Spółki Miejskie

Opowiadania. Książę Szalony

Dodaj komentarz

Stanisław Ryczek

 

Książę stał przy oknie obserwując życie toczące się w grodzie. Prawdę mówiąc niewiele objawów tego życia było widać. Kobieta z koromysłem niosła dwa wiadra wody ze studni, kręciło się kilka psów, pod murem miejskim bednarze wynosili gotowe beczki, za murami dwa wozy wiozły do folusza drewno lub wełnę do wyrobu sukna, krążyły wrony. Mróz i śniegi, co od dwóch tygodni zaległy okolice, skutecznie powstrzymały większy ruch jakim zazwyczaj pulsował gród. Po ostatnim pożarze zostało jeszcze dużo pustych pogorzelisk, ale w większości miasto zdążyło się odbudować przed zimą.

Mieszczanie winni mu wdzięczność, wspomógł wszak pogorzelców drewnem z książęcych lasów na odbudowę ich domów. Ale znając życie nie spodziewał się z ich strony szczególnych objawów wdzięczności. Tacy już są ludzie „jak trwoga to do Boga” a potem zapominają…

Był zniechęcony i zgorzkniały, teraz w czasie zimowym, wszystko było nudne i nieciekawe. Wspomniał jak bywając w Pradze na zamku w gościnie u króla Jerzego nawet w zimowe dni nie brakowało rozrywek. Przecież, oprócz wielkich łowów, trwających nieraz dwa tygodnie i więcej, bywały sztuki wystawiane przez minstreli, uczty, turnieje, tańce, gry i zabawy, no i piękne panny z fraucymeru królowej oraz doborowe towarzystwo – arystokracja i rycerstwo z całej Europy.

A cóż za atrakcje były na jego wołowskim zamku? Że kucharka skręciła nogę albo zachorował cyrulik.

No właśnie – choroba cyrulika okropnie rozzłościła księcia Jana. Nawet w pierwszej chwili kazał go siłą sprowadzić na zamek. Jednak musiał zrezygnować z tego pomysłu, gdy mu doniesiono, że cyrulik Hans Gustlof ma wysoką gorączkę i być może jego choroba jest zaraźliwa.

Książę od dwóch dni był cierpiący i wściekły na cały świat. Ząb trzonowy nie przestawał go boleć i nie pomagały żadne metody zapobiegawcze, jak płukanie wywarem z kory dębu, ani specjalne ziółka pomagające na każdy ból, warzone przez jego małżonkę księżnę Katarzynę, ani nawet uroki odczyniane przez jakąś babę sprowadzoną z tak zwanej Polskiej Wsi, czyli z zachodniego podgrodzia. Być może nie pomogły, bo odczyniane były w języku polskim, a żadna mieszkanka Wołowa mówiąca po niemiecku nie umiała odczyniać. Albo były zbyt przewidujące i bały się w przyszłości posądzenia o czary. Pomóc mógł tyko cyrulik, a ten jak na złość zachorował.

Gwałtowne otwarcie drzwi przez chłopaka kuchennego przerwało ponure rozmyślania księcia. Kalecząc niemczyznę chłopiec zameldował, że mistrz alchemii przybył na zamek i prosi o posłuchanie. Książę tak był zdziwiony tą wiadomością, że zapomniał zrugać chłopaka za chamskie wtargnięcie do jego komnaty. A to ci dopiero, mistrz alchemii, zamiast siedzieć przy jakimś wielkim dworze przybył do marnego grodu wołowskiego! Ciekawe, co go sprowadza – a może tyko jest przejazdem? Tak czy siak jednak kazał prosić tak rzadkiego gościa, chociażby po to, by posłuchać wieści ze świata.

Mistrz okazał się niedużym człowieczkiem o oliwkowej cerze, ubranym w czarny strój przysługujący uczonym. Podobieństwo do Żydowina nieco zniechęciło księcia, jednak postanowił wysłuchać jakie umiejętności posiada jego gość. Okazało się, że alchemik Pinkas ze Stuttgartu studiował w Amsterdamie u znanego mistrza Gliwiusza, odbył podróż do Persji, gdzie nabył wiele cennych umiejętności, szczególnie w leczeniu chorób oczu i układów trawiennych.

Księcia bardzo zainteresowały jego umiejętności lekarskie, więc nie wysłuchawszy do końca jego mowy przerwał mu pytaniem:

– Mówisz mistrzu, że znasz się na leczeniu, czy potrafisz pomóc na ból zębów?

– Miałem z tym do czynienia w mojej praktyce – z ukłonem odpowiedział Pinkas.

– W takim razie przygotuj swoje narzędzia i przychodź do mnie jak najprędzej.

Mistrz Pinkas po obejrzeniu bolącego zęba stwierdził, że najpierw trzeba znieczulić organizm, aby przytłumić ból, a następnie ząb wyrwać. Po uwarzeniu około piątej części kwarty wywaru z łupin makowych z dodatkiem jakichś sobie tylko znanych ziół, które miał w swoich sakwach. Napoił nimi księcia. A kiedy napar zaczął działać, wyrwał zęba prawie bezboleśnie.

Książę Jan po dobrze przespanej nocy, w dobrym humorze, po raz kolejny wezwał alchemika. Ale już innym, lepszym okiem spoglądał na niego. Pozwolił mu usiąść i kazawszy nalać w kielichy węgrzyna dopytywał go o inne jego umiejętności, o których nie zdążył opowiedzieć poprzedniego dnia.

