Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Babcia Ezoteryczna. Z „Pudelka” jestem

Katarzyna Urbanowicz

Powiedziano mi ostatnio, że z „Pudelka” jestem. Problem w tym, że nie udowodniono mi, dlaczego niby taka jestem. Tak kończą się dyskusje teoretyków z praktykami – gdy kogoś poniesie złość i zbyt osobiście traktuje odmienne zdanie w dyskusji, kończy się na argumentach ad personam.

Marek Zürn – Cmentarz Remuh na Kazimierzu w Krakowie

Rzecz poszła o kilka spornych spraw różnego gatunku i ciężaru, koncentrujących się wokół trzech problemów rozpalających społeczne emocje: exodusu Żydów z Polski w 1968 roku, zagłady Żydów na Podlasiu w czasie II Wojny Światowej oraz problemu Wołynia.

Ten ostatni służyć miał ekspozycji tezy, że nie do końca istnieją wiarygodne źródła pisane (bardzo często zaś nie istnieją w ogóle), w związku z tym historycy, nawet rzetelni, nie zawsze dysponują dokumentacją uzasadniającą ich tezy. Nie każdemu naukowcowi miejscowy opowie o wstydliwych zachowaniach swoich przodków; trzeba lat, aby zdobyć zaufanie i usłyszeć ich wersje wypadków.

Ale zacznę od początku. Wspomniałam, że jako pracownica Rady Narodowej w Gdańsku, w roku 1968 dowiedziałam się o masowym wyjeździe Żydów z Polski prawie z dnia na dzień. Nie zauważałam wcześniej jakiejś zmasowanej akcji przeciwko Żydom, aż nagle akcja ta wystartowała z niesłychaną siłą: odgrzewanych dowcipów, inwektyw i pomówień. Pech chciał, że załatwiałam z jakąś osobą o charakterystycznym nazwisku – nigdy nad tym się wcześniej nie zastanawiałam – sprawy służbowe i pewnego dnia, zamiast grzecznych zapewnień, że pani ta zajmie się sprawą, kiedy będzie miała czas, usłyszałam, że nie mam co liczyć, że w ogóle się do mnie odezwie, (w atmosferze śmichów-chichów), jako że musiałabym szukać jej w Izraelu.

To były czasy głębokiego PRL i nic nie działo się bez przyczyny. Intuicyjnie ludzie mojego pokolenia wyczuwali, że taka czy inna akcja ma aprobatę władzy, głównie po tym, jak szybko działało coś (przypominam nie była to epoka internetu, a telewizja dopiero zdobywała popularność kilkoma godzinami w jednym programie na dobę), a prasa była wyłącznie jednego, oficjalnego pochodzenia i zawsze pisała to samo. Bez słów jasne było, że nagonka na Żydów, przedtem niezbyt chętnie widziana (w każdym razie oficjalnie), nagle stała się oficjalnie popierana, aprobowana i szanowana.

Zilustruję to jeszcze inaczej. Jako żona wykładowcy w liceum i melioracyjnej szkole pomaturalnej w Gdańsku Oruni, na zakończenie roku szkolnego i matur, uczestniczyłam w nieoficjalnych spotkaniach absolwentów na pobliskim cmentarzu żydowskim, porośniętym drzewami i krzakami, ze zrujnowanymi nagrobkami bez wyrzutów sumienia z tego tytułu, ale także bez specjalnej satysfakcji z bezczeszczenia miejsc dla kogoś świętych. Nie miałam najmniejszego pojęcia, czym dla Żydów są ich cmentarze – dla mnie to po prostu było dobre miejsce na bibki poza zasięgiem dyrektora szkoły. Pisałam o tym w 2014 roku w Tarace: Bibka na cmentarzu.

Do dziś odczuwam z tego powodu dyskomfort. Wydarzenia związane z rokiem 1968 ukazały moje działania jako coś oficjalnie zupełnie neutralnego, bowiem nie może tak być, żeby cudza tradycja była ważniejsza, niż nasza, a więc z tego, że na cmentarzach katolickich (przynajmniej w Polsce) nie pije się wódki, nie wynikało, że zakaz ten dotyczy cmentarzy żydowskich. To były gorsze cmentarze i stosowne było nie przejmowanie się nimi.

