Spółki Miejskie

Opowiadania. Pojedynek

Dodaj komentarz

Stanisław Ryczek

Rys. Roland Topor

Kleofas Majtkowski zawsze miał nieciekawe przezwiska. Zarówno nazwisko, jak i imię, stanowiło inspirację dla szkolnych „kolegów” żeby mu uprzykrzyć życie. Przez wszystkie szkoły i klasy ścigały go niewybredne pseudonimy od prymitywnych w rodzaju Dupowlaz Srajkowski czy Piposław Chujkowski aż po bardziej wyrafinowane Świniopas Gaciowski czy Kulfonas Stringowski. W szkole obecnej zastosowano zbitkę nazwiska z imieniem, co utworzyło w skrót „Majtkofas”. W duchu musiał przyznać, że obecna ksywa była najmniej obraźliwa, przypominała trochę jakieś greckie nazwisko. Więc jakoś do tego przywykł, zresztą nie miał wyjścia.

Obecna szkoła Kleofasa, chociaż nominalnie zwykła zawodówka jednak była dość prestiżową, bo bez jej ukończenia dostanie się do technikum ogólnobudowlanego było niemożliwe. Więc synowie inżynierów projektantów, a nawet dyrektorów, chcąc zdobyć wykształcenie budowlane musieli zaczynać od tego najniższego stopnia.

Zgromadzenie w jednym miejscu młodzieży z domów nomenklaturowych powodowało, że atmosfera była inna, niż w zwykłych szkołach tego typu. Już w pierwszej klasie Kleoś potrafił wyodrębnić trzy grupy. Pierwsza to kujony i lizusy – ci mieli najlepsze stopnie. Druga to donosiciele i lizusy, jeśli chodzi o oceny to niewiele odstawali od poprzedników. Trzecia, do której należał on sam była najliczniejsza, to zwykli nie wyróżniający się uczniowie ze średnią ocen – dostateczny. W klasie nie było żadnej dziewczyny, właściwie we wszystkich klasach byli sami chłopcy. Jedynie klasy I A i II A były w zupełności żeńskie ponieważ szkolono w nich sztukatorki, a jak wiadomo z wytycznych tej szkoły, tylko kobiety do tego się nadawały. Podział ten zanikał dopiero w technikum, tam były już klasy mieszane.

Zespół Szkół Budowlanych, o których mowa, stosował współzawodnictwo w nauce wśród uczniów. Jak to w szkołach komunistycznych było praktykowane – stachanowcy mieli najlepiej, pod warunkiem, że dodatkowo udzielali się społecznie lub politycznie. Często jedna i druga działalność szła ze sobą w parze i ci, co należeli do Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej (ZSMP) lub do Towarzystwa Przyjaźni Polsko Radzieckiej (TPPR), musieli udzielać się w pracach przy dekoracji szkoły, z okazji różnych rocznic, obchodów itp. Oczywiście donoszenie na kolegów było dodatkowo punktowane, chociaż nie przez wszystkich nauczycieli.

Wychowawczynią klasy II C, do której chodził Kleofas, była matematyczka Penelopa Zawiślak. Była to młoda, niebrzydka i bardzo zgrabna kobieta o paskudnym charakterze sadystki. Pani Penelopa nie kryła swej przynależności do PZPR, co objawiało się szczególnie w trakcie godziny wychowawczej. Nudziła wtedy o ideałach socjalizmu, osiągnięciach nauki i techniki Radzieckiej albo podawała przykłady socjalistycznego współzawodnictwa pracy i nauki. Nie omieszkała przytoczyć przykładów bohaterskich postaw młodzieży komunistycznej, gdzie na poczesnym miejscu wymieniony był Pawlik Morozow. Jednym słowem, gdyby jej ubrać gumiaki chlupałby w nich komunizm.

Kleofasa w pierwszej klasie, z trudem, ale tolerowała – miała wtedy innego chłopca do bicia, niejakiego Zyzia Bilkiewicza, ale pozbywszy się gościa musiała sobie znaleźć innego. Dlaczego padło na Kleofasa tego on sam nie wiedział, może wpływ na jej wybór miał fakt, że się opuścił w nauce? Ale przecież takich delikwentów było więcej. Do grudnia tak dokuczyła Majtkofasowi, że miał serdecznie dość matematyki i tej całej nieszczęsnej szkoły. Niestety urywanie się z lekcji na wagary tylko pogorszyły sytuację i na półrocze groziła mu „pała” z matmy, a z kilku innych przedmiotów zawodowych też nie było lepiej. Więc, gdy dyrekcja szkoły zaczęła poszukiwać jakiegoś elokwentnego i odważnego ucznia i uczennicy do przywitania wiceministra budownictwa, który za tydzień miał złożyć „nieoczekiwaną” wizytę w wyróżniającej się wrocławskiej szkole budowlanej Kleofas zgłosił swój akces. Matematyczka była oburzona i oczywiście protestowała przeciwko wystawieniu takiego nieuka jako reprezentanta kolektywu uczniowskiego. Jednak dyrektor Apolinary Durnowicz przesłuchawszy kilku chętnych wybrał właśnie Kleofasa, nie zwracając uwagi na odrębne zdanie młodej nauczycielki.