Okazało się, że mistrz Adolf Pinkas posiadł wiedzę nie tyle alchemiczną, co raczej ogólną. Bo oprócz sporządzania różnych ciekawych medykamentów i trucizn (na przykład: arszenik, tojad, szalej, cykuta, cukier ołowiowy, który słodki w smaku potrafi pozbawić życia tak dyskretnie, że niemal bez możliwości wykrycia trucizny), poznał sekret wyrobu stali damasceńskiej, tak obecnie pożądanych mieczy i sztyletów z tego metalu. Potrafił też sporządzić konterfekt, na którym portretowana osoba jak żywa wygląda.

Jednak dopytywany, czy znana jest mu transmutacja metali w złoto, nie odpowiedział jednoznacznie, twierdząc, że jeszcze nikomu to się nie udało. Taką samą odpowiedź uzyskał książę w sprawie panaceum czyli eliksiru życia. Więc jakkolwiek nie do końca zadowolony z jego umiejętności, musiał przyznać, że w Wołowie ani w okolicach, a nawet we wrocławskim księstwie, nie ma nikogo z taką wiedzą. Poza tym cichcem sądził, że Pinkas nie wszystkie umiejętności wyjawił. Wszystkim przecie wiadomo, jakie tajemnice kryją się w pracowniach alchemicznych. A być może odpowiednio spojony winem albo w inny sposób przyciśnięty wyjawi najskrytszą swą wiedzę.

Zaproponował więc książę alchemikowi Pinkasowi, aby pozostał w jego grodzie na czas nieokreślony z roczną pensją 150 florenów węgierskich oraz pomieszczeniem na pracownię w kuźni zamkowej. Bo tak się zdarzyło, że kowal, który wiosną spowodował pożar miasta został powieszony. Więc gospodarzył tam tylko jego uczeń, którego może zatrudnić do swoich prac po sprawdzeniu czy się do tego nada. Umowa została zawarta i alchemik wprowadził się do mieszkanka po kowalu, znajdującego się tuż obok kuźni, a sama kuźnia została przekształcona w pracownię alchemiczną.

Książę Jan nie był już młody, właśnie skończył 64 lata i prawdę mówiąc, bardzo przydałby mu się eliksir przedłużający życie i jednocześnie leczący wszystkie choroby. No i oczywiście chciał mieć nieograniczony dostęp do złota, bo ambicje polityczne miał nadal duże i nie miał ochoty być podporządkowany swoim trzem zięciom. On Jan II książę żagańsko–głogowski nie miał zamiaru skończyć życia w marnej wołowskiej dziedzinie jaką wydzielili mu z łaski niewdzięczni zięciowie. Wchodząc w układ z alchemikiem i proponując mu tak duże wynagrodzenie miał więc w tym swoje wyrachowanie.

Jednak na początek zażądał, aby ten namalował mu portret. Minęło co prawda trochę czasu, bo utarcie farb i potem sam proces malowania trwał dość długo. Jednak konterfekt zadowolił księcia. Bo w książęcej koronie i w zbroi wyglądał poważnie i godnie. W portrecie zostało uchwycone podobieństwo, ale dodatkowo został książę na nim odmłodzony o jakieś dziesięć lat. Bardzo spodobało się to księżnej Katarzynie i ona również zapragnęła takiego portretu dla siebie.

Miał więc alchemik zajęcie do świąt Bożego Narodzenia. Jednak w przerwach nie zaniedbywał urządzania swojej pracowni, w której to czynności bardzo przydał mu się uczeń Johannes Brecht przejęty w spadku po nieszczęsnym kowalu. Chłopak był bardzo bystry, rzutki i chętny, tak do nauki, jak i roboty. Przy tym znał stosunki panujące w grodzie, a i plotki przynoszone przez niego nie były bez znaczenia. Pinkas wszystkie wiadomości skwapliwie zapamiętywał, a niektóre informacje, o specjalnym dla niego znaczeniu nawet zapisywał. Z doświadczenia wiedział, że nawet w dużych miastach informacja jest cenną rzeczą, a w takim małym środowisku jest cenną w dwójnasób.

W dawnej kuźni zostały zainstalowane różne retorty, kolby i destylatory sporządzone według rysunków Pinkasa, za które zgodnie z umową zapłacił książę. Natomiast o wszelkie potrzebne ingrediencje zadbał alchemik. Jeszcze przed końcem roku laboratorium było niemal gotowe do wszelkich prac według zapotrzebowania dworu książęcego.

Jedno z pierwszych zamówień dla księżnej podsunął sam alchemik. Otóż zaproponował, że sporządzi specjalny preparat do mycia. I rzeczywiście po kilku dniach przyniósł jakiś szary przedmiot obłego kształtu, który przy namoczeniu i potarciu zaczynał się pienić i nawet przypadł księżnej do gustu, bo stosowany zamiast ługu równie dobrze spełniał swoją rolę, a nawet lepiej, bo mydło – jak je nazwał Pinkas, było mniej od ługu żrące.

Jednak dla księcia była to drobna, nic nie znacząca igraszka i fanaberia. Zażądał miecza z damastu dla siebie. Jednak jego życzenie nie mogło zostać spełnione z powodu słabej jakości miejscowego surowca.

Żelazo, uzyskiwane z rudy darniowej wydobywanej w okolicach Wołowa, po wytopieniu nadawało się do wyrobu narzędzi gospodarskich czy końskich podków, ale do takiego miecza, jak chciał książę, potrzeba było znacznie lepszej surowca. Dopiero, gdy zamówiona szwedzka stal u gdańskich płatnerzy dotarła do Wołowa, alchemik mógł zająć się wykuwaniem książęcego miecza. Ale żeby to nastąpiło musiało upłynąć kilka miesięcy. Tymczasem książę zachęcał Pinkasa do działań najwyższej wagi, czyli prac, które mogłyby przynieść jakieś konkretne korzyści.