Właśnie to nie wydawało mi się w porządku i uruchomiło we mnie cały proces spostrzeżeń i myślenia, a potem poszukiwania informacji i odczuwania wstydu.

W dyskusji wspomnianej na początku wyraziłam tezę, że wybuch nastrojów antyżydowskich był skoncentrowany w czasie i oczywistym było, iż jest przez kogoś sterowany. Moja dyskusyjna przeciwniczka prezentowała tezę, że Polacy byli od zawsze antysemitami itp., a jednostkowe doświadczenia nie mogą być świadectwem historii. Powoływała się na nazwiska historyków, którzy to udowodnili, deklarując, że zaprosi jednego z nich na osobistą dyskusję. Dla mnie było to chwalenie się znajomościami, nie mówiąc już o tym, że nie jestem naukowcem i nie mam odpowiedniego warsztatu do dyskutowania z takim. Jestem zwyczajną kobietą i chcę usłyszeć argumenty dla zwyczajnych ludzi, a nie takie, które stawiają wyżej dywagacje fachowców nad osobistym doświadczeniem.

Fachowiec historyk nie dowie się się tego, co usłyszy obdarzony zaufaniem sąsiad z działki przy flaszce bimbru (jak ja o topieniu Żydów na Bugu albo wyczynach Żołnierza Wyklętego Władysława Łukasiuka, niejakiego „Młota” na Podlasiu, następcy Łupaszki). Do tego trzeba mieć zaufanie miejscowych, a to zdobywa się latami (i litrami bimbru też).

Obowiązkiem historyka jednakowoż jest też wyłożenie swojej racji wobec bezpośrednich świadków historii. Trzeba sprawdzać prawdziwość opowieści, ale nie można z góry ich przekreślać lub lekceważyć, bo zna się historyków, którzy „wiedzą lepiej”. Nie jest obowiązkiem zwykłego widza sporów odgadywanie, kto jest historykiem, a kto propagandzistą z etykietką historyka. Z życiowego doświadczenia jednak wiadomo, że propagandziści oczekują, aż bezpośredni świadkowie wydarzeń wymrą, a póki tego nie uczynią, jak moja dyskutantka, oczekują iż przedłożą nazwiska profesorów nad osobiste doświadczenia.

Z niechęci (nawet tradycyjnej) wobec Żydów wcale nie wynikało ich mordowanie, przynajmniej proces ten powinien zostać rozważony i rzetelnie zanalizowany. Natężenie antysemityzmu zmieniało się w czasie i tylko czasami osiągało groźne rozmiary, my jednak, jako ludzie generalizujemy i lubimy podkreślać formy najbardziej spektakularne i przerażające, skrzętnie unikając rozmowy o niuansach i przyczynach.

Oczywiście, jak to bywa w dyskusjach zwykłych ludzi, okazało się, że w gruncie rzeczy nie o to chodzi. Antysemityzm istniał, ale w różnym natężeniu, w różnym czasie, czasami tylko się tlił pod powierzchnią, ale nie był zawsze oficjalnie aprobowany i kultywowany. Stanęło na kontrze historyków przeciwko tzw. osobistym świadkom, którzy są niewiarygodni i opowiadają jakieś bzdety, że coś widzieli, skoro historycy udowodnili, że na pewno nie widzieli, bowiem profesor taki a taki udowadnia, że widzieć nie mogli. Tutaj moja przeciwniczka przytoczyła sporo terminów naukowych z dziedziny statystyki, mających udowodnić, jak jestem głupia, zresztą nie bardzo dając mi dojść do słowa i rzucająca się na moje wypowiedzi jak drapieżnik na ofiarę w połowie zdania, a czasem nawet na samym jego początku. Oczywiście są to przywary ludzi, którzy wiedzą lepiej i słuchają głównie siebie. Dowody ze statystyki nie są bynajmniej lepszym dowodem, niż osobiste świadectwa, mogą i powinny jedynie się uzupełniać. A zajadłość nie jest dowodem racji.

