Spółki Miejskie

Z Mariuszem Maszkiewiczem, ambasadorem RP w Gruzji, który dzieciństwo i młodość przeżył w Goleniowie, rozmawiamy o mieście i ludziach z jego wspomnień

Dodaj komentarz

Leszek Ozimek
Mariusz Maszkiewicz

Wywiad dla Gazety Goleniowskiej

Mariusz Maszkiewicz

L.O. – Skoro jesteś na urlopie, a rozmawiamy w czasie letniej kanikuły, proponuję odejście od rygorów nie tylko dyplomatycznego protokołu i rozmowę koleżeńską. Na początek opowiedz nam o wrażeniu, jakie na Tobie robi teraz Goleniów, który odwiedzasz przecież niezbyt często?

M.M. – Miasto pięknieje i jest zupełnie innym miastem niż zapamiętane z dzieciństwa. Zaglądam w stare kąty i odnajduję tam wiele zmian napawających optymizmem. W niedzielę pojeździłem sobie po mieście rowerem, który wożę ze sobą w bagażniku samochodu. Widzę remontowany park miejski, z którego zniknął Kamień Pamięci. Mam nadzieję, że tylko na ten czas. Bo to ważna część miasta. Jako uczeń liceum porządkowałem wraz z innymi to miejsce, które było kiedyś niemieckim cmentarzem. Dla mnie historia Goleniowa…

L.O. – …siedemsetpięćdziesięcioletnia, bo właśnie obchodzimy taką okrągłą rocznicę tego miasta…

M.M. – …jest bardzo ważna. Zawsze chciałem identyfikować się z miejscem, w którym żyłem przez lata dzieciństwa i wczesnej młodości, dotykając miejsc tworzonych przez pokolenia. Bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie jakiś czas temu odkrycie i wyeksponowanie ruin kościoła pod wezwaniem św. Jerzego u zbiegu ulic Sportowej i Szczecińskiej. Wiedziałem, że tam był stary cmentarz, a dalej targowisko nazywane „koplem”. Jako dziecko oglądałem wielki pożar stodoły w pobliżu tego „kopla”.

L.O. – Te lata młodzieńcze związały Cię z Goleniowem?

M.M. – Tak, bo to lata formujące mnie. Odwiedzałem kolegów w domach poniemieckich, wyposażonych w wiele poniemieckich sprzętów. Długo mieszkaliśmy obok dzisiejszego dworca PKP, wtedy autobusowego, gdzie można było usłyszeć śpiewny, kresowy akcent ludzi dojeżdżających do okolicznych wsi. Podczas niedzielnej przejażdżki rowerowej, usłyszałem wielu młodych Ukraińców, którzy teraz w Goleniowie pracują i mieszkają…

L.O. – …i stanowią już blisko 1/5 mieszkańców naszego powiatu…

M.M. – …słyszałem o tym. Dlatego zaniepokoił mnie ten incydent, o którym przeczytałem w najnowszym wydaniu „Gazety Goleniowskiej”. Myślę o tej bójce polsko-ukraińskiej. Mam nadzieję, że to tylko jednostkowy chuligański wybryk.

L.O. – Wracając do Twoich goleniowskich wspomnień. Wiąże Twoją pamięć miejsce czy ludzie?

M.M. – Oddzielenie tego jest bardzo trudne. Z każdym z miejsc kojarzą mi się zdarzenia i osoby, które wpłynęły na moje życie. Wychowywałem się na ówczesnej ulicy Jedności Narodowej i w okolicach. To były takie slamsy w podwórzu poniemieckiego domu. Dzisiaj stoją tam sklepy przy rondzie vis a vis Banku Spółdzielczego. Wychowałem się w bardzo biednej rodzinie. W latach sześćdziesiątych pamiętam niedostatek i beznadziejną biedę. Później było trochę lepiej. Został mi w pamięci cały szereg ludzkich historii zasłyszanych wtedy. Na przykład stary dworzec kolejowy wiąże mi się z zasłyszaną historią pani Omoleckiej, która ponoć napiła się tam takiej ilości piwa, że pękła. Po sąsiedzku pracował Pan Miłek, miał warsztat szewski, w którym – można powiedzieć – terminowałem, czytając mu na głos gazety, kiedy on wbijał gwoździe w zelówki. Nie wiem, czy on nie był spokrewniony z rodziną tych Miłków ze znanej dzisiaj firmy obuwniczej CCC?

