Spółki Miejskie

Proste historie. Arendt przywołana w sukurs

Dodaj komentarz

Jarosław Kapsa

Hannah Arendt

Niefortunne wypowiedzi polityków izraelskich po niefortunnym szczycie „irańskim” w Warszawie spowodowały wzmożenie głosów o „problemie żydowskim”. Cóż, kiedyś admirał Horthy był regentem w republice bez dostępu do morza; dziś w „państwie bez Żydów” tematem nr 1 polityki historycznej staje się „problem żydowski”. Ponieważ problem się wzmożył, wykształceni i inteligentni politycy polscy przywołali w sukurs Hannę Arendt; nie pierwszy raz zresztą, jakby fatum naszej historii było oddawanie się „pod ochronę” wrażliwej społecznie Żydówki, od Matki Boskiej poczynając.

Hannah Arendt jest w dodatku wygodniejszą tarczą od Pani Jasnogórskiej; lewicowa intelektualistka, ceniona za niezależność, autorytet w badaniach nad istotą totalitaryzmu; a co istotne nikt jej nie może zarzucić propolskiej stronniczości, nie darzyła ona ani tradycyjnej Rzeczpospolitej, ani jej rządów szczególną estymą. Tym więc cenniejsza jest wyrażona w książce „Eichmann w Jerozolimie” opinia, że Polacy na równi z Żydami byli narodem przeznaczonym do zagłady, że Polacy w sensie instytucjonalnym (przez legalny rząd) nie wspierali Niemców w ludobójstwie, że takowe wsparcie, w mniejszym lub większym stopniu, udzieliło większość rządów podporządkowanych Niemcom państw europejskich, a także – co jest najczarniejszą plamą – władze żydowskich samorządów. Opinia ta poparta była przytoczonymi w książce faktami; mimo reakcji oburzonych zarzutami, nikt tych faktów nie był w stanie przekreślić. Oczywistym wydaje się więc korzystanie z tak pozytywnej opinii, zwłaszcza wobec dość demagogicznych i niesprawiedliwych opinii wygłaszanych dziś przez niektórych polityków izraelskich. Tylko wypada także w tym zachować umiar, bo samozachwyt pozytywnymi opiniami prowadzi do narodowego samodurstwa, a to – bynajmniej – nie jest stan dla społeczeństwa pożądany.

Jeśli obywatel Izraela wypowiada opinię, że Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki, to mogę prywatnie, jako Polak, wyrazić mu współczucie, że nigdy nie poznał mojej matki. Jeśli mówi to jako minister spraw zagranicznych, mogę także wyrazić współczucie innym obywatelom Izraela; kompetencje takowego ministra polegają na poszukiwaniu przyjaciół, a nie na ich obrażaniu. Mogę także zauważyć, że polityk wypowiada się w sprawach, na których się nie zna i które nie leżą w jego kompetencjach, ulegając modzie demagogicznych demokracji. I jeśli tu przywoływałbym Hannę Arendt, to bardziej „Korzenie totalitaryzmu”, a w nich analizy manipulacji społeczeństwem.

Pewnym paradoksem jest, że „Eichmann w Jerozolimie”, książka doskonale wtórująca antysemickiej propagandzie PRL, mogła się legalnie ukazać w naszym kraju dopiero w 1987 roku (wydanie katolickiego wydawnictwa „Znak” w opracowaniu prof. Jerzego Holzera). Sama zatem historia wprowadzania dorobku Arendt do polskiego obiegu intelektualnego jest przykładem tradycji narodowego samodurstwa. Był to jeden z przykładów potwierdzających hipotezę, że ogólne mniemanie o polskim antysemityzmie nie jest dziedzictwem wojny ani okresu przedwojennego; ale wynikiem ciężkiej pracy propagandystów partyjnych w PRL i uprawianej przez nich polityki historycznej.