Zeszło na zagładę Żydów na Podlasiu i na to, że moje osobiste świadectwo z rozmów z osobami, którzy znali na przykładzie własnych rodzin proceder topienia Żydów podczas przeprawy przez Bug, wówczas rzekę graniczną między Polską pod okupacją niemiecką a ZSRR. To właśnie wówczas usłyszałam, że jestem z „Pudelka”, bowiem stawiam osobiste doświadczenia nad prace historyków.

Doskonale wiedziałam i wiem, że choć żydowskie pogromy na Podlasiu były faktem, historycy, nawet najbardziej rzetelni, nie zawsze o wszystkim wiedzą, bowiem „miejscowi” wiele lat i przez całe pokolenia ukrywają wstydliwe sprawy. Nikt z nich nie opowie o osobistych doświadczeniach historykowi, choć może opowiedzieć o nich przy alkoholu komuś, kogo szanuje i komu ufa. Inna rzecz, że trzeba czasem trafić za odległy o niecałe 300 metrów od wsi grób zamordowanej żydowskiej rodziny i spytać siebie, jak to możliwe, żeby we wsi nic o wydarzeniu nie wiedziano (?). Czy historycy zawsze zadają sobie takie, wcale nie retoryczne pytanie?

Mam niedobre doświadczenia, kiedy usiłowałam przekazać opowieści o jednym z żołnierzy wyklętych na Podlasiu – „Młocie”, kiedy nawet pamiętnik ojca pewnej korespondentki, członka bandy „Młota” uznano za wymysły starej kobiety i nikt nie chciał się nimi zainteresować, a w komentarzach pod odcinkiem odsądzono ową kobietę i mnie od czci i wiary. Ja słuchałam na jego temat wielu opowieści, cóż, że głównie opowiadały o owych żołnierzach wyklętych wiejskie baby, a one się nie liczyły i nie liczą. To najbardziej jaskrawe przykłady, że pod pretekstem „naukowości” opowieści bezpośrednich świadków traktowane są jako wymysły z „Pudelka”.

Moja miłą koleżanka – dyskutantka wściekła się na tyle, że wyjechała następnego dnia o świcie, a potem wykasowała mnie z fejsbuka, zapewne dlatego, żeby spokojnie obrzucić mnie błotem wśród swoich znajomych.

Opowiadam tę historię nie dlatego, żeby wyrzucić swój żal i dyskomfort na zewnątrz – a przynajmniej nie tylko dlatego. Ciągle nie mogę się pogodzić z tym, że inne zdanie w sprawach osobiście nas nie dotyczących, wywołuje falę złości i agresji. Dla mnie dyskusja o marcu 1968 roku była poszukiwaniem odpowiedzi na pytanie, czy ktoś akcją tą sterował (miałam takie podejrzenia, wynikające z szybkości rozprzestrzeniania się nagonki). Oczekiwałam informacji od osoby interesującej się historią, a nie zaprzeczania moim wrażeniom i nie aroganckiej wypowiedzi, że historycy wiedzą lepiej, niż jakaś baba, co usłyszała coś na wiosce przy flaszce bimbru.

Cóż, byłam i jestem idealistką. Nie raz słyszałam opowieści, że świadkowie z czasów PRL powinni wymrzeć, żeby historycy mogli rzetelnie analizować ówczesne zdarzenia. Jako ktoś, kto wcześniej czy później jednak wymrze (tworząc wolne pole historykom dla konfabulacji i rzekomej „aktualizacji” badań), chciałabym zaznaczyć, że pewna, nieżyjąca już kobieta, znalazła na skraju swojej łąki nad Bugiem dogorywającego Żyda, którego nie utopiono i wysłuchała jego opowieści o zagładzie jego rodziny. Opowieść zawierała tyle nietypowych faktów, przeczących obiegowym opiniom o ludzkich losach, że trudno byłoby, aby ktoś ją wymyślił. Kobieta już nie żyje, nie żyją ludzie odpowiedzialni za proceder, a ja na swoją obronę mam jedynie pamięć głupiej baby, która opowiedziała coś paniusi rodem z „Pudelka”.