Kleofas musiał zostać przygotowany do tego odpowiedzialnego zadania. Przede wszystkim w ekspresowym tempie zapisano go do Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej oraz do Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Następnie polonistka Izydora Półchłopek poprowadziła z wytypowaną parą uczniów, to znaczy z nim i Kunegundą Pękalową, uczennicą ostatniej klasy technikum, zajęcia nad tekstem powitalnym napisanym przez panią Izydorę. Przy okazji odbyła z nimi krótkie ćwiczenia z dykcji oraz odpowiedniej prezencji i zachowania się przy tak dostojnym gościu.

W dniu przyjazdu wiceministra Petroniusza Pustaka (ówczesny pierwszy sekretarz Edward Rozrzutny lubił, żeby ministrowie mieli nazwiska adekwatne do zajmowanych resortów) uczniowie dostali polecenie zadbania o ubiór i higienę, a należący do ZSMP musieli przyjść w czerwonych krawatach. Kleofasowi, który krawata nie posiadał zakupiono go z pieniędzy organizacji.

Kunegunda Pękalówna była śliczną dziewczyną o tak ujmującym uśmiechu, że Kleofas zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. I mimo, że ignorowała go jako małolata, zresztą wcale nieprzystojnego, nie zrażał się tym i ciągle robił maślane oczy do towarzyszki. Jednak w trakcie przywitania ministra Pustaka był wyluzowany, a jednocześnie nadspodziewanie dobrze poprowadził całą ceremonię powitania łącznie z przedstawieniem ministrowi dyrektorów szkoły oraz kuratorium, czym zaskarbił sobie dodatkową sympatię dyrektora Durnowicza. W trakcie kontroli, a raczej zwiedzania szkoły potrafił rozładować napiętą atmosferę ciekawymi opowiadaniami, a nawet rzucił dwa dowcipy adekwatne do sytuacji, z których Petroniusz Pustak szczerze się uśmiał.

Jednym słowem dzięki niemu wizyta wypadła znakomicie. Śliczna Kunegunda nic nie musiała mówić wystarczyło, że pięknie się uśmiechała. W trakcie uroczystego poczęstunku towarzysz minister przyrzekł załatwienie dotacji na budowę Sali gimnastycznej. Dyrektor Durnowicz obawiał się tylko czy minister Pustak będzie pamiętał o swoim przyrzeczeniu, bo w trakcie obiadu za kołnierz nie wylewał i pod koniec imprezy dosyć słabo trzymał się na nogach. Żeby jednak utrwalić jego pamięć udało się dyrektorowi namówić Kunegundę, żeby spędziła z nim noc i rano przypomniała o danym słowie. Jeżeli tego dokona świadectwo maturalne będzie miała w kieszeni i nie musi się troszczyć o przyjęcie na politechnikę. Dyrektor Durnowicz przeważnie dotrzymywał słowa.

Od tej pory nauczyciele zaczęli pozytywnie spoglądać, na jeszcze wczorajszego wagarowicza i ignoranta, Majtkowskiego. Jedynie matematyczka przez krótki czas nie zmieniła swojego stosunku do „nieuka”. Jednak po ostrej reprymendzie dyrektora musiała nabrać sympatii do pogardzanego Kleofasa.

Zdarzyło się akurat w tym czasie, że zwolniła się funkcja przewodniczącego ZSMP. Uczeń trzeciej klasy technikum Hiacynt Podgrzewacz, który do tej pory ją pełnił, nie dość, że pijany przyszedł do szkoły, co jeszcze dało by się jakoś ukryć, ale został przyłapany na sikaniu do czajnika w pokoju nauczycielskim. Oczywiście został pozbawiony funkcji oraz wyrzucony ze szkoły, mimo usilnych próśb ze strony aktywu organizacji, o darowanie winy. Nauczyciele przypomnieli sobie, że kawa w szkole już od pewnego czasu przestała im smakować, co przypisano działaniom Podgrzewacza i nie dali się uprosić, aby darować mu wrednego wybryku.

Na wakujące stanowisko dyrektor Durnowicz zaproponował Majtkowskiego mimo krótkiego stażu i oporu większości starych członków, został wybrany. Wystarczyło że dyrektor wspomniał, że w obliczu zbliżającego się końca roku szkolnego aktyw będzie potraktowany bez taryfy ulgowej, tak, jak reszta uczniów. A ponieważ niektórzy członkowie zarządu już dokładnie nie pamiętali, do której klasy chodzą taka sugestia dyrektora wystarczyła. Od zapisania Majtkofasa do ZSMP a wybraniem na szefa tej organizacji minął dokładnie miesiąc.

Pomimo obiecania Dyrowi poprawy stosunku względem Kleofasa pani Penelopa nie mogła się wyzbyć złośliwości w stosunku do niego. Chociaż stawiała mu lepsze stopnie, niż na to zasługiwał, jednak złośliwego jęzora nie potrafiła poskromić. Za inwektywy obecne i wcześniejsze świństwa nauczycielki Kleofas postanowił się zemścić. A że postanowień zawsze dotrzymywał, to cały wysiłek skierował, aby je wypełnić.