Odwoływanie się dziś do książki H. Arendt też można łączyć z „ciężką pracą” i „polityką historyczną”. Przywoływana pozytywna opinia pojawia się bowiem w książce przypadkowo i na marginesie. Głównym tematem jest Eichmann i popełniana przez niego „zbrodnia urzędnicza”, podstawowym materiałem akta procesowe. Tak się akurat złożyło, mocno to w książce podkreśla Autorka, że Eichmann niewiele miał wspólnego z zagładą mieszkających w Polsce Żydów. A tylko w kontekście jego działalności Hannah Arendt zwróciła uwagę na nasz kraj. Dodajmy tu jeszcze, że nigdy Autorka „Eichmanna…” nie pretendowała do tytułu znawczyni problemów Polski i jej mieszkańców, nie prowadziła w tym zakresie żadnych prac badawczych, nie miała własnych doświadczeń osobistych kształtujących jej wiedzę. Pochodziła z rodziny żydowskiej, ale różnica między zasymilowanymi Żydami, a właściwie Niemcami pochodzenia żydowskiego, a ortodoksyjnymi Żydami, mieszkańcami Częstochowy, Płońska czy Przemyśla, miała rozmiar przepaści cywilizacyjnej. Nazistowskie przekonanie, że wszyscy Żydzi są tacy sami, jest nadal pułapką wiążącą mózgi. Żaden naród nie składa się z takich samych jednostek. Społeczności, żyjące w diasporze, pomimo wspólnej religii, kształtowały warunki, w których żyły; proces asymilacji oznaczał przyjmowanie cech kulturowych otoczenia. Historia spowodowała, że zdecydowana większość Żydów w Niemczech, Francji, Wlk. Brytanii i innych państwach zachodniej Europy uległa procesowi asymilacji. Inaczej było w Polsce i innych krajach Europy Środkowej i Wschodniej, tu asymilacja dotyczyła mniejszości, głównie przedsiębiorców i inteligencji; większość broniła swej odrębności. Gdyby Hannah Arendt przybyła przed wojną do Częstochowy, to dla niej partnerem rozmów, Żydem, byłby zasymilowany dr Kohn, przedsiębiorca Grossman, filantrop Markusfeld; wraz z nimi z pewnym lękiem obserwowałaby egzotyczny tłum niezasymilowanych „beduinów” w chałatach, żyjących w sposób i w warunkach, które wykształconej inteligencji wydawały się odrażające i zagrażające zdrowiu publicznemu. W miastach zachodniej Europy getta (jako odrębne dzielnice żydowskie) zanikły jako relikt średniowiecza. W Polsce istniały: był zamieszkany przez 400 tys. ludzi „murdziel” warszawski, był krakowski Kazimierz, Podzamcze w Lublinie; były całe miasteczka-sztetle i miasta żydowskie, takie jak np. Białystok.

Bez znajomości tej naszej, wschodnioeuropejskiej specyfiki, wszelkie opinie, nawet dla nas bardzo pozytywne, brzmią pusto. Zwłaszcza, że zderzyć się muszą z pamięcią osób, które w Polsce doświadczyły nie tylko zwykłego życia, ale i nadzwyczajnej tragedii. Człowiek, który utracił wszystko, swoich najbliższych, swoich przyjaciół, swoich sąsiadów, cały dorobek i sens swojego życia; człowiek, który zmuszony był ukrywać się latami, często w upokarzających warunkach, który żył w strachu przed każdym innym, w tym sąsiadem-Polakiem, bo każdy mógł być niosącym śmierć donosicielem lub wykonawcą; po takich doświadczeniach trudno wymagać od świadków obiektywizmu. Wstyd byłoby nawet oczekiwać takiego obiektywizmu.

Ujednolicenie Żydów (wszyscy Żydzi na świecie są tacy sami) to nie jedyny spadek nazistowskiej propagandy. Równie niebezpieczne jest utrwalenie tego, co naziści przejęli i rozwinęli: egoizmu narodowego i wynikającej z niego idei państwa narodowego. Paradoksem jest, że wręcz wzorcowym państwem opartym na egoizmie narodowym stał się współczesny Izrael. Niestety, ta cecha w poważnym stopniu utrudnia dyskusję o „problemie żydowskim”. Naród jest takim czy innym konstruktem, jest formą wyrazu świadomości zbiorowej. Przesądem, w naszej części Europy bardzo niebezpiecznym, było powiązanie narodu z przestrzenią; dowodzenie, że na danym obszarze tylko jeden naród może być gospodarzem, inni mogą tu być jedynie tolerowanymi gośćmi. Państwo narodowe stawało się zatem narzędziem dominacji jednej grupy mieszkańców, nawet jeśli z humanitarnych pobudek ta grupa tolerancyjnie traktowała mniejszość. Niestety, w samej logice państwa narodowego mieści się zabójstwo własnego prezydenta (bo go wybrano głosami nie-polskimi), wprowadzenie „getta ławkowego” na uczelniach (bo naród-gospodarz nie może być głupszy od narodu goszczonego), bojkot ekonomiczny, a w końcowym efekcie „pozbywanie się niechcianych gości”.

