Spółki Miejskie


16 Komentarzy

Kora (wspomnienia)

Korę wspominają:
Waldemar Wall-E Kasta,
Marcin Mamoń,
Monika Małkowska
Magda Umer

„Gdy umiera wyjątkowy i ważny człowiek na niebie zaświeci nowa gwiazda. Gdy umiera prawdziwa gwiazda za ziemskiego życia, na niebie zwykle trwają przygotowania do jej przyjęcia na nieboskłonie. Nic dziwnego zatem, że księżyc ściemniał i ze złości poczerwieniał, już nie mówiąc o poruszeniu Marsa i podglądaniu Jowisza i Saturna. Zaćmień bywa wiele, takie raz na ponad sto lat. Nie dziwi nic. Była wyjątkową kobietą. Pierwszą kobietą, na którą w tym kraju mógł zwrócić uwagę młody chłopak z artystycznymi zapędami rocznik 78. Nie dało się jej zwyczajnie nie dostrzec w szarym tłumie w szarej rzeczywistości. Duma, pewność siebie w zabójczym spojrzeniu, odwaga w byciu inną i wyrażaniu poglądów. Wokalistka. Muzyk. Była inspiracją dla wielu twórców i piewców wolności w naszym smutnym i szarym jeszcze do niedawna kraju. W moim i w wielu innych domach dziś żałoba. Ludzie płaczą słuchając nieśmiertelnych kawałków zasłużonej dla polskiej kultury. Spoczywaj w Pokoju Kora.”

Waldemar Wall-E Kasta

*

„Kiedy odwiedziłem Korę po raz pierwszy w jej mieszkaniu przy rogu ulic Sarego i Bogusławskiego w Krakowie, miałem powiedzmy 23/4 lata. A może trochę mniej. Ona już wtedy po 40. Byłem zdumiony jako dwudziestolatek, że kobieta po 40 może być aż tak atrakcyjna i piękna. Wow! Jej wywiady w mediach zawsze mnie drażniły, nie zgadzałem się, nie lubiłem. Jednak w rozmowie, w bliższym kontakcie Kora niezwykle zyskiwała. Była ciekawym rozmówcą, otwartym, ciekawym świata, inteligentnym i co ważne czytającym książki. Wiadomo. Uwielbiałem Manaam, i wciąż nic tu się nie zmieniło, ale za tę jej urodę, wdzięk i przyjemność rozmowy z nią, będę ją pamiętał.”

Marcin Mamoń

*

„W paskudnym „postanowojennym” czasie Tadeusz Rolke zaprosił mnie do współpracy przy kalendarzu ściennym (wielki format, wielkie foty, odwracane karty) z Korą w roli głównej. Ona na każdy miesiąc, wystylizowana niezależnie od pór roku. Wcześniej już pracowaliśmy wspólnie przy zdjęciach na okładkę płyty Maanam „Nocny patrol”. Tym razem sesje zdjęciowe odbywały się w mieszkaniu/pracowni Edzia Dwurnika i jego żony (ówczesnej) Teresy Gierzyńskiej. To było bardzo w stylu Kory – i w duchu czasów. Byliśmy wówczas krytycznie nastawieni nie tylko wobec władzy (jak każdy czy prawie każdy) – kontestowaliśmy też „uładzoną” i skomercjalizowaną (już wtedy) kulturę posthippisowską. W zaimprowizowanej na potrzeby fotograficznego atelier pracowni Dwurnika tworzyliśmy cuda na kiju, korzystając z nader skromnych środków i własnych ciuchów. Ubierałam Korę (znacznie wyższą ode mnie) w moje tuniczko-sukienki (jedna z częściej reprodukowanych fot to ta, na której Kora nosi moją tuniczkę uszytą ze… spadochronu, we wzór zwany kamuflaż; w kawałki jedwabiu, które na niej upinałam (a miałam tego w szafie sporo, bo Milanówek od zawsze zachwycał mnie jakością, kolorami i wzorami). Malowaliśmy ją (Korę) zarówno klasycznymi kosmetykami, jak też – co popadło, co było pod ręką. Olejnych farb nie odważyliśmy się zastosować, ale pasta do zębów jako „posiwienie” włosów – dlaczego nie? Czasem Edzio Dwurnik dodał jakiś barwny akcent – na przykład na dekolcie Kory. To była tak świetna zabawa, że nikt z nas nie miał poczucia obcowania z wyjątkową gwiazdą. Bo Kora nie gwiazdorzyła.

