Spółki Miejskie

Czarownica

Dodaj komentarz

Stanisław Ryczek

John William Waterhouse – Krąg Magiczny

Monika po przyjeździe do domu stwierdziła, że ją okradli. Po trzecim obszukaniu wszystkich kieszeni i wysypaniu zawartości torebki na stół portfelik się nie odnalazł.

– No kurczę, a żeby to szlag trafił – krzyknęła w nerwach – to już drugi raz w tym roku, co za banda złodziei tu grasuje. – Stwierdziła brak gotówki, na szczęście nie było tego dużo, może ze sto dwadzieścia złotych z groszami. Gorzej, że zginęła też karta płatnicza, szczęściem nie miała przy sobie dowodu osobistego. Odpaliła laptopa i weszła na stronę swojego banku. No tak jak przypuszczała już dokonano zakupów za 49 złotych, czyli tyle na ile pozwala transakcja zbliżeniowa, zakupów dokonano bez wbijania PIN-u, bo przecież złodziej go nie znał. Zablokowanie karty zajęło jej kilka następnych sekund. – Nie zdąży się nachapać kanalia – pomyślała z satysfakcją. Po zaparzeniu mocnej herbaty i uporządkowaniu rozrzuconych rzeczy, okropnie nie lubiła bałaganu, pomyślała, że jednak dobrze byłoby wiedzieć kto właściwie ją okradł. Postanowiła zrobić retrospekcję ostatnich godzin spędzonych na zakupach. Popijając gorący napar drobnymi łyczkami zamyśliła się patrząc bezmyślnie w stojącą na stole szklaną kulę, kupioną tydzień temu na bazarze. W gładkim szkle uwięzione było kilka pęcherzyków powietrza, przedmiot właściwie do niczego niepotrzebny, ale urzekł dziewczynę swą tajemniczością, że postanowiła go kupić. Przypominała sobie, że po skończonej pracy wzięła jak zwykle gorący prysznic, żeby zmyć te wszystkie fabryczne smrody. Łaźnia jest co prawda wspólna, ale dzisiaj było tylko cztery dziewczyny, w pracy nigdy jeszcze kradzież się nie zdarzyła. Zresztą po wyjściu z zakładu robiła przecież zakupy więc portfel jeszcze miała.

Zaraz jak to było – przechodziła obok tego nowego sklepu obuwniczego. Zatrzymała się przed wystawą, nawet ładny towar mieli, zainteresowały ją szczególnie czerwone pantofelki na ładnej szpilce – fajne na imprezę – pomyślała. Jednak do wewnątrz nie weszła, miała jeszcze zakupy w spożywczym, a poza tym trzeba poczekać na wypłatę, wtedy można będzie trochę zaszaleć. Potem była chwilę na poczcie odebrać przesyłkę. I market, tam ostatni raz miała w rękach portfel. Mruży oczy, żeby przypomnieć sobie sytuację przy kasie. Widzi jak ekspedientka przesuwa kolejne artykuły przed laserowym czytnikiem, a ona żeby nie tracić czasu pakuje zakupy do reklamówki. Następnie wkłada kartę do czytnika i wystukuje PIN, wyciąga i chowa kartę i paragon do portfela a portfel do kieszeni płaszcza. Kuca, żeby podnieść pudełeczko tic-tac-ów, które właśnie upadło i teraz dokładnie widzi jak portfel wysuwa się z kieszeni. W tym czasie, gdy prostuje się, żeby wziąć torbę z pulpitu obok kasy, ktoś stawia koszyk na jej portfelu. Próbuje zobaczyć tą osobę, jednak widzi tylko zamazaną postać młodej brunetki w zielonym prochowcu. Dalej widzi siebie jak odchodzi do wyjścia, kasa i brunetka znikają jej z oczu. Więc to ta babka znalazła jej portfel – zamyśla się czy zdołałaby ją rozpoznać.

Dopiero po chwili dociera do niej, że tą scenę widziała z boku jakby była odtworzona w telewizji. Cały czas patrzyła na szklaną kulę – czy to możliwe, żeby to w niej zobaczyła ten film? Czy działo się to tylko w jej głowie? Skupia całą uwagę, żeby cofnąć się z powrotem do brunetki w zielonym płaszczu. Dopiero, gdy kieruje wzrok na szklaną kulę widzi obraz. Niezbyt wyraźny co prawda, ale widzi jak dziewczyna wsiada na rower i wyjeżdża w stronę peryferyjnej dzielnicy miasta. Stawia rower przed starym domem, ściany z muru pruskiego… i na tym relacja się urywa. Ale Monika już wie, gdzie szukać swojej własności.

Zaparkowała kilkadziesiąt metrów od celu swojej podróży. W jednej kieszeni kurtki ma gaz pieprzowy, a w drugiej paralizator kupiony w internecie. Przy drzwiach nie ma dzwonka ani nawet kołatki, więc początkowo puka, a po kilku minutach tłucze w drzwi pięścią. W końcu słyszy jakieś szuranie i wreszcie w drzwiach staje jakaś starowinka. Kobietę oślepia słońce, więc osłania oczy dłonią. Monika stwierdza, że babcia tak samo jak jej dom jest na ostatniej prostej i zarówno jedno, jak i drugie czeka w niedługim czasie ten sam ostateczny los.

Widok elegancko ubranej młodej kobiety zaskoczył staruchę. Otaksowawszy ją od góry do dołu stwierdziła, że być może to jakaś urzędniczka, więc postanowiła być miła.

– Czego pani sobie życzy – wyszczerzyła szczerbate dziąsła.
– Przyszłam po swoją własność – twardo zaczęła Monika. Uśmiech starej zmienił się w grymas.
– Swojej własności to niech paniusia szuka gdzie indziej, bo tu jej nie znajdzie. A tak mniej więcej, to, o co w ogóle się rozchodzi?
– Rozchodzi się o mój portfel, który pani córka znalazła w markecie. Brunetka w zielonym płaszczu to jak rozumiem pani córka?
– Moja córka to nie wiadomo gdzie się obraca. Nie widziałam jej od piętnastu lat. Może chodzi pani o Krysię. – No tak, stara miała na oko osiemdziesiąt lat, a kobieta w zielonym płaszczu około trzydziestu, więc to nie to pokolenie. Jasne, że to nie mogła być córka, ale raczej wnuczka.
– Tak chodzi mi o Krysię, gdzie ją znajdę.
– Krysia w dni parzyste nie przyjmuje. Proszę przyjść jutro.
– Jak to nie przyjmuje, przecież nie chodzi mi o jakieś przyjęcie tylko o portfel, który wypadł mi w markecie, a który znalazła pani Krysia.
– No właśnie przecież mówię, wróżka Krysia pomaga również w sprawach rzeczy zagubionych, więc zapraszam jutro od godziny dziesiątej rano do 18 wieczorem. – po wygłoszeniu wyuczonej formułki starucha zatrzasnęła drzwi i nie pozostawało nic innego, jak tylko zastosować się do jej porady.

Po przyjściu do mieszkania Monika odpaliła komputer i wpisała w wyszukiwarkę hasło „wróżka Krystyna”. Oczywiście wyskoczyło kilkadziesiąt różnych wróżek w tym kilkanaście Krystyn, jednak nie znalazła wśród nich tej zamieszkałej w swoim mieście. Po chwili przypomniała sobie, że wychodząc na drogę zauważyła wiszącą na zdezelowanym płocie tabliczkę informującą, że wróżka Krysia przyjmuje w dni parzyste w godzinach takich a takich. Wklepała więc kolejne hasło „wróżka Krysia”. Tym razem pojawiła się ta, której szukała. Niestety nie było zdjęcia tylko zakres świadczonych usług. Ale nic niezwykłego: wróżenie z kart tarota, horoskop miesięczny i roczny, chiromancja, doradztwo miłosne.

– Aha, więc tym się zajmuje czarodziejka, co korzysta z mojej karty płatniczej i pewnie myślała, że jej nie znajdę, no to jutro ja jej postawię wróżbę – pomyślała z jadowitą satysfakcją.