*

Matematyczka zauważyła, że od pewnego czasu zaczęły przydarzać się jej nieprzyjemne sytuacje. Pewnego razu siadając na krześle nie zauważyła pinezki, a że była to pinezka z długą szpilą solidnie to odczuła. Innym razem z półeczki znajdującej się nad jej biurkiem przewrócił się dzbanek z jakąś cuchnącą wodą i zmoczyło ją do majtek. Ubranie zmuszona była wyrzucić, bo zafarbowało się na jakiś różowo-brunatny kolor, którego nie udało się wywabić, śmierdziało przy tym tak zawzięcie, że pomimo wyrzucenia do śmietnika, czuła ten zapach jeszcze przez tydzień w domu. Złamała też obcas na jakiejś desce w swoich pięknych szpilkach kupionych w Bułgarii, gdzie spędzała ostatnie ferie zimowe. Deska, a właściwie obrzynek deski, nie wiedzieć dlaczego znalazł się w klasie i to tuż przy drzwiach, że nie sposób było go ominąć. Nie wiedziała, co o tym myśleć, bo wszystkie te wypadki miały miejsce w jej ulubionej klasie. Najlepszej klasie wśród zawodówek – II C. Nawet miała podejrzenia, że to wygłupy jakiegoś sfrustrowanego ucznia, ale klasa zachowywała się wzorowo. Nikt się nie śmiał z jej nieszczęść, uczniowie zawsze udzielali jej pomocy, a Kleofas, do którego miała największe podejrzenia, bywał szczególnie aktywny i pomocny w tych wypadkach.

*

Po wyborze Majtkofasa na szefa ZSMP już nikt nie nazywał go w ten sposób. Od tego czasu zaczął obowiązywać zwrot kolega Kleoś. Nawet ci z maturalnej klasy technikum chcąc coś załatwić pytali nie o Majtkowskiego, tylko o kolegę przewodniczącego albo o kolegę Kleosia. Czasem tylko ktoś nie należący do organizacji nazywał go dawnym przezwiskiem, jednak z czasem i oni się naprostowali. Zresztą ci nienależący byli w mniejszości. Było ich osiemnastu, a „kolegów” pod dowództwem Majtkowskiego dwudziestu.

Kiedy dyrekcja zarządziła, że każdy uczeń ma dostarczyć 10 kilo makulatury w ramach ogólnopolskiej zbiórki, Kleofas z ramienia organizacji zobowiązany był do kontroli tego przedsięwzięcia. W czasach permanentnych niedoborów papieru toaletowego uzbieranie takiej ilości makulatury nie było łatwe (Trybuna Ludu i Gazeta Robotnicza miały miękki papier i świetnie zastępowały braki srajtaśmy). Kiedy przypadł dzień zbiórki w jego klasie, Kleoś postanowił przyjrzeć się temu szczegółowo. Pogadał z magazynierem, że go zastąpi na dwie godzinki (tego dnia pełnił tę funkcję niejaki „Karmazyn” kolega z II klasy technikum) i chętnie się na to zgodził.

Kleofas wiedział, że uczniowie będą oszukiwać. Waga makulatury musiała się zgadzać, więc aby uzupełnić braki papieru wielu uczniów obciążało paczkę jakąś cegłą lub innym „odważnikiem”. Na celownik wziął „kolegów” ze swojej organizacji. Niezrzeszonych sprawdzał tylko niekiedy i niezbyt dokładnie. Do sprawdzania przyszykował sobie długą, zaostrzoną stalową szprychę i nią nakłuwał pakunki wybranych kolegów. Te w których wyczuł coś twardego odkładał na bok, podpisawszy wprzódy przez kogo zostały przyniesione. Tym sposobem wykrył oszustwo większości swoich organizacyjnych kolegów. Po czym wzywał ich po kolei i mówiąc o swoim odkryciu stosował drobny szantaż. Pokazując paczkę delikwenta podpisaną i odłożoną na boczku, twierdził, że będzie musiał powiadomić dyrektora o oszustwie. A kiedy kolega był już naprawdę przestraszony dawał mu szansę poprawy. Za drobną przysługę godził się wymazać nazwisko z jego paczki i wrzucić ją na anonimową stertę makulatury. Chłopcy godzili się spełniać „prośby” Kleofasa, bo dekonspiracja oszustwa przed dyrem mogła skutkować wyrzuceniem z organizacji, a wtedy żegnaj kariero. Jeszcze ci najzdolniejsi mogli zostać przyjęci do technikum, ale o studiach mogli zapomnieć. Żeby zachować dowody rzeczowe nie pozwolił „Karmazynowi” ruszać odłożonej kupki paczek, dopóki polecenia nie odwoła.

Prośby Kleofasa były różne, ale zawsze dotyczyły wyrządzenia jakiegoś psikusa matematyczce. Tak więc Wincenty Dudek dostał za zadanie podłożenie pineski na jej krześle. Pineskę dostarczył Kleoś była pomalowana jasnoorzechową plakatówką w kolorze krzesła więc nie odróżniała się od podłoża. Kleoś miał wiele satysfakcji widząc jak zołza zerwała się i trzymając się za tyłek z piskiem biegała dokoła biurka. Później były inne wspomniane wcześniej zlecenia, jak oblanie jej śmierdzącą i brudną wodą perfekcyjnie wykonane przez Tadka Piątka, czy podłożenie drewnianego obrzynka przez Lucka Puzona. Lucek musiał kilka razy go podkładać, żeby babsko w końcu na niego wlazło. W repertuarze była też żywa mysz w torebce, która wyskoczyła tak gwałtownie na babę, że ta o mało nie zemdlała. Ciekawy dowcip musiał wykonać Gromosław Najmita. Otóż jego zadaniem było niepostrzeżenie zatkanie szmatą rury wydechowej w „maluchu” Zawiślakowej. Jednak najlepszy kawał Kleofas szykował jej na pierwszego maja.