Pamiętam bal dziennikarzy, gdy Maanam grał jako specjalna atrakcja. W trakcie tego balu padła wiadomość: nie żyje Czesław Niemen. Kora zaśpiewała wtedy wyjątkowo wolno, wręcz „metafizycznie” „Planety szaleją”, prosząc nas wszystkich, by nie tańczyć. Dziś pierwszym utworem, jakim Marek Niedźwiecki otworzył audycję Korze (i Maanamowi) poświęconą, były „Planety…”

Ostatni raz rozmawiałam z Korą (i Kamilem) w studio Tok FM. Była z nimi Ramona, pudelka. Jak zawsze Kora stwarzała aurę intensywności – i również w jej kontaktach z Ramoną ta intensywność przekraczała normę. Co tu dużo gadać – to była kapela MOJEGO ŻYCIA. I smutek – napisać R.I.P.”

Monika Małkowska

*

„Poznałam Korę na Famie w Świnoujściu, w lipcu 1969 roku. Miała 18 lat, była tak piękna, że nie sposób było oderwać od Niej oczu. Była dziewczyną gitarzysty z zespołu „Anawa” Marka Jackowskiego i zdawali się być nierozłączni. Nikomu wtedy (może nawet samej Oldze) nie przychodziło do głowy, że będzie kiedyś śpiewała na scenie. Była anonimową pięknością i niezwykłą osobą. Wszyscy zachwycali się nią. Wszyscy. I chyba miała tego świadomość.

Przez kilka kolejnych lat żyliśmy tam jak hippisi… opalaliśmy się na nadmorskich wydmach, goli, młodzi, wyzwoleni – tacy, jakich nas pan Bóg stworzył. W tym czasie na Famę zjeżdżali studenccy artyści z całej Polski i tworzyliśmy przez prawie miesiąc coś w rodzaju hippisowskiej komuny-kabaretu, teatry, chóry, zespoły muzyczne, dyrygenci, jazzmeni, poeci, fotograficy, filmowcy. Byliśmy razem. Wtedy kultura studencka znaczyła bardzo wiele. Pozwalano nam na wiele, bo bano się nas po marcu 1968 roku. Kora mieszkała z Markiem w Krakowie, wielbiła Ewę Demarczyk, kochala Piotra Skrzyneckiego zachwycała się Markiem Grechutą, poezją. To mnie z nią bardzo łączyło.

Chyba po 1975 roku Kora z Markiem przenieśli się do Warszawy i zamieszkali przy ulicy Ogrodowej, na terenie dawnego Getta… byłam tam u nich kilka razy z Maćkiem Zembatym. Zapamiętałam dwoje małych dzieci, piękną kobietę w jakichś hinduskich giezłach parzącą cudowną herbatę… śpiewaliśmy Cohena, rozmawialiśmy o sztuce jako ratunku przed rzeczywistością, filozofowaliśmy do nocy. Wtedy już Marek nie grał w Anawie, tylko razem z Tomaszem Hołujem, Milosem Kurtisem i Jackiem Ostaszewskim stworzyli cudowny zespół „Osjan”. Chodziłam na ich koncerty i tam po raz pierwszy zobaczyłam Korę na scenie. Ją i Małgosię Ostaszewską, żonę Jacka (i mamę naszej słynnej Mai!). Obie niezwykłe, w jasnych szatach, na bosaka, były najpiękniejszą scenografią i czasem nuciły coś cichutko. Piękne!

Byłyśmy blisko jeszcze jakiś czas i kiedy przygotowywaliśmy z Mackiem Zembatym program telewizyjny, w którym po raz pierwszy pozwolono nam zaśpiewać Leonarda Cohena „Słynny niebieski prochowiec” (chyba w 1977 roku), próba generalna odbyła się u Kory w domu. Marek Jackowski, Janusz Strobel i Henio Alber grali na gitarach, Maciek i ja śpiewaliśmy, Korze jeszcze to nie przychodziło do głowy… dała mi wtedy swoje hippisowskie giezło i jakąś chustę. Była serdeczna, kochana, dobra, piękna i …cicha… wtedy jeszcze cicha. I jakby nie z tego świata.

Potem przez kilka lat nie miałyśmy kontaktu. Ja urodziłam pierwszego syna i długo nie śledziłam tego, co dzieje się na scenach. Któregoś dnia spotkałam Korę w gmachu Telewizji. Cała w skórach, w ostrym makijażu, pełna jakiejś nieziemskiej energii… dalej piękna, zjawiskowo zgrabna, ale jakby ktoś inny. Mówiła, że zakładają z Markiem zespół rockowy, i że za chwilę będą najważniejsi i najlepsi w tym kraju. I tak się stało. Takich pokochały ich miliony.