Zarzucono mi, że nie podniosłam larum, ale wiem, że nawet osób dysponujących pisanymi źródłami (pamiętnikami sprawców) nie chciano słuchać. Mam na myśli IPN. Zrobiłam, co mogłam. Opisałam to w powieści „Sierotka” i w opowiadaniu „Te drzwi” (dostępnym na mojej stronie autorskiej kasiaurbanowicz.pl); Kto chce, niech mi wierzy, ale niech nie pyta, dlaczego ludzie nie opowiadają o takich sprawach historykom.

Najzabawniejsze jest to, że gdy przyjechała do mnie wspomniana koleżanka, czytałam książkę Daniela C. Dennetta „Dźwignie wyobraźni i inne narzędzia do myślenia”. Pochwaliła się, że była na wykładzie tego, bardzo znanego profesora, filozofa i kognitywisty, i jest nim zachwycona. W swojej książce autor ukazuje rozmaite błędy w myśleniu, a tym samym także w dyskusjach. Moja koleżanka popełniła przynajmniej trzy z tych dwudziestu, o których zdążyłam przeczytać na pierwszych stu stronach książki. To jest dowód, że człowiek, nawet najbardziej rozwinięty intelektualnie, nie jest istotą racjonalną.

Reklamy


Dodaj komentarz

Poezja i inne nieszczęścia. Impresja o świcie

Błażej Sędzikowski

Dariusz Ślusarski – Sen nocy letniej

Blady świt, za oknem chude ptaszory
jazgoczą wystrzępionym trenem.
Po nocy czekania wiem już, że mój sen
nie przyjdzie na umówione spotkanie.
Pewnie jak zwykle upił się gdzieś po drodze
i poszedł do kogoś innego.
Pewnie teraz ten ktoś chrapie potężnie
dwoma snami naraz,
a ja zdycham jak ryba
w pustej miednicy odpoczynku.
A tak chciałbym
wypełnić się snem jak watą,
przestać rozważać, aż do nieważkości,
rozpłynąć się w sobie,
zniknąć.
Tymczasem niebo zaróżowiło się
rodząc słońce
co nadało mu barwę niedogotowanego mięsa
lub halki mojej babci.
Jest to widok obrzydliwy,
wiec odwracam wzrok do ściany.
Naprawdę nie potrafię zrozumieć ludzi,
którzy się tym zachwycają.
Ba! Ci furiaci są zdolni wstawać o czwartej
przerywając sen, który jest wtedy najlepszy
specjalnie po to, by zobaczyć jak Bóg,
którego oczywiście nie widać,
rozwiesza na niebie halkę mojej babci.


Dodaj komentarz

Z Mariuszem Maszkiewiczem, ambasadorem RP w Gruzji, który dzieciństwo i młodość przeżył w Goleniowie, rozmawiamy o mieście i ludziach z jego wspomnień

Leszek Ozimek
Mariusz Maszkiewicz

Wywiad dla Gazety Goleniowskiej

Mariusz Maszkiewicz

L.O. – Skoro jesteś na urlopie, a rozmawiamy w czasie letniej kanikuły, proponuję odejście od rygorów nie tylko dyplomatycznego protokołu i rozmowę koleżeńską. Na początek opowiedz nam o wrażeniu, jakie na Tobie robi teraz Goleniów, który odwiedzasz przecież niezbyt często?

M.M. – Miasto pięknieje i jest zupełnie innym miastem niż zapamiętane z dzieciństwa. Zaglądam w stare kąty i odnajduję tam wiele zmian napawających optymizmem. W niedzielę pojeździłem sobie po mieście rowerem, który wożę ze sobą w bagażniku samochodu. Widzę remontowany park miejski, z którego zniknął Kamień Pamięci. Mam nadzieję, że tylko na ten czas. Bo to ważna część miasta. Jako uczeń liceum porządkowałem wraz z innymi to miejsce, które było kiedyś niemieckim cmentarzem. Dla mnie historia Goleniowa…

L.O. – …siedemsetpięćdziesięcioletnia, bo właśnie obchodzimy taką okrągłą rocznicę tego miasta…

M.M. – …jest bardzo ważna. Zawsze chciałem identyfikować się z miejscem, w którym żyłem przez lata dzieciństwa i wczesnej młodości, dotykając miejsc tworzonych przez pokolenia. Bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie jakiś czas temu odkrycie i wyeksponowanie ruin kościoła pod wezwaniem św. Jerzego u zbiegu ulic Sportowej i Szczecińskiej. Wiedziałem, że tam był stary cmentarz, a dalej targowisko nazywane „koplem”. Jako dziecko oglądałem wielki pożar stodoły w pobliżu tego „kopla”.

