Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Jak zostać wieszczem

Jan Brzechwa

Rys. Daniel Mróz

Nowatorstwo w dziedzinie poezji rozwija się u nas trzema torami, a każdy z nich opromieniony jest błyskami genialności. Jednak dzięki rewelacyjnym dociekaniom naszych teoretyków nawet geniusz daje się ujarzmić i ująć w niezawodne prawidła. Dzięki temu 4 876 poetów zamieszkujących ziemie polskie zdołało uszczęśliwić czytelników wiekopomnymi dziełami. Nasz skromny trud pragniemy ograniczyć do systematycznego przedstawienia trzech podstawowych metod twórczych dla tysięcy dalszych poetów z wyżu demograficznego.

Metoda I: Kreacjonizm antyskładniowy

Jak słusznie zauważyli wybitni teoretycy awangardy, najuciążliwszym balastem poezji jest słowo. A zatem do podstawowych zadań poety należy unicestwienie słowa przez rozczłonkowanie go na elementy nieartykułowane celem zatomizowania wizji.

Wyobraźmy więc sobie, że poeta przez nawyk logicznego myślenia zaplanował układ tradycyjny:

OPERACJA

Doktor dokonał
operacji,
pacjent umarł,
dzięki czemu
nieboszczyk
uświadomił sobie
bezsens istnienia.

Wiersz ten uderza przejmującą głębią, mówi o śmierci, tchnie egzystencjonalną alienacją sfrustrowanego nieboszczyka. Ale jest to równocześnie utwór obarczony balastem słowa i banału składniowego arieryzmu.

Toteż w tym miejscu wkracza genialny nowator i działa w kierunku kreacjonizmu antyskładniowego, odbierając słowom ich płaską znaczeniowość! Akt natchnionej deformacji wyzwala twórczą podświadomość i otrzymujemy nieartykułowany zapis reakcji, w którym estetyczny czy ekspresywny walor słowa przestaje istnieć.

Czytamy więc z nie słabnącym zachwytem:

MYLNA OPR

Dokdokoper
pacum
dzięcze
niebo
uświadoso
beznienia.

W ułamkach całości poeta szuka prawdy o świecie, demonstrując groteskową niemożność nawiązania komunikacji.

Metoda II: Kreacjonizm intuicyjny

Poeta nowator może też sięgnąć do narodowych tradycji poetyckich, co uchroni go przed zarzutem kosmopolityzmu w nieciągłości składni anakolutycznej. W tym celu wystarczy wziąć wersety z trzech wieszczów romantycznych.

A więc z Mickiewicza:

„Lecz jako człek mądrego i pewnego zdania” („Pan Tadeusz”, księga VI),

ze Słowackiego:

„Długim szeregiem” („Hymm o zachodzie słońca na morzu”),

z Krasińskiego:

„Ludzie usłyszą tylko twarde szczęki” („Bóg mi odmówił…”).

Wszystkie te słowa wypisujemy na osobnych kartkach, mieszamy w kapeluszu i wyciągamy w dowolnej kolejności. Odrzucamy interpunkcję i niebawem otrzymujemy wiersz prawdziwie nowoczesny:

SZCZĘKI ZDANIA

Szeregiem twarde tylko
jako człek długim
mądrego
szczęki zdania
usłyszą
ludzie i
pewnego Lecz.

 

Wiersz taki, będący schwytaniem na gorącym uczynku niezracjonalizowanych stanów psychicznych, targnie czytelnikiem.

Metoda III: Kreacjonizm uproszczony

Dwie poprzednio zaproponowane metody opierają się na formowanym bezładzie określonych systemów werbalizacji. Wymaga to od poety konstruktywnej inspiracji, erudycji i szczególnego wyczucia zależności lingwistyczno-semantycznych. Natomiast kreacjonizm uproszczony pozwala nawet zahamowania alfabetyczne przetworzyć w mitotwórstwo poetyckie.

W tym celu należy sięgnąć do pierwszej lepszej gazety i przepisać stamtąd fragment programu radiowego, nadając mu awangardowy kształt graficzny. Dzięki twórczemu przeobrażeniu tekstu otrzymamy utwór o dużym napięciu emocjonalnym:

RADIOWĘZEŁ ŻYCIA

Muzyka
muzyka
program dnia
kalendarz
gimnastyka
język angielski
muzyka
piosenka dnia.