A ja zostałam wtedy w swoim cichym świecie muzyki poważnej i jazzu, Bacha i Komedy, piosenek przedwojennych, Kabaretu Starszych Panów, Agnieszki, Wojtka i Jonasza, Piwnicy pod Baranami. Ale zawsze fascynowała mnie jako ZJAWISKO. Zawsze. I była jedną z najpiękniejszych kobiet na świecie. Przytulam do serca Jej najbliższych. Planety szaleją.”

Magda Umer

 

 

Reklamy


Dodaj komentarz

Perły przed wieprze. Przegląd lektur

Marek Szarek

Andrzej Stasiuk – Dukla

O blaszany dach mojej hurtowni deszcz jesienny dzwoni. W uszach też mi dzwoni, cisza, bo rosyjskojęzycznych klientów jak na lekarstwo. Czasami zajrzy jakiś zabłąkany Kaliningradiec albo Ryżanin. Nie jestem pewien, czy dobrze odmieniam nazwę mieszkańca Rygi, ale się tym nie przejmuję, bo wpadłem po uszy w lekturę najnowszej książki Stasiuka, w której mistrz prozy polskiej opisuje swoje przygody z podróży do Rosji.

W ostatniej książce autora „Dukli” zakochałem się na zabój, bo pisarz ma absolutny słuch do języka, sokole oko do szczegółu i orli pazur zamiast długopisu.

Takich komplementów nie mogę udzielić książeczce autorstwa S. Chutnik pt. „Smutek Cinkciarza”. Na obwolucie książki ktoś napisał, że jest w niej oddana prawdziwa magia życia półświatka w peerelu. Zapewniam Was, że żadnej magii tam nie znalazłem, a opisy życia półświatka w socjalistycznej Polsce mają się tak do rzeczywistości, jak gipsowa atrapa wędlin na wystawie sklepu mięsnego w epoce późnego Gierka do szynki parmeńskiej sprzedawanej w bufetach dzisiejszych delikatesów. Dałem się nabrać na tę magię i realnie wydałem 29 złotych.

Czytam Stasiuka, słucham jak deszcz na dachu wygrywa melancholijną melodię w rytmie walca „Na sopkach Mandżurii” i myślę, że niebawem moje kłopoty ze zbytem znikną, bo w telewizji podawali, że minister Morawiecki bawi z oficjalną wizytą u prezydenta Łukaszenki i wkrótce nastąpi otwarcie na Białoruś. W związku z tym spodziewam się napływu klientów z Mińska i już zawczasu szlifuję sidolem sztuczne perły w hurtowni.

A póki co, pomyślałem, że powinienem poprawić swój image na Fb – wyczyścić i wyszlifować, żeby błyszczał jak kryształy w naszyjniku od Swarowskiego. Dotąd, prezentowałem się znajomym, paradując po profilu w starych dresach z lampasami, z butelką najtańszego piwa w ręku i kolią fałszywych brylantów na szyi. Postanowiłem, że skończę z tym siermiężnym pijarem. Przestanę narzekać na ceny książek i trudności z sikaniem.

Będę jak Oscar Wilde albo lord Alfred Douglas. Na fejsa wrzucę swój portret, na którym będę przedstawiony jak siedzę w klubowym fotelu ze szklaneczką 12-letniej whisky w ręku, niedbale przeglądam Paris Match i głaszczę charta…

Mam nadzieję, że po takiej korekcie wizerunkowej, całusy i serduszka od znajomych Pań wysypią się na moim profilu jak betki w jesiennym zagajniku.


Dodaj komentarz

Klątwa

Stanisław Ryczek

Bruegel Starszy – “Przysłowia Niderlandzkie” (detal)

Samochód stał pod blokiem Ignaca Labidy już trzeci dzień. Kobieta zawzięła się i nękała go początkowo mailami i telefonami, a teraz koczuje pod jego klatką schodową. Każde wyjście Ignacego z domu kończy się nagabywaniem, prośbami, groźbami i czepianiem się jego garderoby przez babę. Gdy pojawiła się trzy dni temu, wręczyła mu trzy tysiące złotych, których nie chciała przyznać mu w ramach ubezpieczenia, w zamian prosiła, żeby cofnął klątwę.

