Spółki Miejskie

Opowiadania. Z brudnopisu kronikarza

Dodaj komentarz

Stanisław Ryczek

 

W miesiącu kwietniu Anno Domini 1661 rada miasta Wołowa otrzymała tajną wiadomość od starszego cechu sukienników, że rozbojów na drogach i napadów na kupców podążających do tego miasta dokonuje rodzina Liehmanów. Dom ich położony przy trakcie ścinawskim, daleko od grodu, poddany został wnikliwej rewizji, jednak nie znaleziono zrabowanych rzeczy. Mimo to wójt zarządził przesłuchanie podejrzanych Hansa, Barbarę Liehmanów oraz ich dorosłego syna Hansa.

Nie chcących przyznać się po dobroci wzięto na męki. Już po pierwszych staraniach kata młody Hans przyznał się do zbrodni. Jednak nie umiał powiedzieć, gdzie są ukryte zrabowane towary. Nad jego rodzicami kat i jego hycle pracę mieli trudniejszą, ale i oni w końcu złożyli obciążające siebie zeznania. Jednak nie chcieli zdradzić miejsca ukrycia zrabowanych precjozów.

Zainteresowanie gawiedzi było tak wielkie, że sąd zebrał się nie jak zwykle w ratuszu, ale w środku rynku ustawiono stół, przy którym zasiadło 12 ławników i sędzia. Gdy już się wydawało, że nastąpi odczytanie wyroku stary Liehman wycofał swoje zeznanie, a zaraz po nim to samo zrobiła pozostała dwójka oskarżonych. Mimo podchwytliwych pytań wójta, który przewodniczył sędziom, nie udało się zmusić ich do mówienia prawdy. Na pytanie dlaczego dwa dni temu przyznali się do winy, a teraz temu zaprzeczają, odpowiedzieli, że nie mogli znieść bólu tortur. W pewnym momencie uklękli i złożyli uroczystą przysięgę przed Bogiem i ludźmi klnąc się na święty krzyż, że są niewinni. Gest ten spowodował zamieszanie między ławnikami. Jedni z nich byli skłonni uwierzyć w przysięgę, natomiast drudzy do poprzednich oskarżeń chcieli dołożyć jeszcze krzywoprzysięstwo.

Wreszcie jeden z ławników Harald Zupke spytał oskarżonych czy są papistami czy wyznają prawdziwą naukę Marcina Lutra. Było to pytanie w zasadzie retoryczne, gdyż wszystkim było wiadomym, że Liehmanowie należą do kilku ostatnich rodzin, które zostały przy katolicyzmie. A uzyskawszy odpowiedź to potwierdzającą zapytał z kolei sędziów: czy godzi się wierzyć słowom papistów? Kiedy jednogłośnie zaprzeczono kwestia wyroku była w zasadzie przesądzona – wszyscy zostali skazani na śmierć.

Wyrok brzmiał: „za kradzieże, rabunki, cudzołóstwo, 23 morderstwa, podpalenia, kazirodztwo (kobieta), sodomię (syn). Egzekucji zostaną poddani Hans i Barbara Liehmanowie wraz z synem Hansem. Hans (senior) zostaje skazany na rwanie cęgami, wleczenie na miejsce kaźni, łamanie kołem od dołu, ćwiartowanie; części ciała mają być później rozwieszone przy głównych drogach; Barbarę na rwanie cęgami, potem ścięcie, ciało położone ma być na kole, głowa jej ma być przybita do pala; Hansa (juniora) skazano na ścięcie i spalenie wraz ze zwierzęciem (kozą) z którą uprawiał sodomię.”

Skazanych wsadzono na wóz, prócz Hansa seniora, jego zgodnie z wyrokiem wleczono za wozem, i zawieziono pod szubienicę gdzie miała odbyć się egzekucja. Szubienica znajduje się obok drogi do wsi Stobno i Mojęcic o milę od miasta, nad szubienicznym stawem „Galgen Teich”. Tam pozwolono skazanym, acz niechętnie, na ostatnią posługę udzieloną przez księdza katolickiego.