*

W obleśnym pokoju – poczekalni – z brudnymi i zapajęczonymi ścianami siedziała starsza kobieta z dzieckiem. Chłopczyk, może dwuletni, bawił się bąkiem na brudnej podłodze. Monika pomyślała, że to przesada, żeby puszczać dziecko w taki brud. Ale spojrzawszy na opiekunkę dziecka i jej nieobecny wzrok stwierdziła, że kobietę gnębią sprawy o wiele ważniejsze, niż brudna podłoga. Po chwili wpatrywania się w jej twarz była pewna, że chłopiec nie jest jej dzieckiem, ani nawet krewnym i jest on dla niej ciężarem. Spojrzawszy na dziecko pomyślała, że ten mały jest półsierotą, bo zmarła mu matka, a ojciec jest za granicą. Pod drugą ścianą siedział facet w średnim wieku i czytał gazetę. Monika była pewna, że tylko udaje czytanie, zbyt często zezował na drzwi, z poza których przebijały się głosy osób tam rozmawiających. Gość ewidentnie nie przyszedł tu w swojej sprawie i sprawiał wrażenie albo tajniaka albo urzędnika. Jeszcze kilka obserwacji poczyniła zanim drzwi się otwarły i wyszedł z nich garbus. Facet miał może metr dwadzieścia wzrostu, ale ubrany był w garnitur szyty na miarę, no a jakże inaczej – gdzieżby taki kupił, kremową koszulę i krawat, a na dodatek miał hiszpańską bródkę. Chustka, którą trzymał przy oczach była mokra od łez. Na nikogo nie spojrzał tylko skierował się wprost do wyjścia. Monika ruszyła do pokoju wróżbitki, nie myślała czekać w kolejce, w końcu nie była petentką tylko przyszła po swoją portmonetkę.

Tak jak przewidywała pomieszczenie było odpowiednio zaaranżowane, żeby spotęgować nastrój tajemniczości. Okna zasłonięte ciężkimi kotarami, stół nakryty czarnym pluszowym materiałem, na stole nocna lampka rozjaśniała nieco pomieszczenie. Monika nie była pewna czy osoba siedząca za stołem jest tą, którą widziała w swojej kuli. Było po prostu za ciemno, żeby cokolwiek zobaczyć. Dopiero po dojściu do samego stołu stwierdziła, że to jednak ona.

– Proszę o oddanie mojego portfelika, który znalazła pani dwa dni temu w markecie – zażądała twardo.
– A skąd pani wie, że to ja go znalazłam? – Zdziwiła się wróżka.
– Nieważne skąd wiem. Portfel ma być zwrócony wraz z brakującą kwotą, która zniknęła z mojej karty płatniczej i to natychmiast, chyba, że chce pani mieć do czynienia z policją. – Na takie postawienie sprawy wróżka Krysia nie znalazła żadnej riposty. Z przyległego pomieszczenia przyniosła portfel Moniki oraz wyjęła ze swojej torebki banknot pięćdziesięciozłotowy i wręczywszy właścicielce z przepraszającym uśmiechem powiedziała:
– Proszę przejrzeć czy wszystko jest i żeby pani o mnie źle nie myślała, że użyłam pani karty, po prostu zabrakło mi pieniędzy a te czerwone buciki tak bardzo mi się spodobały, że nie mogłam ich nie kupić. W portmonetce jest cała kwota sto dwadzieścia osiem złotych i czterdzieści pięć groszy oraz pięćdziesiąt złotych, którymi zapłaciłam z pani karty. – Monika stwierdziła, że wszystko się zgadza i już wychodząc zobaczyła przy drzwiach koszyczek, w którym leżało kilka banknotów dwudziestozłotowych i jeden pięćdziesięciozłotowy.
– Acha, jeżeli nie ma pani kasy fiskalnej to proszę pieniądze schować, bo facet siedzący w poczekalni to prawdopodobnie kontroler z urzędu skarbowego, więc może mieć pani kłopoty.

*

Wróżce Krysi ostatnimi czasy interesy szły słabo. Ludzi przychodziło coraz mniej, rzadko sprawdzały się jej diagnozy. Jeszcze tarot i horoskopy jakoś tam wychodziły, zresztą były tak skonstruowane, że musiały wyjść, ale myliła się co do charakterystyki klientów i w związku z tym jej porady bywały albo zbyt ogólnikowe albo całkowicie bez sensu. A przecież rozpoczynając swoją działalność miała dar przepowiadania przyszłości i jakoś nie wiadomo dlaczego, może nie całkiem go zatraciła, ale intuicja często ją zawodziła. Dlatego po wizycie Moniki stwierdziła, że ta dziewczyna bardzo byłaby jej pomocna. Spółka z osobą, która potrafi rozpoznać kontrolera z fiskusa albo wyśledzić, kto jest w posiadaniu jej portfela byłaby nieocenioną pomocą. Pozostaje tylko odnaleźć ją, co w niewielkim mieście nie będzie chyba trudne, oraz namówić do współpracy i tutaj spodziewała się, że może być niełatwo. Jednak wierząc w swoją moc przekonywania była dobrej myśli, już planowała jak się do tej sprawy zabrać.

*

Monika była bardzo zdziwiona, gdy zobaczyła w drzwiach swego mieszkania uśmiechniętą wróżkę Krysię. Bez entuzjazmu, ale jednak zaprosiła ją do środka. Krysia bez słowa postawiła na stole butelkę czerwonego wina Cabernet Sauvignon rocznik 2010 i poprosiła o kieliszki.

– Przyszłam, żeby jeszcze raz panią przeprosić i definitywnie zakopać topór wojenny – zagaiła gdy usiadły przy stole. A ponieważ Monika nie miała nic przeciw temu, więc przy trzecim kieliszku już były po imieniu. Świetne wino zawsze rozwiązuje języki i zbliża ludzi. Krysia dobrze o tym wiedziała inwestując ponad stówkę w kalifornijski trunek. Po godzinie wiedziała już o Monice na tyle dużo, że zaproponowała jej spółkę, na razie nieformalną, a kiedy obie będą zadowolone ze współpracy wtedy założą oficjalną spółkę potwierdzoną notarialnie. Na tej konkluzji skończył się ten babski wieczór. Nazajutrz Monika niekoniecznie była zadowolona z tej umowy i nawet kombinowała, jakby się z niej wycofać. Po pracy postanowiła odwiedzić Krysię i odwołać wczorajszą deklarację. I zapewne zrobiłaby to, gdyby nie pewna rozmowa. Otóż kolega Jacek z jej brygady zwierzył się z kłopotu, który mógł zaważyć na jego dalszym życiu. Mianowicie podejrzewał żonę, że zdradziła go będąc na kuracji w sanatorium, ale ponieważ nie był tego pewien na sto procent, nie wiedział jak postąpić. Bo przecież, jeżeli żona jest niewinna, jego podejrzenia mogą narobić wiele złego w jeszcze młodym małżeństwie. Monika, po dokładnym wypytaniu na czym opiera swe podejrzenia, stwierdziła, że pomóc mu może tylko osoba kompetentna i poleciła, by poradził się wróżki. Jednocześnie zaproponowała, że zaprowadzi go do takiej, która znajdzie wyjście z tej trudnej sytuacji. Kolega opierał się przed taką niekonwencjonalną pomocą, ale odpowiednio zachęcony zgodził się zaryzykować. W końcu, jak się wyraził, nie musi stosować się do jej rad, jednocześnie poprosił Monikę o zachowanie tajemnicy, bo gdyby koledzy dowiedzieli się, że chodzi do wróżki, to oczywiście podśmiechujki kolegów nie ominęłyby go.

*

Wróżka zaskoczyła Jacka tak drobiazgowymi informacjami, że choć sceptycznie nastawiony, musiał uwierzyć w jej słowa. Przecież ona wiedziała nie tylko w jakim sanatorium była jego żona Maria, ale znała dodatkowo numer jej pokoju, a nawet wiedziała, że jest farbowaną blondynką. Potwierdziła jej niewinność i poleciła przeprosić ją za niesłuszne podejrzenia najlepiej z dużym bukietem kwiatów. Jackowi kamień spadł z serca, więc jeszcze tego samego dnia przepraszając małżonkę zwierzył się ze swojej małostkowości i niewiary w jej wierność. Wiadomości te wróżka Krysia otrzymała oczywiście od Moniki, która tuż przed wizytą Jacka wprowadzona bocznym wejściem przez babcie Jadzię, nawiasem mówiąc wcale nie była krewną Krysi, zrelacjonowała całą sytuację. Różnica między jej relacją, a wróżbą przekazaną Jackowi, była taka, że Monika była przekonana o słuszności podejrzeń Jacka.