Sprawa zaczęła się od spornej kwoty z firmą ubezpieczeniową, której przedstawicielką była Iwona Knapik. W wypadku samochodowym, gdzie Ignacy był stroną pokrzywdzoną, straty zostały wycenione na trzy tysiące. Ignacy stwierdził, że to za mało i odwołał się od decyzji urzędniczki, zażądał jeszcze tysiąca pięciuset złotych. Jednak jego odwołania, zarówno jedno jak i drugie, nie zostały uwzględnione. Odstąpił wtedy od sprawy, lecz na zakończenie korespondencji wysłał maila tej treści: „Żeby ci się do dupy nalało i moja krzywda bokiem ci wyszła”. Oczywiście pracując od lat w tym zawodzie Iwona nie takie złorzeczenia dostawała. Więc przeszła nad tym do porządku dziennego. Jednak kiedy na trzeci dzień potrącony czajnik z gorącą wodą poparzył jej pośladki, a w szczególności odbyt przypomniała sobie o tej niedorzecznej klątwie. Jednak dopiero kiedy w lewym boku, tuż nad biodrem pojawił się, a następnie zaczął rosnąć jakiś guz, zaczęło jej świtać, czy to przypadkiem nie jakieś fatum i chociaż nigdy nie była przesądna przestraszyła się nie na żarty. Iwona była kobietą w średnim wieku, szczupła, z ładną jeszcze atrakcyjną buzią. Miała męża i dwoje dzieci, chłopca i dziewczynkę. Jak dotąd życie układało im się dobrze. Oboje z mężem pracowali, dzieci jeszcze w podstawówce nie sprawiały problemów. Jednym słowem byli normalną, przeciętną rodziną. Lekarze nawet po badaniach nie potrafili zdiagnozować guza. Jedni twierdzili, że to łagodny nowotwór, inni z kolei, że to rodzaj rogu skórnego. Wzięli wycinek i kazali czekać. Tymczasem w jej rodzinie działo się coraz gorzej. Jednego dnia zdarzyły się dwa wypadki: syna ugryzł pies, a córka spadła ze schodów i wybiła sobie cztery zęby, wszystkie jedynki z góry i z dołu. Pies po zbadaniu okazał się wściekły, więc chłopaka położono w szpitalu zakaźnym. Wybite zęby były już na nieszczęście stałe. Dentystka obiecała zrobić wszystko, żeby je odbudować, aby nie zostało śladu wypadku, jednak dopiero po wygojeniu ran. Dziecko było załamane i ciągle płakało. Gdy następnego dnia spalił im się prawie ukończony, ale jeszcze nie ubezpieczony domek letniskowy, a męża niesłusznie oskarżono o kradzież i zwolniono z pracy. Wtedy Iwona postanowiła działać. Skontaktowała się z Labidą mailowo, a następnie telefonicznie proponując, że z własnej kieszeni zapłaci mu brakującą kwotę, a nawet więcej, byle tylko cofnął klątwę. Po dwunastym telefonie Ignacy przestał odbierać połączenia…

Już od dawna zdarzało się, że kogo Ignacy wziął na celownik, ten prędzej czy później miał jakieś nieprzyjemne zdarzenie, nazwijmy je losowym. Zaczęło się jeszcze w szkole podstawowej. Chłopiec ciągle dokuczający i szczególnie gnębiący małego Ignasia utonął w czasie wakacji. I już w trzeciej klasie nikt mu nie dokuczał, a żeby było śmieszniej większość tych, którzy robili to wcześniej, nagle bez żadnej logicznej przyczyny polubili go. W szkole zawodowej, gdzie Ignac poznawał tajniki zawodów budowlanych, matematyczka, która szczególnie uwzięła się, na Bogu ducha winnego chłopaka, złamała girę i to w sposób tak skomplikowany, że już do końca szkoły nie pokazała się w klasie. Nie trzeba dodawać, że dzięki temu udało mu się skończyć tę zawodówkę, bo gość co ją zastąpił polubił safandułowatego Labidę. Zasuwając przez całe lata na budowie Ignacy nie miał jakichś szczególnych wrogów. Większość tolerowała go, bo lubił wypić i zabawić się po wypłacie. A i przed wypłatą, jeżeli tylko miał pieniądze. Jednak jak to w życiu bywa znalazł się taki, co postanowił wyplenić „alkoholizm” na budowie. Facet nie wiedział jeszcze na co się porwał. Walczyć z pijaństwem w czasach komuny? Przecież to walka z wiatrakami. Jednak kierownik Kukułka był zdeterminowany i konsekwentnie realizował swój pomysł. Zaczęło się od tego, że zaczął polować na wnoszących trunki na teren budowy. Oczywiście pierwszym złapanym był Ignacy. Skończyło się to tylko ustnym ostrzeżeniem, ale po kolejnej wpadce, gdy złapał go w stanie „nieważkości” przy robocie, była już nagana z wpisaniem do akt. W tym samym dniu, pijąc piwo z kolegami w barze pod 11-stką, przeklął kierownika Kukułkę. W następnym dniu kierownik nie pojawił się w pracy, a za dwa dni buchnęła wiadomość, że leży nieprzytomny w szpitalu, bo nieszczęśliwie wypadł z pociągu, kiedy ten był w pełnym biegu. Wiadomość tak ucieszyła Ignacego, że postanowił to uczcić kilkoma kuflami piwa, tak jak co dzień zresztą w tym samym barze pod 11-stką. Tak się złożyło, że tak jak w poprzednim dniu konsumował browar przy tym samym stoliku i przy czwartym kuflu przeklął Kukułkę po raz drugi, twierdząc, że to co go spotkało, to i tak za mało za tę krzywdzącą naganę „więc niech go szlag trafi”.

