Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Perły przed wieprze. List donikąd

Marek Szarek

Na zdjęciu grafika Lucjana Szarka

Kilka lat temu mój tata wydał książkę autobiograficzną pt: „List donikąd”. Ojciec nie jest literatem, całe życie pracował w handlu zagranicznym i lepiej radzi sobie z pisaniem w języku francuskim, niż polskim. Książkę wydał własnym sumptem, poszczególne egzemplarze rozeszły się wśród przyjaciół, bliższych i dalszych znajomych, zostały podarowane bibliotekom. Większość nakładu leży nierozpakowana w piwnicy i czeka na czytelników. Autobiografia spotkała się z kontrowersyjnym przyjęciem wśród członków rodziny. Niektórzy mieli za złe autorowi, że był dla siebie zbyt wyrozumiały, że przedstawił się tylko z dobrej strony, że napisał auto-hagiografię. Ale wielu ludziom „List donikąd” się podobał i czytali go z ciekawością. Jakiś czas temu wysłałem książkę mojej znajomej z Fb – Pani Ludwice Józwiak, która zbiera materiały zródłowe dotyczące polskiego osadnictwa na Żuławach w latach 40-tych i 50-tych. Pani Ludwika była uprzejma napisać recenzję książki ojca. Rzadko udostępniam na swoim profilu cudze teksty ale tę recenzję publikuję z przyjemnością. Mam nadzieję, że tekst pani Ludwiki sprawi przyjemność mojemu tacie. Być może zainteresuje i Was, mili Przyjaciele! Tekst ilustruje grafika autorstwa ojca.

***

Ludwika Józwiak

„Pomimo iż nie pozostaję z Panem Lucjanem Szarkiem w żadnych relacjach, z ogromnym zaciekawieniem przeczytałam jego autobiografię zatytułowaną „List donikąd”. Przeszłość Autora jest bardzo barwna, a książka została napisana lekkim piórem i kwiecistym językiem, co sprawia, że czyta się ją jak powieść przygodową.

Sięgnęłam po książkę, ponieważ interesują mnie lata zaraz po zakończeniu II wojny światowej i początki zagospodarowania się ludności napływowej na Żuławach Wiślanych. A rodzina Państwa Szarków do takich należała.

„List donikąd” opisuje dzieciństwo Autora we Francji, młodość na Żuławach Gdańskich, w Sopocie i w Warszawie oraz dorosłość i dojrzałość – podróże prawie po całym świecie i nieustająca przygoda. W opowieściach przeplata się życie rodzinne z zawodowym.

W książce przedstawiono czasy Polski Ludowej, wskazując jej wady i piętrzące się problemy przed ludźmi kreatywnymi i wykazującymi własną inicjatywę. Widać to choćby na przykładzie firmy, którą próbował założyć ojciec Autora wraz ze stryjem. Przynależność do PZPR, którą może wykazać się większość osób żyjących w Polsce w latach powojennych, umożliwiała pokonywanie piętrzących się barier w urzędach. Zupełnie normalna rzecz w tamtych czasach, ułatwiająca życie praktycznie pod każdym względem, otwierająca zamknięte drzwi, dlatego nie dziwię się decyzji autora.

Z uwagi na pesel wszyscy byliśmy świadkami historii. Ty, Marku, doświadczyłeś jej bardzo boleśnie w 1976 roku w Ursusie, a ja zupełnie bezboleśnie na ciele, choć na duchu raczej niekoniecznie, w latach 1980/81 i późniejszych w Gdańsku. Niektórzy moi znajomi nie mieli tyle szczęścia do bezbolesnego ocierania się o historię, na przykład Marcin Antonowicz – kolega z roku ze studiów na Wydziale Matematyki, Fizyki I Chemii Uniwersytetu Gdańskiego, człowiek niezwykle uzdolniony, laureat olimpiad, który znalazł się w nieodpowiednim czasie w nieodpowiednim miejscu i zginął pobity na śmierć przez funkcjonariuszy ZOMO z powodu posiadania legitymacji studenta UG. Pogrzeb odbył się w Olsztynie, bo chłopak stamtąd pochodził. To była jedna wielka demonstracja antykomunistyczna. Byłam, pamiętam do dzisiaj. Teraz to sprawa już ogólnie znana, organizuje się wystawy w rocznicę, czy upamiętnia w Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku… Kiedyś mówiło się tylko o Grzegorzu Przemyku… nie żebym miała pretensje…