L.O. – Te lata młodzieńcze związały Cię z Goleniowem?

M.M. – Tak, bo to lata formujące mnie. Odwiedzałem kolegów w domach poniemieckich, wyposażonych w wiele poniemieckich sprzętów. Długo mieszkaliśmy obok dzisiejszego dworca PKP, wtedy autobusowego, gdzie można było usłyszeć śpiewny, kresowy akcent ludzi dojeżdżających do okolicznych wsi. Podczas niedzielnej przejażdżki rowerowej, usłyszałem wielu młodych Ukraińców, którzy teraz w Goleniowie pracują i mieszkają…

L.O. – …i stanowią już blisko 1/5 mieszkańców naszego powiatu…

M.M. – …słyszałem o tym. Dlatego zaniepokoił mnie ten incydent, o którym przeczytałem w najnowszym wydaniu „Gazety Goleniowskiej”. Myślę o tej bójce polsko-ukraińskiej. Mam nadzieję, że to tylko jednostkowy chuligański wybryk.

L.O. – Wracając do Twoich goleniowskich wspomnień. Wiąże Twoją pamięć miejsce czy ludzie?

M.M. – Oddzielenie tego jest bardzo trudne. Z każdym z miejsc kojarzą mi się zdarzenia i osoby, które wpłynęły na moje życie. Wychowywałem się na ówczesnej ulicy Jedności Narodowej i w okolicach. To były takie slamsy w podwórzu poniemieckiego domu. Dzisiaj stoją tam sklepy przy rondzie vis a vis Banku Spółdzielczego. Wychowałem się w bardzo biednej rodzinie. W latach sześćdziesiątych pamiętam niedostatek i beznadziejną biedę. Później było trochę lepiej. Został mi w pamięci cały szereg ludzkich historii zasłyszanych wtedy. Na przykład stary dworzec kolejowy wiąże mi się z zasłyszaną historią pani Omoleckiej, która ponoć napiła się tam takiej ilości piwa, że pękła. Po sąsiedzku pracował Pan Miłek, miał warsztat szewski, w którym – można powiedzieć – terminowałem, czytając mu na głos gazety, kiedy on wbijał gwoździe w zelówki. Nie wiem, czy on nie był spokrewniony z rodziną tych Miłków ze znanej dzisiaj firmy obuwniczej CCC?

L.O. – Na pewno łączą ich buty…

M.M. – …tak, buty ich łączą. Mleczarnia naprzeciwko dawała w soboty – za drobną opłatą dla stróża, możliwość kąpieli w olbrzymiej łaźni robotniczej. Pamiętam całą masę ludzi, którzy to miasto tworzyli – począwszy od sekretarza partii pana Greckiego, którego żona mnie uczyła w podstawówce, po sędziego Stojeckiego, ojca mojego szkolnego kolegi.

L.O. – Dla tych wspomnień wracasz od czasu do czasu do Goleniowa?

M.M. – Tak, do swojego dzieciństwa i okresu formacji w miejscowym liceum. Bardzo dużo ciekawych rzeczy się tam wtedy działo. To były i teatry, i śpiewy w chórze, i aktywność w Kościele, i żeglarstwo, i harcerstwo. To mnie kształtowało. Wracam tu także dlatego, że mam tu kolegów, przyjaciół, znajomych. Niektórych z nich spotykam gdzieś w świecie, gdzie ich rzucił los. Kiedy byłem ambasadorem na Białorusi, szefem biura LOT-u w Mińsku był Józek Poczobut, nasz kolega ministrant. Takich sytuacji jest więcej. Ważni dla mnie są nauczyciele z liceum, dzięki którym rozwinąłem się, uformowałem. Poloniści – pani Radłowska i pan Polański, anglistka pani Burzyńska, rusycystka pani Mataj, matematyczka pani Satała, fizyczka Ginielewicz i wielu innych, których nazwisk już nie pamiętam. Byłem też związany z księżmi chrystusowcami, duży wpływ na moje pokolenie miał ks. Proboszcz Kamiński, wiele czasu spędziłem z Mietkiem Piotrowskim, który był tu wtedy młodym wikarym. On pokazał mi pierwszy trochę innego świata, niepartyjnego, nieoficjalnego. Dzięki niemu przeczytałem pierwsze książki filozoficzne i religijne. Później dwa i pół roku uczyłem się w poznańskim seminarium chrystusowców, bo chciałem zostać misjonarzem. Okazało się to jednak nie dla mnie.

