi i eksproprjatorskiemi czy to pojedynczych stronnictw i zrzeszeń polskich, czy choćby nawet całego narodu polskiego, podpisać się nie mogę i muszę się im przeciwstawić. Co więcej, gdyby Polacy byli panami sytuacji i mogli urządzać wyprawy karne dla uciemiężania choćby nawet Niemców i Rosjan, stanąłbym po stronie Niemców i Rosjan. I zdaje mi się, że dobrze bym zrobił. Jestem bowiem tego zdania, że żaden naród nie ma prawa zajmować się rozbojem i wywłaszczaniem. /…/ W oczach polskości szczującej, w oczach polskości wojującej zaczepnie i pod hasłem gnębienia innych, w oczach swoistego „egoizmu narodowego” nie mogę być Polakiem i nie chcę nim być. /…/ Bo proszę mi powiedzieć, za co ja mam kochać lub też nienawidzić całe stada ludzkie. Za co mam kochać lub też nienawidzić wszystkich „Polaków”, czy też wszystkich „Żydów”? Mogę żywić uczucia bądź to przyjazne, bądź wrogie do pojedynczych ludzi, ale nigdy do gromad ludzkich, dla mnie co najwyżej obojętnych1.”

Słowa powyższe wygłosił w 1913 roku Jan Niecisław Baudouin de Courtenay (1845-1929), a samo nazwisko, świadczące ponoć o pokrewieństwie z Królem Jerozolimy i władcami Francji, nadawało mu prawo bycia oryginalnym. Niewytłumaczalny zbieg okoliczności spowodował, że autor powyższych słów desygnowany został w 1922 roku kandydatem do stanowiska Prezydenta Najjaśniejszej Rzeczpospolitej; szczęściem nie obrano Go, bo chyba miałby koniec gorszy od Gabriela Narutowicza. Powiedzmy też otwarcie, dziś żaden liczący się polityk polski, w obawie o karierę i łaskę elektoratu, nie odważyłby się wypowiedzieć takich słów. Choć, być może, po cichu w pełni by się z nimi zgadzał.

Odwaga urodzonego w Radzyminie potomka francuskich arystokratów miała w sobie urok XIX-wiecznego anachronizmu. Anachronizmu? To raczej błędne określenie wynikające z ułudnej wiary w postęp. Narzucono nam w XX wieku myślenie stadne; człowiek przestał być jednostką samoistną, musimy go kwalifikować, przypisywać do grupy: do kobiet lub mężczyzn, do Polaków lub Rosjan, do katolików lub muzułmanów, do rolników lub urzędników, do producentów lub konsumentów, do prekariuszy lub banksterów. Cierpimy męki nie mogąc dokonać właściwego zaszufladkowania, nie wiemy przez to czy owe napotkane po drodze indywiduum polubić, czy znienawidzić. Czy to jest dowód postępu, czy powrót do barbarzyńskiej epoki rywalizacji plemiennej? A może to przejaw naszej słabości, ucieczki przed osobistą odpowiedzialnością, zakrycie własnych kompleksów frakiem lub sztandarem dziedziczonym od przyszywanych przodków. Ktoś mówiący „jestem Polakiem, więc mam obowiązki polskie” czuje się tak wartościowy, jak platynowa karta PKO BP, a sąsiedzi zerkają nań z szacunkiem jak na szlachetnego borowika. A gdyby ten ktoś powiedział: „jestem człowiekiem, więc mam obowiązki ludzkie, które muszę przedkładać nad interes stadny”; temu należy się w mordę, bo jako niecny kosmopolita obraża uczucia prawdziwie polskie (czeskie, wietnamskie czy argentyńskie).

Odwaga Jana Niecisława Baudouin de Courtenay wyrażała się także stosunkiem do religii. Pochodzący z katolickiej rodziny dokonał publicznego aktu odstępstwa od „wiary ojców”, lecz jednocześnie, kierując się rozumem, uznawał za fundament chrześcijańską moralność. Jego pacyfizm, rażąco odbiegający od nastrojów epoki modlącej się o „wielką wojnę” przynoszącą ludom (a Polsce w szczególności) wolność, wynikał z konsekwentnego uznawania Dekalogu. Pisał: „Nie zabijaj: ani indywiduów, ani grup; ani ludów, ani ras; ani życia, ani szczęścia; ani ciała, ani myśli; ani dobrobytu, ani ideałów. Nie zabijaj: ani nielegalnie, ani legalnie; ani »niehonorowo«, ani »honorowo«; ani skrytobójczo, ani też z całą paradą, przy odgłosie trąb i bębnów.2”