Cała ludność miasta i podgrodzia zgromadziła się na miejscu kaźni. Niejako z obowiązku, a po części dla przyjemności niecodziennego spektaklu, też tam podążyłem.

Szubienica tutejsza jest kamienną budowlą o kształcie cylindrycznym z trzema kolumnami na obwodzie, na których znajdują się belki egzekucyjne. Wejście do wnętrza jest sklepione półkoliście, a dostęp do belek umożliwia podstawiona drabina. Jednak w dniu tym szubienica nie była wykorzystana. Część operacji wykonywano na niskim szafocie, a część jak łamanie kołem bezpośrednio na ziemi. Tutejsze łamanie kołem różni się od tego stosowanego w innych niemieckich miastach. Skazany jest tam przywiązywany do koła w pozycji orła i po odpowiednim podparciu jego członków łamie się je okutym krawędziakiem lub żelaznym łomem. Tutaj natomiast kat uderzał w poszczególne członki kołem od wozu, podczas gdy jego pomocnicy trzymają ofiarę. Karę tę, jak zawyrokował sąd, wykonano „od dołu”, czyli zaczęto łamanie od kostek u nóg i stopniowo posuwano się wyżej, by na końcu złamać kręgosłup. Wybór tak dolegliwej kary bardzo podobał się publiczności. Łamanie zaczęte od góry czyli od kręgosłupa właściwie od razu kończy sprawę, bo nawet jeżeli skazany nadal żyje (co rzadko się zdarza) to następnych ciosów już nie czuje. Chociaż kat starał się, aby widowisko trwało jak najdłużej, jednak po dziewięciu pacierzach było po wszystkim.

W trakcie kaźni zdarzył się wypadek na poły humorystyczny, choć jak dziś na to patrzę, był to pierwszy symptom nadchodzących klęsk. Otóż koza mająca być uśmiercona wraz z młodym Liehmanem ubodła jednego z hyclów w podbrzusze i to tak dotkliwie, że nie mógł być pomocny swojemu mistrzowi w dalszej części egzekucji. Potem okazało się, że wskutek tego wypadku stracił męskość. Jeszcze jedna okoliczność warta odnotowania miała wtedy miejsce. Tuż przed ścięciem Barbary Liehman, gdy kat uniósł miecz do ciosu, ona klęcząc patrzyła w stronę grodu, wyszeptała, że nad grodem unosi się szatan. Stałem blisko, więc słyszałem to, a i kat musiał słyszeć jej słowa, bo zawahał się przez chwilę i spojrzał w stronę miasta. Jednak obaj zobaczyliśmy tylko ciemny obłok nad wieżą naszego zboru. Po zgładzeniu tak niebezpiecznych łotrów mieszczanie poczuli się znacznie bezpieczniejsi, a i kupcy bez obawy zaczęli przyjeżdżać do grodu.

Jakież było jednak zdziwienie, gdy w maju i czerwcu powtórzyły się napady na ścinawskim gościńcu. A co ciekawe sposób ich dokonania nie różnił się od poprzednich. Odezwały się nawet głosy, że poprzedni wyrok był niesprawiedliwy, gdyż prawdziwi łotrowie dalej kradną i zabijają. Wójt zwołał nawet specjalne zebranie ławników w tej sprawie, ale do rehabilitacji i pochówku szczątków Liehmanów nie doszło, gdyż po pierwsze sprawcy następnych zbrodni byli na razie nieznani, a poza tym sędziowie nie mieli zamiaru przyznawać się do pomyłki.

Wreszcie w lipcu pochwycono złoczyńców. Byli to rodzeństwo Hahnów z pomocnikiem Georgem Wilde. W trakcie śledztwa ustalono, że to Barbara Hahnin była inspiratorką i prowodyrką szajki. Ona rządziła a mężczyźni wykonywali brudną robotę. Chociaż i jej zdarzało się mordować związanych jeńców. Kobiety jeżeli zostały pochwycone były najpierw gwałcone, a następnie Barbara mordowała je bez litości. Wiele ze zrabowanych rzeczy znaleziono w zabudowaniach Hahnów.