W tym samym czasie w Wojewódzkim Szpitalu Neurologicznym, gdzie leżał nieszczęsny kierownik Kukułka, pielęgniarka przez pomyłkę podłączyła mu kroplówkę z płynem do dezynfekcji toalet zamiast glukozy. Dlaczego tak zrobiła nie umiała później wytłumaczyć. Pomyłka taka nie mogła się jej w głowie pomieścić, a szczególnie sędziom, bo przecież oprócz całkiem innych etykiet i jasnych opisów preparatów nawet kolor płynu się nie zgadzał. Pielęgniarka miała za sobą 12 lat nienagannej pracy w tym szpitalu, dlatego sąd przychylił się do prośby adwokata i skazał ją tylko na 3 lata więzienia.

I tak to szło, mimo dziwnych wypadków Ignacy Labida ciesząc się z nieszczęść spotykających jego wrogów nie łączył tych wypadków ze swoimi życzeniami i złorzeczeniami. Były jeszcze dwa lub trzy przypadki, które zapadły mu w pamięć. Dziewczyna, która odmówiła mu tańca na wiejskiej zabawie, została zgwałcona jeszcze tej samej nocy, gdy wracała do domu. Facet wpadający pod samochód tuż po tym, gdy uderzył go twarz w ulicznej sprzeczce, nieźle został poturbowany. I majster, co stracił oko w tydzień po ukaraniu Ignaca za permanentne spóźnianie się do pracy.

Ignacy już od dwóch lat był na zasłużonej emeryturze, póki co cieszył się dobrym zdrowiem. Kiedyś dokuczało mu starokawalerstwo, ale z czasem przyzwyczaił się do samotności. Jeśli chodzi o kobiety, to od czasu do czasu zapraszał samotną znajomą w podobnym wieku i sobie wzajemnie radzili. Tyle, że Barbara nigdy nie chciała zostać na noc – zbyt się bała plotek – a Ignacemu wisiało co o nim ludzie gadają.

Jednak ostatnie wydarzenie trochę go zaniepokoiło. Blok, w którym mieszkał Labida nie był duży, mieszkało w nim tylko dziewięć rodzin, w tym okna sześciu mieszkań usytuowane były od ulicy. Auto z nieznaną rejestracją od razu wzbudziło zainteresowanie sąsiadów, a kiedy zaobserwowali dziwne zachowanie kobiety, która nie dość, że dzień i noc koczowała w samochodzie, to nagabywała nieciekawego Labidę, a nawet zdarzyło się, że przed nim na trotuarze uklękła. Ciekawość lokatorów bloku wzrosła na tyle, że nie tylko śledzili każde wyjście Ignacego z mieszkania, ale mimo jesiennego chłodu otwierali okna, żeby więcej usłyszeć. Taka nachalna ciekawość zdenerwowała by każdego, a już szczególnie Ignaca, którego większość sąsiadów traktowała na co dzień jak powietrze, on wobec nich żywił zresztą takie same zainteresowanie.

Pieniądze wręczone przez kobietę wziął, bo uważał, że mu się słusznie należą. A że było ich dwukrotnie więcej niż wnioskował w swoim odwołaniu, to nawet lepiej, kaska zawsze się przyda. Tak samo guzik go obchodziło, że są to pieniądze z jej prywatnej kieszeni – „jak się daje, to się kraje”. Jednak cofnąć klątwę – niby jaką? Kiedy wytłumaczyła mu, że odkąd przysłał jej tego przeklętego maila, jej życie zaczęło się walić. Stwierdził w odpowiedzi, żeby go sama usunęła ze swojej poczty, bo przecież on Labida nie ma do niej dostępu. Na tym skończyła się wstępna rozmowa.