Po wyjściu ostatniego petenta a raczej petentki, Monika nie omieszkała wypomnieć Krysi jej kłamstwa. Krysia odpowiedziała jej krótko:

– Po pierwsze nie jesteś duchem świętym, żeby wiedzieć jak tam było naprawdę. A po drugie czy byłabyś zadowolona z rozpadu tego małżeństwa tylko dlatego, że jego żona być może nawiązała krótki niezobowiązujący romans? – Monika nie podjęła polemiki, ale przyznała jej w myślach rację.

*

Współpraca kobiet polegała właśnie na tym, że Monika jeszcze przed wejściem petenta dawała znać Krysi z kim będzie rozmawiać. Często wystarczyła jej sama obserwacja w poczekalni jednak czasem potrzebna była rozmowa, żeby wyciągnąć jakieś informacje, które odpowiednio przedstawione przez wróżkę uwiarygodniały ją w oczach klienta. Często mógł być to zupełny drobiazg, na przykład, że dana osoba dwa lata temu złamała nogę lub przeszła operację żołądka i dlatego musi stosować odpowiednią dietę. Takie wiadomości zawsze szokowały i podnosiły wartość wróżki niemal do jasnowidzącej, a tym samym wartość samej wróżby czy porady.

Wkrótce Krysia tak przyzwyczaiła się do pomocy Moniki, że postanowiła dostosować godziny przyjęć do jej grafiku w fabryce. Więc kiedy Monika miała pierwsze zmiany Krysia przyjmowała po południu. A rano przyjmowała, kiedy Monika miała drugie zmiany. Monika wymusiła też, aby poczekalnia była uczciwie sprzątana. Zadbała też o jej wyposażenie: dywan z bazaru, stolik gazetowy i wygodne foteliki nie nadwyrężyły zbytnio budżetu firmy. Dodatkowo wymogła zakup bezprzewodowego sprzętu elektronicznego do porozumiewania się, czyli miniaturowe mikrofony słuchawki, a nawet dwie kamery, które dawały obraz poczekalni i pobliskiego parkingu. Zażądała też, żeby atelier wróżki było należycie oświetlone. Zadbała, żeby można było obserwować klientów na każdym etapie, począwszy od parkingu, jakimi samochodami przyjeżdżali lub kto ich przywoził, przez zachowanie w poczekalni i w końcu w samym pokoju wróżki.

Firma zaczęła lepiej prosperować i w rezultacie przynosić uczciwe zyski. Monika obliczyła, że ze spółki wróżbiarskiej ma więcej, niż z pracy w fabryce. Jednak na razie postanowiła działać na dwa fronty, chociaż było jej ciężko, a brak czasu dla siebie dawał się solidnie we znaki. Doszło nawet do tego, że nie miała czasu pójść do fryzjera, a nawet zjeść w spokoju obiadu. O spotkaniach towarzyskich musiała zapomnieć. Jedynie niedziela pozostawała jej do odpoczynku. Odsypiała wtedy zmęczenie. Nie zaniedbywała nauki w sprawach dotyczących jej nowego zawodu czyli wróżbiarstwa i przepowiadania przyszłości. Chociaż właściwie było to domeną Krysi, jednak wiedząc, że będzie zmuszona zakończyć w końcu pracę w fabryce, przecież na dłuższy czas nie wytrzyma czternastogodzinnego dnia pracy, dlatego chciała być gotowa, by sprostać nowemu zadaniu – zostania jasnowidzącą.

Mimo, że Krysia nauczyła ją posługiwania się kartami tarota, tudzież kartami zwykłymi, jednak chiromancja, czyli wróżenie z ręki, nawet dla Krysi stanowiła zagadkę. Przeglądała więc Monika internet w celu podszkolenia się w tej dziedzinie. Jedynie czytanie ze szklanej kuli wychodziło jej nieźle, chociaż Krysia do tej sztuki odnosiła się sceptycznie i wolała postawić kabałę, niż improwizować wróżby ze szklanej kuli. Po prostu nie wierzyła w skuteczność tej metody. Nie mając tej umiejętności nie wierzyła Monice, że potrafi skutecznie przewidzieć przyszłość. I tu miała rację, Monika w swojej kuli widziała nie przyszłość, lecz przeszłość.

*

Zaczęła się zima wyjątkowo śnieżna i mroźna w tym roku. Już na zaduszki spadł śnieg i zaczęły się solidne przymrozki. Na początku grudnia, gdy w nocy popadał deszcz na zamarzniętą ziemię, zrobiła się straszna „szklanka” i pech chciał, że Krysia złamała nogę i została uziemiona na dwa miesiące, bo strzeliła kość udowa, a to nie przelewki i musiała zostać w łóżku. Dziewczyny uradziły, że Monika zastąpi Krysię przez tydzień, bo tyle jeszcze miała urlopu, a później wywiesi kartkę, że z powodu choroby wróżki będzie nieczynne do odwołania. Ustaliły też, że gdyby sobie nie radziła, to interes zamknie wcześniej.

W pierwszym dniu samodzielnej pracy miała tylko sześciu petentów. Postawiła cztery kabały, jeden horoskop i poradę w sprawie miłosnej. Nie napracowała się w tym dniu. Jednak już nazajutrz zaczęło się istne wariactwo. Z samego rana wpadła kobieta poszukująca swojej córki. Monika nie mogła jej pomóc, gdyż nie miała żadnego punktu zaczepienia. Kobieta musiała przynieść fotografię dziewczyny i jakąś rzecz należącą do niej – najlepiej taką, którą ostatnio używała. Matka przyniosła legitymację szkolną ze zdjęciem i plecak szkolny. Monika przejrzała trzy zeszyty dziewczyny, piórnik, zajrzała do książek, przypatrzyła się ładnej buzi czternastolatki i orzekła, że dziewczynka żyje i trzeba zaczekać kilka dni, to sama wróci. Matka była niezadowolona, oczekiwała, że Monika wskaże miejsce pobytu dziewczyny. Wyszła wściekła i za godzinę zjawiła się z dwójką policjantów. Policjant usiadł przy drzwiach, a policjantka z matką zażądały bardziej precyzyjnych informacji. Monika poczuła się osaczona takim obrotem sprawy. Tym bardziej, że matka nastolatki była bardzo agresywna i niemal oskarżała Monikę o współudział w porwaniu córki. Oświadczyła więc, że pod groźbą szantażu pracować nie ma zamiaru. Policjantka załagodziła powstałą sytuację stwierdzeniem, że o żadnym szantażu nie może być mowy i oczekują od niej pomocy w poszukiwaniu dziecka, więc jeżeli jest to w jej mocy policja prosi o bliższe wskazówki, pomocne w poszukiwaniach. Monika poprosiła policjanta o wyjście do poczekalni, a kobiety o uciszenie się, maksymalne skupienie i nie przeszkadzanie. Wyszła do bokówki, która spełniała rolę kuchenki. Tam zaparzyła herbatę, ale tylko dla siebie, z apteczki wyjęła niewielką buteleczkę, z której dolała do naparu kilka kropli czerwonej mikstury. Następnie przy maleńkim stoliku spokojnie raczyła się napitkiem regularnie oddychając. Wyszła do atelier dopiero, gdy osiągnęła maksymalne wyciszenie umysłu i uspokojenie emocji. Jeszcze raz poprosiła o zdjęcie zaginionej dziewczyny, które umieściła pod szklaną kulą. Pocierając opuszkami palców skronie wpatrywała się w kulę usiłując się skupić. Po około dziesięciu minutach zaczęła mówić.

– Widzę Magdę Pocieszko jak wsiada do pociągu z mężczyzną. Widać, że są parą, ale nie wzbudzają większego zainteresowania podróżnych, może dlatego, że dziewczyna wygląda na znacznie starszą, niż jest w rzeczywistości. Wchodzą do hotelu w dużym mieście, znikają w windzie. Magda jest naiwna, żyje chwilą i nie myśli o jutrze. Jest odurzona miłością, ale to będzie krótkotrwałe, już za kilka dni wróci do domu. Nic więcej nie mogę powiedzieć, dodam tylko, że w pociągu zostawiła rękawiczki wełniane w paski, stanowiły one komplet z czapką. Czapkę ma nadal.
– Proszę opisać tego faceta – policjantka skrzętnie notuje wszystko, co mówi wróżka.
– Niestety nie widzę jego twarzy. Ubrany jest w szarą kurtkę z kapturem. Monika oddaje zdjęcie dziewczyny i wstaje od stołu, wróżba jest skończona. W notatniku policjantki pozostaje wiele znaków zapytania, najważniejsze to: do jakiego miasta dojechała Magda ze swoim adoratorem, w jakim hotelu się zatrzymali i oczywiście kim jest mężczyzna, z którym uciekła nastolatka.