Pracował więc mistrz Pinkas nad różnymi doświadczeniami mającymi przynieść sukces w postaci wynalezienia kamienia filozoficznego lub jakiejś substancji przedłużającej życie. Bo książę Jan słabował coraz częściej i nawet podjął kroki ugodowe z cystersami lubiąskimi, których wygnał kilka lat temu z klasztoru, gdzie urządził sobie pałac letni i psiarnię. A wszystkie dziedziny i wsie należące do mnichów zawłaszczył dla siebie. Jednak obawiając się o zbawienie duszy w razie nagłej śmierci podjął kroki rozjemcze. Przecież był obłożony klątwą przez Andrzeja opata tamtejszego zgromadzenia, o czym wszyscy wiedzieli, bo zostało to obwieszczone na drzwiach wołowskiego kościoła św. Wawrzyńca i ten fakt nie dawał mu spokoju. Coraz mniej wierzył, że alchemikowi uda się zatrzymać to, co nieuniknione i nawet miecz uczyniony z tak szlachetnego metalu jak stal damasceńska nie cieszył go.

W lipcu 1501 roku uzyskano wreszcie porozumienie z cystersami. Klątwa została cofnięta i mnisi mogli wrócić do swego klasztoru i włości do niego przypisanych. Polepszyło się też zdrowie księcia i powrócił mu dawny wigor.

Pewnej nocy niespodziewanie odwiedził mistrza Pinkasa w jego laboratorium i kazał przedstawić sobie efekty jego doświadczeń. A kiedy ten niezbyt zrozumiale streszczał swoje próby, wściekły książę pchnął nic niewinnego terminatora Johana tak, że ten upadł w palenisko i oparzył sobie obie dłonie. W ten sposób alchemik stracił zdolnego ucznia, bo rany zaczęły się paprać i po dwóch tygodniach, w wyniku gangreny, Johan zmarł. W tym przypadku na nic nie przydała się medyczna wiedza alchemika ani jego maści i driakwie. Księżna dała matce chłopca dziesięć dukatów tytułem odszkodowania i na tym sprawa się skończyła.

Jedynym łącznikiem alchemika z miastem i jego sprawami została Helga wdowa po powieszonym kowalu. Mieszkająca z łaski księżnej na terenie zamku, młoda niewiasta, pełniąca obowiązki pomocy kuchennej, często zanosiła obiady Pinkasowi, kiedy ten zajęty swoimi eksperymentami nie mógł przyjść do izby czeladnej na posiłek.

Do pomocy alchemikowi odesłano jednego z chłopców stajennych, Hansa, który jakkolwiek wyższy i silniejszy od swojego poprzednika, był ślamazarny i mało lotny. Nadto alchemik podejrzewał go, że jest okiem i uchem księcia.

Po miesiącu praktyki w pracowni mistrz, pochwaliwszy jego zaangażowanie, poczęstował go winem zaprawionym ziołami, nazywanymi czasem serum prawdy, które powodowały większą gadatliwość, niżby to zrobił sam alkohol. Wtedy otrzymał potwierdzenie swoich podejrzeń. Postanowił więc szpiega oswoić, czyli pozwolił dalej donosić księciu, ale jednocześnie donosić jemu o planach księcia. A jako „zachętę” pokazał co mu zrobi, gdyby chciał oszukiwać. Złowioną wcześniej mysz włożył do retorty, w której był jakiś płyn i zanim upłynęło kilka pacierzy mysz się rozpuściła, że została tylko brudna woda. Przy czym opary, które powstały w wyniku tej destrukcji popłynęły szklaną rurką do górnego pojemnika zaopatrzonego w zaworek. Po jego odkręceniu, opary czyli lotne pozostałości myszy, zostały przez mistrza podpalone i w ciągu kilku chwil spłonęły. Alchemik wyjaśnił oniemiałemu Hansowi, że gdyby zamiast myszy zrobić to samo z człowiekiem, to w górnym pojemniku znalazłaby się jego dusza, która płonąc zostałaby unicestwiona, więc nigdy nie zaznałaby zbawienia. Eksperyment przekonał Hansa do propozycji mistrza pozostania podwójnym agentem.

*

Książę Jan siedział przy otwartym oknie w swej komnacie. Był letni pogodny wieczór. Patrzył na staw zamkowy, poza murami miasta i chmary ptactwa wodnego pławiącego się w nim. – Ech, żeby tak móc cofnąć czas – myślał. – Mając dzisiejszą wiedzę na pewno nie sprzedałby ziemi żagańskiej, teraz byłby tam udzielnym księciem. A tak został mu tylko pusty tytuł i marne uposażenie z niewielkiej dziedziny: Wołowa, Wińska i kilkunastu wsi. Żeby jego alchemik potrafił i chciał wyprodukować złoto albo chociaż srebro, mógłby zebrać kilkanaście tysięcy zaciężnych i odebrać swoje dziedzictwo.