Iwona już dawno to zrobiła rozumując podobnie, że wystarczy maila usunąć, a pech minie. Jednak tak się nie stało. Postanowiła więc przycisnąć Labidę, żeby wyrzucił klątwę ze swoich myśli. Jednak on mimo próśb i gróźb nie chciał albo nie umiał tego zrobić. Przekonała się o tym, gdy dzień po tej rozmowie dostała maila, że na ich wspólne małżeńskie konto „wszedł komornik”, a mąż oddzwonił, że stało się to na wniosek jego firmy w związku z tym fałszywym oskarżeniem o kradzież. Wtedy też postanowiła, że nie odjedzie dopóki sprawy z Labidą nie załatwi. Telefonicznie wzięła u szefa tydzień urlopu z twardym postanowieniem złamania gościa. Jednak minęły już trzy doby i nic nie osiągnęła. Facet prawie nie wychodził z domu – tylko kilka razy go zaczepiła i jak na razie żadne prośby nie odnoszą skutku – brak jakiejkolwiek dobrej wiadomości. Była już tak zdeterminowana, że nawet uklękła pokornie przed gnojem i dalej nic. Jeszcze w tym dniu „zarobiła” mandat za to, że nie włączyła migacza jadąc na stację benzynową, bo i paliwo jakoś szybciej niż zazwyczaj zeszło. Pewnie dlatego, że noce chłodne i na kilka godzin nocnych musi włączać silnik, żeby się ogrzać w aucie. Na pobliski CPN jeździ późną nocą, żeby kupić coś do zjedzenia i chociaż trochę się umyć. Dziś oprócz hot-doga i soku pomarańczowego wzięła kawę z automatu i przy jedynym stoliku zamyśliła się nad swoją sytuacją. Stwierdziła, że jeżeli przełom nie nastąpi w ciągu kilkunastu godzin, to się załamie i będzie musiała odpuścić. Po zastanowieniu kupiła butelkę najtańszej wódki – czyściochy. Być może do czegoś się przyda.

Ignacy obudził się na okropnym kacu. Z trudem otworzył oczy, budzik pokazywał czwartą rano. Nie pamiętał czy zostało choć trochę wódki. Napił się wody z kranu i zataczając się sprawdził lodówkę – no oczywiście pusto. Oglądając wieczorem filmiki porno w internecie tak dobrze mu się piło, nawet dziwił się, że 0,7 poszło, a jego nic nie bierze. – Żeby chociaż setkę na klina. No nic trzeba jechać do nocnego. Sięgnął po kluczyki do auta, ale przypomniał sobie, że przecież jest w naprawie. Wzdrygnął się na myśl o nieuchronnym spotkaniu z babą. Spojrzał przez okno i doznał olśnienia – Ooo, nie ma auta! Gdyby nie bolesny kac pewnie by się uśmiechnął. Wyszedł na ulicę i z przyjemnością wciągnął zimne powietrze. Sięgnął do kieszeni po papierosy. Przez moment zdawało mu się, że coś, jakby cień wyskoczył z załomu muru i następnej chwili jakiś strop zawalił mu się na głowę.

Ocknął się i stwierdził że leży twarzą na czymś miękkim i jednocześnie kłującym. Ból głowy był nie do zniesienia, miał wrażenie, że zaraz się porzyga. Do tego suchość w ustach i język jak kołek. Jezu, żeby chociaż łyk wody – pomyślał. Jednocześnie otworzył jedno oko i stwierdził, że to na czym leży to ściółka leśna i że nadal jest ciemno, a światło padające chyba z reflektorów samochodu świeci mu w oczy. Obok usłyszał jakiś szelest. Z bólem, powoli odwrócił głowę w tym kierunku. Kobieta klęcząc na jednym kolanie robiła coś na ziemi. Nie mógł sprecyzować czym była zajęta, coś jakby wiązała. Była odwrócona tyłem, ale od razu ją rozpoznał po fryzurze i niebieskiej kurtce – baba z samochodu, jego prześladowczyni! Chciał się poruszyć, ale ręce i nogi miał czymś związane. Słysząc jego poruszenie kobieta odwróciła głowę. Była blada i trzęsły jej się usta, Ignacy chciał o coś spytać, ale nie wiedział jak pokonać suchość w gardle, a na dodatek stwierdził, że ma zaklejone usta jakąś taśmą. Spojrzał na jej ręce i zobaczył, że trzyma w nich sznur z uformowaną pętlą. Dopiero po chwili zaskoczył, że jest ona przygotowana dla niego.