*

Gdy po dwóch miesiącach Monika została aresztowana Krysia jeszcze niezbyt dobrze się czuła i ciągle musiała używać laski. Jednak ani chwili nie wahała się z pomocą dla wspólniczki. Jeszcze w tym samym dniu zawiozła do aresztu przygotowaną paczkę żywnościową. Przy okazji przekazania przesyłki domagała się widzenia, jednak nie otrzymała na nie zgody. Gdy nazajutrz dotarła do prokuratora prowadzącego tę sprawę dowiedziała się, że sąd na jego wniosek wydał decyzję o tymczasowym aresztowaniu, na razie na trzy miesiące. Pod zarzutem współudziału w porwaniu i morderstwie czternastolatki Magdaleny Pocieszko. Dodatkowo urzędnik napomknął, że głównym oskarżonym jest kuzyn Moniki niejaki Andrzej Walasek. Krysia zaś zostanie w swoim czasie wezwana w charakterze świadka.

*

Monika była załamana. Już trzeci tydzień siedziała na tak zwanym dołku w areszcie policyjnym. Po wręczeniu sankcji prokuratorskiej świat jakby o niej zapomniał. Nie miała żadnych rzeczy osobistych. Jedynie ręcznik, szczoteczkę i pastę do zębów, zabrała te rzeczy, bo zasugerował jej to policjant, który ją aresztował. Nic nie mogła kupić w ramach „wypiski”, bo nie miała pieniędzy na więziennym koncie. Te kilkanaście złotych, z którymi została aresztowana wydała na środki higieny jeszcze zanim przekroczyła bramę aresztu. Po prostu poprosiła policjantkę ją eskortującą, aby kupiła jej podpaski i kostkę mydła przeciwbakteryjnego. Czuła żal do swojej wspólniczki, że zapomniała o niej i nawet listu nie przyśle, nie mówiąc już o paczce. Po ohydnym więziennym jedzeniu miała kłopoty gastryczne: zgagę, gazy, refluks… jednak najbardziej bolało ją, że wszyscy zapomnieli o jej istnieniu. Na te bolączki nawet nie mogła nikomu się wyżalić, bo przez ten cały czas była w celi sama. Po początkowych kilku przesłuchaniach śledczy też jakby zapomnieli o niej. Napisała już pisma wyjaśniające do prokuratora, do sądu a nawet do rzecznika praw obywatelskich i wszystko na nic, żadnego odzewu znikąd.

*

Biuro prokuratora Jeremiasza Bilika tonęło w blasku słonecznym. Aresztantka mrużyła oczy nienawykłe do światła. Prokurator wiedział w jakich warunkach jest przetrzymywana, zresztą sam je zalecił, aby skruszyć ją i skłonić do przyznania się do winy. Serdeczny uśmiech nie schodził mu z twarzy. Jego wyuczony głos był pełen współczucia. Widział, że jego strategia przyniosła pozytywny efekt. Kobieta była rozczochrana (grzebień też jej odebrali), niestarannie umyta, w wymiętej garderobie grobowa mina świadczyła o kompletnym załamaniu delikwentki.

– Dzień dobry pani Moniko. Och co za ponura mina. Proszę usiąść napije się pani kawy czy herbaty?
– Proszę o herbatę – jej głos był słaby i bezbarwny.
– Zaraz każę przygotować. A w międzyczasie odpowie pani na kilka prostych pytań i obiecuję, że po przesłuchaniu wystąpię do sądu o uchylenie aresztu. Wie pani, ja nie mogę patrzeć na pani męczarnie. Zresztą już dość się pani wysiedziała. Proszę opowiedzieć o umowie jaką zawarła pani ze swoim kuzynem Andrzejem Walaskiem.
– Już mówiłam, że żadnej umowy z nim nie zawierałam. A w ogóle ostatni raz widziałam go może dwa lata temu.
– No wie pani, mam tu zeznania pani kuzyna, który mówi całkiem inaczej. Zaraz je pani odczytam. – Z wyjętej teczki wygrzebał kartkę z odręcznym pismem i zaczął czytać: „… z moją kuzynką Moniką zajmującą się wróżbiarstwem umówiliśmy się, że w razie gdyby wyżej wymieniona sprawa porwania nastolatki dotarła do niej, to ona skieruje ją na ślepy tor. Obiecałem jej za to podzielić się zyskiem, gdyż Magdalena miała zabrać z domu pieniądze i kosztowności swoich rodziców. O ile wiem, Monika wywiązała się z umowy…”
– Ależ to jakaś bzdura, nigdy takiej umowy między nami nie było – gorąco zaprzeczyła.
– Ale gdy dziewczynka poprosiła o postawienie wróżby, nakłoniła ją pani do związku ze swoim kuzynem.
– Jak to, przecież wróżeniem zajmowałam się tylko od kiedy Krysia złamała nogę. I żadnej nastolatce nie wróżyłam w tym czasie.
– Pani Moniko może panią pamięć zawodzi, proszę dobrze się zastanowić, bo zmuszony będę odczytać zeznania pani wspólniczki wróżki Krysi.
– Proszę odczytać – zrezygnowana odrzekła. Przez chwilę wertował papiery, aż znalazł potrzebny protokół i zaczął:
– „… czasem gdy nie mogłam z jakiegoś powodu wróżyć zastępowała mnie Monika i chociaż nie do końca pojęła wszystkie arkana tej trudnej sztuki, robiła to z dużym powodzeniem. Więc nie miałam do jej pracy żadnych zastrzeżeń… ”
– Ależ to nie tak, nigdy przedtem nie zastępowałam Krysi. Owszem pomagałam jej w rozpoznaniu spraw petentów, ale wróżeniem zajmowała się wyłącznie ona.
– Jednak przy denatce znaleziono horoskop z waszej firmy, więc któraś z pań musiała z nią rozmawiać, a pani Krysia zaprzecza, żeby kiedykolwiek spotkała tą dziewczynę.
– Nie wiem od kogo dostała horoskop, ale nie ode mnie.
– Czy pani w ciągu ostatnich kilku miesięcy zmieniła kolor włosów?
– Jestem naturalną blondynką i nie farbuję włosów. Dlaczego pan pyta?
– Otóż, widzi pani, dziewczyna to znaczy Magdalena Pocieszko, prowadziła pamiętnik w internecie, tak zwany blog i właśnie w nim pod datą 23 października napisała: „Byłam dziś u wróżki (myślałam, że wszystkie wróżki są stare i brzydkie) tymczasem była to sympatyczna blondynka całkiem jeszcze młoda. Dała mi horoskop i przepowiedziała wielką miłość z ciemnym brunetem …” Co pani na to?
– Nie wiem, może była u innej wróżki, albo w innym mieście. – Monika miała zbolały głos.
– Sprawdziliśmy wszystkie wróżki w okolicy czterdziestu kilometrów. Jest ich trzy, wszystkie są stare dwie z nich są siwe, a jedna zafarbowana na czarno.
– Ja już nic nie wiem. Nie mam nic wspólnego z tą sprawą. Nigdy nie widziałam tej dziewczyny. – Monika ukryła twarz w dłoniach.
– No cóż w tym wypadku nie będę mógł wystąpić o zwolnienie pani z aresztu. – prokurator zatrzasnął skoroszyt i nacisnął guzik pod blatem biurka dając znak strażnikowi, że przesłuchanie skończone. Obiecana herbata do Moniki nie dotarła…

*

Alfons Boni, komendant wojewódzkiej komendy policji rozmawiał w poufnej sprawie z kapitanem Adolfem Lewandowskim, szefem aresztu przy komendzie wojewódzkiej. A w zasadzie powtarzał dyspozycje, które oczywiście nieformalnie otrzymał od sędziego Brunona Szechtera, u którego gościł dwa dni temu na herbatce. Oczywiście herbatki w męskim gronie (był jeszcze prokurator Bilik) nikt nie pił, ale kac nazajutrz był solidny.