L.O. – Na pewno łączą ich buty…

M.M. – …tak, buty ich łączą. Mleczarnia naprzeciwko dawała w soboty – za drobną opłatą dla stróża, możliwość kąpieli w olbrzymiej łaźni robotniczej. Pamiętam całą masę ludzi, którzy to miasto tworzyli – począwszy od sekretarza partii pana Greckiego, którego żona mnie uczyła w podstawówce, po sędziego Stojeckiego, ojca mojego szkolnego kolegi.

L.O. – Dla tych wspomnień wracasz od czasu do czasu do Goleniowa?

M.M. – Tak, do swojego dzieciństwa i okresu formacji w miejscowym liceum. Bardzo dużo ciekawych rzeczy się tam wtedy działo. To były i teatry, i śpiewy w chórze, i aktywność w Kościele, i żeglarstwo, i harcerstwo. To mnie kształtowało. Wracam tu także dlatego, że mam tu kolegów, przyjaciół, znajomych. Niektórych z nich spotykam gdzieś w świecie, gdzie ich rzucił los. Kiedy byłem ambasadorem na Białorusi, szefem biura LOT-u w Mińsku był Józek Poczobut, nasz kolega ministrant. Takich sytuacji jest więcej. Ważni dla mnie są nauczyciele z liceum, dzięki którym rozwinąłem się, uformowałem. Poloniści – pani Radłowska i pan Polański, anglistka pani Burzyńska, rusycystka pani Mataj, matematyczka pani Satała, fizyczka Ginielewicz i wielu innych, których nazwisk już nie pamiętam. Byłem też związany z księżmi chrystusowcami, duży wpływ na moje pokolenie miał ks. Proboszcz Kamiński, wiele czasu spędziłem z Mietkiem Piotrowskim, który był tu wtedy młodym wikarym. On pokazał mi pierwszy trochę innego świata, niepartyjnego, nieoficjalnego. Dzięki niemu przeczytałem pierwsze książki filozoficzne i religijne. Później dwa i pół roku uczyłem się w poznańskim seminarium chrystusowców, bo chciałem zostać misjonarzem. Okazało się to jednak nie dla mnie.

L.O. – To wspominanie jest kurtuazyjne? Bo pytam, czy naprawdę wracasz czasami myślami do tej krainy dzieciństwa i młodości?

M.M. – Sam się nad tym zastanawiam. Czy to jest tak, że ten Goleniów i ci ludzie są moim centrum wszechświata, czy obiektywnie działo się tu coś znaczącego. Wydaje mi się, że jednak to drugie. Wracam też dlatego, że chodzi za mną niedokończona wciąż książka o Goleniowie, którą piszę już wiele lat. Mam nadzieję pokazać w niej Goleniów także od strony makrowydarzeń. Tutaj działy się rzeczy wielkie, choć niezauważalne szerzej…

L.O. – Nie będzie to zatem memuar?

M.M. – Nie, tylko pokazanie wielkich zjawisk w mikroskali.

L.O. – Ponieważ pytania zadaję przede wszystkim w imieniu naszych czytelników, z których wielu Ciebie zna i pamięta, przypomnij nam, co się z Tobą działo od ostatniej naszej rozmowy do gazety – czyli ładnych parę lat temu?

M.M. – Wprawdzie nigdy się nie spodziewałem, że będę robił to, co robię, ale mojej mamie w dzieciństwie mówiłem, że będę albo dziennikarzem, albo dyplomatą. To było takie młodzieńcze wyobrażenie, że jako dyplomata będę podróżował po świecie, a potem przyjeżdżał do mamy i jej opowiadał, co ciekawego widziałem. Takie pragnienie we mnie było, choć nie były to poważne plany. Po dwóch latach seminarium, o którym wspominałem, pojechałem do Krakowa na studia filozoficzne do księdza Tischnera. On polecił mi zapisać się na Uniwersytet Jagielloński, gdzie studiowałem filozofię, religioznawstwo i socjologię. Tam obroniłem doktorat w roku 1993. W latach osiemdziesiątych zaplątałem się w historię literacką. Napisałem parę tekstów, w tym jeden o udziale polskich wojsk w inwazji na Czechosłowację w roku 1968…

L.O. – … wydany przez paryską „Kulturę” w roku 1986?