W tym dniu, jak co roku, wszyscy uczniowie zrzeszeni lub niezrzeszeni musieli wziąć udział w pochodzie. Transparenty i hasła mieli przygotować „koledzy” zetesempowcy. I właśnie tu miał wykazać się niejaki Olek Kwaśniewski z powodu częstego chlania zwany „Moczymordą”. Tablica przez niego wykonana miała mieć tzw. drugie dno. Czyli pod jednym napisem prowizorycznie przymocowanym miał znajdować się drugi nieco zmodyfikowany.

*

Nie było ważniejszego „święta” dla komuny niż święto pierwszego maja. Nawet rocznica rewolucji październikowej obchodzona 7 listopada nie była tak hucznie świętowana jak święto majowe. Angażowane były zakłady pracy, PGR-y, instytuty naukowe, dzieci przedszkolne, kluby sportowe, szkoły, wojsko, emeryci, kombatanci itd. itp. Jednym słowem wszyscy, których można było zachęcić jakąś darmówką albo zmusić groźbą. Pochód pierwszomajowy musiał być imponujący jako, że wyrażał poparcie obywateli miast i wsi dla ekipy rządzącej.

Jak w poprzednim roku ustawiono uczniów klasami. Wychowawcy na czele, każdy przed swoją klasą. Kleofas wymyślił, żeby niezrzeszeni uczniowie ubrani byli tak samo jak zetesempowcy, ale zamiast czerwonych krawatów mieli żółte kokardy. Ktoś załatwił wielką szpulę żółtej wstęgi i właśnie z niej porobiono kokardy. Następnie ustawiono na przemian krawat, kokarda, krawat. Pani Penelopa była zachwycona, bo jej klasa wyglądała najlepiej. Ona sama ubrana w strój organizacyjny jak jej uczniowie, w białą bluzeczkę, granatową spódnicę i wielką czerwoną kokardę z dużym hasłem wręczonym jej przez przewodniczącego Kleofasa prezentowała się wspaniale.

Samo maszerowanie jest fajne, ale oczekiwanie na wymarsz było okropne. Słonce dawało się we znaki wszystkim. Uczniowie oparli swoje czerwone szturmówki o ścianę budynku. Nauczyciele uciekli do cienia. Gdy Kleofas przepchnął się do swojej wychowawczyni z butelką wody mineralnej była mu naprawdę wdzięczna, bo pragnienie solidnie jej dokuczało, tym bardziej, że wczoraj świętując wigilię robotniczego święta, nieco za dużo wypiła. No, a dziś wiadomo – susza w ustach.

Właśnie oddawała pustą butelkę swojemu współczującemu uczniowi, kiedy dano znak, żeby ruszać. Kleofas szybko podał jej transparent i popędził ustawiać klasę w odpowiednim szyku. Penelopa mimo, że uważnie stawiała nogi, żeby nie złamać obcasa w jakiejś nierówności ulicy, zauważyła, że publiczność flankująca pochód zwraca na nią szczególną uwagę. Niedaleko trybuny honorowej zaczęto pokazywać ją palcami, a jakiś reporter zrobił jej zdjęcie. Początkowo brała to za dobrą monetę. W końcu była świadoma własnej atrakcyjności, ale kiedy zobaczyła na niektórych twarzach zdziwienie, a nawet oburzenie, zaczęła się niepokoić. Nawet obejrzała się na klasę czy wszystko w porządku, ale chłopcy maszerowali w nienagannym szyku. Jacyś ludzie coś do niej krzyczeli, ale szum szturmówek, megafony i orkiestra zagłuszały te odgłosy. Gdy była już pod trybuną podbiegł do niej milicjant i chwyciwszy ją za rękę zaczął ciągnąć gdzieś w bok. Za trybuną w jakiś krzakach zaczął jej wymyślać od bezczelnych dziwek i wyrwał jej drzewce z transparentem. Oburzona takim chamstwem walnęła go w twarz.

Od pierwszego uderzenia pałką zrobiło jej się ciemno w oczach, ale następne ją ocuciły. Nie liczyła uderzeń, ale kiedy znalazła się w nysce bolały ją plecy, łydki i tyłek. Lewy policzek pulsował boląco i czuła jak puchnie jej warga. Całe zdarzenie było tak nieoczekiwane, że całkiem straciła zwykłą pewność siebie. W trakcie bicia przyłączył się jeszcze jeden cywil, znajomy milicjanta, bo mówili sobie po imieniu. Jeszcze w suce powtarzała ciągle ten samą frazę: „ale za co?”.

Dopiero kiedy odczytała swój transparent wrzucony do nyski przez milicjantów, przestała zadawać to pytanie. Tam gdzie wcześniej widniało piękne hasło: „MŁODZIEŻ ZAWSZE Z PARTIĄ” teraz nie wiadomo jak pojawiło się bezczelna sentencja: „MŁODZIEŻ MA PARTIĘ W DUPIE”. Przy czym ostatni wyraz był wyeksponowany grubą krechą.

*

Wzywani do dyrektora uczniowie solidarnie stwierdzili, że nic nie wiedzieli o transparencie z takim hasłem. W końcu Kleofas Majtkowski stwierdził, że widocznie matematyczka przyszła z gotowym transparentem z domu. Więc dyrektor pozbawiony został wyboru i musiał ją zwolnić. Po jego decyzji wszyscy uczniowie odetchnęli z ulgą i nikt już nie pocił się ze strachu przed matematyką. Zresztą i nauczycielom było przyjemniej, gdy nie czuli wścibskiej obserwacji partyjnej aktywistki.