– Tak więc kapitanie dobrze byłoby zaaranżować takie warunki, żeby aresztantka solidnie je odczuła. Wie pan, to twarda sztuka, niby wróżka, ale dostaliśmy cynk, że posiada zdolności paranormalne: potrafi przemieszczać przedmioty, hipnotyzować i być może ma zdolność bilokacji. Czyli znajdować się w dwóch miejscach jednocześnie. Aby temu zaradzić musimy osłabić ją fizycznie, ale przede wszystkim zadziałać destruktywnie na jej psyche.
– Jakie środki mamy przedsięwziąć, aby czegoś nie wykręciła – kapitan nie ukrywał, że jeszcze się nie spotkał z takim aresztantem a właściwie aresztantką. – Przecież jeżeli to prawda, to baba z takimi zdolnościami może nam areszt na lewą stronę wywrócić.
– Po pierwsze zapewnić wszelkie niedogodności. Jedzenie najmniej kaloryczne i najgorsze w smaku, jakieś zlewki czy coś. Zabrać do depozytu wszystkie jej rzeczy, nawet te dozwolone regulaminem. Żadnych odwiedzin, listów, paczek. No i oczywiście odsiadka w pojedynkę. Spacer co drugi dzień, jak najkrótszy i nakazać funkcjonariuszom ograniczenie kontaktów do absolutnego minimum. Czy mamy jakąś celę nieogrzewaną i nieskanalizowaną, wie pan taką jak za komuny?
– Zdaje się, że w magazynie koców, dawniej była tam cela-pojedynka, na parterze nie założono kanalizy, bo coś tam kolidowało – nie było odpowiedniego spadku czy jakaś inna przyczyna. Dość, że jest tylko ubikacja, a nie ma kranu ani zlewu. Jeśli chodzi o ogrzewanie, to nie sprawdzałem, ale pamiętam, że kaloryferów też tam nie wymieniono, ale w tym przypadku chodziło o oszczędność, więc pozostały te jeszcze przedwojenne – zakamienione – ciepła z nich niewiele.

– Bardzo dobrze chociaż szkoda, że nie w piwnicy, ale i na to jest sposób. Proszę polecić, aby szyby w oknie zasmarowano jakimś wapnem. I proszę się niczym nie przejmować, nawet jak baba wytoczy nam kiedyś sprawę za uciążliwości w odbywaniu kary, sąd jest po naszej stronie – mamy zapewnienie sędziego Szechtera. Aha, bym zapomniał – wodę do mycia wydawać jak na lekarstwo – może pół wiadra na dwa dni – jak pan myśli? Kobiety bez możliwości umycia się dostają solidnego doła, a o to nam chodzi.

*

Po powrocie z przesłuchania do celi Monika się rozpłakała. Myślała, że po kolacji się umyje w tej resztce zimnej wody, co została na dnie wiadra, ale okazało się, że wiadro było puste, wodę pod jej nieobecność wylano.

Po w miarę dobrze przespanej nocy wróciło jej nieco otuchy. Leżąc na twardych deskach, nakrytych centymetrowej grubości materacem ze sfilcowanego koca pomyślała, że zawsze może być gorzej, więc nie ma co się mazgaić tylko trzeba coś przedsięwziąć. Po porannym wniesieniu wystawki czyli zabrania z korytarza butów i wiadra z wodą przypomniała sobie stare przysłowie – lekarzu lecz się sam. Zimna zupa mleczna z makaronem nie należała do wymarzonych posiłków, jednak pomyślała, że od dziś nie będzie przejmować się takimi drobiazgami.

Zaczął się kolejny nudny dzień w ciemnej i zimnej celi. Oprócz paskudnych posiłków i być może krótkiego spaceru na wewnętrznym spacerniaku, przypominającym ceglaną studnię, nic jej nie czeka. Monika robi trzy kroki w przód, zwrot i znów trzy. Powtarza poranną sentencję jak mantrę – lekarzu lecz się sam. Ściska kciukami skronie i dalej powtarza – myśl, myśl, myśl… zatrzymuje się w pół kroku.

– Żebym miała swoją kulę mogłabym sprawdzić jak wyglądały ostatnie chwile tej dziewczyny. – Mówi do siebie. – Albo sprawdzić jakie złe moce sprzysięgły się przeciwko mnie. Gdybym miała kulę albo chociaż karty, postawiłabym kabałę. Jednak nie – kula byłaby lepsza. Nalewa wody do miednicy stojącej na taborecie, myje się w zimnej wodzie. Z przykrością stwierdza, że z mydła został już cienki listek – nie na długo starczy – a zostało jeszcze dwa miesiące do końca tymczasowego aresztu. Tylko czy po jego ukończeniu na pewno ją zwolnią? Przy tych „dowodach” świadczących przeciwko niej jest to wątpliwe.

Monika leży na pryczy z rękami pod głową (inaczej się nie da) przecież nie ma poduszki.

– Zaraz, ten prokurator mówił, że jeżeli przesłuchanie „pójdzie dobrze” wystąpi o zwolnienie. Czy miał na myśli moje przyznanie się do winy. – Głośno myśli patrząc w brudny sufit. – Co on pieprzy, przecież takim zeznaniem podpisałabym na siebie wyrok. Wtedy żaden sąd by mnie nie zwolnił. Żeby wiedzieć jak było naprawdę z tym morderstwem, może wtedy znalazłabym jakąś radę. – Znowu mówię do siebie, głupieję w tym więzieniu. Ech, żebym miała swoją kulę.

Wzrok jej zatrzymuje się na miednicy i wiadrze. – A gdyby spróbować wykorzystać wodę, przecież i szkło i woda tworzą zamknięty świat odgrodzony od zwykłej atmosfery. – Zrywa się z wyrka i podchodzi do wiadra. Zwykłe stare ocynkowane wiadro z poczerniałym dnem napełnione w jednej trzeciej wodą. – trzeba spróbować a nóż się uda – szepcze Monika i kuca przy wiadrze.

*

Strażnik zajrzał przez wizjer do celi i przeszedł do następnych drzwi. Jednak po chwili cofnął się i znowu przesunął klapkę judasza. – Cóż ta wiedźma robi, głowę wsadziła prawie do wiadra. Pewnie czaruje – pomyślał – żeby tylko czegoś nie zmalowała, a może chce się utopić, trzeba mieć na nią oko. Jeszcze kilka razy zaglądał i zawsze zastawał ją wpatrzoną we wnętrze wiadra.

*

Wieczorem wiedziała już, że to nie jej kuzyn zamordował dziewczynkę. Musiała znacznie dłużej się koncentrować, ale jej przewidywania, że woda może zastąpić szklaną kulę, sprawdziły się. Widziała jak dziewczyna wysiadła z pociągu sama. Następnie jak zabiera ją czarny samochód, chyba mercedes. Ostatnia wizja ukazywała jak dwóch mężczyzn z tegoż mercedesa wyciąga bezwładną dziewczynę i wrzuca z mostu do wody. Była prawie pewna, że była to rzeka. Ostatnia wizja była najmniej wyraźna, bo jej akcja działa się w nocy. Kim był morderca i jego pomocnik nie wiedziała, ale nie był to jej kuzyn. Teraz z tą wiedzą poczuła się znacznie pewniej. Poznała prawdę, przynajmniej częściową, co przywróciło jej wiarę, że odzyskuje kontrolę nad beznadziejną sytuacją.

Zasnęła dopiero nad ranem. Myśli nie pozwoliły jej zmrużyć oka. Bo prawdę powiedziawszy, cóż z tego, że poznała część prawdy, pozostaje kwestia jak ją wykorzystać do swojej obrony. Kto jej uwierzy, gdy opowie o swoim widzeniu objawionym w starym wiadrze. Samo skojarzenie – wizja w wiadrze – jest śmieszne. Ostatecznie ze wszystkich wersji zdecydowała się na atak – musi wymóc, aby umożliwiono jej spotkanie z adwokatem. To, że nie posiada pieniędzy na jakimś więziennym koncie jest nieważne, na swoim koncie w banku posiada dość środków, aby opłacić adwokata.