M.M – Tak, pod tytułem „Tyle piwa za darmo”. Okazało się, że to był tak fotograficzny obraz tego, co nasze wojsko wtedy robiło, że zainteresowały się mną wszystkie możliwe służby sowieckiego imperium. Wzięli mnie w obroty i miałem bardzo dużo problemów. Zmuszono mnie do wstąpienia do szkoły podchorążych, ale odmówiłem złożenia przysięgi. Zadeklarowałem się jako uczestnik ruchu „Wolność i Pokój” (WiP), a przed więzieniem uchroniło mnie to, że akurat kilka tygodni wcześniej władze PRL ogłosiły odwilż i amnestię. Zatem odsłużyłem rok w wojsku jako zdegradowany podchorąży w batalionach inżynieryjno-budowalnych, kopiąc doły i wożąc taczki z zaprawą. Po wyjściu z wojska stałem się praktycznie zawodowym dysydentem, gdyż wszędzie mi odmawiano pracy. W ruchu WiP, pod koniec lat osiemdziesiątych, byłem zaangażowany w międzynarodowe projekty i ze Wschodem, i z Zachodem. Te projekty wciągnęły mnie na tyle, że jeden z moich ówczesnych kolegów, obecny minister Spraw Zagranicznych Jacek Czaputowicz, namówił mnie w roku 1990 do pracy w MSZ. Tak się zaczęła zupełnie nieplanowana historia z dyplomacją. Po roku minister Skubiszewski wysłał mnie do Wilna, żebym założył tam naszą ambasadę. Byłem tam pierwszym powojennym przedstawicielem dyplomatycznym RP. Tam nauczyłem się języka litewskiego i zdałem nawet egzamin państwowy. Po kilku latach pobytu w Wilnie zostałem konsulem w Grodnie, a zaraz potem, w roku 1998, ambasadorem w Mińsku na Białorusi. Na Białorusi pracowałem do roku 2002. Potem wziąłem urlop od dyplomacji, bo akurat w Polsce rządzili ludzie, którzy mnie nie bardzo w MSZ widzieli. Przez kilka lat prowadziłem prywatną firmę doradczą i jeździłem z polskimi przedsiębiorcami na wschód – od Brześcia, po Kazachstan i Kirgistan. W tym czasie zupełnie przypadkiem znalazłem się w 2006 roku prywatnie w Mińsku, u przyjaciół. Tam wtedy były wielkie demonstracje po sfałszowanych wyborach, w mroźne marcowe noce młodzież stała na placu i współczując im postanowiłem pojechać do nich. Okazało się, że trafiłem na tę noc, kiedy otoczył nas OMON. Trafiłem do aresztu, zmaltretowany, pobity i przez 3 dni przesłuchiwany przez KGB. To spowodowało, że oczy kilku ważnych wtedy ludzi w Polsce zwróciły się na mnie. Potem współpracowałem z premierem Jarosławem Kaczyńskim w jego gabinecie politycznym, gdzie zajmowałem się projektami wschodnimi. W roku 2008 wróciłem do MSZ, gdzie odpowiadałem za Białoruś i Ukrainę, współtworzyłem też program „Partnerstwo wschodnie”. Niestety, nie ułożyło się to tak, jak chciałem, bo ekipa premiera Tuska bała się narażać Rosji w jakikolwiek sposób. W związku z tym zostałem odsunięty od realnych działań, za krytykę takiej polityki musiałem spędzić kilka lat w pewnej izolacji. Proszę sobie wyobrazić, że od 2009 do 2013 roku – przez kilka lat przychodziłem do pracy, włączałem komputer i nic. Pracownicy MSZ wybrali mnie w 2010 roku szefem ministerialnej „Solidarności”. Przygotowałem raport o różnych patologiach w MSZ. Jednocześnie pracowałem na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego i Uniwersytecie Warszawskim jako wykładowca. Cały ten okres 2007-2016 to praca związkowa w MSZ i akademicka.

L.O. – Kiedy władza się zmieniła, dostałeś propozycję objęcia placówki w Tbilisi?

M.M. – Minister Waszczykowski początkowo zaproponował mi inną stolicę – nie powiem jaką. Dopiero po kilku miesiącach przyszła oferta wyjazdu do Gruzji i tam ambasadę objąłem pod koniec roku 2016.

L.O. – Czy już opanowałeś trudny język gruziński?

M.M. – Czytam w miarę swobodnie, z pisaniem i mówieniem jeszcze nie jest tak dobrze. Gruzja była w kręgu moich zainteresowań, jak wszystkie kraje posowieckie. Jak mówił Lech Kaczyński w Tbilisi: „najpierw Gruzja, potem Ukraina, kraje bałtyckie i wreszcie mój kraj”. Żeby takiej sytuacji uniknąć, żeby nam Rosja z buciorami nie weszła w jakikolwiek sposób, to trzeba myśleć wyprzedzająco. Losy Gruzji, tak, jak wszystkich krajów posowieckich, są naszym wspólnym doświadczeniem. Tyle nas łączy historycznie, że jesteśmy w Gruzji lubiani i cenieni. Polacy też się tam dobrze czują.

L.O. – Jak nawiązuje się na początku kontakty w obcym kraju?