Dla pokolenia rozpoczynającego teraz swoje dorosłe życie są to czasy znane z opracowań historycznych i argumentacji używanej przez obecnych polityków. Myślę, że warto było o nich napisać w prywatnych wspomnieniach, przekazać własną opinię o ówczesnych wydarzeniach i przesłankach podjętych decyzji, które wpłynęły nieraz bardzo znacząco na dalszy bieg życia.

Osobny rozdział życia Autora stanowił pobyt we Francji, zwłaszcza życie emigrantów i problemy w szkole zapamiętane oczami dziecka. Losy emigrantów zawsze były i są skomplikowane…

Opis pierwszej podróży do Wietnamu został przedstawiony jako niesamowita przygoda. Dziś już chyba zapomnieliśmy, że jeszcze całkiem niedawno taka podróż zajmowała kilka tygodni, a w czasie jej trwania dochodziło do mniej lub bardziej oczekiwanych przerw, jak opisana w autobiografii przygoda z miejscowymi Chińczykami, którzy po raz pierwszy widzieli Europejczyków. Opowieść ciekawie nakreśla ówczesną sytuację polityczną w krajach Dalekiego Wschodu i kontakty z państwami europejskimi tzw. bloku wschodniego, a także opisuje życie Francuza-Polaka-Europejczyka w krajach o innej kulturze i mentalności, zwłaszcza prywatne relacje z miejscowymi mieszkańcami.

Osobny temat, który dominuje w całym życiu Autora to kobiety. Opisy relacji damsko-męskich przedstawione są w autobiografii w sposób niezwykle subtelny i dyskretny, w żaden sposób nie urażają uczuć drugiej strony. Nie jest to łatwe, kiedy opowiada się o związkach zakończonych z różnych powodów rozstaniem. Sama mam za sobą dwa rozwody jak również inne rozstania, może dlatego tak to osobiście odbieram. Wydaje mi się, że niewielu partnerów dobrze pisze o swoich byłych partnerkach i na odwrót. Chociaż odnoszę wrażenie, że mężczyźni są jednak dużo bardziej subtelniejsi w tej delikatnej materii.

Zaciekawił mnie też temat zakupu linii do produkcji kazeiny, zapewne dlatego, że moja obecna praca związana jest z technologią i produkcją farmaceutyczną.

Z autobiografii dowiedziałam się też, że ryby jedzą banany.

Biorąc pod uwagę fakt, że pierwszym językiem Autora jest francuski, zupełnie nie rażą drobne pomyłki językowe w tekście. W niektórych miejscach wydawało mi się natomiast trochę irytujące zastosowanie chaosu czasoprzestrzennego do opowieści i brak chronologii w opisach niektórych wydarzeń. Ale może są takie trendy w autobiografiach…

Proszę o wybaczenie ciasnoty mojego umysłu, umysł ścisły jest po prostu ścisły. Rzadko obecnie sięgam po literaturę inną niż typowo użytkowa. Dziękuję raz jeszcze za możliwość zapoznania się z autobiografią. Książka jest warta polecenia nie tylko rodzinie Autora.”