W imię tego „nie zabijaj” głosił: „Wobec fatalności wojny, wobec musu, pędzącego na rzeź całe stada ludzkie, szyderczo brzmi dodatek, spotykany na wszystkich prawie pomnikach, wznoszonych na polach bitew: »polegli śmiercią bohaterską«. Rozumiem bohatera, bądź to ginącego na krzyżu lub na stosie za swoje przekonania, bądź też idącego śmiało na tortury i nie dającego inkwizycji wydusić z siebie zeznań kompromitujących; ale bohatera z musu, bohatera oszalałego i skutkiem wrzawy wojennej pozbawionego ludzkiej świadomości, bohatera pijanego krwią, bohatera mordującego i mordowanego — takiego bohatera uznać nie mogę i nigdy nie uznam3”

Przyzwyczajeni, że każde święto narodowe zaczyna się od złożenia hołdu „poległym w obronie Ojczyzny” (nie praktykuje się wyrażania podobnego hołdu bezbronnym pomordowanym przez uzbrojonych obrońców jakiejś Ojczyzny); z oburzeniem przyjmiemy powyższy cytat. Więc go rozwińmy prezentując w jaki sposób Baudouin de Courtenay wydestylował treść „Popiołów” Żeromskiego.

„Autor „Popiołów” z właściwym sobie mistrzostwem kreśli wspaniałe obrazy „czynów bohaterskich”, dokonywanych przez hordy najezdnicze w Hiszpanji, hordy, między któremi były także zastępy „obrońców ojczyzny” i „obrońców wolności” znad Wisły, Niemna i Warty. Ci „obrońcy ojczyzny” ćwiartowali i miażdżyli Hiszpanów, również „broniących ojczyzny”. Ci „obrońcy wolności” nie tylko dusili wolność obywatelską mieszkańców półwyspu Pirenejskiego, ale poniewierali w najbezecniejszy sposób najelementarniejszą godność ludzką tamtejszych mężczyzn i kobiet. Wszystko to wyziera z obrazów Żeromskiego z przerażającą jasnością. A stąd przy odrobinie logiki i dobrej woli otrzymujemy między innemi następujące wnioski:

1) że wielki wódz tych hord umundurowanych, ów opiewany przez Mickiewicza i tylu innych poetów „bóg wojny”, ów „bohater legendarny”, ów Napoleon Wielki, przemieniając tysiące ludzi w krwiożercze i wszeteczne bestje, w młoty, druzgocące „bliźnich” na miazgę, był zbrodniarzem w n-tej potędze i potworem moralnym, tak samo jak i inni jemu podobni kanibale i niszczyciele;
2) że „wojsko polskie” było zdolne do takich samych „czynów bohaterskich”, jak i wszelkie inne „wojsko” pod każdym stopniem szerokości i długości geograficznej;
3) że nie należy znów tak bardzo oburzać się na rozmaite „rzezie” przysłowiowe, jeżeli właśni „rodacy” i przedstawiciele »de la grrrande nation« urządzali daleko okropniejszą rzeź Saragossy;
4) że mamy nierównie mniejsze prawo do potępiania Turków, znęcających się nad mężczyznami, kobietami i dziećmi Macedonji, jeżeli szanowni „rodacy” w jeszcze bezecniejszy sposób postępowali z mężczyznami, kobietami i dziećmi Hiszpanji;
5) jednym słowem, że wszelka wojna eksterminacyjna, chociażby nawet prowadzona przez własne rodzone wojsko, może wzbudzać tylko grozę, wstręt i obrzydzenie. Że jednak powstawaniu w głowie podobnych wniosków towarzyszy skalanie wyobraźni, wywoływanie dzikiego nastroju krwiożerczo-lubieżnego i w ogóle cofnięcie się człowieczeństwa do stanu przedludzkiego, więc owe wnioski otrzeźwiające zbyt drogo są opłacane4”