Wprowadzenie pomiędzy poszczególne zdania kilku wyrazów nieprzyzwoitych w układzie analfabetycznym wzmocni ładunek intelektualny utworu.

Stosując jedną z proponowanych metod albo mieszając je w dowolnych proporcjach, każdy może stać się poetą-nowatorem, a nawet wieszczem, ogniskującym w sobie problemy poezji polskiej XX wieku.


Dodaj komentarz

Sos-diariusz. Pod Norwida

Sas

Zbigniew Herbert w swoim mieszkaniu, Warszawa, 1974, fot. Bohdan Majewski

Pamiętam, jak któregoś beztroskiego dnia, dowiedziałem się, że umarł Herbert. Pamiętam, jak któregoś beztroskiego dnia, umarł mi Herbert. I wtedy niebo swój pułap obniżyło. Dosłownie.

Jechałem w rozśpiewanym autobusie z południa na północ Polski. Był lipiec, środek lata, najmniej odpowiednia pora śmierci. Ni stąd, ni zowąd z nieba uderzył wiatr skrapiając połamanymi kwiatostanami lipy ten pędzący autobus. Kierowca włączył wycieraczki, a dochodzące do pełnej godziny radio, zaczęło szumieć i trzeszczeć. Z tego trzasku i szumu, w rytm wiatru uderzającego w szyby orzeszkami przekwitłych lip, dobiegły mnie niewyraźne słowa. Pogrzeb Zbigniewa Herberta odbędzie się 1 sierpnia… Potem znowu przyjemne wyciszenie głośników przywiało z tyłu autobusu głośniejszą frazę – a nad nią szumiał gaj…

Jechaliśmy dalej, dalej po świeżym już parującym asfalcie. I nawet nie pamiętam, czy ten przelotny deszcz zabębnił w autobus na wysokości Warszawy, czy już za nią? Wmyślałem się w tę informację – pogrzeb w Warszawie – i odskakiwałem od niej wyrywany szumem silnika, rażącymi iskrami słońca gasnącymi przy uszczelce autobusowej szyby.

W takim momencie! Kiedy byłem pomiędzy wędkarskimi wspomnieniami z Białej Lądeckiej a zamierzeniami zabijania pstrągów ze Studnicy. W takim momencie! Zupełnie niedorzecznie. Ach, to już niczego nie napisze? Zostanie po nim kruchy, sypiący się z czasem firmament obsesyjnych przywoływań poetyckich światów naszej praświetnej kultury demokracji, wyidealizowanej mowami Diodotosa Kto bowiem upiera się przy tym, że słowa nie są nauczycielami czynów, jest albo głupcem, albo ma w tym jakieś swoje własne cele (…).

Pamiętam, że ta wiadomość tak mi namieszała w głowie, że w Słupsku zapomniałem zabrać z autobusu mego super wędziska Shimano, o którym sobie przypomniałem, kiedy odmachałem tradycyjne mach–mach na pożegnanie odjeżdżającej do Torunia grupy roześmianych, doświadczonych hasaniem po górach dzieciaków.


Dodaj komentarz

Babcia Ezoteryczna. Atomka i pieczeń z renifera

Katarzyna Urbanowicz

Wracam do wspomnień z dawnych podróży. Jest koniec lat siedemdziesiątych, w Polsce nic poza octem i musztardą nie można kupić, dawne ZSRR to oaza spokoju i dobrobytu.

Tak! Nie pomyliłam się!

W Ukraińskiej SSR (jeszcze nie jest odrębnym państwem) sklepy są pełne. Pięć rodzajów kefirów, kilka śmietany, kasza jaglana w kilku granulacjach, znakomite pieczywo. Ale i kurioza w rodzaju kartofli w wielkich, trzylitrowych słojach w wodnej zalewie czy wielkie ocynkowane zbiorniki, w których pływają na wpół zgniłe kwaszone arbuzy, ogórki, papryka i kapusta kwaszona w główkach. Za to w takich samych trzylitrowych słojach można kupić soki: z brzozy, granatu, wiśni, jabłek.