Reklamy


Dodaj komentarz

Perły przed wieprze. Tatarczuch

Marek Szarek

Tatarczuch – grafika A. Orłowskiego

Para Prezydencka wyjechała do Waszyngtonu, a my z Cesią do Jasła! Duda spotkał się z Ivanką i Trumpem, a my z Agnieszką i Leszkiem. Media opozycyjne nie zostawiły na wizycie polskiego prezydenta suchej nitki i biły w Dudę, jak w „kaczy” kuper! Naszego wyjazdu prasa nie zauważyła! A przecież nie spieszyłem się, stałem wyprostowany obok auta, widoczny z daleka w swoich buraczkowych gaciach, gotowy pozować do zdjęć z piękną Cesią u boku! Rozumiem, że Gazeta Wyborcza nas zlekceważyła, nie takie wydarzenia zbywała milczeniem, ale że w Głosie Psiej Górki, też nic nie napisali, to skandal!

Wybraliśmy kierunek na Sandomierz, drogę podrzędną, prowincjonalną, arcypolską. Mazowieckie miasteczka stały przy sandomierskiej szosie: samotne i puste, jak przydrożne jabłonki obrane z owoców. Na odpicowanych za unijne pieniądze ryneczkach siedzieli emeryci i wspominali dawne czasy. Był piątek, młodzież z: Góry Kalwarii, Kozienic, Lipska, Zwolenia, dopiero wieczorem miała wsiąść w samochody i busy, żeby na weekend wrócić do domów.

Kraj otwierał się przed nami, jak podręcznik geografii. Minęliśmy zamek w Czersku, zostawiliśmy za sobą Magnuszew i Ryczywół. Sforsowaliśmy most na Radomce i zatrzymaliśmy się pod wyniosłymi, neogotyckimi wieżami kościoła w Policznej, gdzie w 1892 roku młodziutki guwerner, golec i początkujący literat Stefan Żeromski brał ślub z Oktawią Rodkiewiczową, wdową, społecznicą, matką 2-letniej córeczki. Wśród zaproszonych gości był przyjaciel pani Oktawii – Bolesław Prus.

Zaparkowałem auto na placyku pod świątynią, żeby w przykościelnej latrynie załatwić małą potrzebę. Mnie się udało, ale Cesia musiała iść w krzaki. Damska toaleta nie nadawała się do użytku. Oto Polska właśnie – pomyślałem. Od frontu zadbane, od tyłu zasrane! Z przodu sława i chwała, z tyłu – „takiego wała”!

Zatykając nosy, opuściliśmy Policzną kierując się na południe. Ominęliśmy Czarnolas, grobik Urszulki i zwoleńską farę, w której Jan Kochanowski kupił był sobie onegdaj probostwo.

Zatrzymaliśmy się dopiero w Sycynie. Zostawiliśmy auto na przydrożnym pastwisku udającym parking, żeby zobaczyć kamienną kolumnę wzniesioną przez bratanka poety Mikołaja Kochanowskiego na pamiątkę szczęśliwego powrotu z wojny chocimskiej w 1621 roku. Do pomnika prowadziła dróżka przebiegająca przez środek chłopskiego podwórka, po którym wałęsała się gospodarska żywina, na dróżce leżały zgniłe jabłka i kurze kupy. Kolumna Mikołaja stała za chudobą w szczerym polu, pośród ścierniska, pieczętując okolicę stemplem historii. Przypomniałem sobie kupioną niedawno książeczkę Wacława Potockiego pt: „Transakcja Wojny Chocimskiej”. Z nieuważnej i pobieżnej lektury zapamiętałem staropolską nazwę własną – „Tatarczuchy”. Słowo pasowało poecie do ułożenia dziwnego, erotyczno – patriotycznego rymu. Zacytuje z pamięci:

„Nie pozwolim by nasze dziewki dojrzałe
Dla rządzy pogańskiej juchy
W opłakanej niewoli rodziły Tatarczuchy”