Zauważyła już dawno, że strażnicy są uprzedzeni do jej osoby. Nie chodzi o to, żeby byli nieuprzejmi, owszem zachowywali się poprawnie, nawet jak na warunki aresztu grzecznie. Nie raz słyszała jak sztorcowali innych więźniów, a nawet jak kilka ciosów któryś z nich oberwał. Do niej bezpośrednio zwracali się bardzo rzadko, niektórzy unikali jej wzroku, jakby się bali, że rzuci na nich urok lub w inny sposób im zaszkodzi. Teraz żądając dostępu do obrońcy postanowiła ten ich strach wykorzystać. Twardo patrzyła w oczy funkcjonariuszowi i nie zadowoliła się jego obietnicą zajęcia się sprawą „za jakiś czas”, lecz nakazała w ciągu godziny zgłosić jej wniosek do wyższych czynników, bo inaczej może żałować swego zaniedbania. Po obiedzie, który jak zwykle dotarł już zimny i jakby celowo rozciapany, została wezwana do śledczego zajmującego się jej sprawą. – Jednak twarda postawa się opłaca – myślała z satysfakcją. Przedstawiła mu swój wniosek na piśmie, które przy nim sporządziła. Dodatkowo zażądała kąpieli i możliwości widzenia ze swoją przyjaciółką i wspólniczką Krysią. I stał się cud, jeszcze w tym samym dniu otrzymała paczkę od Krysi. Chociaż artykuły spożywcze były w części przeterminowane, kiełbasa spleśniała, a bułka paryska była sucha jak wiór, jednak paczka była dowodem, że świat zewnętrzny o niej pamięta. Kilka nieodzownych kosmetyków, bielizna i ubranie na zmianę wprawiły ją w doskonały humor, a gdy zobaczyła szampon i mydło pachnące jej ulubionym zielonym jabłuszkiem była prawie szczęśliwa. Strażnik z wieczornej zmiany zawołał ją do kąpieli, więc po miesiącu mogła zażyć przyjemności prysznica.

*

Nie minęła doba, gdy zawołano ją na widzenie z Krysią. Dziewczyny spłakały się jak bobry. Monika ze szczęścia, a Krysia z żalu nad niedolą koleżanki. Mimo obecności oficera śledczego Monika poinformowała o swoich podejrzeniach co do rzetelności śledztwa i konieczności sprawdzenia dowodów. Na zakończenie poprosiła, żeby wynajęła obrońcę i pomogła mu, bo ze swoimi zdolnościami może więcej zdziałać, niż przeciętny adwokat. Od ręki napisała jej upoważnienie do reprezentowania jej przed sądem. Krysia nie odmówiła, jednak nie była przekonana czy podoła nowym obowiązkom.

*

Wynajęty obrońca po wstępnym zapoznaniu się ze sprawą nie posiadał się z oburzenia, że Monika w ogóle została aresztowana. Przecież, nawet gdyby dowody przeciwko niej były prawdziwe, powinna zeznawać z wolnej stopy. W tydzień po wystosowaniu zażalenia na tymczasowe aresztowanie Monika została zwolniona, chociaż zaważyło przypuszczalnie nie zażalenie, ale artykuł w ogólnopolskim dzienniku. Temat zgłoszony przez Krysię do redakcji Gazety Polskiej okazał się ciekawy, więc szybko został opublikowany. Ktoś obawiając się skandalu dał zielone światło dla uwolnienia kobiety.

*

Monika po opuszczeniu więzienia nie mogła się napatrzeć na wiosenne niebo, słońce – zaczął się już kwiecień. Wszystko ją cieszyło: pierwsza zieleń, ruch na ulicy, gra świateł, smak potraw, możność rozmawiania z ludźmi i sto innych rzeczy, których pozbawiono jej w więzieniu. W tyle głowy ciągle jednak miała wiszące nad nią niebezpieczeństwo ponownego uwięzienia. Rozprawa dopiero miała nastąpić, a jak się zakończy trudno zgadnąć, gdyż sprawiedliwość w Polsce w ostatnich latach przypominała grę w ruletkę. A wróżby pokazywały za każdym razem inny wynik. W akcie oskarżenia zarzucano jej pomocnictwo w porwaniu i morderstwie nastolatki, polegającą na podanie fałszywych informacji organom ścigania, w celu świadomego odwrócenia uwagi od mordercy, z którym była w zmowie. Adwokat był jednak dobrej myśli, bo policja nie może traktować wróżby jako wiarygodnej informacji, a co najwyżej sugestii i to bardzo wątpliwej. A jeżeli potraktowali wróżbę jako pewnik, to są idiotami. Więc o wyrok sądu w sprawie swojej klientki był spokojny. Jednak Monika nie mogła pogodzić się, że na podstawie kłamliwych „dowodów” była aresztowana, a dodatkowo ma być sądzona. Dlatego niezwykle ważne było, aby zapoznać się z dowodami. Więc kiedy dostała wezwanie, aby podpisać protokół zakończenia śledztwa niezwłocznie popędziła do prokuratury. Czekało ją tam grube tomiszcze dokumentów, w większości mało ważnych. Wertowała szybko wytwory sądowej i prokuratorskiej administracji, natomiast z wielką uwagą robiła notatki z rzeczy ważnych. Prokurator Jeremiasz Bilik z uwagą obserwował jej działania, jednak nie mógł zabronić jej notowania ani robienia zdjęć dokumentów. Wróciła do domu w doskonałym humorze.

*

Sala sądowa była prawie pełna. Dziennikarze z kilku gazet oraz dwie telewizje, w tym jedna państwowa. Również mieszkańcy miasta ciekawi byli procesu mordercy i jego pomocnicy, jak rozniosło się wśród mieszkańców, czarownicy, która miała omotać dziewczynkę, żeby wydać ją w ręce pedofila – mordercy.

Dopóki głos miał prokurator wszystko wyglądało tak, jak ludzie między sobą opowiadali. Czyli wredna czarownica Monika pod nieobecność wróżki Krysi, swojej szefowej, nakłoniła młodocianą dziewczynkę, prawie dziecko, do wyjazdu do innego miasta z utajonym pedofilem, nawiasem mówiąc kuzynem oskarżonej Moniki. Następnie kiedy policja wraz z matką dziecka zasięgnęli rady skłamała, że dziewczynce nic nie grozi i żeby jej nie szukać, bo za kilka dni wróci. Natomiast Andrzej Walasek podstępem wywiózł dziecko z miasta wykorzystał seksualnie, następnie udusił, a ciało wrzucił do rzeki.

Na Sali podniósł się pomruk oburzenia, kiedy wspólnicy w przestępstwie nie przyznali się do winy.

Oskarżeni zostali wezwani do przedstawienia swoich wersji wydarzeń. Walasek przyznał się, że z zakochaną w nim dziewczyną pojechał do Wrocławia, do kina. Gdy zrobiło się późno, a Magda nie chciała wracać do domu, poszli do hotelu, gdzie wbrew oskarżeniu, nie doszło do zbliżenia. (Monika nie bardzo uwierzyła w ten fragment jego zeznań). W hotelu mieszkali trzy dni. W dzień chodzili zwiedzając galerie malarstwa, muzea, Panoramę Racławicką, byli też w ZOO. Jednak po tym czasie pokłócili się i Magda pojechała do domu. Widział jak wsiadała do pociągu, bo odwiózł ją taksówką na dworzec.

Monika zaś powtórzyła swoją wersję, która niczym nie różniła się od tej złożonej w śledztwie. Zaprzeczyła, by widziała dziewczynę wcześniej oraz podważyła dowód w postaci horoskopu rzekomo przez nią przekazanego Magdzie.

– Otóż znakiem zodiaku Magdy była waga, natomiast wspomniany horoskop był przygotowany dla lwa. – Monika wyjmuje notatki sporządzone w prokuraturze. – Niemożliwym jest, aby dziewczyna nie znała swej daty urodzenia, czyli albo horoskop od kogoś dostała na przykład jako pamiątka lub prezent. Możliwe, że po prostu go znalazła. Co do wpisu na blogu, prawdopodobnie powstał już po śmierci dziewczynki, bo hasło do niego zapisane jest wewnątrz piórnika szkolnego denatki. Można to sprawdzić na zdjęciu jej przyborów szkolnych na stronie 312 oraz miała go w swoim telefonie. Zapewne wpisał go morderca, aby zagmatwać śledztwo. Co do zeznań mego kuzyna, które mnie obciążają jakobym była z nim w zmowie zaprzeczam, aby tak było.