A może wziąć się za Pinkasa i jakimś fortelem wyciągnąć z niego wiedzę, która przyczyniłaby się do wzbogacenia jego skarbca. Hans, jego człowiek, jest co prawda przy nim i śledzi wszystkie jego poczynania, ale Hans jako terminator niewiele umie, a mistrz nie prędko wtajemniczy go w swoje tajemne przepisy. Jeżeli kiedykolwiek go wtajemniczy. Już czwarty rok alchemik trudzi się nad formułą kamienia filozoficznego i końca nie widać. A może tylko udaje, że szuka, a naprawdę dawno już odnalazł, tylko nie chce jej zdradzić.

Pozostanie chyba wziąć alchemika na męki i może wtedy uda się wydrzeć jego tajemnice, które dawno powinien spożytkować dla księcia, tak hojnie płacącego za jego pracę.

Fakt, że sporządzane przez niego medykamenty są pomocne na jego starcze dolegliwości i piguły ukręcone na gnębiącą go podagrę skutecznie tłumią ataki bólu w lewej stopie. Również księżna Katarzyna zadowolona jest z pomocy lekarskiej, a i ich córkom czasem pomaga na bóle głowy jakimiś inhalacjami i solami. Jednak Albrecht Ziębicki jego zięć powiedział, że do tych rzeczy wystarczy zatrudnić dobrego medyka za znacznie mniejszą gażę.

*

Z samego rana jeszcze przed śniadaniem Hans rozpalając palenisko nieoczekiwanie zagadnął:

– Mistrzu, coś się szykuje. Wczoraj wieczorem został wezwany do księcia mistrz małodobry Tobias Schuler. A przecież żadna egzekucja nie jest przewidziana.

– No to rzeczywiście ciekawa sprawa, ale być może książę chce zlecić mu jakieś zadanie niezwiązane z egzekucją. – Odrzekł Pinkas, udając spokój, ale wewnętrznie poczuł ukłucie niepokoju.

– Może jest tak, jak mówicie panie, tylko po wyjściu kata książę pan wezwał mnie i nakazał informować niezwłocznie gdybyście opuścili zamek. – Ta informacja zwarzyła krew alchemikowi, ale dalej udając obojętność zajmował się montowaniem retorty nad paleniskiem.

– A gdybym chciał uciec z zamku, co byś uczynił.

– Musiałbym zawiadomić księcia, bo w innym przypadku kara by mnie nie minęła.

– No tak, masz rację, ale nigdzie się nie wybieram, więc zajmij się swoją robotą – skwitował mistrz.

Jednak zmienił zamiary i postanowił nie wykonywać prac na dzisiaj zaplanowanych. Polecił Hansowi wygasić palenisko i przygotować moździerze do ucierania medykamentów, a sam zaczął odmierzać proporcje ważąc poszczególne ingrediencje do sporządzenia odpowiedniej ilości leku.

Tak, jak przypuszczał, pod wieczór został wezwany do księcia. Okazało się, że była to uczta rodzinna, bo oprócz księżnej Katarzyny były tylko dwie księżniczki i zięć Albrecht – pan na Ziębicach.

Przyjęto alchemika bardzo serdecznie, jednak mistrz wyczuł nutę fałszu w zachowaniu i słowach księcia Jana. Mimo, że gorąco namawiany starał się dużo nie pić i ważyć słowa. W pewnym momencie Albrecht zwrócił się do mistrza Pinkasa:

– Doszły mnie słuchy, że w Pradze dokonano udanej transmutacji ołowiu w złoto.

– Transmutacja jest możliwa tylko przy pomocy kamienia filozoficznego, a tego do tej pory nie wynaleziono – odrzekł Pinkas.

– Przecież Nikolas Flamel dokonał tego już prawie sto lat temu.

– Owszem jednak swoją wiedzę zabrał do grobu, bo po jego śmierci nikt tego nie dokonał.

– Jak to, przecież każdy mistrz ma uczniów albo chociaż jednego ucznia, któremu powierza całą wiedzę.

– Czasem zdarza się, że z powodu nagłej śmierci nie zdąży tego dokonać, albo uczniowie nie zasługują, aby dostąpić tak ważnej tajemnicy. Przecież kamień filozoficzny daje władzę nad światem. Dzięki niemu zyskamy eliksir życia i możliwość transmutacji metali.

– Co robi alchemik, jeżeli wie o swojej bliskiej śmierci, a uczniowie, z racji swojej niedojrzałości albo niekompetencji, nie zasługują na powierzenie im tajemnicy? – naciskał Albrecht.

– Nie wiem co zrobiliby inni, mogę tylko powiedzieć, co ja bym zrobił. Otóż powierzyłbym tajemnicę najbliższej osobie albo zapisałbym, a zapis schował tak, żeby żaden profan nie znalazł.

– Jak zabezpieczyć się przed profanem, przecież zapis może znaleźć byle kto – wtrącił książę.

– Otóż zostawia się tajemny kod, że tylko człek inteligentny i znający tajemne znaki może taki szyfr odczytać. – Zakończył Pinkas swój wywód.

Nazajutrz mistrz dokonał jeszcze kilku ważnych prac. Wiedział, że jego służba dla księcia dobiega końca. Czuł zbliżający się kres swojej drogi i niestety nie mógł nic zrobić, żeby go uniknąć. Pilnowany był nie tylko przez swego ucznia, ale i inne osoby ze służby, a nawet stajennych. Powiedziała mu to w tajemnicy Helga. Przez okno uciec nie mógł, bo było zbyt wąskie, a gdyby jakoś udałoby mu się niepostrzeżenie wymknąć, wynikłaby jeszcze sprawa pokonania fosy. Bez swego konia daleko nie ucieknie, a w stajniach śpią stajenni, którzy, gdyby chciał go zabrać, natychmiast wszczęliby alarm. Jednym słowem był w matni. Przedsięwziął więc kroki na jakie pozwalały mu ostatnie chwile względnej wolności.