Pomyślałem złośliwie, że cytat nabrał aktualności i nasz Prezydent mógłby go wykorzystać w przemówieniu, jakie wygłosi po powrocie z Ameryki! Ale nie chcę pisać o polityce! Chciałem, tylko opowiedzieć drogę z Ursynowa do Jasła, pobudzić Waszą wyobraznię i zachęcić do podróży! Obiecuję, że w jutrzejszej pisaninie, słowem nie pisnę o pisowskim kandydacie na burmistrza Sandomierza, który nazywa się – Szatan, ani o kandydacie Platformy Obywatelskiej o nazwisku – Kac! Opowiem o sztukateriach Mistrza z Kaplicy Dobrej Śmierci w tarłowskim kościele. Poinformuję, dlaczego nie chcieli zatrudnić Cesi przy zbiorze gruszek w Ciepielowie, wspomnę o lodach w Bidzinie i o miejscowości, która zachęciła Gombrowicza do pornografii. Napiszę o miłym przyjęciu, jakie zgotowali nam w Jaśle Agnieszka i Leszek. Podziękuję za kaszankę, wędzoną kiełbasę, maślaki w śmietanie, kaczkę po beskidzku i za serdeczną przyjazń, którą darzą nas od lat!


Dodaj komentarz

Babcia Ezoteryczna. Przyznaję się

Katarzyna Urbanowicz

Przyznaję się, koresponduję z osadzonym w areszcie, osobą mi bliską. Nie obchodzą mnie zarzuty, jakie mu postawiono, nie komentuję tego, iż moim zdaniem jest to sprawa polityczna, sięgam pamięcią do ciemnych lat czterdziestych PRL, kiedy byłam jeszcze dzieckiem, któremu wdrukowano lęk przed Urzędem Bezpieczeństwa, przestępcami i kontaktem z nimi i ich rodzinami. Lęk ten obudził się we mnie po wielu już latach, wypełnionych pracą nad sobą i swoimi fobiami. Opanowałam nawet i przepracowałam pamięć ciała (drżenie, pot, sztywnienie mięśni, zaciskanie szczęki itp), związaną z bombami i wybuchami Powstania Warszawskiego, uruchamianymi podczas noworocznych fajerwerków, przeżywanymi razem z pieskami i innymi domowymi stworzeniami. To był ostatni lęk, który miał się już w moim życiu nie powtórzyć, więc w ogóle nad nim nie pracowałam. I mam za swoje. Wszak mądrzy ludzie mówili, że historia kołem się toczy.

Wszyscy się boimy. Ja też. Ale moje nocne zawroty głowy informują mnie, że mój czas jest krótki. Tak czy siak, to, co napiszę, może być ostatnim słowem, które wypowiem. Lęk więc nie jest już na miejscu, nikt nie jest w stanie mi nic zrobić. Czy jednak opłaca się znowu zmieniać siebie, zamiast innych? Może już dość! Czas na podniesienie głowy.

Odeszli wszyscy rówieśnicy i starsi, których kochałam i ci, którzy nie zdecydowali się mnie kochać. Jestem sama w pokoleniu najstarszych bliskich. W snach stąpam po lodowych koleinach i dyskutuję, bronię się, tłumaczę z tego, dlaczego jestem taka, jaka jestem. Ale ich już nie ma. Moje tłumaczenia to najwyżej Kronika Akaszy – o ile jest.

Opowiadając o moich emocjach innym, muszę zacząć od Adama i Ewy lub starożytnych Rzymian. Już w ich świadomości pojawił się archetyp przestępcy i od tamtych czasów, mimo licznych ewolucji, trzyma się mocno i niewzruszenie.