L.O. – To wspominanie jest kurtuazyjne? Bo pytam, czy naprawdę wracasz czasami myślami do tej krainy dzieciństwa i młodości?

M.M. – Sam się nad tym zastanawiam. Czy to jest tak, że ten Goleniów i ci ludzie są moim centrum wszechświata, czy obiektywnie działo się tu coś znaczącego. Wydaje mi się, że jednak to drugie. Wracam też dlatego, że chodzi za mną niedokończona wciąż książka o Goleniowie, którą piszę już wiele lat. Mam nadzieję pokazać w niej Goleniów także od strony makrowydarzeń. Tutaj działy się rzeczy wielkie, choć niezauważalne szerzej…

L.O. – Nie będzie to zatem memuar?

M.M. – Nie, tylko pokazanie wielkich zjawisk w mikroskali.

L.O. – Ponieważ pytania zadaję przede wszystkim w imieniu naszych czytelników, z których wielu Ciebie zna i pamięta, przypomnij nam, co się z Tobą działo od ostatniej naszej rozmowy do gazety – czyli ładnych parę lat temu?

M.M. – Wprawdzie nigdy się nie spodziewałem, że będę robił to, co robię, ale mojej mamie w dzieciństwie mówiłem, że będę albo dziennikarzem, albo dyplomatą. To było takie młodzieńcze wyobrażenie, że jako dyplomata będę podróżował po świecie, a potem przyjeżdżał do mamy i jej opowiadał, co ciekawego widziałem. Takie pragnienie we mnie było, choć nie były to poważne plany. Po dwóch latach seminarium, o którym wspominałem, pojechałem do Krakowa na studia filozoficzne do księdza Tischnera. On polecił mi zapisać się na Uniwersytet Jagielloński, gdzie studiowałem filozofię, religioznawstwo i socjologię. Tam obroniłem doktorat w roku 1993. W latach osiemdziesiątych zaplątałem się w historię literacką. Napisałem parę tekstów, w tym jeden o udziale polskich wojsk w inwazji na Czechosłowację w roku 1968…

L.O. – … wydany przez paryską „Kulturę” w roku 1986?