Mięso sprzedaje się z pojemników ustawionych wprost na ziemi, a wszechobecne wiatry nanoszą tumany piachu. Sprzedawczyni z kołchozu, w białym fartuchu i wysokiej czapie bynajmniej nie walczy z piachem i nie przykrywa mięsa – to korzystne dla sprzedawcy, ponieważ jednocześnie wagi ubywa przez upływ krwi z mięsa, tworzący kałuże wokół pojemników. Kolejka na chodniczku z płyt przerzuconych przez piasek musi bardzo uważać, żeby nie wdepnąć w tę krew.

Alkohol wprawdzie sprzedaje się od 14-ej, ale nie ma kolejek, kartek. Pełny przegląd znakomitych gruzińskich koniaków i niezłych szampanów. Bogactwo sprzętów gospodarstwa domowego, telewizory kolorowe, rozmaite sokowirówki, elektryczne maszynki do mięsa i roboty kuchenne, prasowalnice i kupa rzeczy, o których nie wiadomo do czego służą. Ale też — zapóźnienia przywołujące wspomnienia z czasów tuż po wojnie. Ukraińcy żyją bardzo biednie, więc sklepy z tymi dobrami są całkowicie puste (jeśli nie liczyć Polaków).

Chmielnickaja Atomnaja Ekektrostancja

Atomka

Atomka. Taką nazwę-nieporozumienie nadano rozbudowie elektrowni atomowej, jednej z kilku, budowanych na Ukrainie, tym różniącej się od innych, że większość zatrudnionych stanowią Polacy. Mój mąż jest tam kierownikiem grupy robót. Pracuje tam dwa lata i raz na trzy miesiące ma prawo przyjazdu do kraju na dwa tygodnie.

Żony mają prawo do przyjazdu raz do roku na dwa tygodnie, plus ewentualnie wykupione w miejscowym biurze turystycznym wycieczki. Swoje paszporty oglądamy z rzadka: w kraju, żeby je odebrać, musimy zdać dowód osobisty, w autokarze odbiera nam kierownik tzw. „rozłąki”, na miejscu zabiera nam je miejscowa milicja. Nie jest zbyt sympatyczna, bo przybysze z Polski, wojskowe tajemnice itp. itd.

Na wycieczkach żony są gorszym rodzajem człowieka – mężów kwaterują w pokojach, z nami zmagają się miejscowe „służby” szukając dziury w całym: paszport, wygląd, nie tego rodzaju okulary inna fryzura i takie drobiazgi. Żeby się nie tłumaczyć, udajemy, że nie znamy rosyjskiego ni w ząb, więc czasem bawią się z nami dwie lub trzy godziny, zanim puszczą nas do mężów śpiących smacznie w pokojach. Raz nawet, w czasie międzylądowania w Moskwie z powodu śnieżycy, przetrzymano nas, biedne trzy nieszczęśnice, w hotelowym holu do samego rana, ponieważ teleksem usiłowano sprawdzić w Atomce, czy istotnie jesteśmy tymi, za kogo się podajemy, a tam teleks w nocy nie działał. Nie dano nam nic do jedzenia ani do picia. Potem wsadzono nas do jakiegoś nieciekawego busa i powieziono w nieznane. Na szczęście po ponad godzinie okazało się, że dowieziono nas prosto do samolotu, a tam już czekali mężowie, po prysznicu, śniadaniu, przebrani w świeże rzeczy i odwiezieni luksusowo autokarem.

Nazwa miasta — Nietiszyn — również nie jest istotna, niektórzy jadący tam po raz pierwszy nie znają jej, potem posługują się wymyślonymi określeniami, jedynie żony umieszczają nazwę miasta na kopertach listów wysyłanych w czwartki.

O tym, że nazwa także dla miejscowych nie jest ważna (albo tajna), świadczy jej brak w mieście obwodowym na tablicy kursów międzymiastowych autobusów. Wiesz na pewno, że miejscowość ta musi istnieć, bo z niej przyjechałaś (chociaż w obcym kraju nie ma nic pewnego), i dlatego strach i zniecierpliwienie atakują na przemian. Dopiero po długim studiowaniu tablicy odnajdujesz nazwę przynajmniej budzącą skojarzenie z miejscem, z którego przybyłaś. Napis XAE, który rozgryzam po kilku minutach, bo widziałam go na tablicy przed wjazdem do Nietiszyna. Jest to właśnie owa Atomka — Chmielnickaja Atomnaja Ekektrostancja.