„Popioły” były, a może i są nadal lekturą szkolną. Czy uczniowie, po tej lekturze, śpiewając chóralnie „dał nam przykład Bonaparte jak zwyciężać mamy”, mają podobną refleksję? Czy przychodzi im do głowy, że gloryfikacja morderców i gwałcicieli, zbrodniarzy z Saragossy, stoi w pewnej sprzeczności z tym, co uczyli się na lekcjach religii? A może dojrzeli już na tyle, by przyjąć bez wątpliwości wszelką wiedzę wkładaną im urzędowo do głowy; przyjąć, że Dekalog jest uwarunkowany ustadnieniem: nie zabijaj, nie okradaj, nie zdradzaj – naszych, co do „obcych” wszelkie chwyty dozwolone. Przewidział to de Courtenay pisząc w tej samej broszurze: „Będę prawdopodobnie oskarżony o herezję przez czcicieli oświaty obowiązkowej i wywołam w nich zgrozę, ale pomimo to pozwolę sobie twierdzić, że szkoła obowiązkowa i państwowa występuje jako jeden z najwierniejszych sprzymierzeńców zdziczenia, jeżeli jej konsekwencje doprowadzają do Wrześni i Gniezna.  Ale nawet bez obowiązkowości, dzięki pewnym metodom wychowawczym, — pedagogicznym i dydaktycznym, — możemy uważać szkołę za krzewicielkę zdziczenia. Taką musi być szkoła z rózgą, z biciem po twarzy, z biciem linją po rękach, z systemem straszenia, podglądania, donosicielstwa itd. Taką też musi być szkoła, która za pomocą odpowiednio spreparowanych podręczników „religji”, historji, geografji, literatury, gramatyki itd. podtrzymuje i rozwija z jednej strony pomieszanie pojęć i chaotyczność myślenia, z drugiej zaś „nastrój” krwiożerczy i żądny ofiar ludzkich, w związku z nienawiścią międzynarodową, międzyplemienną, międzywyznaniową i międzystanową. /…/ Jedna z tak mocno i słusznie sławionych „zdobyczy wieku XIX go”, będąca w każdym razie doniosłym objawem uspołecznienia uorganizowanych państwowo gromad ludzkich, mianowicie parlamentaryzm zachodnio-europejski, w pewnych chwilach swego urzeczywistniania daje pole do popisu wybuchom rozkiełznanej namiętności i sprzyja wzrostowi zdziczenia, tj. pomieszania pojęć i zanikowi poczucia tego, co godziwe, a co niegodziwe. Ale nawet to, co się sprzedaje i nabywa pod etykietą nauki, może ogłupiać mózgownice i spółdziałać dziczeniu natur ludzkich. Wiedza impresjonistyczna, wchłanianie w siebie wiadomości drobiazgowych oraz wszelkiego rodzaju plotek uniwersalno-historycznych, w ogóle zaspakajanie próżnej ciekawości i zapychanie głowy, bez należytego oświetlenia, bez rozbioru, bez krytyki, bez rozróżniania pojęć, nie zmniejsza wcale dzikości tradycyjnej, ale nawet czyni ludzi jeszcze bardziej pochopnymi do przejawiania tej dzikości w najrozmaitszych kierunkach. Wprost zaś do zdziczenia, tj. do zaćmienia umysłów i do spotęgowania wybuchowości żywiołowej prowadzi znaczna część codziennej strawy umysłowej czytelników gazet i wogóle publicystyki.5”

Owszem, „postęp” wyeliminował przemoc fizyczną ze szkół, z parlamentu, częściowo także z ulicy. Nie można jednak tego samego powiedzieć o systemie straszenia, podglądania, donosicielstwa; w dalszym też ciągu programy szkolne, podręczniki podtrzymują i rozwijają „z jednej strony pomieszanie pojęć i chaotyczność myślenia, z drugiej zaś „nastrój” krwiożerczy i żądny ofiar ludzkich, w związku z nienawiścią międzynarodową, międzyplemienną, międzywyznaniową i międzystanową.”. Dodajmy znacznie ułatwioną przez rozwój mediów możliwość ogłupiania mózgownic i szerzenia zdziczenia. Który obecnie nauczyciel czy katecheta będzie miał odwagę powiedzieć, że nie ma „dobrych wojen”, nie ma „słusznego zabijania”, a zło jest złem bez względu na barwy narodowe? Możemy usprawiedliwiać szczególnymi okolicznościami konieczność użycia przemocy, lecz bezrefleksyjne gloryfikowania zła (bo to nasi je czynili) prowadzić może do nowych zbrodni.