Iwona Knapik nie była morderczynią. Całym wysiłkiem zmuszała się, żeby się nie rozryczeć. Wiedziała, że musi zabić tego człowieka. Jednak jej ciało było nieposłuszne, trzęsła się, łkała i mało nie mdlała. Już przy ogłuszeniu Labidy miała okropne wyrzuty sumienia, a teraz będzie musiała go powiesić. Stwierdziła, że musi to jakoś wytłumaczyć, nie tyle jemu, ile sobie. Wstała i oparła się o maskę auta, zasłoniła ciałem jeden reflektor, więc Ignacemu było łatwiej patrzeć – nie raziło już tak mocno. Jej przemowa ciężko docierała do przepitego i obolałego Ignaca.

– Słuchaj człowieku będę musiała cię zabić, mimo, że żadnego realnego przestępstwa nie popełniłeś. Jednak twoja klątwa zaciążyła na mojej rodzinie i na mnie. Myślę, że jeżeli twój mózg przestanie wysyłać destrukcyjne sygnały, twoja klątwa przestanie działać. Jeżeli możesz jakoś zmienić tę sytuację to powiedz, masz ostatnią szansę. – To mówiąc zerwała mu taśmę z ust. Ignacy zdołał wycharczeć tylko jedno słowo.
– Pić – Iwona miała jeszcze połowę soku pomarańczowego i już miała go podać, ale pomyślała, że po tym padalcu już się nie napije z tego samego kartonu, a na karcie zostały już ostatnie grosze. Przypomniała sobie o butelce wódki w bagażniku. – A jakby tak spoić gnoja i dopiero wtedy załatwić? Byłaby większa szansa, że policja uwierzy w samobójstwo. – Myśl wydała się niegłupia. Odkręciła flaszkę i przystawiła Ignacemu do ust. Myślała, że będzie musiała zmusić go do wypicia, najlepiej zatykając nos, jak to widziała na filmach. Ale facet zassał sam bez przymusu i wychlał ponad pół flaszki.
– Daj papierosa – Wychrypiał, gdy się oderwał od szyjki.
– Nie mam, nie palę.
– Mam w prawej kieszeni kurtki. Wyjmij i mi przypal. – Wykonała niezdarnie jego polecenie, gdy w końcu przypaliła mu papierosa, poprosił żeby go posadzić. Oparła go o drzewo, ręce miał okręcone taśmą z tyłu, więc palił bez ich pomocy. Przez dłuższą chwilę wciągał dym i ciężko zipał. Alkohol zaczął chyba działać, bo jego mózg wskoczył na obroty. Zaczął kombinować, czy brać ją na litość czy na strach. Stwierdził, że mieszanka tych dwóch technik w tym przypadku będzie optymalna.
– Słuchaj kobieto, czy zdajesz sobie sprawę, ile dostaniesz za morderstwo z premedytacją? – Więc ci powiem, 25 lat – jak wyjdziesz będziesz babcią. Nie myśl sobie, że ktoś będzie na ciebie czekał. Mąż, jak go masz, dawno już będzie z inną babą. Dzieci ułożą sobie życie i będą miały własne dzieci, a może nawet wnuki. Będziesz wrakiem nikomu niepotrzebnym – jak ja w tej chwili. Ubzdurałaś sobie, że rzuciłem na ciebie klątwę, a cóż to ja jestem, czarownikiem czy jakimś szatanem? Proszę odpuść mi i rozstańmy się w zgodzie. Oddam ci te trzy tysiące i nic nikomu nie powiem, że dałaś mi w łeb i przywiozłaś mnie tutaj. Po co ci brać na sumienie śmierć starego człowieka? Wszyscy sąsiedzi widzieli ciebie i twój samochód i chociaż jesteś z Warszawy, czy skądś tam, policja znajdzie cię po numerze rejestracyjnym auta. Przecież żaden sąd nie uwierzy w jakąś klątwę, kara cię nie minie. – Wypluł dopalającego się peta i spojrzał na nią z nadzieją.
– Myślę, że to będzie inaczej. Kiedy cię w końcu znajdą pomyślą, że po pijanemu popełniłeś samobójstwo. Być może z powodu depresji. Poza tym oficjalnie ja nie mam żadnego motywu do popełnienia morderstwa, a stałam pod blokiem, bo popsuł mi się samochód i poprosiłam cię o pomoc w naprawie. Zresztą to nieważne – ostatnie pytanie: czy możesz cofnąć klątwę?
– Dobrze cofam: czary mary cofam klątwę, która z głupoty napisałem w mailu do pani Iwony Knapik. Klątwę uważam za niebyłą, tak mi dopomóż Bóg i wszyscy święci, amen. Wystarczy czy jeszcze coś dopowiedzieć? – Przez chwilę zastanawiała się jak to wykonać. Gałęzie były za wysoko, a nawet gdyby poprowadzić go pod inne drzewo, to przecież nie zdoła go podciągnąć do góry. Po chwili wahania zdecydowała się na zadzierzgnięcie.
– Wystarczy. Jednak ci nie wierzę. – Głos jej stwardniał. Mówiąc podeszła do Labidy założyła mu pętlę i obwiązała dookoła pnia sosny, mocno dociskając. Twarz mu poczerwieniała i zaczął się dusić. Poczekała aż straci przytomność rozcięła i zdjęła taśmę z rąk i nóg. Postawiła obok niedopitą butelkę wódki i posprzątała fragmenty taśmy klejącej. Jeszcze raz przejrzała otoczenie czy pozostało nic kompromitującego. Gdy odjeżdżała Labida jeszcze rzęził.