Jeszcze na razie nie wiesz, że popełniłaś błąd, że rosyjskie „n”, widywane dotąd tylko w podręczniku, odczytałaś błędnie jako „k”. Jest to jedno ze skrótowców, jakie tam się często spotyka: „Atomna” od „Atomnaja elektrostancja”. Ale „Atomka”, mimo że błędna, napawa otuchą. „Atomka” — brzmi pieszczotliwie i zdrobniale. Oddychasz z ulgą, niepewna jeszcze, ale nabierając już przekonania, że uda się wrócić. Koniecznie trzeba gdzieś wrócić — to obce miasto w obcym kraju chwilowo jest najlepszym miejscem, bo już wcześniej, poznanym. Ale doświadczenie, które cię spotyka wykazuje, że nigdy nic nie jest zbyt proste, nawet zwyczajny powrót.

Zrobiłam sobie samotną wycieczkę do dawnej polskiej twierdzy, czterysta kilometrów w jedną stronę. Bilet kupił mi miejscowy, bo Polakom nie wolno było poruszać się poza wyznaczoną strefą. Wsiadłam do autobusu, a właściwie wsadzili mnie tam znajomi męża, który był bardzo zajęty i teraz miałam stamtąd wracać. Nie sądziłam, że jak dziecko nie będę wiedziała dokąd jechać.

W tamtych stronach inaczej niż u nas ogłasza się odjazdy autobusów. W takim Ciechanowie, Mławie czy Żurominie słyszysz, że: „Autobus do Warszawy przez Pułtusk i Nowy Dwór Mazowiecki odjedzie ze stanowiska trzeciego. Planowany odjazd autobusu godzina ósma czterdzieści pięć”. W tym samym czasie, także o ósmej czterdzieści pięć ze stanowiska drugiego i pierwszego odchodzą autobusy do innych miejscowości, ale głos zawsze oznajmi ci dokąd jedzie autobus. Tutaj jest zupełnie inaczej: „Autobus z ósmej czterdzieści pięć odjedzie ze stanowiska trzeciego”. Niepewna swojej znajomości języka oczekujesz powtórnej zapowiedzi. Do stojących na wysepce podchodzą co chwila ludzie i pytają, czy to autobus z… ósmej czterdzieści pięć. Usłyszawszy, że tak, wsiadają, nie pytając dokąd jedzie. Próbujesz sformułować pytanie w ich języku, ale nie jest to takie proste, jeśli jesteś tam pierwszy raz i wiele lat dzieli cię od szkolnej nauki; możesz się tylko cieszyć, że rozumiesz większość tego, co do ciebie mówią. Nie umiejąc się zapytać głupiejesz natychmiast, także i dlatego, iż uświadamiasz sobie nieważność faktu g d z i e jedziesz, w przeciwieństwie do tego, o k t ó r e j g o d z i n i e wsiadasz do autobusu. Znane skojarzenia przemykają przez myśl.

Jeśli się pomylisz i nie wsiądziesz o właściwej porze do parowozu dziejów, jeśli twój zegarek spieszy się lub późni (a może zegarek maszynisty?) — przepadłaś. System ten bowiem nie opiera się na rzeczywistym czasie odjazdu (który jak wszystko w życiu — może się zmieniać), a tylko na czasie p l a n o w a n y m. Nie jest to jednak takie proste, jak mogłoby się zdawać. Ten czas planowany nie musi być tu i teraz. Na lotniskach bywają tablice z czasem odlotów wg czasu moskiewskiego a nie miejscowego, musisz więc trafiwszy przed taką tablicę wiedzieć, g d z i e jesteś i jaka tu jest r ó ż n i c a czasu w stosunku do moskiewskiego. Szczęściem takie problemy omijają dworce autobusowe.