Sąd wydał wyrok bardzo podobny do poprzedniego. To znaczy mężczyźni zostali zawleczeni pod szubienicę następnie rwano ich cęgami, łamano kołem, a na końcu zostali spaleni. Natomiast Barbarę Hahnin rwano cęgami, ścięto a ciało położono na kole egzekucyjnym, głowę przybito do pala na pohańbienie i ku przestrodze. Dostał też kat ciche polecenia, aby do przysposobionej skrzyni zebrać resztki ciał rodziny Liehmanów i pochować obok muru katolickiego cmentarza, tam, gdzie grzebano samobójców i „ludzi gościńca”. Miała to być rekompensata dla nich za pomyłkę sądu. Trzeba przyznać, że wójt postąpił wspaniałomyślnie wobec nich, bo poćwiartowane ciała przestępców nigdy nie są grzebane. Kiedy już przegniłe spadną rozwłóczą je psy lub inna zwierzyna, a ich plugawe kości nigdy nie trafią do świętej ziemi. Nikt wtedy jeszcze nie przypuszczał jak ta omyłkowa egzekucja zaciąży nad miastem i jakie straszne cierpienia czekają jego mieszkańców.

Otóż w listopadzie przyszła olbrzymia wichura, która wyrwawszy drzewa z korzeniami zniszczyła dużą część miasta. W następnym roku przymrozki trwały do połowy czerwca. Zbiory były więc bardzo marne, co skutkowało wielką drożyzną chleba. Wielu ludzi zmarło nie dożywszy następnych żniw. Zima przyszła sucha, prawie bez śniegu, ale z silnymi mrozami i huraganowymi wiatrami. Właśnie jedna z takich wichur spowodowała, że przez drobne zaprószenie ognia spłonęło trzy czwarte domów oraz ratusz. Jedynie podgrodzia ocalały.

Jakby tego było mało już w kwietniu następnego roku 1663 nastały upały i przyszło morowe powietrze. Bogatsi mieszczanie wyjechali do swych krewnych i wiejskich posiadłości. Również i ja wyjechałem wraz ze starostą panem Ottonem von Nostitz do lubiąskiego klasztoru cystersów, gdzie przeczekaliśmy mór.

Wróciliśmy w grudniu anno 1663, kiedy nastały mrozy i jasnym było, że morowe powietrze minęło. Lecz miasto zastaliśmy w ruinie, większość mieszkańców zmarła na czarną śmierć. Jeszcze w adwencie wywożono zmarłych, którzy leżeli w swoich domach i nikt się wcześniej o ich śmierci nie dowiedział. W podmiejskim lesie zwanym Gąsior wykopano na polecenie wójta powietrznego wielki dół do którego składano zmarłych przysypując ich niegaszonym wapnem.

Tuż przed świętami Bożego Narodzenia masowy grób zasypano i postawiono na nim krzyż trójramienny – karawakę – na pamiątkę zarazy. Pastor odprawił egzekwie poświęcił ziemię, księdza nie było, bo i katolików już u nas nie ma. Zostało pewnie kilku, ale obywają się bez kościoła (dawny kościół jest teraz luterańskim zborem), więc ksiądz tylko czasem, cichcem przyjeżdżał. Ale od czasu kiedy czeladnicy i terminatorzy z warsztatów płócienników, bednarzy i sukienników obili go kijami całkiem zaprzestał wizyt w naszym grodzie (podobno omal od tego nie umarł).