*

Helga Gunther, wdowa po kowalu, kiedy jej zrelacjonował sytuację i zaproponował 50 florenów za pomoc w ucieczce z miasta, zgodziła się, postawiła tylko jeden warunek – żeby zabrał ją ze sobą. Wyjaśniła, że od egzekucji jej męża wszyscy znajomi odwrócili się od niej. Dla mieszczan stała się żoną podpalacza i traktowali jak zapowietrzoną, gdyby nie księżna, która pozwoliła zostać jej w zamku, pewnie umarłaby gdzieś pod płotem z głodu.

Mistrz przystał na jej propozycję, kobieta była młoda i niebrzydka, a w dwójkę podróżować raźniej i bezpieczniej…

Ustalili, że kupi ona u swoich znajomych w pobliskiej wsi Piotronowice, konia z wozem i czekać będzie dzisiejszej nocy na wzgórzu za tą wsią. Żeby mistrz mógł trafić na to miejsce będzie palić nieduży ogień. Ludziom, od których kupi konia powie, że uskładawszy trochę grosza jedzie do swojej rodziny mieszkającej pod Trzebnicą. Tymczasem oni zatoczą koło i skierują się na trakt ścinawski. W ten sposób zmylą pościg, bo alchemik był pewien, że książę tak łatwo nie odpuści. Wieczorem przed zamknięciem bramy wrocławskiej Pinkas wymknie się z miasta, nieobciążony żadnymi bagażami nie wzbudzi podejrzeń. Ustalili, że najpotrzebniejsze rzeczy, swoje i mistrza, kobieta wywiezie ręcznym wózkiem jeszcze z rana.

*

Tobias Schuler zjawił się na zamku wołowskim późnym wieczorem. Książę nie chciał, żeby widziano kata składającego mu wizytę. Przyjął go w swojej komnacie i zaczął rozmowę dopiero po odprawieniu służby.

– Powiedz mi mistrzu jakiego rodzaju męki umiesz zadawać i czy jesteś przygotowany, by móc w każdej chwili użyć swoich umiejętności i narzędzi?

– Mości książę, wszak wiesz, że jestem biegły w swojej profesji i mogę stosować metody jakie sobie książę wymyśli. Jednak, jeżeli ma to odbywać się w podziemiach zamku, muszę pierwej dostarczyć potrzebny sprzęt. Więc przyszedłem po dyspozycję.

– Powiedz więc jaka tortura twoim zdaniem rozwiąże język nie skaleczywszy zbyt mocno ciała?

– Poleciłbym na początek „kolebkę judasza”, musiałbym co prawda przywieźć ją wozem. Jednak po „huśtaniu” na niej delikwent przez pewien czas nie mógłby chodzić. Takie same kłopoty z chodzeniem byłyby po zastosowaniu hiszpańskich butów. Są dwie wersje tej sztuki: pierwsza bardziej znana, to dokręcanie przy pomocy imadła, a druga polega na podgrzewaniu. Mam też w swoim wyposażeniu „gruszkę”. Bardzo ciekawe urządzenie wynalezione w Moguncji. Gruszkę można włożyć w odbyt albo w usta, a potem przy pomocy śruby rozwierać. Mogę też zaproponować prostsze męki, na przykład zwykłe „wahadło” albo podpiekanie boków.

– Co do podpiekania boków to chyba byłoby najlepsze rozwiązanie, ale co się kryje pod pojęciem wahadła?

– Za związane do tyłu ręce podciąga się na linie penitenta do góry i wisi, aż mu one wyskoczą z ramion. Można ten system modyfikować przywiązując do nóg ciężary.

– Więc dobrze zostajemy przy wahadle i podpalaniu boków. Jednak trzeba być przygotowanym, gdyby torturowany był wyjątkowo twardy. Wytłumacz mi jak działa kolebka judasza.

– Urządzenie to jest proste w konstrukcji: jest to ostrosłup na górze okuty blachą, na który spuszcza się delikwenta wiszącego na linach w ten sposób, żeby uderzał odbytem w ostry koniec. A co do innych tortur pomocnych w rozwiązywaniu języka to proponowałbym zgniatacz kciuków. Posiadam cały komplet na ręce i na nogi – bardzo pomocne urządzenie. Ale czasem wystarczy „połaskotać” kańczugiem lub tylko pokazać narzędzia. Te wszystkie obcęgi, szpikulce, korkociągi do wyciągania gałek ocznych, czy rozgrzany do czerwoności pręt do wkładania w odbyt dla sodomitów, potrafi to zrobić duże wrażenie. Więc można zacząć od prezentacji.

– Dobrze. Zatem bądź jutro wieczorem gotowy ze wszystkim.

*

Wieczorne wyjście mistrza Pinkasa nie wzbudziło podejrzeń na zamku, często zdarzało się, że spacerował, nawet po zmroku. Poszedł w stronę rynku obejrzał się, czy nikt za nim nie idzie i skręcił w stronę bramy miejskiej, ale tam wszczął się właśnie niespodziewany ruch.

Jakaś hałastra z kijami szła wokół wozu kierując się w stronę ratusza. Zbiegowisko było coraz większe, bo do pochodu dołączały różne miejskie obiboki, dopytując się o co chodzi. Mistrz stanął w załomie muru i czekał, aż hołota go minie. Gdy wóz zrównał się z nim serce zamarło mu na chwilę, bo poznał Helgę. Siedziała związana na wozie, tłuszcza zdążyła już ją pobić, bo widać było zadrapania i sińce na twarzy. Ktoś krzyczał, że czarownicę trzeba dostarczyć do burmistrza, ktoś inny, że raczej do księcia, bo to jego służąca.