Stojąc na wysepce obok autobusu, który nie wiadomo dokąd jedzie, choć wiadomo o której odjeżdża, wracasz do czasów dzieciństwa (te baby z bańkami mleka w białych płachtach na plecach, te cukierki „krówki” z formy do ciasta sprzedawane w strzępie oderwanej gazety, poranek rozpoczynający się wołaniem: jagooody, jagooody…, klaksony samochodów, którym wtedy jeszcze wolno było trąbić). Jak dziecko — zbyt mało rozumiesz z otaczającego świata, żeby odnaleźć godzinę odjazdu. Jeszcze wtedy nikt cię nie uczył kojarzyć prowincji z ciasnotą, prowincja to było coś odległego, nieznanego, coś do odkrycia. Teraz słodycz odkrywania zabija strach i wiesz, że za mało odkrywałaś w swoim życiu i dlatego boisz się niczym dziecko.

Kobieta z workiem pokrzyw, większym pewnie od niej, pyta cię o coś; nie umiesz jej odpowiedzieć, więc wstydzisz się okropnie; uciekasz bez słowa i nagle widzisz rozłożone na ściereczce słodkie, lepkie cukierki. Pragnienie słodyczy odzywa się z zapomnianą dziecinną siłą. Nieporadnie obliczasz obce pieniądze, każdą monetę oglądając z obu stron i wreszcie, czując w ustach słodycz, odważasz się ruszyć na poszukiwanie wiadomości, jak masz wrócić tam, skąd przyjechałaś. Na tablicy odczytałaś „Tomka”, robi się słodko i miło.

Ten pierwszy z serii popełnionych błędów dziwnym trafem w niczym ci nie zaszkodzi. Chwilowo zapomnisz, że atom budził w tobie zawsze strach dziecka, chowanego na wizjach zagłady; teraz Atomka to bliskie i zdrobniałe imię.

Odczytujesz godzinę: ósma czterdzieści pięć. Biegniesz więc na wysepkę, gdzie zaczepiła cię kobieta z workiem pokrzyw, choć dworcowe zegary pokazują już dziewiątą. Na szczęście autobus jeszcze stoi. Nie odjechał.

Wpadasz zdyszana i z tego, co mówi kierowca rozumiesz, że czekają tylko na ciebie, bilet bowiem został sprzedany, a miejsce jest wolne. Pełna jesteś podziwu; z dworca w Ciechanowie czy Mławie autobus odjechałby już dawno, a kierowca sprzedałby miejsce komuś oczekującemu na taką okazję; tutaj czekali na ciebie, mimo że nie wiedzieli kim jesteś.

Jak błyskawica wstrząsa lęk, czy istotnie Atomka jest miejscem dokąd zdążasz i czy powinnaś ulegać przekonaniu, że inni lepiej od ciebie wiedzą dokąd powinnaś jechać i już nie mija, chociaż upewniono cię poprzez twoje numerowane miejsce i godzinę odjazdu, a zwłaszcza pewność kierowcy, iż ty jesteś kimś, na kogo czekał; że znajdujesz się na właściwym miejscu.

Chmielnickaja Atomnaja Ekektrostancja

Ci wspaniali mężczyźni w tureckich kompletach

Jest ich wielu — parę tysięcy. Nieliczni spośród nich są bardzo młodzi, większość ma już pod czterdziestkę. Wyjeżdżając, na ogół mają już brzuszki, które tracą w pierwszych miesiącach pobytu. Jest to jedna z niewielu bezspornych korzyści, które odnoszą. Pracują fizycznie, choć część z nich nigdy nie miała z taką pracą do czynienia. Poza niewielką grupą fachowców: zbrojarzy, spawaczy, cieśli i operatorów sprzętu, reszta zatrudnionych jako robotnicy niewykwalifikowani posiada różne zawody: kierowcy, urzędnicy, trafiają się nawet lekarze czy nauczyciele. Ich dzieci dorastają, żony na tyle zbrzydły, że nie trzeba ich już specjalnie pilnować, wydatki rosną, a dorobek pierwszych lat po ślubie wykrusza się: psują się lodówki, telewizory i pralki, nie ma zamrażarek, niezbędnych przy trudnościach z mięsem, trzeba już pomyśleć o tych czasach, kiedy będąc emerytem nic się już nie kupi, a życie zmieni się w wegetację tym uciążliwszą, im mniej ma się siły do prowadzenia gospodarstwa, koniecznie trzeba więc uzbroić się w pełny zestaw sprzętu, który ma starczyć już do końca.