Ludobójstwo, jak każda zbrodnia morderstwa, jest sprzeczne z ludzkim sumieniem; żadne normalne społeczeństwo w normalnych warunkach nie jest zdolne go popełnić, zbyt mocne są bariery wynikające z moralności. Ale w nienormalnych warunkach zaniknąć może moralność, tym samym społeczeństwo też staje się nienormalne i zdolne do najgorszych zbrodni. Musiały zaistnieć w Niemczech nienormalne warunki, by w tym państwie doszło do rozwiązania problemu żydowskiego, w sposób ewidentnie inny, niż było to regułą w większości, zwykłych państw narodowych.

Arendt pisząc o pierwszym okresie aktywności Eichmanna w tworzeniu „rozwiązania problemu żydowskiego” przytacza rozmaite próby wymuszenia lub zachęcenia Niemców pochodzenia żydowskiego do emigracji. Rozważany był nawet Madagaskar… Otóż ten Madagaskar to polska wizja rozwiązania problemu; tymi samymi torami szło myślenie polityków z okresu sanacji, w podobny jak Eichmann sposób podejmowano współpracę z politykami syjonistycznymi, by wspólnie tworzyć warunki i zachęty do emigracji polskich Żydów. Ponieważ Izrael, jak wspomniałem, jest państwem narodowym; fundamentem świadomości obywatelskiej jest mit bojowników syjonistycznych, którzy z bronią w ręku zdobyli i obronili swoją Ziemię Obiecaną. W tym micie istniał element wdzięczności wobec polskiego wywiadu (II Oddziału Sztabu Generalnego WP) za realną pomoc udzielaną bojownikom. Zbrodnia holocaustu wymazała podobne zasługi wobec syjonizmu będące dziełem Eichmanna i innych niemieckich funkcjonariuszy.

Rzecz jednak w tym, że owe zasługi, jak i cały mit syjonizmu, istniały tylko w logice państwa narodowego, w założeniu, że każdy naród ma swoją Ojczyznę, w której ma prawo być wyłącznym gospodarzem. Nacjonalizm, tak niemiecki, polski czy żydowski, przywłaszcza sobie prawo określania i reprezentowania interesów całej narodowej społeczności; rzadko jednak zdarza się, by to przywłaszczenie odpowiadało większości tej społeczności. Zdecydowana większość Żydów w Polsce odrzucała zarówno wizję asymilacji (wyrzeczenia się bycia Żydem) jak i syjonizmu (bycie Żydem tylko w swoim, zdobytym, państwie). Chcieli po prostu być Żydami u siebie, czyli tam gdzie od pokoleń mieszkali, w swojej Częstochowie, Płońsku, Narewce, Nisku.

Choćby tylko ze względu na ilość Żydów w Polsce antysemityzm musiał być silniejszy, niż w krajach zachodniej Europy. Polski ludowy antysemityzm miał charakter chrześcijańskiego antyjudaizmu, zatem zakładającego jako cel mniej lub bardziej przymusową asymilację: ochrzczony Żyd stawał się Polakiem, pełnoprawnym obywatelem. Dopiero w końcu XIX w., pod wpływem idei zachodnich rodził się „nowoczesny antysemityzm”, w którym Żyd, nawet ochrzczony i wykluczony ze swojej wspólnoty, pozostanie zawsze kimś obcym, którego trzeba się pozbyć. Tradycyjny antyjudaizm ujawniał się w większości państw peryferyjnych; z tego wynikały opisywane przez Arendt problemy z realizacją ludobójstwa Żydów w takich krajach jak Bułgaria, Węgry, a nawet Słowacja czy Rumunia (aprobując, a nawet żywiołowo uczestnicząc w zbrodniach przeciw Żydom, starano się bronić Żydów ochrzczonych). Inny rodzaj antyjudaizmu, w formie oświeconej, pojawiał się masowo w krajach zachodniej Europie; wyrażał się niechęcią wobec tradycyjnej odrębności obyczajowej Żydów. W Polsce ten antyjudaizm oświecony przewijał się w reportażach o życiu „beduinów”, w walce z religijnym szkolnictwem, w opisach nadużyć cadyków w sektach chasydów, w piętnowaniu „żydowskiego brudu” i niehumanitarnych obyczajów: obrzezania i uboju rytualnego. Także w przypadku antyjudaizmu oświeceniowego celem była asymilacja: nawrócenie Żyda na nowoczesnego człowieka.