Gdy już wszystkie plagi minęły i wydawało się, że fatum z nad miasta odeszło, zdarzyła się jeszcze jedna niewytłumaczalna sprawa, z która nie wiadomo było jak walczyć – złe sny. Zaczęły się one latem anno 1664. Dzieci budziły się z drżeniem i płaczem, a i dorośli po kilku nocnych koszmarach obawiali się nadchodzącej nocy. Również i miejski patrycjat zaczął śnić straszne, piekielne sceny.

Ja sam po kilku nocach bałem się zasnąć. Co noc śniło mi się piekło. Ciemności piekielne rozjaśniały tylko płonące ogniska pod olbrzymimi kadziami z gotującą się smołą. Ognisk była wielość nieskończona, z każdej strony ciągnęły się po horyzont. W swoim śnie widziałem się na wysokiej skale, gdzie stałem wraz z innymi ludźmi czekając na swoją kolejkę do strącenia. Szatan z trójzębem był olbrzymem wysokim na trzech chłopów i to właśnie on dźgając podchodzących grzeszników strącał ich do wrzącego kotła, z którego dochodziło wycie potępieńców. Wszyscy czekający na swoją kolej głośno płakali, a ja czułem paraliżujące przerażenie i budziłem się z wrzaskiem jeszcze przed świtem.

Na tę „plagę” nie było lekarstwa. Nie pomagało upijanie się ani modlitwy, ani odczynianie uroków, ani egzorcyzmy. Prawie wszyscy mieli ten sam sen, występowały tylko niewielkie różnice.

Najdziwniejsze było, że koszmar miał za każdym zaśnięciem ciąg dalszy i zaczynał się w tym miejscu, w którym poprzedniej nocy się skończył. Zauważyłem, że co noc jestem bliżej w kolejce do strącenia. Pastor (też cierpiący na tę przypadłość) co wieczór prowadził modły, które zaczynały się o zachodzie słońca i trwały do północy. Wielu w trakcie mszy zasypiało, ale i w zborze zły sen nie odpuszczał i co raz rozlegały się krzyki budzących się z koszmaru.

Po tygodniu cierpień i bezsenności niektórzy tracili rozum i wpadali w szaleństwo, że trzeba było ich wiązać, inni wyjeżdżali z miasta, ale nawet będąc w wielkim oddaleniu nadal byli trawieni gorączką koszmaru.

Kiedy zaczęły się zgony podczas snu (przyjezdny cyrulik stwierdził, że serce może pęknąć z wielkiego strachu. Jednak powszechnie uważano, że śmierć przychodziła, kiedy śniący wpadał do kadzi ze smołą), starosta wezwał wszystkich liczących się obywateli na naradę do zamku. Zaproszony teolog Johann Herbinius z uniwersytetu wrocławskiego miał pomóc w niedoli mieszczan. Uczony mędrzec stwierdził, że nie wszyscy mieszkańcy cierpią na koszmary. On sam mieszkając tu kilka dni i nocy nie miał złych snów. Przesłuchał również kilku ludzi żyjących w grodzie, a nie cierpiących na tą dolegliwość. Okazuje się, że katolicy i przybysze, którzy przybyli do miasta po egzekucjach z roku 1661 są wolni od snów. Prawdopodobnie przyczyną wszystkich klęsk jest omyłkowa egzekucja niewinnej rodziny w 1661 roku. Jego rada była taka: Trzeba wezwać księdza, aby dokonał katolickiego pochówku w poświęconej ziemi, omyłkowo straconej, rodziny Liehmanów. Potrzebny jest ksiądz, ponieważ zabiegi pastora w postaci modłów nie dały spodziewanych rezultatów. A miasto winno ufundować im nagrobek z przebłagalną modlitwą wykutą na jego steli. W uroczystym pogrzebie musi wziąć udział każdy, kto chce być uwolniony od koszmaru. A jeżeli i to nie pomoże, to pozostaje tylko konwersja na katolicyzm, czego odradzał jako zdradę prawdziwej nauki Marcina Lutra, która będzie karana zgodnie z prawem magdeburskim.

Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać, dawniejszy ksiądz nie chciał przyjechać obawiając się podstępu i kolejnego bicia albo i zabicia. Inni księża nie mieli ochoty przyjeżdżać wielu mil do nieprzyjaznego grodu, tylko po to, żeby pochować dawno temu zabitych skazańców, mimo zapewnień, że zostaną wynagrodzeni a skazańcy byli katolikami, dodatkowo niewinnie skazanymi.

Wreszcie zgodził się dokonać tego ksiądz z Rzeczpospolitej skuszony wielkimi pieniędzmi, które zostały wyasygnowane za tę posługę przez radę miasta. Jednak zanim przybył duża część mieszczan już nie żyła – zmarli tak, jak inni przed nimi – podczas snu. Reszta broniła się ostatkiem sił w ten sposób, że zbierali się po kilka rodzin w jednym pomieszczeniu i pilnowali siebie nawzajem. Jeżeli ktoś zasypiał był natychmiast budzony przez innych. Wszystko zależało jak daleko od krawędzi i tym samym do strącenia do kotła znajdował się człowiek w swoim śnie. Niektórych budzono, gdy znajdowali się już w trakcie spadania w otchłań kadzi piekielnej, im pozostawało tylko kilka chwil życia. Jeżeli jeszcze raz zasnęli już się więcej nie budzili.

Kiedy w końcu przybył ten polski ksiądz nazwiskiem Piekarski pozostało mi jeszcze kilka chwil życia, bo we śnie stałem już na krawędzi, a szatan podnosił widły do ciosu. Mimo nieprzepartej potrzeby snu starałem się jakoś przetrwać. Całymi nocami chodziłem i polewałem się zimną wodą, przeciwdziałając zaśnięciu.

Gdy do wcześniej wykopanego grobu wpuszczono w końcu skrzynię ze szczątkami Liehmanów i kapłan odmówił ostatnie słowa formuły pogrzebowej, niemal wszyscy mieszkańcy grodu rzucili się, aby zasypać grób i ustawić na nim już dawno gotowy kamień z modlitwą wykutą przez kamieniarza, a ułożoną przez pastora, (który nie dożył tej chwili). Uporawszy się z tym zasnęliśmy wokół tego grobu nie wychodząc z cmentarza, wprost na ziemi. Jedynie kilku katolików nie mający koszmarów pozostało przytomnych. Opowiedzieli potem, że wyglądało to, jakby całe miasto nagle zmarło. Przed wieczorem pobudzono śpiących, aby resztę odespali w domach.

Kiedy miasto nazajutrz koło południa zbudziło się z tego snu podobnego do śmierci, ksiądz jeszcze nie wyjechał. Został wcześniej poinformowany o przymusowej bezsenności mieszkańców w poprzednich tygodniach, więc czekał aż się pobudzą. Zaproszony do starosty na dziękczynny obiad, zadał pytanie obecnym tam wielmożom, komu zależało na śmierci niewinnych Liehmanów. Ponieważ wójt ówczesny zmarł na czarną śmierć, a i większość ławników już nie żyła, jedynie ja znałem początek tej historii. Przypomniałem tedy obecnym o poufnej wiadomości od mistrza sukienników.

Ponieważ na uroczystym posiłku był również mistrz Karl Schoffer, starszy cechu sukienniczego, od którego wyszła fałszywe oskarżenie, został powołany, aby zdać relacje ze swego postępku. Zeznał on pod przysięgą, że Hans Liehman był w posiadaniu przepisu wyrobu błękitnej farby do barwienia sukna. Oczywiście wołowscy sukiennicy barwili swoje wyroby farbami kupowanymi w innych miastach Rzeszy, jednak farba Liehmana była o tyle lepsza od innych, że nie rozpuszczała się pod wpływem wody i nie farbowała innych tkanin w trakcie deszczu lub prania. Pomimo pertraktacji i propozycji zakupu formuły przez wołowski cech sukienników, Liehman sprzedał ją wrocławskim farbiarzom. Zrobił tak, bo od dawna obrażony był na cech za odmowę przyjęcia go w jego szeregi. Z racji urodzenia (był bękartem) nie mógł być przyjęty do cechu i mimo nadzwyczajnych umiejętności i zdolności pozostawał partaczem (czyli działającym w pojedynkę, niezrzeszonym nie mającym prawa działalności w murami miasta). Za jego podłość starszyzna cechowa przysięgła mu zemstę.