Aresztowanie inżyniera Majtkowskiego nastąpiło kilka dni po sierpniowych rozruchach. Okazało się, że bezpieka dysponuje jego zdjęciem przy płonącej nysce na placu Pereca. Na nic się zdało tłumaczenie, przecież mieszka tuż obok, więc przyszedł, żeby zobaczyć czy nie trzeba udzielić pomocy jakiemuś milicjantowi. Nie uwierzono mu, bo na innym zdjęciu uchwycony został przy budowie barykady. Młody esbek po skończonym przesłuchaniu zamiast odprowadzić go z powrotem do celi milicyjnego aresztu, skręcił w inny korytarz i po kilkunastu metrach wprowadził go do przyciemnionego pokoju. Przy świetle nocnej lampki stojącej na biurku jakaś kobieta w cywilu stukała na maszynie. Kleofas wpatrzony w otwarte okno bezwiednie się do niego zbliżył. Z wysokości pierwszego piętra spojrzał na ciemną ulicę. Było po deszczu światło latarni odbijało się w mokrym bruku, pachniało ozonem. Wieczór był ciepły, a ulica kompletnie pusta. – No tak – pomyślał – przecież już po dziesiątej, a od kilku dni znowu obowiązuje godzina milicyjna.

– Odejść od okna! – Krzyk funkcjonariuszki był bardzo ostry – pod ścianę i ręce trzymać na widoku.

Wykonał polecenie, a właściwie rozkaz i pomyślał, że skądś zna ten wredny głos. W pewnej chwili maszynistka przerwała pisanie i skierowała snop światła w jego kierunku. Po sekundzie usłyszał jej sztucznie przesłodzony głos:

– O jakie miłe spotkanie. Pan Majtkowski Kleofas – czyżby dopuścił się pan przestępstwa? – Teraz przypomniał sobie ten wredny sopranik, już wiedział, że funkcjonariuszka to jego dawna matematyczka.
– Niestety zaistniała pomyłka i zostałem niesłusznie oskarżony, ale mam nadzieję, że wszystko szybko się wyjaśni. – Ale w duchu dodał – że też tę mendę przyjęli do bezpieki po tamtym numerze. No, ale teraz, to ja dostanę za swoje.
– Pomyłka czy nie, zostaje obywatel internowany w ośrodku odosobnienia w Nysie na czas nieokreślony. Proszę podpisać odbiór decyzji o internowaniu.

Kiedy Kleofas podpisywał dokument Penelopa zwróciła się do esbeka.

– Panie inspektorze proszę zająć się szczególnie troskliwie panem Kleofasem, bo jest on moim bardzo dobrym znajomym.

Troska ta przejawiać się zaczęła już nazajutrz. W trakcie wieczornego przesłuchania, podczas, którego odmówił składania wyjaśnień, został wprowadzony do ciemnego pokoju przez trzech esbeków i zaczęło się bicie. Wyglądało ono w ten sposób, że kazano mu się obracać dookoła, a w tym czasie następowały uderzenia pałką w nogi albo w plecy albo ręką w twarz albo pięścią z góry w czubek głowy. Całość dokonywała się w ogłuszającym huku, ponieważ jeden z nich naparzał pałką w metalową szafkę. Nie wiadomo czy łomot miał zagłuszyć jęki Kleofasa czy dodatkowo spowodować jego dezorientację.

Mimo, że przyznał się do wszystkiego i podpisał protokół, co kilka dni był wzywany na dyżurkę lub do pustej celi, gdzie czekało go dwóch lub trzech zomowców, którzy prali go pałami długimi na osiemdziesiąt centymetrów. Chociaż miał być przewieziony do obozu internowania w Nysie trzymano go cały miesiąc w pojedynczej celi w areszcie milicyjnym, tylko po to, aby dawać mu wycisk. Nawiasem mówiąc do Nysy nigdy nie został zawieziony, ale po odsiedzeniu w Areszcie Śledczym następnych trzech miesięcy wyrokiem sądu został skazany za udział w spaleniu nyski MO, na rok więzienia, który odsiedział we Wronkach. Po tych przeżyciach pozostał mu niedowład nogi spowodowany przesunięciem kilku kręgów, puste miejsce po siedmiu zębach oraz okresowe zakłócenia równowagi.

Demonstracja przed sejmem miała być pokojowa, ale manifestanci byli coraz bardziej agresywni. W kulminacyjnym momencie zaczęli pluć, kopać, a nawet gryźć policjantów. Metalowe barierki mimo, że podpierane przez policję zaczęły się przechylać grożąc przewróceniem. Kapitan Biura Ochrony Rządu kierujący ochroną parlamentu zarządził, aby zatrzymać osoby najbardziej agresywne. Funkcjonariusze BOR-u zatrzymali sześć osób wyręczając policjantów, którzy najwidoczniej mieli rozkaz, aby nie dać się sprowokować. Kapitan Majtkowski miał to gdzieś. Chociaż i on dostał podobny rozkaz, nie zamierzał tolerować jawnego i bezczelnego łamania prawa. Zresztą zatrzymania dokonały się bez bicia i niepotrzebnego szarpania. Grupa borowców w cywilu, co najmniej pięciu wskakiwała w tłum chwytała agresora za ręce, a czasem również za nogi i przerzucała przez barierkę w ręce drugiej już czekającej grupy. Chłopy były dwumetrowe, więc łatwo potrafili poradzić sobie z tym zadaniem. Już po akcji jedna z demonstrantek drzewcem od transparentu dźgnęła policjanta w oko. Jego koledzy widząc tę napaść już nie patyczkując się brutalnie wciągnęli babę za barierkę, zakuli w kajdanki i odwieźli na komendę.