Pinkas zawrócił do zamku – wiedział już, że wszystko stracone. Musiał naszykować się na najgorsze i porobić przygotowania, bo wiedział, że najdalej nazajutrz będzie aresztowany.

*

Gdy burmistrz Werner zjawił się pod ratuszem wraz z trzema członkami rady, było już całkiem ciemno. Paliło się kilkanaście pochodni, które oświetlały postać na wozie. Tłum rozstąpił się przed władzą miejską, ucichły wrzaski.

Burmistrz nakazał wprowadzić oskarżoną do ratusza. W dużej Sali za stołem zasiedli oficjele, kobietę ustawiono przed nimi, a tłum wypełnił salę po brzegi.

Burmistrz stwierdził, że posiedzenie nie jest żadnym sądem i żeby nie spodziewano się, że zapadnie jakiś wyrok. Rada przesłucha tylko oskarżoną i nazajutrz zda relację księciu, bo to on wyda wyrok w tej sprawie, ponieważ Helga Gunther należy do służby zamkowej, a poza tym, tak poważne wyroki może wydawać tylko sąd książęcy.

Na początku wystąpili świadkowie, którzy zeznali, że widzieli jak kobieta przy ognisku rozebrała się niemal do naga i czyniła jakieś gesty, które ani chybi miały na celu przywołanie szatana. Następnie sołtys wsi Piotronowice stwierdził, że sprawdzono sakwy na wozie oskarżonej się znajdujące i stwierdzono tam rozmaite tajemne przedmioty i inne dziwne ni to zioła, ni to maści, jawnie świadczące o powiązaniu z siłami nieczystymi. Przy tym to dziś przypada pełnia księżyca, a jak wiadomo czarownice właśnie w takie noce uprawiają nierząd z diabłem.

Oddano głos oskarżonej, chociaż jej wina była właściwie udowodniona. Ona zaś opowiedziała, że zmokła w trakcie popołudniowego deszczu, dlatego rozpaliła ognisko i zdjęła suknię, żeby wyschła. W tym czasie ci, którzy ją podglądali wyskoczyli z ukrycia i chcieli posiąść ją siłą, a kiedy pochwyciwszy płonącą żagiew z ogniska, odegnała ich, zawołali sołtysa i fałszywie oskarżyli. Jednak nie chciała powiedzieć, skąd na jej wozie znalazły się tajemnicze przedmioty. Dlatego burmistrz zarządził, aby uwięzić kobietę i nazajutrz zaprowadzić do zamku.

*

Książę był rozgniwany, już dwie godziny trudził się mistrz Tobias ze swoim hyclem, a alchemik milczał. Czasem wydawał głośniejsze jęki, jak przy zgniataniu palców u nogi czy podpiekaniu świecą pod pachami. Ręce miał już niewładne, bo przy torturze wahadła zostały zwichnięte. Jednak kat zapewnił, że w każdej chwili może je nastawić i będą działały.

Mistrz Schuler też zaczynał się denerwować, ale jego irytacja wynikała z niecierpliwości księcia. Przecież wiedział, że alchemik w końcu nie wytrzyma i zacznie mówić – nie takie śledztwa już przeprowadzał. To torturowanemu czas się dłuży, kat ma go zawsze dużo, więc nie musi się spieszyć, pośpiech księcia działał mu na nerwy.

Do wschodu słońca pozostało jeszcze dwie godziny, więc wcale nie tak mało. Kat widząc jak bardzo księciu zależy na zeznaniach Pinkasa postanowił przycisnąć go mocniej. Trzymając w szczypcach rozgrzany do czerwoności pręt oznajmił mu, że za chwilę włoży mu go do tej kiszki, którą gnój z niego wychodzi. W oczach mistrza Pinkasa zauważył zmianę, widać było, że jest gotów do rozmowy. Kat skinął głową w kierunku księcia, który po raz kolejny zadał to samo pytanie:

– Gdzie ukryłeś swoje zapiski? Mów!

Alchemik był w okropnym stanie, ociekający krwią od chłosty, poparzony, ze zmiażdżonymi palcami u rąk i nóg, rozerwane usta i wyłamane zęby to efekt działania „gruszki”. Leżał na wznak przymocowany do specjalnej ławki, nie mogąc wykonać żadnego ruchu, czasem tylko chwytał ustami kosmyk swoich włosów, gdy ból był szczególnie silny.

– Jakieś zapiski ukryłem po podłogą w moim pokoju przy piecu, ale nie wiem czy księcia zadowolą, bo nie ma w nich niczego nadzwyczajnego – odrzekł chrapliwym głosem.

– Dobrze wiesz o jakie zapiski mi chodzi. Skoro są tak mało ważne to dlaczego je ukryłeś? Zresztą za chwilę zostanie sprawdzona twoja prawdomówność, ale drżyj jeżeli mnie oszukujesz.

Wyszli z pomieszczenia, żeby odpocząć i się posilić, a tu śmierdziało kałem i moczem, który wypłynął z mistrza Pinkasa. W szafliku wymyli ręce i posilali się zimnym mięsiwem, chlebem i winem, jeszcze z wieczora przygotowanym na polecenie księcia.

W tym czasie hycel Tomas obudził ucznia alchemika Hansa i razem szukali ukrytych zapisków.