Pierwszą próbą mojego dziecinnego zrozumienia pojęcia zbrodni, była podsłuchana rozmowa rodziców o wykonanych wyrokach Trybunału Norymberskiego na zbrodniarzach hitlerowskich. Z ich rozmowy, niedokładnie usłyszanej, zrozumiałam, że się ich wywiesza. Sądziłam, że za okno, na mróz. Brzmi to wprawdzie jak anegdota, ale jest najprawdziwszą prawdą. Kiedy czterolatek, mój rówieśnik, w czasie zabawy w pogrzeby (tak się wówczas dzieci bawiły po ogródkach, robiąc groby dla martwych ptaszków, żuczków i innych żyjątek) zaczął sypać ziemię do wózka, w którym spała na dworze moja siostra, będąca wówczas niemowlęciem, uznałam, że ją zabił i urządza jej pogrzeb. Wzięłam wówczas duży kamień i uderzyłam go w czoło, po którym to ciosie, zakrwawiony, przewrócił się na ziemię. Świadoma, że popełniłam zbrodnię, uciekłam z domu do pobliskiego lasku i tam schowałam się w jakimś wykrocie po bombie, zarośniętym gęstymi krzakami. Wolałam tam umrzeć, niż zostać wywieszona. Znaleziono mnie dopiero po dwudniowych poszukiwaniach, a znalazca, milicjant, moim zdaniem miał na mnie wykonać wyrok. Zanim sprostowałam swoje mylne przekonanie, zdążyłam pożegnać się już z życiem.

Nie były to czasy szczególnego pietyzmu dla życia. Pisałam o tym wcześniej w kilku odcinkach Babci, publikowanych jeszcze na łamach „Taraki”. Wspominałam wtedy, że w 1945 i 46 roku na mojej ulicy, nocą napadano na niektóre domy i budziły nas regularne strzelaniny. Opowiadałam też, jak mój ojciec symulował groźbę strzelania przez okno, z wieszaka na ubranie, do napastników.

Ale wracam do archetypu przestępcy, wdrukowanego mi wówczas, w latach dziecinnych.

Miałam koleżankę szkolną Ewę P. Łączy mnie z nią mnóstwo zdjęć i wspomnienia, choć nigdy potem jej nie spotkałam. Kiedy w naszym domu zimą zamarzały rury musiałyśmy nosić wiadrami wodę z kranów sąsiadów. Na naszej ulicy, Lesznowolskiej, było kilkunastu sąsiadów, wszyscy zamieszkali o wiele bliżej, niż rodzice Ewy, z końca ulicy. Jednak tylko oni pozwalali nam czerpać wodę ze swojego kranu, a także wchodzili z nami w jakiś kontakt. Bliżej położeni sąsiedzi, z nieznanych mi względów, byli naszymi wrogami, co podkreślała nasza mama. Byliśmy biedni i nie stać nas było na stałe ogrzewanie węglem mieszkania i dlatego nasze rury z wodą zimą zamarzały. Spałyśmy w paltach i czapkach, nie myłyśmy się, bowiem miski z wodą ustawione przed naszymi łóżkami zamarzały. Woda przyniesiona w wiadrach od rodziców Ewy P. służyła do picia i gotowania. Ubikacja była nieczynna, korzystałyśmy z tej w szkole i u dobrych ludzi. Nasze kiszki i żołądki przystosowały się do cudzych warunków i obcych ludzi. Raz w tygodniu, w czwartki, jeździłam do łaźni na Krakowskim Przedmieściu, w sąsiedztwie Uniwerku, gdy była ona dostępna dla kobiet.