Walasek dopytany przez sędziego o ten fragment jego zeznań stwierdził, że został zmuszony do jego napisania przez śledczego, który przykuł jego rękę do bardzo gorącego kaloryfera w taki sposób, że dłoni nie można było od niego oderwać i tym sposobem skłonił go do przyznania się do winy oraz obciążenia swojej kuzynki Moniki. Dlatego teraz odwołał zeznania wymuszone w śledztwie. Sąd zapowiedział przerwę w procesie i wznowienie sprawy za trzy dni. Obrońcy przypuszczali, że zostanie wtedy ogłoszony wyrok, ponieważ pozostały tylko mowy adwokatów i prokuratora.

*

Monikę zżerała niecierpliwość, lecz nie chcąc wróżyć samej sobie, z obawy, że wróżba może być nieobiektywna poprosiła więc Krysię, aby to ona wywróżyła jaki wyrok zapadnie. Krysia rozłożyła karty i spochmurniała. Zwinęła karty i jeszcze raz potasowała, Monika przełożyła talię koniecznie lewą ręką (tą od serca) i znowu źle wyszło.

– Słuchaj coś jest źle. Szykuje się niekorzystny wyrok. – rzekła spoglądając w karty.
– Ale jak to przecież wszystkie wątpliwości w sądzie wyjaśniłam – Monika nie mogła uwierzyć w złą wróżbę.
– Trzeba odwrócić niekorzystny trend – Krysia zbierała karty, ale w myślach szukała sposobu na zmianę tego, co ma nastąpić.

*

Monika wpatrywała się w swoją szklaną kulę. Jednak wizja nie przychodziła. – Chyba nie jestem odpowiednio skupiona – pomyślała – za duży chaos w mojej głowie. Muszę odłożyć to do jutra.

Jednak jeszcze tego wieczora podjęła ponownie próbę. Oczywiście po uprzednim wypiciu herbatki ze swoimi kropelkami i wyciszeniu niepotrzebnych emocji. Tym razem wizja przyszła. Znów zobaczyła zatrzymującego się mercedesa i wsiadającą do niego dziewczynę. Szła powtórka tego samego filmu, który widziała w więzieniu, z tym, że tym razem wszystko było w lepszej rozdzielczości. Numeru rejestracyjnego niestety nie udało się jej odczytać, ale zauważyła pewną rzecz charakterystyczną, otóż na klapie bagażnika po lewej stronie widniała naklejka sowy.

– Przecież ja już widziałam samochód z takim znaczkiem, tylko gdzie? – głośno wykrzyknęła.

*

– Słuchaj, moja droga, przeszłości zmienić nie można, ale zmiana przyszłości jest możliwa. – Krysia z przejęciem tłumaczyła Monice swoją myśl. – Wyrok zależy od sędziego, a ten, nie wiedzieć czego, chce wbrew logice wydać decyzję dla ciebie niekorzystną. Musimy zastanowić się, czy jest możliwość wpłynięcia na gościa, żeby wyrok zmienił na twoją korzyść.
– Jakoś nic nie przychodzi mi do głowy. – Monika niemal całą noc usiłowała przypomnieć sobie jakąś okoliczność, gdzie widziała auto ze swojej wizji. Powiedziała o tym Krysi, ale ona zupełnie nie kojarzyła takiego auta. Zapadła długa cisza. Wreszcie Krysia zaproponowała, żeby podjechać do kawiarni na kawę a przy okazji pokrążyć po mieście. Być może spotkają to auto lub jakiś pomysł przyjdzie im do głowy.

*

Pomysł z wizytą w kawiarni okazał się strzałem w dziesiątkę. Po filiżance mocnej brazylijskiej kawy Monice wróciła chęć do życia, natomiast w drodze powrotnej, gdy mijały sąd, przypomniała sobie, skąd zna to auto. A nawet kto jest jego właścicielem.

*

– Wiesz nigdy ci nie mówiłam, ale posiadam zdolności określane przez profanów jako czarna magia. Ale ja wolę je nazywać tak, jak rzeczywiście się ona nazywa, jest to część obrzędów religii voodoo. Otóż byłam parę lat temu w Nowym Orleanie u swojej ciotki i tam zostałam wtajemniczona w tą starą magię. Większość ludzi śmieje się z tych wierzeń, ale wiedz, że sprzedawane tam laleczki voodoo nawet te przeznaczone dla turystów mają swoją moc, jeżeli zna się odpowiednie zaklęcia oczywiście. Ja posiadam jednak oryginalną lalkę podarowaną mi przez szamana Porkiego – rodowitego Haitańczyka, u którego terminowałam. – Krysia otworzyła szyfr kuferka stojącego pod oknem, który na co dzień spełniał rolę stolika na kwiaty. Dopiero po zdjęciu wełnianej narzuty stolik okazał się solidnie okutym kufrem. Wyjęła z niego kilka dziwnych przedmiotów, jakąś maskę, korale czy raczej różaniec, tkaninę w jakieś totemiczne wzory i w końcu szmacianą lalkę. Lalka mierzyła około dwadzieścia centymetrów, uszyto ją z jakiegoś burego materiału, być może z jakiegoś worka. Ścieg szycia był nierówny, jedno oko wyżej drugie niżej, usta wykrzywione w jakimś grymasie. Jednym słowem szkarada. Do lalki przyczepiono sznureczkiem małą poduszeczkę, pewnie, żeby się nie zgubiła, tkwiły w niej szpilki zakończone perłowymi kukami, przy czym ilość kulek na szpilkach była zróżnicowana i oscylowała od jednej do trzech. Kulki miały różne kolory, chociaż w większości były białe.

– Myślę, że można wykorzystać tą laleczkę, żeby zmienić wyrok, który już gotowy tkwi w głowie sędziego. Co ty na to?
– Sądzę, że masz rację. Jeżeli potrafisz to uczynić, to zrób to. Przeanalizowałyśmy różne opcje i sytuacja jest w zasadzie patowa. A ja nie chcę wracać do więzienia. – Monika aż wzdrygnęła się na tamto wspomnienie. Jednak nie mogę z tobą uczestniczyć w odprawianiu tego rytuału, wiesz, że jestem praktykującą katoliczką. Więc zostawiam cię samą, pojadę do domu przygotować się do jutrzejszej rozprawy.

*

Sędzia Brunon Szechter dawno przekroczył wiek emerytalny i mimo, że dobiegał już do siedemdziesiątki nadal pracował w sądzie wojewódzkim. Znajomi twierdzili, że ze swoim doświadczeniem i zdolnościami już dawno mógłby być w składzie sądu najwyższego, ale on nie dbał o to. Jego uposażenie sięgało górnej granicy widełek, a poza tym nie miał ochoty zmieniać miejsca zamieszkania, nie mówiąc już o dojeżdżaniu do Warszawy. Zresztą wszystkie zaszczyty już uzyskał: od prezydenta Krzyż Komandorski Polonia Restituta, dwa lata temu został wiceprzewodniczącym Stowarzyszenia Sędziów Polskich Iustitia, liczono się z jego zdaniem nawet w Komisji Weneckiej oraz w Trybunale w Hadze. Jednak on wolał prowadzić swój sybarycki styl życia i do polityki europejskiej się nie pchać, chociaż propozycje ponawiano co jakiś czas.

Właśnie ze szklaneczką dwunastoletniej whisky zasiadł w przepastnym fotelu, żeby obejrzeć swoje ulubione Fakty w TVN-ie, kiedy uczuł ból w okolicach wątroby. Miał nadzieję, że to chwilowa kolka, ale fatalnie pomylił się. Pomimo zażycia trzech tabletek przeciwbólowych atak był tak silny, że po godzinie cierpień domownicy wezwali pogotowie ratunkowe.

*

Nazajutrz rozprawę odwołano z powodu choroby sędziego. Gdy po trzech miesiącach wznowiono jeszcze raz proces z nowym składem sędziowskim. Jego przewodniczącym został młody inteligentny sędzia, wykształcony już w wolnej Polsce i wróżby w sprawie wyroku były bardzo pomyślne.

Natomiast sędzia Szechter już nie opuścił szpitala, zmarł po dwóch miesiącach w potwornych męczarniach. Krysia z premedytacją „zapomniała” wyjąć szpilki zanim odstawiła ją na półkę obok telewizora. Sekcja zwłok wykazała zupełny zanik wątroby. Dosłownie został wysuszony plaster. Wezwany profesor patomorfologii nie potrafił zdiagnozować choroby, która spowodowała taki skutek. Organ zachowano do dalszych badań. Na odchodne profesor stwierdził, że wygląda jak gdyby coś wyssało ten organ.

