Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Perły przed wieprze. Sługa Dwóch Panów

Marek Szarek

Na ilustracji – Capitano, postać z komedii dell arte. XVII wieczna, anonimowa grafika teatralna

W Niedziele byliśmy na klasycznej komedii dell arte w Teatrze Dramatycznym. Komedia Goldoniego grana na głównej scenie warszawskiego przybytku Melpomeny pozwala widzom zanurzyć się w pierwotny żywioł teatru. Wielkie lustra, kryształowe kandelabry, złocone sztukaterie, girlandy gipsowych winogron zwisające z balkonów – całe to pałacowe pseudorokokowe dekorum, dobrze rymuje się z rozbuchaną formą przedstawienia. Sztuka weneckiego autora została wyreżyserowana przez T. Bradeckiego, a włoski tekst przetłumaczył i uwspółcześnił J. Polewka. „Sługa Dwóch Panów” bawi dorosłych i młodzież szkolną, przemawiając zrozumiałą polszczyzną! Tempo akcji galopuje, jak koń na wyścigach, Krzysztof Szczepaniak w roli Arlekina jest komiczny i dynamiczny, pozostali aktorzy starają się mu dorównać. Kostiumy są bajecznie kolorowe, dekoracje minimalistyczne, aczkolwiek romantyczne, a muzyki mogłoby być więcej. Z przyjemnością nasłuchiwałem śmiechów ośmioklasistów rozlegających się na widowni!

A przecież, jestem po świeżej traumie, jakiej nabawiłem się, przerabiając z moją turecką uczennicą „Zemstę” – Fredry. Staropolszczyzna hrabiego przysparza kłopotów nawet dorosłemu, wykształconemu Polakowi i czyni sztukę niezrozumiałą! Postuluję, żeby na potrzeby szkolnego widza uwspółcześnić język Fredry, tak aby siódmoklasiści nie musieli zgadywać co to jest – „dryjakiew z węża i ćwik w komnacie”?

Sztuka Goldoniego, to nie jedyne przedstawienie, jakie bawiło mnie w tym tygodniu! Konkurowało z nim nasze domowe, polityczne dell arte!

W polskiej komedii występują wciąż ci sami aktorzy odgrywający podobne scenariusze, w których improwizują mniej lub bardziej udatnie.

W aferze Komisji Nadzoru Finansowego, znowu skompromitowały się polskie służby specjalne i znowu oglądamy pociesznego prawnika Dottore – uczonego głupca, onegdaj udającego ministra edukacji, który chciał wyrzucić z kanonu lektur pisarzy homoseksualistów. Dzisiaj Mecenas wystrojony w tęczowy kostium Arlekina – udaje liberała. Niespodziewanie, dołączył do niego arcybiskup celebrujący w warszawskiej katedrze mszę dziękczynną w podzięce za rządy byłej Prezydent Warszawy! Diabeł ubrał się w ornat i ogonem dzwoni, a zwęglone ciało Joanny Brzeskiej dopala się w grobie!

Stary Lider nowej partii, nazwijmy go Poliszynel odkrywa nowe Morze Azorskie, na którym być może, były minister znajdzie swoją tajemniczą wyspę St. Escobar!

Mógłbym się tak bawić, tą polską komedią omyłek, gdyby za kulisami światowego teatru nie czaił się cień innego, groźnego aktora! To Capitano – wielki, tchórzliwy sołdat, który nie wymyśla nowych mórz, ani półwyspów – on je zdobywa! Jego ulubioną zabawą jest wymierzanie kopniaków w wypięte tyłki sąsiadów!

Czego, ani sobie, ani Wam nie życzę!

Reklamy


Dodaj komentarz

Perły przed wieprze. Zmiany

Marek Szarek

Ilustracja do książki Antoine’a de Saint-Exupéry’ego „Mały Książę”

Minął sierpień, minął wrzesień, znów listopad i ta jesień – zmiany niesie! Koło fortuny zrobiło pełny obrót i w jesieni życia znowu zostałem pedagogiem! Od tygodnia, pracuje w szkole podstawowej, jako nauczyciel wspomagający. Powiedzieć, że w nowej pracy jest mi trudno, to nic nie powiedzieć! Nic nie powiem, także dlatego, że w umowie, którą zawarłem z Panią Dyrektor stoi napisane, że nie wolno rozpowszechniać informacji z życia szkoły. Obowiązuje mnie tajemnica zawodowa i mam milczeć, jak Rejent Milczek albo fora ze dwora! Nie chciałbym stracić nowej posady, bo poniosłem już pewne koszty! Musiałem kupić aparat słuchowy, gdy lekarz medycyny pracy stwierdził, że jestem głuchy jak dzwonnik z Notre Damme i bez aparatu nie pozwoli mi pracować! Na razie, trzymam aparat w szufladzie i oszczędzam baterię, a tak naprawdę, to wstydzę się koleżanek nauczycielek – nie chcę wyglądać przy młodych paniach, jak eksponat z Muzeum Techniki! Ale o tym – sza – tajemnica zawodowa!