M.M – Tak, pod tytułem „Tyle piwa za darmo”. Okazało się, że to był tak fotograficzny obraz tego, co nasze wojsko wtedy robiło, że zainteresowały się mną wszystkie możliwe służby sowieckiego imperium. Wzięli mnie w obroty i miałem bardzo dużo problemów. Zmuszono mnie do wstąpienia do szkoły podchorążych, ale odmówiłem złożenia przysięgi. Zadeklarowałem się jako uczestnik ruchu „Wolność i Pokój” (WiP), a przed więzieniem uchroniło mnie to, że akurat kilka tygodni wcześniej władze PRL ogłosiły odwilż i amnestię. Zatem odsłużyłem rok w wojsku jako zdegradowany podchorąży w batalionach inżynieryjno-budowalnych, kopiąc doły i wożąc taczki z zaprawą. Po wyjściu z wojska stałem się praktycznie zawodowym dysydentem, gdyż wszędzie mi odmawiano pracy. W ruchu WiP, pod koniec lat osiemdziesiątych, byłem zaangażowany w międzynarodowe projekty i ze Wschodem, i z Zachodem. Te projekty wciągnęły mnie na tyle, że jeden z moich ówczesnych kolegów, obecny minister Spraw Zagranicznych Jacek Czaputowicz, namówił mnie w roku 1990 do pracy w MSZ. Tak się zaczęła zupełnie nieplanowana historia z dyplomacją. Po roku minister Skubiszewski wysłał mnie do Wilna, żebym założył tam naszą ambasadę. Byłem tam pierwszym powojennym przedstawicielem dyplomatycznym RP. Tam nauczyłem się języka litewskiego i zdałem nawet egzamin państwowy. Po kilku latach pobytu w Wilnie zostałem konsulem w Grodnie, a zaraz potem, w roku 1998, ambasadorem w Mińsku na Białorusi. Na Białorusi pracowałem do roku 2002. Potem wziąłem urlop od dyplomacji, bo akurat w Polsce rządzili ludzie, którzy mnie nie bardzo w MSZ widzieli. Przez kilka lat prowadziłem prywatną firmę doradczą i jeździłem z polskimi przedsiębiorcami na wschód – od Brześcia, po Kazachstan i Kirgistan. W tym czasie zupełnie przypadkiem znalazłem się w 2006 roku prywatnie w Mińsku, u przyjaciół. Tam wtedy były wielkie demonstracje po sfałszowanych wyborach, w mroźne marcowe noce młodzież stała na placu i współczując im postanowiłem pojechać do nich. Okazało się, że trafiłem na tę noc, kiedy otoczył nas OMON. Trafiłem do aresztu, zmaltretowany, pobity i przez 3 dni przesłuchiwany przez KGB. To spowodowało, że oczy kilku ważnych wtedy ludzi w Polsce zwróciły się na mnie. Potem współpracowałem z premierem Jarosławem Kaczyńskim w jego gabinecie politycznym, gdzie zajmowałem się projektami wschodnimi. W roku 2008 wróciłem do MSZ, gdzie odpowiadałem za Białoruś i Ukrainę, współtworzyłem też program „Partnerstwo wschodnie”. Niestety, nie ułożyło się to tak, jak chciałem, bo ekipa premiera Tuska bała się narażać Rosji w jakikolwiek sposób. W związku z tym zostałem odsunięty od realnych działań, za krytykę takiej polityki musiałem spędzić kilka lat w pewnej izolacji. Proszę sobie wyobrazić, że od 2009 do 2013 roku – przez kilka lat przychodziłem do pracy, włączałem komputer i nic. Pracownicy MSZ wybrali mnie w 2010 roku szefem ministerialnej „Solidarności”. Przygotowałem raport o różnych patologiach w MSZ. Jednocześnie pracowałem na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego i Uniwersytecie Warszawskim jako wykładowca. Cały ten okres 2007-2016 to praca związkowa w MSZ i akademicka.

L.O. – Kiedy władza się zmieniła, dostałeś propozycję objęcia placówki w Tbilisi?

M.M. – Minister Waszczykowski początkowo zaproponował mi inną stolicę – nie powiem jaką. Dopiero po kilku miesiącach przyszła oferta wyjazdu do Gruzji i tam ambasadę objąłem pod koniec roku 2016.

L.O. – Czy już opanowałeś trudny język gruziński?

M.M. – Czytam w miarę swobodnie, z pisaniem i mówieniem jeszcze nie jest tak dobrze. Gruzja była w kręgu moich zainteresowań, jak wszystkie kraje posowieckie. Jak mówił Lech Kaczyński w Tbilisi: „najpierw Gruzja, potem Ukraina, kraje bałtyckie i wreszcie mój kraj”. Żeby takiej sytuacji uniknąć, żeby nam Rosja z buciorami nie weszła w jakikolwiek sposób, to trzeba myśleć wyprzedzająco. Losy Gruzji, tak, jak wszystkich krajów posowieckich, są naszym wspólnym doświadczeniem. Tyle nas łączy historycznie, że jesteśmy w Gruzji lubiani i cenieni. Polacy też się tam dobrze czują.

L.O. – Jak nawiązuje się na początku kontakty w obcym kraju?

M.M. – Wrócę do historii z dzieciństwa. Chciałem kiedyś pomóc starszej pani mieszkającej w starym domu przy ulicy Kilińskiego w Goleniowie. Przywiozłem jej wózek drewna. Ona mnie zaprosiła na herbatę i zaczęła opowiadać o… Tbilisi. Obraz tego miasta z jej opowiadania bardzo mocno ukształtował moje wyobrażenie o nim. Ona wyjechała stamtąd w latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Kiedy ja po raz pierwszy chodziłem po Tbilisi, szukałem tego, o czym ona mi opowiadała. Wielokulturowości, labiryntów uliczek na wzgórzach…

L.O. – …i w starym Tbilisi rzeczywiście tak jest, prawda?