*

– Miłościwy książę są. Znaleźliśmy pod piecem tak, jak mówił. Jedna cegła w polepie była luźna i tam schował. – Hycel trzymał w ręku płócienny worek, z którego wystawały pergaminowe karty zszyte baranim jelitem. Jednak książę nie potrafił odczytać odręcznego pisma alchemika. Obudzony i pospiesznie sprowadzony pisarz Arnold Zedlitz z kancelarii książęcej głośno czytał:

„Po długiej podróży z Amsterdamu przez północne i wschodnie niemieckie kraje na początku grudnia, już po grudzie i śniegu dotarłem do grodu Wolau, który w herbie posiada bydlę po polsku zwane wołem.

Ma tu swoją siedzibę książę Jan II żagański. Pan ten pozbywszy się głupio swoich włości sprzedając je książętom saskim: Ernestowi i Albrechtowi z dynastii Wettinów za 50 tysięcy florenów, został bez niczego i dlatego nazwano go „Janem bez ziemi”. Później przez zbieg okoliczności i szczęśliwy przypadek stał się dziedzicem Głogowa z pomocą króla węgierskiego Macieja Korwina. Jednak, że nic na tym świecie nie jest za darmo, król Maciej po śmierci Jana II zażyczył sobie władztwa nad tymi ziemiami. Jednak Jan złamał umowę i zapisał te ziemie swoim trzem zięciom. W wyniku niedotrzymania traktatów powstała wojna z Węgrami, którą książę przegrał i został pozbawiony wszystkiego. Teraz zięciowie z litości (wszyscy trzej są braćmi) dali mu kawałek swoich włości, żeby na starość miał coś w rodzaju księstwa.

Myślę, że w takich okolicznościach łatwiej będzie mi zarobić na utrzymanie, bo oboje księstwo już wiekowi, a leczenie chorób to w pewnym sensie moja specjalność…”

– Dość – krzyknął książę – szukaj w zapiskach tajnych przepisów, a nie jakoweś pomówienia i plotki.

Pisarz przewrócił kilka kart i znów zaczął czytać:

„Dziś książę Jan odwiedził moją pracownię i nie wysłuchawszy relacji z moich doświadczeń i prac wyszedł, pchnąwszy przódy mojego ucznia, a że ten szpetnie poparzył ręce w palenisku…”

– Zostaw to, szukaj dalej – książę z wściekłości aż pobladł.

Pisarz posłusznie przewrócił kilka kart i znowu zaczął:

„Po dzisiejszej rozmowie z księciem i jego zięciem Albrechtem nabrałem przekonania, że posądzają mnie, że ukrywam tajemne formuły dotyczące transmutacji metali, a być może nawet panaceum. Mam obawy, że zechcą zmusić mnie siłą do wyjawienia tajnych receptur. Jestem osaczony, bez możliwości opuszczenia miasta, z rozkazu księcia inwigilowany przez całą służbę. Mówią, że książę to szaleniec i wariat, dlatego boję się najgorszego…”

– To ostatni zapis z 10 sierpnia Anno Domini 1504, reszta kart jest pusta. – sekretarz podał rękopis księciu.

Twarz księcia była czerwona z wściekłości, nerwowy tik wstrząsał jego twarzą i powieką lewego oka. Chwycił drżącymi dłońmi pergamin i wydarłszy ostatnią kartę ruszył z nią do sali tortur.

Kat i jego hycel podążyli za nim, a pisarz, nie otrzymawszy żadnych dyspozycji podniósł rzucony przez księcia rękopis i w pewnej odległości też tam się udał. Zanim tam wszedł usłyszał nieludzki wrzask, po którym nastąpiło rzężenie konającego człowieka. Pisarz stanął przed drzwiczkami do lochu i nasłuchiwał. Nie chciał tam wchodzić, na widok krwi zawsze robiło mu się niedobrze. Słyszał jak kat robił wyrzuty księciu, że gdyby nie jego popędliwość wydarłby potrzebne tajemnice, bo Pinkas był prawie gotowy i jeszcze ze trzy pacierze, a byłoby po sprawie.

*

Arnold Zedlitz siedział w swoim mieszkaniu przy świecy i czytał karta po karcie zapiski mistrza alchemii Pinkasa zabitego przez księcia w przystępie szału, który zawładnął nim po odczytaniu notatek alchemika.

Skończywszy czytać zamyślił się, nie tylko nad treścią, ale i nad samym alchemikiem. Przecież gdyby nie jego zapiski zapewne uszedłby z życiem. Owszem byłby solidnie poszczerbiony przez tortury, ale jednak żywy.

Po obejrzeniu rękopisu stwierdził, że karty były zszywane pojedynczo, czyli manuskrypt powiększał się w miarę pisania. Pewnie Pinkas zapisawszy kartę za każdym razem doszywał ją do już istniejących. Jednak ostatnie dwie karty były czyste. Być może tym razem przyszył ich kilka, bo znudziło mu się doszywać po jednej. A może karty zostały zapisane atramentem niewidzialnym, słyszał, że atrament taki istnieje. Ale może to tylko bajki, no bo właściwie jak takie pismo odczytać, skoro go nie widać?

Zbadał karty pod różnym kątem, jednak nic nie zobaczył. Dopiero umieściwszy kartę nad świecą wydawało mu się, że coś widzi. Karta znalazłszy się blisko świecy zaczęła w tym miejscu zapełniać się pismem. – Ależ to jakieś czary – pomyślał zdumiony. Ogrzawszy pergamin miał przed sobą tajemne zapiski alchemika i być może jego ostatnią wolę. – Pewnie nagroda mnie nie minie i to sowita.