Rodziną Ewy P. zarządzała jej babcia, teściowa ojca, z rodziny arystokratycznej „Cz.”. Tata Ewy miał warsztat tkacki, w którym produkował prześliczne chusteczki (wszystkie kobiety wówczas chodziły w chustkach na głowie), ale tkane przez tatę Ewy nie były jednobarwne, tylko dwukolorowe, przezroczyste jak mgiełka, biało-czerwone, przechodzące kolorami płynnie. Ich surowcem był nylon, ściśle wówczas reglamentowany, bo nie wytwarzany w Polsce. W sieni rodziców Ewy P. stała beczka z kwaszoną kapustą, a pani Cz., babcia Ewy, za każdą moją wizytą dawała mi jabłka z beczki. Smak tamtej kwaszonej kapusty i kwaszonych jabłek pamiętam do dziś. I do dziś kocham kiszoną kapustę i inne kiszonki. Pani Cz. była osobą celebrującą swoją arystokratyczną rodzinę, ale nie mam pojęcia dlaczego faworyzowała Kasię, przeciętną dziewczyninę, córkę mamy wychowanej w sierocińcu, ale taty z pogardzanej inteligencji. Za sprawą pani Cz., złośliwej i niemiłej dla innych kobiety, nigdy nie odczuwałam w tej rodzinie swojej niższości. Do dziś nie mam pojęcia za co mnie lubiła. Wszak zawsze byłam zbuntowana, nigdy pokorna. I nigdy nie obchodziły mnie hierarchie i porządki dziobania. Byłam maniaczką równości ludzi, a pani Cz. podkreślała swoje arystokratyczne pochodzenie. No i mieli służącą. Nie pomoc domową, a służącą.

Tata Ewy P. podarował mi kiedyś taką śliczną chusteczkę i był to pierwszy prezent od obcej osoby, który otrzymałam. Rodzice i babcia Ewy chyba bardziej mnie lubili, niż sama Ewa, poukładana i realistyczna, nieco młodsza koleżanka. Zawsze chciałam być taka, ale wiedziałam, że jest to poza moją możliwością.

Byłam licealistką, kiedy aresztowano tatę Ewy pod zarzutem nazwanym „aferą włókienniczą”. To był czas afer: mięsnych i innych oraz kar śmierci dla ich bohaterów.

W wyniku pospiesznego procesu, tata Ewy został skazany na śmierć i wyrok wykonano. Pani Cz. zdołała wcześniej załatwić rozwód córki i formalnie wyrok kary śmierci nie obciążał rodziny. Jednak Ewa P. nigdy już nie była taką naszą koleżanką, jak dawniej. W dodatku moja mama, która miała drewnianą komórkę w ogródku, a w komórce tej przechowywała (odpłatnie) dla pana P. worki z przędzą na owe dwukolorowe chusteczki, kilka kolejnych lat spędziła w przerażeniu i stresie, nie wiedząc co robić i jak zlikwidować pozostały u niej trefny towar. Podziwiałyśmy Ewę, wyniosłą i poukładaną, i nie odważyłyśmy się do niej przemówić.

Afera, o której piszę, powstała w sposób nieprzewidywalny. Pewna kobieta, z nieszczęśliwej miłości, powiesiła się w schowku przy kuchni, a przy okazji śledztwa wyszło na jaw, że pośredniczyła w nielegalnym zakupie przędzy w łódzkich tkalniach, które za łapówki, odsprzedawały część przydziałów. Nie przyszło jej do głowy, że pociągnie za sobą innych.

Ten lęk mojej mamy przed niespodziewanymi obrotami losu latami tkwił we mnie i stał u źródła podziwu i dystansu wobec mojej koleżanki Ewy P. oraz jej dystansu do świata. Stała się dla mnie trędowatą, ale trędowatą budzącą podziw. Chciałabym taka być, gdyby przyszedł na mnie podobny czas. Ja zawsze byłam realistką i nie rozumiałam, dlaczego, na przykład ludzie pod śledztwem inkwizycji, nie zaparli się swojej wiary. Ja bym to zrobiła w każdej chwili; życie było mi droższe, niż poglądy. W lęku przed śmiercią, obiecałabym wszystko (inna rzecz, czy dopełniłabym później obietnic). Jestem konstrukcją psychiczną opartą na lęku.