*

Wszystkie media niechętne rządowi natychmiast puściły w eter odpowiednio spreparowaną informację, że reżimowa władza aresztowała pokojowych demonstrantów i jako przykład brutalności pokazano scenę przeciągnięcia kobiety przez barierkę. Scena była tak drastyczna, że minister spraw wewnętrznych natychmiast zadzwonił do komendanta głównego policji z interwencją. Dopiero w głównym wydaniu dziennika pokazana została napaść na policjanta i jego okaleczenie. Bo jak orzekli lekarze oka nie udało się uratować.

Wszyscy aresztowani zostali jeszcze tego samego dnia zwolnieni. Dla części z nich postawiono zarzuty naruszenia nietykalności policjantów. Jedynie kobieta została zatrzymana. Postawiono jej zarzut napaści i okaleczenie funkcjonariusza państwowego. A ponieważ ostatnio mieszkała u córki w Londynie istniała możliwość jej ucieczki za granicę, wydano więc nakaz aresztowania.

*

Kapitan Majtkowski przejrzał dokumenty aresztowanej, zanim poprosił o jej wezwanie. Po dokładnym przyjrzeniu się delikwentce stwierdził:

– Znowu się spotykamy pani profesor albo pani esbek, już nie wiem, jak mam panią tytułować. – Po urodzie Penelopy niewiele zostało. Solidna nadwaga, starcze plamy i przebarwienia na rękach i twarzy, no i te paskudne zmarszczki zupełnie zmieniły tak atrakcyjną kiedyś kobietę. Jedynie dawna bezczelność jej nie opuściła.
– Co to za impertynencje, czyżbyśmy się znali?
– Oczywiście, że się znamy. Pozwoli pani, że się przypomnę Kleofas Majtkowski, ten sam, któremu we wrześniu 1982 roku, wypisując decyzję o internowaniu, kazała pani szczególnie się zaopiekować. Prośba pani została spełniona. Zaopiekowano się mną solidnie, ale teraz ja się panią zaopiekuję i niech mi pani wierzy, odczuje to pani na pewno.
– Jakoś nie przypominam sobie sytuacji, o których pan mówi. Poza tym nigdy nie pracowałam w SB.
– Och, pani Penelopo, po co ta ciuciubabka. Sprawdziłem kartotekę MO z lat stanu wojennego. Figuruje tam pani w stopniu sierżanta, ale już w 1985 jako chorąży służby bezpieczeństwa. Muszę przyznać, że szybko pani awansowała. Ale po zapoznaniu się z karierą pani męża zrozumiałem skąd te ekspresowe awanse. A teraz proszę opowiedzieć o dzisiejszym ataku na policjanta, bo czasu szkoda. O starych historiach porozmawiamy innym razem, będziemy mieli na to jeszcze dużo czasu.
– To był wypadek, a nie zamierzona działalność. Nie przyznaję się do zamachu na policjanta i nie zamierzam z panem więcej rozmawiać ani o starych, ani o nowych czasach. I niech pan mnie nie straszy dziś są inne czasy, tylko spróbujecie mnie tknąć, a TVN i Gazeta Wyborcza zrobią z tego taki materiał, że wyleci pan ze służby z hukiem.
– No cóż pani wybór, jak się pani zastanowi proszę dać znać, że chce pani rozmawiać.

*

Kierownik remontowanego odcinka drogi, otrzymał od swego dawnego kolegi szkolnego, esemesa z prośbą o spotkanie, ale koniecznie na terenie jego budowy. Prośba była dziwaczna, bo żeby wspominać dawne czasy lepsza by była jakaś zaciszna kafejka, a nie rozmowy przy akompaniamencie młota pneumatycznego, piły diamentowej, koparek i innego ciężkiego sprzętu. Ale skoro Kleofas się uparł, to niech tam, Zyzio nie odmówił dawnemu kumplowi.

Kiedy usiedli w dusznym baraku Kleofas wyjaśnił, że potrzebuje nagrania odgłosów budowy dla córki, która do swojej pracy magisterskiej dotyczącej akustyki potrzebuje takiej kakofonii.

Po nastawieniu sprzętu tuż przy prowadzonych robotach koledzy powspominali swoje historie. Zyzio Bilkiewicz opowiedział jak po wyrzuceniu z pierwszej klasy kontynuował swoją edukację kończąc na technikum budowy dróg i mostów. Obecnie po rozwodzie zaczyna nową przygodę z niedawno poznaną w trakcie urlopu nad morzem piękną Heleną (tak ja nazywał).

Kleofas z kolei opowiedział jak w dziewięćdziesiątym rozpoczął studia prawnicze i po ich ukończeniu udało mu się dostać do BOR-u, gdzie do tej pory pracuje. Było oczywiście trochę wspomnień szkolnych oraz z czasów stanu wojennego, kiedy obaj działali w podziemiu. Oczywiście każdy gdzie indziej, bo Zyzio mający rodzinę na wsi miał wtedy bliżej do Solidarności Rolników Indywidualnych, a Kleofas w Solidarności Walczącej zbierał materiały dla radia SW. Ponieważ rozmowa była ciągle przerywana telefonami oraz wydawaniem dyspozycji robotnikom postanowili spotkać się w przyjemniejszym miejscu po wcześniejszym telefonicznym umówieniu się.