W czasach mojej młodości nie wolno było fotografować dworców kolejowych i wiaduktów, dzisiaj nie wolno pisać o szkole! Nawet dżdżownice mają swoje tajemnice – powiadają dzieci z mojej klasy.

Gdyby mnie wyrzucili z nowej posady – z głodu bym nie umarł! Przed pracą nauczycielską, miałem robotę u znajomego Turka – importera czapek. Kemal sprowadzał z Istambułu kontenery czerwonych fezów z kutasikami, które przerabiał na abażury do nocnych lampek. Tylko frędzle trzeba było obcinać! Cały dzień siedziałem z nożyczkami w rękach i strzygłem kutasiki! To było wdzięczne i niestresujące zajęcie! Po robocie pomagałem i nadal pomagam córce Kemala w odrabianiu lekcji z języka polskiego. Aisza, która jest już w 7 klasie zapytała dlaczego na lekcjach tak dużo mówimy o historii i kulturze państw Zachodu, a o Turcji – nic zgoła!

– Wujku – powiedziała Aisza – uczymy się, że Renesans wyszedł z Italii, Rewolucja Przemysłowa z Anglii, Wielka Rewolucja z Francji, a o Turcji , ani słowa, to niesprawiedliwe – narzekała mała patriotka!

Ale wczoraj, kiedy omawialiśmy przygody Małego Księcia – spotkała ją niespodzianka! W jednym z rozdziałów książki autor opisuje historię odkrycia planety na której żył Mały Książę. Planeta była tak niewielka, że przez długi czas, nikt jej nie widział. Zauważył ją dopiero pewien naukowiec z Istambułu. Uczony przyjechał do Paryża na wielki kongres astronomiczny i obwieścił światu swoje odkrycie. Turecki astronom przybył do Francji odziany w tradycyjny strój narodowy. Na nogach miał jedwabne szarawary, jego ramiona okrywał haftowany kaftan, a na głowie sterczał czerwony fez z obfitą kitą frędzli! Europejscy uczeni spoglądali na egzotycznego kolegę ze zdziwieniem i nie dali wiary jego słowom. Na szczęście był tam poeta – pan Saint Exupery, który uwierzył naukowcowi z Istambułu, odszukał planetę Małego Księcia i opisał losy jej mieszkańca!

Po lekturze, Aisza pochlipywała z żalu, a ja zadałem dziewczynce prace domową:
– Które z niżej przedstawionych przysłów wybrałabyś, żeby zilustrować przygody tureckiego astronoma na kongresie w Paryżu?
1. Jak Cię widzą, tak cię piszą.
2. Nie szata zdobi człowieka.

Jutro sprawdzę, jak dziewczynka odrobiła lekcje, a teraz przejrzę prasę. Dzisiaj, Parlament Europejski ma się wypowiedzieć na temat sporu w polskim sądownictwie!


Dodaj komentarz

Babcia Ezoteryczna. Pamiętniki cesarzowej Katarzyny

Katarzyna Urbanowicz

Aleksander Kucharsky – Katarzyna Wielka

„czyli ujawnione zapiski bezwzględnej carycy Katarzyny II (dotyczące lat 1744-1759)

– w zapieczętowanej kopercie znalazł je po śmierci cesarzowej jej syn, Paweł. Po raz pierwszy zostały wydane drukiem przez Aleksandra Hercena w Londynie w 1858 roku.”

Czasem lektura przed snem może zaszkodzić. Kilkunastoletnia przyszła cesarzowa, wydana za mąż za wielkiego księcia Piotra III Romanowa słucha, jak w przyległej komnacie nastoletni mąż wiesza szczury. Może trochę jej to przeszkadza, ale dla władzy da się znieść bardzo wiele. „W moich snach igram z nimi, ich dworakami, jestem leczona piciem wody selcerskiej (to już moje autentyczne, obrzydliwe wspomnienie), puszczaniem krwi, gdy chce mi się płakać. Jestem równie wesoła, jak oni; bawię się w wojsko musztrując sługi, wywiercam dziurki w drzwiach, żeby podpatrywać cesarzową, tresuję psy, które trzymam w naszej komnacie, godząc się z ich odchodami i smrodem i jego okrucieństwem; bawię się, jak mój małżonek, lalkami. Płaczę, dopóki mi na to pozwalają, kiedy zabraniają, przestaję. Jednocześnie jestem myśląca, przytomna, rejestruję polityczne intrygi, liczę swoje długi i przyjaznych zwolenników, których pozbyto się bez pytanie mnie o zdanie. Jednym słowem – kształcę się na władczynię imperium.” Nie ma różnicy między dziecinnym, a poważnym odbiorem świata, wszystko jest równie ważne i intensywne.