M.M. – Wrócę do historii z dzieciństwa. Chciałem kiedyś pomóc starszej pani mieszkającej w starym domu przy ulicy Kilińskiego w Goleniowie. Przywiozłem jej wózek drewna. Ona mnie zaprosiła na herbatę i zaczęła opowiadać o… Tbilisi. Obraz tego miasta z jej opowiadania bardzo mocno ukształtował moje wyobrażenie o nim. Ona wyjechała stamtąd w latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Kiedy ja po raz pierwszy chodziłem po Tbilisi, szukałem tego, o czym ona mi opowiadała. Wielokulturowości, labiryntów uliczek na wzgórzach…

L.O. – …i w starym Tbilisi rzeczywiście tak jest, prawda?

M.M. – Tak. Rozpoczynając tam pracę ambasadora, miałem więc już takie goleniowskie przygotowanie. Mogę teraz tę dziecięcą ciekawość świata i innych kultur zaspokoić w Gruzji. W Gruzji uświadomiłem sobie, jak ważne dla historii Europy są jej bizantyjskie korzenie, tak silnie widoczne w jej bardzo starej kulturze.

L.O. – Zrozumienie kultury kraju zawsze ułatwia znajomość jego języka. Litewski i poznawany teraz gruziński to nie jedyne znane Ci języki. Wprawdzie ich znajomość pomaga w dyplomacji, ale może też być prywatnym hobby?

M.M – Człowiek jest szczęśliwy, kiedy robi to, co lubi i jeszcze mu za to płacą. Ja lubię to, co robię i robię to z pasją. Język jest częścią tej pasji. Białoruski przyswoiłem stosunkowo łatwo, bo jest pomiędzy znanym mi bardzo dobrze rosyjskim a polskim. Mam problemy z ukraińskim, ponieważ jego opanowanie wymagałoby dłuższego pobytu w tym kraju. W gruzińskim odnajduję melodię starosumeryjskiego i to, co w ten naród wniosła kultura asyryjska, perska, sumerska itd. Mnisi gruzińscy skodyfikowali język gruziński w Jerozolimie, w której w V-VI wieku były gruzińskie klasztory. Mógłbym o tym długo opowiadać…

L.O. – …ale ja muszę zmierzać do puenty naszej rozmowy. Ciekaw jestem na koniec Twojej opinii na temat stosunków polsko-ukraińskich w naszym bardzo lokalnym kontekście, obecności tak licznej grupy ukraińskich pracowników w naszym powiecie, a szerzej w Polsce. Jest ich kilka tysięcy, ale poza zakładami pracy i sklepami ich nie zauważamy. To potencjalne niebezpieczeństwo czy dobrodziejstwo?

M.M. – Kiedy w roku 2004 w Kijowie wybuchła „pomarańczowa rewolucja”, widać było u nas przejawy solidarności z Ukraińcami. Minęło ponad 10 lat i teraz to, co się stało w 1943 roku na Wołyniu zaczyna nas mocno dzielić. Bardziej niż z Niemcami, choć to ten sam okres, a skala zbrodni nieporównywalna. Nie przepracowaliśmy jeszcze z obu stron tych tragicznych wydarzeń, bo przez lata były w peerelu celowo przemilczane. Teraz wybuchły jak nowe. Kluczowe jest zjawisko honorowania przez Ukraińców bohaterów, których my uważamy za zbrodniarzy. Znam to z domu, bo moja mama przeżyła Wołyń i na słowo „Ukrainiec” dostawała gęsiej skórki. Jak doprowadzić do prawdziwego pojednania? Nie wiem. Odpowiadając na pytanie o bezpieczeństwo pobytu takiej masy Ukraińców w Polsce dla samej Polski, to potencjalnie jest to mieszanka wybuchowa – jeżeli ktoś będzie nad tym usilnie pracował.

L.O. – Na przykład Rosja?

M.M – Na przykład. Prowokacje są możliwe i stosunkowo łatwe do przeprowadzenia. Bardzo się tego obawiam. Tu w Goleniowie trzeba próbować wciągać ich do społecznej aktywności. Jeżdżąc rowerem po Goleniowie w niedzielne popołudnie, widziałem wielu Ukraińców rozmawiających przez telefon, popijających piwo, przechadzających się trochę bez celu. Widać, że nie mają co ze sobą zrobić w wolnym czasie. Tu jest nisza do zagospodarowania, żeby ich przekonać do wejścia w lokalne życie, żeby zrobić z nich współmieszkańców. Żeby zrozumieli, co się dzieje w głowach Polaków. Oczywiście jak zechcą.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.