Nie będę opisywał tu okrzyków oburzenia i złorzeczeń rzucanych w twarz mistrzowi Schofferowi przez obecnych wielmożów. Dość, że oskarżony został, że wszystkie klęski spadłe na miasto w ostatnich latach, były za przyczyną jego fałszywego oskarżenia.

Wyrok na mistrza Karla został wykonany 18 czerwca anno 1664. Po orzeczeniu wydanym przez sąd grodzki. Kara była nie mniej drakońska od innych. Zastosowano identyczny zestaw tortur jakiemu poddany był Hans Liehman, z tym, że dodano jeszcze wyrwanie języka za fałszywe oskarżenie.

Kaźni dokonał kat przyjezdny z miasta Ścinawy, który przybył razem ze swoimi hyclami. Bo wołowski kat zmarł we śnie kilka dni temu. Również jego pomocnicy pomarli, oprócz jednego okaleczonego przez kozę w trakcie egzekucji Liehmanów.

Po ustabilizowaniu się sytuacji w mieście wezwał mnie starosta w sprawie zapisów w kronice w świetle ostatnich wydarzeń. W zebraniu uczestniczył doktor teologii Johann Herbinius i nowo wybrany wójt Abraham Bluher. Nakazano, abym przeczytał zapiski dotyczące ostatnich wydarzeń, a kiedym to zrobił zafrasowali się wszyscy, po czym doktor zaordynował, aby usunąć kilka kart i napisać od nowa pominąwszy niektóre akapity. Przede wszystkim należy usunąć wzmiankę o wizycie księdza Piekarskiego i jego udziale w uratowaniu mieszczan z kleszczy śmiercionośnego koszmaru. Taka informacja mogłaby sugerować, że wiara katolicka jest ponad nauką Lutra, co jest oczywistą nieprawdą. Starosta zaproponował, aby pominąć ponowny pochówek Liehmanów, co w efekcie wyeliminuje rolę księdza. Doktor Herbinius zaproponował, aby w ogóle nie pisać o pomyłce sądu i powstałym zamieszaniu. Niech pozostanie wersja, że działały dwie szajki i obydwie ujęto, i ukarano. Wtedy unikniemy niepotrzebnych spekulacji.

Wójt wspomniał, że jednak napis na nagrobku Liehmanów opisuje pomyłkę sądu i rehabilitację tej rodziny. Wszyscy zgodziliśmy się, że jest to problem, bo zdemontować nagrobka nie można z obawy, że powrócą śmiercionośne koszmary, a napisy ryte w kamieniu czas nieprędko zamaże. Jednak wójt stwierdził, że obsadzi się grób bluszczem, który z czasem zakryje napis, a jak minie lat 50 można kamień zakryć albo nawet wkopać głębiej, niby, że sam się zapadł. Nim minie dwa pokolenia ludzie przestaną o tym mówić, a z czasem zapomną.

Starosta obiecał zamówić miedzioryty dotyczące sądu i kaźni na dwóch występnych szajkach, które to grafiki zostaną umieszczone jako ilustracje w kronice miasta. A dodatkowo wydrukowane zostaną jako druki ulotne w celu okazania prawidłowego funkcjonowania sądów w grodzie Wołów.

Nieważne jak było naprawdę. Prawdą dla przyszłych pokoleń stanie się relacja kronikarza. W myśl starożytnego przysłowia „verba volant scripta manent” – słowa ulatują pismo pozostaje. Spuentował uczony doktor Herbinius.

Grudzień Anno Domini 2018

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.