Lektura pamiętników młodocianej Katarzyny II, przyszłej osławionej okrucieństwem carycy, budzi we mnie refleksje, także te o współczesności i historii rodzin, którymi pragnę się podzielić. W historii nic nie jest jednoznaczne i ustalone raz na zawsze, także w naszej osobistej, nie tylko oficjalnej, państwowej. Sądzę, że to jest naturalne, bowiem zawsze odnosimy ją do współczesności. Jest tylko jeden warunek: BEZ KŁAMSTW!

Zacznę od tego, skąd się wzięło moje zainteresowanie Katarzyną. Bynajmniej nie z tego powodu, że jestem jej imienniczką. W mojej rodzinie tłumaczono dziwaczne i kłopotliwe z punktu widzenia ortografii moje panieńskie nazwisko faktem, że praprapraprzodek był jednym z licznych kochanków cesarzowej Katarzyny i sprzeniewierzył się jej, przystępując do spisku na jej życie. Tak powszechnie potępiana władczyni, była jednak dość litościwa w stosunku do swoich „byłych”, ograniczyła się więc do pozbawienia go majątku, uwięzienia i wygnania z warunkiem, że ma porzucić szlacheckie nazwisko i zmienić go na inne, nieznane. Ów przodek był żonaty i miał córkę, która wyszła za mąż za rosyjskiego oficera, nowego właściciela majątku, a ojciec dożywał swoich dni na łasce zięcia. Ironiczną ocenę swojej życiowej sytuacji zawarł w nowo wymyślonym nazwisku.

W tym czasie wchodziły przepisy nakazujące przyjęcie nazwisk przez wszystkich zamieszkujących tereny po rozbiorach i przodek ten przybrał nazwisko (potwierdzone w r. 1875), zawierające ó kreskowane i rz, które stało się zmorą przyszłych pokoleń i w niektórych gałęziach rodziny uległo zmianie na łatwiejszą ortograficznie wersję (u zwykłe i ż z kropką). Poprzednie nazwisko zostało wymazane i moi już nieżyjący dziadek oraz jego bracia i siostry usiłowali dokopać się bezskutecznie do poprzedniego nazwiska. To zaciekawienie odziedziczyłam też ja i gdy tylko trafię na materiały o Katarzynie, pilnie je studiuję, szukając pośród jej kochanków tego, który dał początek mojej rodzinie i jej legendzie.

Ciekawe, że nie był to dobry człowiek. Szlachcic zadufany w sobie, wyniosły, okrutny i korzystający ze swojej przewagi. Inna wersja tej rodzinnej legendy głosi, że zanim stał się kochankiem Katarzyny, zabił pańszczyźnianą chłopkę na polowaniu, bo mu w czymś przeszkodziła. Ponieważ było zimno, odarł ją z ciepłej odzieży i owinął sobie nią nogi. Pewna, już nieżyjąca osoba z mojej rodziny twierdziła, że uczynił coś o wiele gorszego, rozciął jej brzuch i wsunął doń zziębnięte stopy. Jak było, tak było, w każdym razie jako banita musiał uchodzić i udał się na dwór Katarzyny, gdzie otrzymał glejt, stanowisko i bezkarność, czego jednak niewdzięcznik nie docenił.

Pewnie ciekawi Was, ile w tym może być prawdy. Nie mam pojęcia. Mój ojciec, który uśmiechał się podobnie krzywo, jak nasz premier Morawiecki (tylko z przeciwnej strony ust) i lekceważył głupszych od niego, jak b. minister Sienkiewicz, tłumaczył mi, że pochodzi od Krzywoustego i do pewnego czasu mu wierzyłam (dopóki w IV klasie szkoły podstawowej nie zaczęto mnie uczyć historii). W ogóle męska część mojej rodziny chętnie serwowała dzieciom różne opowieści, ku pożytkowi wychowawczemu – jak go rozumieli – bez szczególnego przejmowania się prawdą. Ale moja wyobraźnia została kiedyś pobudzona i posuwa się nadal dziecinnymi tropami, chociaż od dawna czuję się postawiona w opozycji do rodzinnych postaw pedagogicznych.