Była już na szosie, gdy jej komórka złapała zasięg i zapikała dwa razy. Nie zatrzymując się otworzyła pierwszego esemesa. Mąż pisał, że wyjaśniła się sprawa tej kradzieży, w rezultacie przywrócono go do pracy, a dyrektor osobiście gorąco go przeprosił. Ponadto adwokat proponuje założyć sprawę o odszkodowanie. Zatrzymała auto na poboczu i otworzyła drugą wiadomość. Syn pisał, że jutro wychodzi ze szpitala, bo już wszystko dobrze. Odetchnęła z ulgą i rozpłakała się. Po chwili otarła łzy i ruszyła dalej.

Labida tracąc przytomność osunął się i sznur z szyi przesunął się na żuchwę zwalniając ucisk żył, co dało możliwość powrotu krążenia krwi. Co prawda słabego, ale wystarczającego, żeby świadomość powróciła. Pierwszą czynnością po odzyskaniu przytomności, wykaszleniu się i uspokojeniu oddechu, było dopicie reszty wódki i zapalenie papierosa. Gdy wyszedł z lasu na asfalt dłuższą chwilę zastanawiał się, w która stronę do miasta. Wreszcie ruszył tam, gdzie było jaśniej, słusznie dedukując, że jasność spowodowały miejskie światła. Mijały go samochody, ale żaden się nie zatrzymał. Jednak po półgodzinie doszedł do rogatek. Mijając nocny sklep postanowił kupić kilka piw i wtedy zorientował się, że nie ma portmonetki. Stojąc przed wystawą przeglądał kieszenie i usiłował sobie przypomnieć, czy wychodząc z domu ją zabrał. A może zabrała mu ją ta Knapik albo zgubił dusząc się pod sosną. Był wściekły, nie dość, że ledwo uciekł śmierci z pod kosy, to nawet piwa nie może się napić. Przekleństwo zakipiało mu na ustach wściekłe i jadowite, wykrzyczane pełnym głosem przed sklepem monopolowym o godzinie 6 rano.
– A żebyś zdechła diabłu na rogach suko. – Przed jego blokiem stał wóz straży pożarnej. Okna w jego mieszkaniu były powybijane i okopcone. Strażacy zwijali węże.
– No tak, wychodząc zostawiłem czajnik na gazie. – Wyszeptał zrezygnowany. Mieszkanie było ubezpieczone, ale przyrzekł sobie, że nie będzie się handryczył z firmą ubezpieczeniową.
– A niech tam – wezmę ile dadzą – bandyci.

Widlak zepsuł się tuż przed zakrętem. Operator świadomy w jak niebezpiecznym miejscu stoi jego sprzęt szybko wyskoczył, żeby sprawdzić przyczynę awarii i właśnie wtedy nadjechał ten samochód. Ledwie zdążył uskoczyć ratując się od niechybnej śmierci. Widły maszyny przebiły przednią szybę auta i samochód zawisł jak nabity na rożen. Kierującej kobiecie jedna z ostróg wbiła się w środek piersi na wysokości serca. Kiedy operator widlaka otworzył drzwi auta zobaczył jej szeroko otwarte oczy i usłyszał wyszeptane słowa:
– A jednak klątwa wróciła…