Ze szczęścia nalał sobie kielich wina, tego lepszego, co go trzymał na szczególną okazję. I z niecierpliwością zabrał się do czytania.

„Do nieznajomego, co po mojej śmierci odczytasz ten list
(jeśli kiedykolwiek ktoś go odnajdzie)

Świadom swojej trudnej sytuacji, którą opisałem wyżej atramentem widocznym. Postanowiłem utajnić moje poczynania ostatnie. Otóż po rozmowie u księcia jestem niemal pewien, że podejmie on jakąś próbę wydarcia ode mnie wszystkich tajemnic. Pewnie będą to tortury – Panie Boże chroń mnie i daj mi siłę!

Tak więc czując na co się zanosi przystąpiłem do przygotowania pigułek uśmierzających ból stopy, którą czyni atak podagry. Ataki takie często książę miewa szczególnie wiosną i jesienią. Oczywiście po sporządzeniu lekarstwa nie omieszkałem podpisać dla kogo ono jest i na co skutkuje. Mój pomocnik Hans został przeze mnie dodatkowo poinstruowany o przeznaczeniu piguł, bo przecież czytać mało kto tutaj potrafi. Od dzisiaj, każdego dnia będę nosił przy sobie środek znieczulający zwany laudanum albo opium, który z Persji przywiozłem i sprawdziłem wielokrotnie na chorych, jak również na sobie. Jednak zdając sobie sprawę, że środek ten działa tylko określony czas, nasączę nim sobie końcówki włosów, które swą długością sięgają mi do ust, więc w razie potrzeby chwyciwszy włosy w usta i wyssawszy je uzupełnię dawkę przeciwbólową i może uda mi się przetrzymać najgorsze męki.

Proszę cię człowieku dobry czytający te notatki o jedną i ostatnią przysługę, abyś zamówił mszę za moją grzeszną duszę. Prośba moja nie jest bezpodstawna, bo nie mam niestety żadnej bliskiej rodziny, która zadbałaby o mnie w tym względzie. A po drugie zapewne okażę się zabójcą, bo do pigułek na podagrę dodałem porcję arszeniku, która powaliłaby konia, więc kiedy to czytasz, książę Jan zapewne już dawno nie żyje i to za moją przyczyną. Na dodatek naraziłem Helgę wdowę po kowalu na śledztwo, tortury i w rezultacie być może na śmierć, więc i ona obciąży mnie na sądzie przed Panem Niebios. Ale żeby wynagrodzić ci twoje starania i żebyś straty z własnej kieszeni nie poniósł za zamówioną mszę, zdradzę ci miejsce, gdzie ukryłem niemal cały trzyletni zarobek u księcia.

Otóż w mojej komnacie, siedem stóp licząc od drzwi, dokładnie kierując się na okienko w południowej ścianie, unieś cegłę w podłodze, a znajdziesz mieszek z florenami. Jest ich tam na tyle, że starczy na mszę za duszę moją, a i tobie do końca dni twoich. Jeżeli wypełnisz mą prośbę wystaram się u Najwyższego o błogosławieństwo dla ciebie i twoich bliskich. Niech Pan Bóg ci sprzyja, a mnie oby miał w opiece. Amen.

Adolf Pinkas mistrz alchemii 10 sierpnia A. D. 1504”

*

Gdy za miesiąc księcia Jana chwyciła podagra i przykuła go do łoża, wezwano terminatora alchemika Hansa, aby przyniósł piguły pomocne na ból.

W tym czasie Arnold Zedlitz był w kancelarii książęcej i widząc przechodzącego Hansa z medykamentem, udał pilne zajęcie jakimś pismem, które zapewne nazajutrz było już nieaktualne.

*

Dwa tygodnie po śmierci księcia Jana II żagańskiego, czyli na początku października 1504 roku, została odprawiona uroczysta msza za duszę Adolfa Pinkasa, tajemnicą poliszynela była niespotykanie duża kwota 10 florenów, przeznaczona na zakupienie mszy przez tajemniczego mieszkańca Wołowa.

Jednym z uczestników tego wydarzenia był książę Jan, którego zwłoki spoczywały pod podłogą, obok głównego ołtarza w wołowskim kościele św. Wawrzyńca. Zwłoki mistrza Pinkasa wrzucono do wspólnej mogiły dla biedoty, pod murem cmentarnym obok tego kościoła, bo jak się okazało nie posiadał on żadnych pieniędzy, a nie znalazł się nikt, kto chciałby pokryć koszty jego pogrzebu.

Proces Helgi Gunther odbył się miesiąc po pogrzebie księcia Jana. Oskarżona przyznała się, że chciała uciec z alchemikiem Pinkasem z grodu, wprzódy zatruwszy jego studnie miejskie, żeby wszystkich mieszkańców doprowadzić do śmierci. Przyznała się też do kontaktów z diabłem i licznych z nim stosunków. Wielki pożar grodu też powstał za jej przyczyną, bo to ona namówiła męża i czynnie mu pomagała w podpalaniu. To przestępstwo popełniła również na rozkaz szatana. Sprawiedliwym wyrokiem sądu została należycie ukarana, na błoniach pod miastem zapłonął jej stos, a prochy jej wrzucono do rzeczki Juszki, ale już za miastem i młynem wodnym, żeby nie skalały ziemi grodu Wolau.

Kwiecień 2018

Wohlau i zamek widziane od strony północno- wschodniej XVIII w.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.