De Courtenay nie odrzucał uczucia jakim jest patriotyzm. Przeciwnie podkreślał wartość, wynikającą z niego, solidarności. Ale patriotyzm nie ma jednej wykładni znaczeniowej. Kpił nasz arystokrata z patriotyzmu „czystości etnicznej”: „Syoniści polscy marzą o ziemi czysto polskiej, podobnie jak syoniści żydowscy marzą o ziemi czysto żydowskiej. Istnieją gorliwi stronnicy frakcyi bojowej partyi PPS, którzy dopiero wtedy zabiorą się do uszczęśliwiania Polaków za pomocą ustroju socyalistycznego, kiedy ziemię polską oczyszczą od wszystkich obcych przybłędów, kiedy po ziemi polskiej będą się ruszać tylko Polacy. Każdemu obcemu, każdemu nie-Polakowi kulą w łeb. Zresztą wolno będzie przyjeżdżać do Polski ludziom z innych narodowości, ale jedynie w charakterze gości czasowych, gości pokornych, nie roszczących sobie pretensyi do żadnego wyodrębnienia narodowego. Cała kula ziemska zostaje podzieloną na ściśle odgraniczone klatki narodowościowe z jak najczystszymi folblutami. Będą to „ojczyzny” narodowo-nieskazitelne: Niemiec siedzi w swojej klatce, Francuz w swojej, Węgier w swojej, Czech w swojej, Słowak w swojej, Polak w swojej, Litwin w swojej itd. i nikomu z nich nie wolno wytknąć nosa poza granice swej czysto-narodowej ojczyzny. Rzecz prosta, iż Austrya i Szwajcarya zostają wykreślone z liczby państw dopuszczalnych. /…/ Ale i poza tą sferą maniaków spotykamy się z dzieleniem stałych mieszkańców danego kraju na „gospodarzy” i „gości”. Nawet ludzie postępowi, uważający siebie za rdzennych Polaków, a więc za „gospodarzy” ziemi polskiej, przemawiają o innych mieszkańcach tej ziemi tonem obszarników, co to mają poddanych na swych gruntach, w swych dobrach. Panowie ci zapominają, że musimy się liczyć z faktem usamowolnienia włościan. A wobec tego faktu zapytuję: Czy w miejscowościach, gdzie Polak obszarnik władał bydłem dwunogiem innoplemiennem (ukraińskiem, białoruskiem, litewskiem), usamowolnieni potomkowie tego bydła dwunogiego mają się uważać za „gości” „gospodarzy” polskich? A może odwrotnie potomkowie byłych obszarników i panów powinni się uważać za „gości” „gospodarzy” ukraińskich, białoruskich, litewskich?6”

I z tego wynikały jego wnioski o dwóch rodzajach patriotyzmu:

„1) Patryotyzm bandytów i ekspropryatorów międzynarodowych, tj. patryotyzm nacyonalistyczny, z hasłem „egoizmu narodowego”, z hasłem wzajemnego tępienia się dwunogich, różniących się wyznaniem, językiem, tradycyami, przekonaniami, patryotyzm, zamieniający „ojczyznę” na więzienie skazańców, na klatkę różnogatunkowych dzikich zwierząt, na piekło, zaludnione przez opętańców nacyonalizmu.
2) Patryotyzm terytoryalny, pod hasłem równouprawnienia wszystkich obywateli wspólnej ojczyzny, wszystkich różnowierzących, różnojęzycznych, różnoprzekonaniowych, pod hasłem solidarności w imię wspólnej pracy na korzyść wspólnej ojczyzny w zakresie dóbr doczesnych i tu na ziemi osiągnąć się dających.

Przy panowaniu patryotyzmu nacyonalistycznego żyje się dobrze tylko podszczuwaczom i nawoływaczom do pogromów albo przynajmniej do prześladowań innych wyznań i narodowości. Masy zaś dwunogie gryzą się i stwarzają sobie piekło na ziemi. /…/ Rzecz prosta, iż patryotyzm terytoryalny i równouprawnienie wszystkich obywateli różnojęzykowych na podstawie uznania ich godności osobistej i prawa do rozporządzania swym światem wewnętrznym, nie zamieni padołu płaczu na raj ziemski i nie usunie walk między ludźmi. Tak, ale będą to walki, ścierania się i objawy konkurencyi w imię haseł ziemskich, w sferze interesów ekonomicznych. Takie walki mają sens i racyę bytu ze stanowiska teraźniejszości. Nie mają zaś najmniejszego sensu walki pod hasłem „gorzkich żalów ” i rozsmakowywania czyichś męczeństw z przed paru tysięcy lat”7.

Czy można prawdę o świecie współczesnym powiedzieć grzeczniej? Pewnie można, tylko po co? Nazwanie po imieniu barbarzyńców bydłem dwunogim ma swój walor wychowawczy. Więc choćby z tego powodu warto dziś czytać słowa nakreślone przez urodzonego w Radzyminie potomka francuskiej arystokracji.

1 J.N. Baudouin de Courtney „ W kwestii żydowskiej” odczyt w dniu 7 lutego 1913 r. Warszawa.
2 „Myśli nieoportunistyczne” Kraków 1898 r.
3 j.w.
4 „Krzewiciele zdziczenia” Kraków 1905 r
5 j.w.
6 „W sprawie antysemityzmu postępowego” Kraków 1911
7 j.w.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.