M.M. – Tak. Rozpoczynając tam pracę ambasadora, miałem więc już takie goleniowskie przygotowanie. Mogę teraz tę dziecięcą ciekawość świata i innych kultur zaspokoić w Gruzji. W Gruzji uświadomiłem sobie, jak ważne dla historii Europy są jej bizantyjskie korzenie, tak silnie widoczne w jej bardzo starej kulturze.

L.O. – Zrozumienie kultury kraju zawsze ułatwia znajomość jego języka. Litewski i poznawany teraz gruziński to nie jedyne znane Ci języki. Wprawdzie ich znajomość pomaga w dyplomacji, ale może też być prywatnym hobby?

M.M – Człowiek jest szczęśliwy, kiedy robi to, co lubi i jeszcze mu za to płacą. Ja lubię to, co robię i robię to z pasją. Język jest częścią tej pasji. Białoruski przyswoiłem stosunkowo łatwo, bo jest pomiędzy znanym mi bardzo dobrze rosyjskim a polskim. Mam problemy z ukraińskim, ponieważ jego opanowanie wymagałoby dłuższego pobytu w tym kraju. W gruzińskim odnajduję melodię starosumeryjskiego i to, co w ten naród wniosła kultura asyryjska, perska, sumerska itd. Mnisi gruzińscy skodyfikowali język gruziński w Jerozolimie, w której w V-VI wieku były gruzińskie klasztory. Mógłbym o tym długo opowiadać…

L.O. – …ale ja muszę zmierzać do puenty naszej rozmowy. Ciekaw jestem na koniec Twojej opinii na temat stosunków polsko-ukraińskich w naszym bardzo lokalnym kontekście, obecności tak licznej grupy ukraińskich pracowników w naszym powiecie, a szerzej w Polsce. Jest ich kilka tysięcy, ale poza zakładami pracy i sklepami ich nie zauważamy. To potencjalne niebezpieczeństwo czy dobrodziejstwo?

M.M. – Kiedy w roku 2004 w Kijowie wybuchła „pomarańczowa rewolucja”, widać było u nas przejawy solidarności z Ukraińcami. Minęło ponad 10 lat i teraz to, co się stało w 1943 roku na Wołyniu zaczyna nas mocno dzielić. Bardziej niż z Niemcami, choć to ten sam okres, a skala zbrodni nieporównywalna. Nie przepracowaliśmy jeszcze z obu stron tych tragicznych wydarzeń, bo przez lata były w peerelu celowo przemilczane. Teraz wybuchły jak nowe. Kluczowe jest zjawisko honorowania przez Ukraińców bohaterów, których my uważamy za zbrodniarzy. Znam to z domu, bo moja mama przeżyła Wołyń i na słowo „Ukrainiec” dostawała gęsiej skórki. Jak doprowadzić do prawdziwego pojednania? Nie wiem. Odpowiadając na pytanie o bezpieczeństwo pobytu takiej masy Ukraińców w Polsce dla samej Polski, to potencjalnie jest to mieszanka wybuchowa – jeżeli ktoś będzie nad tym usilnie pracował.

L.O. – Na przykład Rosja?

M.M – Na przykład. Prowokacje są możliwe i stosunkowo łatwe do przeprowadzenia. Bardzo się tego obawiam. Tu w Goleniowie trzeba próbować wciągać ich do społecznej aktywności. Jeżdżąc rowerem po Goleniowie w niedzielne popołudnie, widziałem wielu Ukraińców rozmawiających przez telefon, popijających piwo, przechadzających się trochę bez celu. Widać, że nie mają co ze sobą zrobić w wolnym czasie. Tu jest nisza do zagospodarowania, żeby ich przekonać do wejścia w lokalne życie, żeby zrobić z nich współmieszkańców. Żeby zrozumieli, co się dzieje w głowach Polaków. Oczywiście jak zechcą.