Dwie drogi w Polsce prowadzą do pieniędzy — własny interes lub wyjazd za granicę. Na własny interes nie mają kapitału, na to, żeby pracować na Zachodzie i tutaj wrócić, brak im okazji i siły przebicia. W ten sposób trafiają na tę budowę, gdzie łatwiej się załapać, bowiem jest na szarym końcu hierarchii zagranicznych budów.

Wszyscy mają na sobie tureckie komplety; jeden w torbie „na handel”, drugi na sobie „dla siebie”. Okolica jest nasycona Polakami, co przy obowiązującym zakazie poruszania się poza terenem obwodu powoduje, że sprzedanie tureckiego kompletu nie przynosi już spodziewanego zysku i komplet naprawdę pozostaje dla siebie. Dżinsowatością odróżniają się od miejscowych, u których spracowany, zmęczony człowiek ubiera się zupełnie inaczej.

Po jakimś czasie okazuje się, że wyjazd jako droga do zrobienia pieniędzy, był chybiony. Na przestrzeni kilku lat robi się coraz więcej, żeby korzyści tych ludzi zmniejszyć. Coraz większą część zarobków wypłaca się im w inflacyjnej złotówce, zamiast jak przedtem, połowę w bonach PKO, a połowę w miejscowej walucie. Dla odmiany, przelicznik tej części zarobku obliczanego w rublach, a wypłacanego w polskich złotówkach, nie jest już kursem PeKaO tylko NBP. Te manipulacje wraz z zamierającym handlem, zakazami wywozu i trudnościami nabycia atrakcyjnych towarów na miejscowym rynku powodują, że maleje opłacalność wyjazdów. Tutaj wprawdzie nie ma inflacji, ale kolorowe telewizory, które jeszcze rok temu stały spokojnie w sklepie, kupuje się teraz z „nacenką” sięgającą ostatnio blisko połowy ich wartości. Ponieważ wolno wywieźć tylko jeden telewizor, żona w kraju nie ma już czego sprzedać, żeby dołożyć do swojej jednej pensji, pozwalając przeżyć rodzinie trzymiesięczny okres między rozłąkami męża.

Mężczyźni otrzymują listy prawie w całości poświęcone opisom trudności finansowych, a oni sami piszą o rublach, których nie mogą wydać, bo mimo rozpaczliwych wysiłków nic w okolicy nie nadaje się do kupienia. Jeśli tak dalej pójdzie, niedługo zabraknie chętnych do pracy tutaj, choć przy miejscowych protestach w sprawie budowy nadmiernej ilości elektrowni atomowych na Ukrainie, losy kolejnych bloków elektrowni są niepewne.

Wraz z kurczeniem się tej części zarobków, która stanowiła rekompensatę za oddalenie, za życie jak w koszarach, za tęsknotę za domem i poczucie, że najważniejsze sprawy tam obywają się bez nich, rośnie przekonanie, że są pechowcami, że jeżeli udało im się już na coś załapać, to wtedy, gdy to przestało być atrakcją.

Chmielnickaja Atomnaja Ekektrostancja

„Gorod” i „pasiołek”

Gorod, jako miejsce pobytu, jest miastem zupełnie innym niż wszystkie miasta polskie, choć z wyglądu, zwłaszcza w pogodny dzień, wydaje się łudząco podobny do Ursynowa. Jedną jego część stanowi kilkanaście bloków stojących wprost na piachu po obu stronach szerokiej przestrzeni okalającej jezdnię, rozległością przypominającą teren nieistniejącej poza planem Warszawy ulicy Komisji Edukacji Narodowej. Od drugiej części, polskiej, tzw. pasiołka oddziela go kanał, nieco szerszy od rzeki Smródki urzędowo zwanej Kanałem Służewieckim, dzielącej Służew Nad Dolinką od Ursynowa. Za kanałem widać masyw pierwszego, działającego już bloku, elektrowni i drugi blok, przy którym trwają prace wykończeniowe.

To, co dzieli Gorod od nowych osiedli w miastach Polski (poza oczywiście niektórymi szczegółami architektonicznymi i wszechobecnością malowanych na murach haseł) jest równie nieuchwytne, jak nagłe odczucie odmienności, pojawiające się znienacka, zanim można będzie te różnice nazwać.