Mój stosunek do przestępców ukształtował obraz taty Ewy, małomównego, spokojnego, ciemnowłosego człowieka, z dobrymi odruchami, przyjaznego światu i pogubionemu dziewczęciu. To, co go spotkało, w moich oczach, było krańcową niesprawiedliwością i wywyższyło jego dobroć i zwyczajność. I przymusową odwagę. Już na zawsze sylwetka nakrytego i uwięzionego przestępcy budziła moje współczucie zamiast potępienia. Ale inne spotkania, gdy byłam zagrożona osobiście, wymuszały uzasadniony lęk. To było coś, jak schizofreniczne rozdwojenie jaźni, podobne dzisiejszym odczuciom wobec tygrysów z zoo. Za kratami budzą litość, na wolności chętnie by je profilaktycznie zastrzelono. Czy wobec piesków: pokojowe hołubimy, rozczulamy się nad nimi, ale gdy dopadnie nas wataha bezpańskich psów, licząca kilkanaście osobników zmykamy co sił i oburzamy się, że nikt z nimi nie zrobił porządku, nawet gdyby jego skutkiem stało się tzw. „psie sadło”, sprzedawane na niektórych targach na wschodzie Polski. I składamy się na naboje dla nieoficjalnych myśliwych, ponieważ psy wyłapane do schronisk w jednym rejonie, po cichu wypuszczane są w lasach innego rejonu (choć ich odstrzał jest zabroniony, a ich łupem pada leśna zwierzyna).

Źródłem jest wdrukowane pojęcie PRZESTĘPSTWA, bez rozróżnień, oszukańczo sugerujące zło, jednakie dla rzezimieszków i wyznawców innych poglądów, czy unikających czegoś, uznanego z opresję w majestacie prawa.

Także i teraz, mając okazję korespondować z osobą aresztowaną, bardziej otwieram się na jej potrzeby i odczucia, niż na stanowisko prokuratora. Staram się go nie dostrzegać, pomijać i nie wnikać weń, bowiem jako polska obywatelka podchodzę ze sceptycyzmem do przewagi prokuratury nad obroną. Jeśli z tym kimś wiążą mnie więzy sympatii, tym bardziej podkreślam potrzebę wyważenia racji postępowania na wszystkich etapach tzw. sprawiedliwości. Ale jako osoba, która wiele przeżyła, nie łudziłam się i nie łudzę, że surowość kary czemukolwiek zaradzi. Nie łudzę się też, że zmieniamy sądownictwo na lepsze, wskazując palcem zaufanych ludzi, jako jego przedstawicieli. Człowiek zawsze kieruje się w pierwszym rzędzie lękiem i asekuracją, a także uprzedzeniami, co wiem po sobie. Odstąpienie od instytucjonalnych zasad zawsze rodzi NIESPRAWIEDLIWOŚĆ. Teoria zawsze mija się tu z praktyką. Władza deprawuje, ponieważ uzależnia, a normalny człowiek źle znosi uzależnienie, nawet gdy musi mu ulec. Zwłaszcza gdy decydują o tym inni, a nie my. Jedyne, co go może uwolnić, to realna niezależność. Kiedy może być sobą, jest lepszy i mądrzejszy.

Dziś wracam myślami do mojej koleżanki, Ewy P. i do tego, co musiała przeżyć i czego doznać i jak bardzo na jej życiu i przyszłym zawodzie musiał się odcisnąć zapał prokuratorów i sędziów tropiących przestępców – prawdziwych i urojonych. Wszak nie tylko oni cierpią, a może nawet nie oni najbardziej. Do kamieni, którymi obrzucano Ewę P, jako córkę burżuja i wroga ludu, także ja dorzuciłam swój kamyczek niechęci i izolacji, kto wie, czy nie uwierający ją bardziej, niż inne.

Poniżej: fotografia, która uwidacznia, jak pozornie beztroska młodość jest złudzeniem, gdy na starych fotografiach uśmiechają się dzieci, przeżywające dramat ich życia. Od lewej: ja, Ewa P. i moja siostra na naszej werandzie domku na Lesznowolskiej. Podtrzymujący słup ogołociły z kafelków bomby Powstania.