Mieliśmy zatem Polskę jako państwo narodowe, w którym Polacy czuli się jedynymi gospodarzami i pełnoprawnymi obywatelami. Mieliśmy poważny problem żydowski, wynikający tak z ilość jak i świadomej odrębności mas żydowskich. I mieliśmy dominujący pogląd na rozwiązanie problemu żydowskiego: albo przez zasymilowanie, albo przez zmuszenie do emigracji. Państwo narodowe ma się tak do normalnego państwa, jak demokracja socjalistyczna do zwykłej demokracji. Istotą normalnego państwa jest uznanie równości każdego obywatela wobec prawa; zatem instytucje państwa muszą w równy sposób bronić praw wszystkich, bez względu na płeć, narodowość, wyznanie czy inne cechy prywatne. W państwie narodowym instytucje bronią praw i własności narodu-gospodarza, ochronę innych warunkują wyrzeczeniem się przez nich swojej tożsamości i włączeniem się w nurt większości. Państwo narodowe, podobnie jak i demokracja socjalistyczna, to pewien rodzaj ideologicznej utopii, która wcielana w życie przynosić może tylko wielkie nieszczęścia. O tym, przez wzgląd na nasze doświadczenie, warto delikatnie przypominać politykom z Izraela.

Przejście, także w myśleniu o przeszłości, z kategorii utopijnego państwa narodowego na normalno-państwowe, ma swoje wady i zalety. W tym myśleniu wojenne losy Żydów polskich, byłyby losami nie jakiegoś odrębnego narodu, ale losami obywateli polskich. Próby reprezentowania spraw obywateli polskich przez polityków innych krajów (w tym Izraela czy Stanów Zjednoczonych) mogą być traktowane jako nieuzasadnione przywłaszczenie kompetencji. Sprawy obywateli polskich, będące swoistym dziedzictwem dramatów wojennych, są wewnętrzną kwestią państwa polskiego, które powinny być rozwiązane według ogólnych, ponadnarodowych norm. Bezprawnie zabrane mienie trzeba zwrócić, lub zapłacić stosowną rekompensatę; dotyczyć to powinno w równym stopniu obywateli polskich Polaków, Żydów, Niemców, Ukraińców, Czechów itd. Zbrodniarz powinien także ponieść odpowiedzialność karną bez względu na swoją narodowość i narodowość ofiary. Ale to jest wyłączną odpowiedzialność państwa polskiego, a nie wynik układu naszego państwa z innymi.

Rodzi się jednak inny problem rewidujący ocenę moralną działań polskich władz państwowych w okresie II wojny światowej. Świadomie lub podświadomie tkwimy tu w pułapce myślenia kategoriami państwa narodowego; dyskutujemy więc, czy polityka legalnych władz Rzeczpospolitej dobrze czy źle chroniła dobro Polaków, a nie dobro ogółu obywateli. Tworzy to wrażenie, że zagłada Żydów, obywateli RP, nie była problemem polskiego rządu. Owszem, wskazujemy, że rząd miał wobec tego, innego narodu, pewne obowiązki humanitarne, robił tu co mógł, ale mógł niewiele. Rzeczywiście mógł niewiele, był rządem państwa pokonanego militarnie i okupowanego przez wroga. Ale nie był tym samym, co wojska francuskie w Ruandzie, gdy Hutu mordowali Tutsi; nie był tym, co szefostwo UNFOR w Bośni, bezskutecznie przyglądające się ludobójstwu w bałkańskich nacjach. Był rządem Rzeczpospolitej i jego obowiązkiem, obowiązkiem podległej mu armii, obowiązkiem podległych mu cywilnych instytucji, była obrona prawa do życia każdego polskiego obywatela, w tym polskiego Żyda. Naszej ocenie moralnej powinno podlegać, czy państwo polskie w tej sprawie działało.