Jeszcze w tym samym dniu nagranie z budowy drogi zostało po odpowiednim nagłośnieniu włączone w celi Penelopy. Taśma po zapętleniu działała dzień i noc, przedtem dokonano odpowiedniej izolacji wygłuszającej, aby nie zakłócać spokoju w innych celach i na korytarzu.

*

Po trzynastu dniach od tej rozmowy Penelopa zdecydowała się napisać oświadczenie. Było ono wielokrotnie zmieniane, gdyż kapitan Majtkowski odrzucał każde nieprawdziwe stwierdzenie. Tak więc po wielu nieudanych próbach i wielu pertraktacjach powstał dokument, który w końcu zadowolił kapitana.

OŚWIADCZENIE

Ja niżej podpisana przyznaję, że w dniu 02 sierpnia 2018 roku uderzyłam policjanta drzewcem od tablicy z hasłem w twarz. Jednocześnie zaznaczam, że nie było moją intencją, aby go okaleczyć, więc fakt, że oko zostało wybite przypisuję wypadkowi. Do udziału w manifestacjach organizowanych przez organizacje niechętne rządowi skłonił mnie fakt odebrania mi i mojemu mężowi dużej części naszych emerytur. Bezczelna ustawa sejmowa z 2017 roku, odbierająca nam – byłym pracownikom Służby Bezpieczeństwa nabyte prawa emerytalne, skłoniła nasze środowisko do intensywnych działań w celu obalenia obecnego rządu. Zaznaczam, że działaliśmy pro publiko bono i nie domagaliśmy się zapłaty za swój czas ani zwrotu kosztów za środki transportu. Nawet transparenty i tablice z napisami wykonywaliśmy z mężem sami w domu. Również ostatnią tablicę z napisem OBYWATELE RP MAJĄ RZĄD W DUPIE, wykonałam samodzielnie. Wspominam o tej sprawie, ponieważ większość działaczy pobiera stałą pensję od różnych fundacji i organizacji pozarządowych, skądinąd wiem, że pieniądze te pochodzą ze źródeł zagranicznych. Uważam, taką bezideowość za oportunizm i jej nie popieram, chociaż nie potępiam. Wiem, że dla tych młodych ludzi jest to jedyne źródło utrzymania, ponieważ organizacja zadym zabiera im tyle czasu, że nie mają już kiedy pracować zawodowo. Obawialiśmy się, że nasze protesty wygasną, bo społeczeństwo polskie za nic miało niesprawiedliwość, którą nam wyrządzono. Na szczęście sejm zajął się modernizacją ustawy o sądach i to napędziło nasz ruch, bo już nie tylko my funkcjonariusze z rodzinami, ale i dawni nasi sędziwie oraz ich rodziny włączyli się w demonstracje. Kiedy mimo tego społeczeństwo nie poparło naszych protestów, dostaliśmy polecenie od naszych przywódców, aby sprowokować policję do użycia siły. Gdy poleje się krew, mówiono, a nasze stacje telewizyjne i gazety odpowiednio to pokażą, będzie szansa, że zwykli ludzie nas poprą i zwycięstwo będzie nasze. Przy założeniu, że instytucje unii europejskiej nas poprą, co jest więcej niż pewne, oraz po wewnętrznych agresywnych demonstracjach rząd będzie miał tylko dwa wyjścia – albo użyć sił policyjnych albo ustąpić. A znając ich miękkość jest niemal pewne, że nie odważą się użyć siły.

Mając na uwadze powyższe instrukcje i widząc zatrzymanie naszych demonstrantów postanowiłam zadziałać zgodnie z nimi i wtedy wydarzył się ten wypadek. Czego bardzo żałuję.

Penelopa Zawiślak

Po napisaniu tego oświadczenia kapitan Majtkowski obiecał przeniesienie Penelopy do innego miejsca w areszcie, gdzie nie będzie słychać odgłosów remontu. Oczywiście dotrzymał słowa i po trzech dniach od tej rozmowy zasnęła w końcu w cichej celi.

Po dwóch miesiącach od aresztowania Penelopa doczekała się procesu. Po którym została skazana na zapłacenie trzech tysięcy złotych kary oraz dwunastu tysięcy tytułem odszkodowania dla policjanta. Sąd w osobie sędziego Igora Trulei nakazał natychmiastowe zwolnienie oskarżonej i stwierdził, że może ona dochodzić odszkodowania, bo decyzja o jej aresztowaniu została wydana z naruszeniem prawa, gdyż zabrakło pieczątki nagłówkowej sądu. Właściwie pieczątka była, ale niezbyt czytelna.

Oczywiście w drugiej instancji ten bezczelny wyrok został uchylony, jednak media ogłosiły złamanie prawa przez BOR i policję, co dodatkowo obniżyło notowania rządu w unijnych ośrodkach decyzyjnych. A szum medialny wypromował osobę Penelopy jako męczennicy opresyjnego systemu, a że przypadł akurat czas wyborów parlamentarnych największa partia opozycyjna wstawiła ją na swoją listę. I tym sposobem Penelopa Zawiślak została posłanką do parlamentu. Sądy niewydolne i skorumpowane tak długo ociągały się z wydaniem prawomocnego wyroku, aż sprawa uległa przedawnieniu.