Czarny mercedes z gustowną nalepką sowy, odziedziczony przez syna sędziego Adama, niestety nie przyniósł mu szczęścia, bo po wypadku na oblodzonej drodze już do końca życia został przykuty do wózka inwalidzkiego. Co do tego ostatniego wypadku wróżka Krysia zaprzeczyła, aby miała z nim cokolwiek wspólnego, chociaż Monika nie była wcale taka pewna. Co nie przeszkodziło w przyszłej działalności słynnej spółki „JASNOWIDZENIE I WRÓŻBIARSTWO Krystyna & Monika”.

***

Jakieś fatum zawisło nad kilkoma decydentami zamieszanymi w uwięzienie Moniki. Zaczęło się od spotkania wróżki Krysi ze starym narkomanem żebrzącym przy markecie. Krysia dała mu dziesięć złotych i szeptem zadała mu pytanie – kiedy zaraził się HIFem. Ten zdziwiony jej bezczelnością, ale jednak ucieszony datkiem, akurat tyle mu brakowało do kupienia porcji heroiny. Odparł, że kilka lat temu w więzieniu.

– Wiem, pamiętam tę sprawę. Wyrok za włamanie do apteki był niesprawiedliwy. Nic nie zostało zniszczone, tylko zabrałeś leki zawierające opiaty. Dwa lata więzienia to zdecydowanie za dużo. Prokuratorowi Jeremiaszowi Bilikowi bardzo zależało, aby cię wsadzić. Gdyby nie ten wyrok pewnie żyłbyś jeszcze wiele lat. Podjąłbyś leczenie i może wygrał byś z nałogiem, ale teraz już nie warto, umrzesz w ciągu czterdziestu dni. Zastanów się, czy nie jesteś coś winny panu prokuratorowi, może starczy kropelka twojej krwi? – Krysia odeszła, a wychudzony i zniszczony narkoman jeszcze długo stał z otwartą gębą przed marketem.

Po kilku dniach lokalna gazeta doniosła o napadzie na urzędnika państwowego przez niezrównoważonego narkomana, który zaatakował go strzykawką z jakimś płynem. Laboratorium kryminalistyczne bada zawartość strzykawki, a napastnik został zatrzymany do wyjaśnienia.

Po trzech miesiącach prokurator Jeremiasz Bilik został przeniesiony w stan spoczynku, na własną prośbę, z powodu złego stanu zdrowia. Współpracownicy brzydzili się przebywać w jego towarzystwie, tak paskudnie wyglądały ropiejące wrzody na jego rękach i twarzy. A ponieważ nie skutkowały żadne leki, a lekarze nie dawali szansy na poprawę, przychylono się do jego prośby.

*

U komendanta policji Alfonsa Boniego zaczęło się od zmiany mieszkania. Otóż zamienił on swoje siedmiopokojowe mieszkanie w pięknej starej willi stojącej w parku w ekskluzywnej dzielnicy zamieszkałej przez stary establishment i przeniósł się do trzypokojowego mieszkania w nowym bloku. Podobno nawet nie żądał dopłaty wyrównawczej. Jednak po dwóch miesiącach sprzedał dopiero co zasiedlone mieszkanie i kupił dwa mniejsze. Jedno dwupokojowe dla żony i jednopokojowe dla siebie. Poniekąd transakcja ta związana była z nagłym rozwodem Boniego z żoną, który nastąpił po trzydziestu latach zgodnego małżeństwa. Gdy po pewnym czasie znaleziono ciało komendanta, powieszone w łazience jego gabinetu, przeprowadzono gruntowne śledztwo, które w rezultacie niewiele wykazało.

Najbardziej ciekawe były zeznania jego żony, która twierdziła, że wszystkiemu winne były dziwne nocne odgłosy. Pojawiły się kilka miesięcy temu i przypominały odbijanie się gumowej piłeczki, takiej twardej, pełnej w środku. Mimo poszukiwań żadnego przedmiotu przypominającego piłeczkę nie można było w całym mieszkaniu znaleźć. Najgorzej było w nocy. Próbowali z mężem spać przy włączonym telewizorze, ale nawet podkręcanie głośności nie pomagało, bo wtedy odgłos się wzmagał, a nawet przybliżał i miało się wrażenie, że tajemnicza piłeczka odbijała się tuż przy uchu. Mieli nadzieję, że zmieniając mieszkanie pozbędą się tego wariactwa, jednak w nowym miejscu zamieszkania powtórzyło się to samo. Wszystko się skończyło, gdy zamieszkała w oddzielnym mieszkaniu już po rozwodzie. Jednak w mieszkaniu Alfonsa nadal straszyły te odgłosy. Zeznania te potwierdziła sprzątaczka. Otóż pan komendant zostawał czasem w pracy do późnego wieczora i wtedy w jego gabinecie słyszała jakby odbijanie kauczukowej piłeczki. Myślała, że komendant po prostu czymś stuka. Śledztwo utknęło w martwym punkcie, ponieważ nie stwierdzono działania osób trzecich. W raporcie prokuratora do ministra spraw wewnętrznych stwierdzono samobójstwo z przyczyn nieznanych. O odgłosach kauczukowej piłeczki nie wspomniano.

Kapitana Adolfa Lewandowskiego zamknięto w zakładzie psychiatrycznym, gdy zaczął szarpać i bić swoich podwładnych. Zapakowanego w kaftan bezpieczeństwa przywieziono do lubiąskiego szpitala. Jednak pomimo solidnej dawki psychotropów pacjenta nie udało się uspokoić. Twierdził, że policjanci, których poturbował to zbiegli przestępcy, dlatego chciał ich schwytać i uwięzić w swoim areszcie. Innych pacjentów znajdujących się na oddziale podejrzewał o to samo, a gdy i do nich zaczął przejawiać agresję zamknięto go do specjalnego pokoju, gdzie ściany i podłoga były wyścielone materacami. W tej tak zwanej Sali materacowej przyszło mu spędzić prawie półtora miesiąca. Jedynym przedmiotem znajdującym się w tym pomieszczeniu był nocnik. Naczynie to bardzo przypadło do gustu panu komendantowi i to tak mocno, że zazwyczaj nosił je na głowie. Personel zapoznawszy się z historią choroby dziwnego pacjenta i odkrywszy z kim mają do czynienia nie kryli zdziwienia, że policjant wysokiej rangi mógł tak zgłupieć. Młodzi sanitariusze porobili wiele zdjęć (chociaż to niedozwolone) panu kapitanowi w jego ulubionym „hełmie” a jeden z nich Grześ Ryczek umieścił je w internecie, gdzie zrobiły furorę, szczególnie te z fekaliami na twarzy. Bo trzeba wyjaśnić, że kapitan nie przejmował się faktem, że w nocniku jest kupa tylko nakładał na go głowę nie przejmując się konsekwencjami swego czynu. Kiedy kapitan Lewandowski wrócił do służby musiał się wiele razy tłumaczyć z tych fotek twierdząc, że są one przerobione w Photoshopie, czyli są ordynarnymi fotomontażami, wykonanymi, aby go skompromitować. Jednak nie zgłosił popełnienia przestępstwa wiedząc, że laboratorium kryminalistyczne nie potwierdzi jego wersji.

Gdy pewnego dnia kapitana opuściły objawy chorobowe został bardzo szybko zwolniony ze szpitala, a lekarz psychiatra oraz psycholog jeszcze długo naradzali się jaką jednostkę chorobową mają wpisać do historii choroby. Na podkreślenie zasługuje fakt, że kapitan Lewandowski spędził dokładnie tyle samo dni w szpitalu, ile Monika w więzieniu. W dniu, w którym opuścił gościnne mury szpitalne Krysia stojąc przy oknie szeptała monotonnie jakieś zaklęcia i rozsupływała rzemyki czy nawięzy, które rozprostowawszy włożyła do otwartego kufra stojącego pod oknem w jej mieszkaniu. Jeszcze tylko wyjęła z laleczki niepotrzebną już szpilkę i nie zapominając o kauczukowej kulce zamknęła wszystko na zamek szyfrowy. Spojrzała przez okno i uśmiechnęła się sympatycznie do swojej wspólniczki kiwającej do niej z podwórka.

Maj – czerwiec 2018

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.