Powtórzę: rząd pokonanego militarnie państwa nie mógł wiele. Kategoriami państwa narodowego myśleli politycy prawie wszystkich państw europejskich; normalność była wyjątkiem. Celem sojuszu, w którym Polska uczestniczyła, było pokonanie Rzeszy Niemieckiej, a nie ratowanie Żydów europejskich; to Polska w miarę swoich możliwości próbowała ten cel wojenny wpisać do katalogu obowiązków aliantów. Tylko owe możliwości rządu były zbyt małe nawet na to, by zapewnić własnemu państwu suwerenność i integralność. Jednakże beznadziejność sytuacji nie zawsze jest wystarczającym usprawiedliwieniem. Podległa rządowi Armia Krajowa działała w warunkach takiej beznadziejnej sytuacji, ale stać ją było na heroizm w obronie wartości rozumianych jako „polski interes narodowy”: w obronie Zamojszczyzny, w przeprowadzeniu zamachu na Kutcherę i innych katów niemieckich, w Powstaniu Warszawskim i akcji „Burza”, w prowadzeniu dywersji na tyłach frontu.

Nie ma dobrej odpowiedzi na pytanie, dlaczego ta Armia Krajowa, która w 1942-44 roku wysadzała w setkach miejsc tory, by blokować transport na front niemiecko-sowiecki, nigdy nie próbowała wysadzić torów do Treblinki. Brawurowo atakowano więzienia w Pińsku, w Kielcach, Radomsku, uwalniając z nich uwięzionych; ale nigdy nie zaatakowano obozu zagłady. Myślę, że nieporównywalnie większą sławą okryłaby się Armia Krajowa, gdyby w sierpniu 1944 roku zamiast desperacko walczyć w przegranym Powstaniu Warszawskich, zdecydowałaby się na próbę wyzwolenia obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu.

To są i powinny być nasze wewnętrzne spory, bo dotyczą kwestii polskiego państwa i polskich obywateli. Oczywiście owe sprawy mogą stać się też treścią postrzegania przez opinię publiczną innych krajów: czy społeczność naszego kraju była zdolna zbudować własne, dobre państwo. Tu nie powinniśmy mieć specjalnych kompleksów; wśród blisko 200 społeczeństw, aspirujących do roli podmiotów prawa międzynarodowego, w zdecydowanej mniejszości (a i to raczej nie od razu) udało się zbudować dobre państwo. Musimy umieć się zadowolić faktem, że to nasze było nienajgorsze, odważnie dyskutując nad błędami, by ich w przyszłości nie popełniać.

Hannah Arendt nam nadal będzie potrzebna, ale nie koniecznie jako adwokat. Ważniejsze jest odczytanie „banalności zła”. Cnotą urzędnika jest lojalność wobec prawa i przełożonych. Ta cnota jest fundamentem państwa, sprawdza się doskonale, gdy państwo jest tym, czym być powinno: instytucją stojącą na straży bezpieczeństwa, własności i wolności wszystkich obywateli. Ta sama cnota urzędnika czy żołnierza może stać się zbrodnią, gdy dobre państwo zastąpione jest złym, gdy instytucje państwa staną się zagrożeniem dla bezpieczeństwa, własności, wolności niektórych swoich obywateli.

Eichmann nie był patologicznym zbrodniarzem, sadystą czerpiącym przyjemność z cierpień innych. Zbiorowość określana jako naród niemiecki, też nie składała się z jednolicie ukształtowanych jednostek o złych skłonnościach. Nie sądzę by istniał jakiś wrodzony charakter narodowy, choć wychowanie może wpływać na takie czy inne zachowanie społeczeństwa. Wniosek o banalności zła budzić więc może przerażającą refleksję: w określonej, nienormalnej, sytuacji każde społeczeństwo (naród) i prawie każdy człowiek zdolny może być do czynów najgorszych.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.