Kapitan Majtkowski został wywalony ze służby tuż przed osiągnięciem wieku emerytalnego. Z uwagi na chory kręgosłup i podeszły wiek nie mógł znaleźć pracy. Wystąpił co prawda o rentę inwalidzką, ale jego podanie zostało odrzucone jako bezzasadne. W końcu Zyzio Bilkiewicz dał mu stanowisko stróża na swojej budowie. Czasem można było go spotkać nad ranem penetrującego śmietniki w celu pozyskania metali kolorowych i makulatury.

Poprzysiągł zemstę za takie potraktowanie jego osoby. Pozostało ustalenie kogo obejmie wendetta. Poruszywszy wszystkie znajome sprężyny w służbach, a przez te lata pracy w BOR miał dość dużo znajomości. Doszedł, że nieoficjalna decyzja, czy raczej zlecenie wyszło z sejmu. Nazwiska zleceniodawcy nie zdołał ustalić, ale w sejmie była tylko jedna osoba, która miała do niego jakiś żal, była to Penelopa Zawiślak.

*

BMW X6, najnowszy nabytek Penelopy, wprost płynęło po drodze szybkiego ruchu. Aż żal było go wstrzymywać, 200-konny silnik dosłownie sam się rozpędzał nie musiała prawie wciskać pedału gazu. Gdy komputer pokładowy wyświetlił jakiś komunikat na jaskrawo czerwony kolor trochę się przestraszyła zwalniając pedał gazu. Dopiero jak włączył się ostrzegawczy sygnał dźwiękowy wcisnęła hamulec. Jednak pedał gazu nie stawiał oporu, a auto nie zwolniło. Coś się stało z hamulcem – pomyślała – trzeba wyhamować skrzynią biegów. Znała oczywiście ten sposób, w końcu od prawie trzydziestu lat jeździła różnymi autami. Spojrzała na prędkościomierz pokazywał 180 kilometrów na godzinę. – O cholera trochę przesadziłam – pomyślała. Wrzuciła niższy bieg i auto zwolniło do 150 km. Niestety przed nią dwa TIR-y zajęły obydwa pasy, bo jednemu z nich zachciało się wyprzedzać. Kilkaset metrów to zbyt mało, wiedziała, że nie wyhamuje na tak krótkim odcinku. Pozostał jeszcze najbardziej skrajny pas awaryjny, skręciła mocno w prawo, żeby się na nim znaleźć i uniknąć uderzenia w tył ciężarówki. W ostatniej chwili zobaczyła stojącą na poboczu koparkę, nie było szans żeby ją ominąć…

*

Kleofas odzyskał przytomność w szpitalu chorób płuc przy Grabiszyńskiej. Jak się tam znalazł zupełnie nie pamiętał. Pół roku temu po rozwodzie, którego przyczyną był brak pieniędzy i częste zapijanie stresu przez Kleofasa, sąd przyznał mieszkanie jego byłej żonie i tym sposobem został bezdomnym. To prawda, że ostatnio nie dojadał, a w zimie mróz dał mu ostro po tyłku, jednak nie przypuszczał, że może być z nim tak źle. Dawno zaleczona gruźlica, która dopadła go jeszcze w latach 80-tych we wronieckim więzieniu, odnowiła się, a ostatnie przeziębienie spowodowało, jak to się kiedyś mówiło, galopujące suchoty. Rano na obchodzie lekarka nie owijając w bawełnę powiedziała, że rokowania są złe. Okazało się, że w trakcie ostatniego krwotoku stracił zbyt dużo krwi. Transfuzja oczywiście uzupełniła te braki, ale postępy choroby były już nie do naprawienia.

Pamięć wydarzeń z ostatniej nocy powoli wracała. Z jej fragmentów starał się odtworzyć zatarty film. Coś mu się kojarzyło, że wypił ćwiartkę wódki, ale wcześniej kilka piw i chyba wino z jakimś przygodnym kolegą, a może był to zwykły menel? Potem wymiotował w jakiejś bramie i chyba wtedy stracił przytomność. Ale to nie wszystko, pozostała brakująca luka zawierająca jakieś ważne zdarzenie. Tylko co to było?

Teraz był tak osłabiony, że pielęgniarki musiały go karmić. Ze swojego łóżka widział dość dobrze ekran telewizora, ale fonia była fatalnie ustawiona, więc niewiele dało się usłyszeć. Zresztą mało go obchodziło, co się działo na ekranie. Czekał na jakąś wiadomość, tylko wyleciało mu z głowy na jaką. Wiedział, że będzie nadana w telewizji i chyba nadzieja, że ją usłyszy trzymała go jeszcze przy życiu.

W czasie wieczornych wiadomości, był już w malignie, jednak w przebłysku świadomości, zobaczył rozbite czarne BMW z wrocławską rejestracją. Naszła go myśl, że przecież zna to auto. I to w nim ostatniej nocy uszkodził przewód hamulcowy. Małe nacięcie w metalowej rurce zaklejone plastrem, żeby nie ciekło na postoju. Kałuża pod autem mogłaby zbyt wcześnie zdekonspirować uszkodzenie. Wiedział, że pierwsze naciśnięcie pedału hamulca rozerwie plaster i płyn hamulcowy wytryśnie w ciągu kilku minut. Nie wiadomo czy kontaktował jeszcze, kiedy któryś z pacjentów wyraził żal, że na drodze ekspresowej S-3 zginęła bardzo sympatyczna posłanka z Wrocławia.

Sierpień 2018

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.