Kiedy wiec czytam o czternastoletnim mężu siedemnastoletniej przyszłej cesarzowej, wieszającym z uciechą dla zabawy w swojej sypialni szczury (z całym ceremoniałem wojskowym, przeznaczonym dla nieszczęśników, przekraczających wbrew rozkazom kartonowe mury twierdzy) i tresującego, jak zwierzęta, swoje sługi, przestaję się (odrobinę) dziwić. Świat nigdy nie był przyjaznym miejscem dla zwierząt i mało znaczących ludzi. Co słusznie zauważyła przyszła cesarzowa, szczury nie dostały ani obrońcy, ani nawet możliwości wypowiedzenia słów na swoją obronę. Dla uporządkowania poglądów puszczono jej krew. Dzisiejsza troska o dzieci, o ich bezpieczeństwo, rozwój i kształtowanie własnego zdania nijak się ma do traktowania ich w tamtych czasach, gdy przestrzegano, żeby się do nich nie przywiązywać, ponieważ bardzo często wcześniej umierają. Sądzono, że szkoda zachodu na niepewne prognozy dla ich przyszłości.

Ówczesne pojęcie dobrego człowieka skupiało się na przestrzeganiu postów, modlitw i mszy. Lekarstwa na depresję były bardziej restrykcyjne, niż sama depresja. Kiedy Katarzyna płakała po śmierci ojca, przywołano ją do porządku stwierdzeniem, że nie był wszak królem i nie ma powodu do tak długiej żałoby i kilkanaście razy upuszczano jej krew. Tak lekceważona dziś odra i ospa wietrzna kładła cały dwór na kilka miesięcy i izolowała go od reszty świata.Chorzy na ospę prawdziwą niknęli z pola widzenia pamiętnikarzy. Kiedy Katarzyna pluła krwią po podróży w niesprzyjających warunkach, dodatkowo jeszcze upuszczano jej tę krew.

Śmierć była czymś codziennym, pozbawionym znaczenia, chyba że niszczyła polityczne kalkulacje. Miłość i pożądanie nie miało nic wspólnego z rozsądkiem – wszelkie kalkulacje były bez sensu. Należało chwytać chwile, dopóki się dało i póki się żyło. Przyszła cesarzowa miała kilka ładnych sukienek, otrzymanych przed wyjazdem do Rosji w prezencie, ale gdy była bliska śmierci (odra!!!), jej matka zażądała najdroższej i najpiękniejszej w nadziei, że córka nie będzie już jej potrzebowała. Nie wiedzieć tylko czemu kazała jej ją sobie podarować…

W oparciu o tę wiedzę sądzę, że mój ewentualny prapraprzodek nie był jakimś straszliwym zbrodniarzem, którego nie mogłaby zaakceptować całkiem niebrzydka (sądząc z młodzieńczych portretów) cesarzowa mimo, że ja bym tego nie potrafiła. Lud i poddani w tamtych czasach nie istnieli dla władców, jako przedmiot troski i starań, choć Katarzyna potrafiła zapłakać na widok torturowanego przez męża psa. Ale zdarzało się też, że płakała z nudów.

Ostatnio moja rodzina rozpływa się w rozważaniach, co sprawiło, iż niektórzy z jej członków postępują, jak postępują i mają odmienne życiowe priorytety, niż inni, aktualnie żyjący. Wszelkie rozmowy prowadzą na manowce, bowiem sprowadzają się do ubolewań nad aberracjami poprzednich pokoleń i poszukiwaniem winnych, wśród kandydatów, do których ja, jako jedyna najstarsza żyjąca, prawdopodobnie zajmuję pierwsze miejsce.

To prawda, nigdy nie płynęłam razem z ławicą. Może właśnie we mnie jest to źródło, które ustawicznie bijąc wbrew standardom, nie pozwala przedrzeć się naturze dobrego człowieka – modlącego się, przestrzegającego postów i posłusznego okolicznościom. Zazwyczaj znosiłam łatwo posłuszeństwo okolicznościom (bez modlitw i postów, choć z wyrzeczeniami), ale u schyłku życia coś powoduje, że z bólem przedzieram się przez liczne zasłony słuszności, ignorując uwarunkowania i poszukując własnej prawdy.

Boli mnie czasem to, że jestem w tym sama, że ci, którzy mogliby być ze mną, wracają na wytyczone koleiny i akceptują ich wygodę, jako słuszność poza wszelką dyskusją, nie rozumiejąc niczego, co jawi się czasem w moich snach. Od dawna zresztą mawiano bezmyślnie w mojej rodzinie: „sen mara, Bóg wiara”, dlatego bezmyślnie, że ceniono wyłącznie własne sny.

Nie akceptując samej Katarzyny, rozumiem jej życiową drogę i boleję razem z nią ponad przekazem historii. Zdaję sobie jednak sprawę, że współczesność, preferująca bezpieczeństwo i wygodę ponad wszystko, równie wypacza ludzkie charaktery i generalnie prowadzi nas w kierunku, który w przyszłości także odbije się nam czkawką. Zaczynamy już widzieć złe skutki dla środowiska, na ostatku odkryjemy te, dotykające nas osobiście.