Przeżywa się chwile niepokoju, gdy w wietrzny dzień tumany piasku bez przeszkód suną przez miasto, wysuszają wargi, gardło i skórę, wzmagając podekscytowanie u przyjezdnych spowodowane miejscową anomalią klimatyczną: bardzo niskim ciśnieniem przy pogodnym niebie. Można odczuć je wtedy, gdy jedzie się w nocy samochodem i stanie pod jedynym skrzyżowaniem ze światłami sygnalizacyjnymi, naprzeciw poruszanych silnym wiatrem, podwieszonych pod latarniami, sierpów, młotów i pięcioramiennych gwiazd, skonstruowanych z drutu i czerwonych żarówek, kiedy po zapaleniu czerwonego światła na skrzyżowaniu, wszystko wokół ma coś z Gwiazdki i święta, będąc jednocześnie ostrzegającym i niespokojnym. Doznaje się tego uczucia nawet wtedy, gdy trafi się na podwórko (którego urządzenie i wyposażenie budowali Polacy w czynie społecznym) tak pełne ludzi dorosłych i dzieci, jak żadne polskie podwórko, z wystawionymi w kilkunastu oknach radiami rozkręconymi na pełen regulator, nadającymi ludową muzykę, która odbija się od płaszczyzn bloków i z powodu różnic w oddaleniu i położeniu głośników, tworzy dziwaczną stereofonię. Niektórych od doznań tych uwalnia jedynie wódka. Oni wracają najszybciej.

Po jednej stronie głównej ulicy ciągną się domy towarowe i sklepy w ilości może nieco nadmiernej, jak na takie małe miasto, ale zbyt małej, jak na potrzeby handlowe Polaków; po drugiej zaś dopiero rozpoczęto budowę różnych obiektów. Ponadto miasto ma jeszcze pocztę, z której, po kilkugodzinnym oczekiwaniu na połączenie można zadzwonić do kraju, ale z której nie można wysłać telegramu (co jest wygodną wymówką, gdy samochód zatrzyma milicja i pyta: dokąd i po co się jedzie).

W mieście w każdą sobotę i niedzielę sklepy są otwarte, a ponieważ Polacy pracują w soboty, sklepy odwiedzają w niedziele. Miejscowi wędrują po nich całymi rodzinami, podobnie jak u nas do kościoła. Dzieci w wózkach lub puste wózki zostawia się przed sklepami, nikomu widać do głowy nie przyjdzie, że można ukraść wózek lub dziecko. Przed domem towarowym tłum jak na Marszałkowskiej, tylko nieco spokojniejszy.

Polski język słychać tu równie często jak ukraiński i rosyjski, ale wszyscy się doskonale rozumieją. Nawet dla ucha Polaka „nacenka” ładniej brzmi niż odrażająca polska „łapówka”. Wszyscy tu wiedzą, co to są „perłamutry” (szminki perłowe lub ogólniej, kosmetyki o odcieniu perłowym), kaszaloki (pormonetki ze zdjęciami z „Burdy”).

Nietiszyn – tak wyglądało miasteczko w tamtych latach

Wystarczy tydzień, żeby zaprzyjaźnić się z miastem podobnym do Ursynowa, ale nie tak bezosobowym jak Ursynów, miastem, gdzie można zagadać do każdego, gdzie nikt nie dziwi się rozmowom obcych sobie ludzi, czy temu, że w pociągu ktoś całkiem trzeźwy sobie pośpiewa. Ludzie tutaj nie uważają, że jest coś wstydliwego w przelotnych kontaktach z obcymi. Odnosi się jednak wrażenie, że ta ich cecha uważana jest za niepożądaną, choć szkoda byłoby, gdyby znikła i jak w polskim autobusie, nikt do nikogo nic nie mógł powiedzieć bez awantury.

Po drugiej stronie kanału jest polskie osiedle z baraków i jednego bloku z fontanną i rzeźbą z nadpalonych korzeni. Są dwa sklepy spożywcze, czynne na zmianę i kilka stołówek. Na obiad, wydawany pracownikom za darmo, najczęściej podaje się prawie czarne i bardzo twarde mięso, które na pasiołku nazywają złośliwie „pieczenią z renifera”

Baraki nazywają się Grady, są też Berliny i Peszty od skróconych nazw krajów, których pracownicy budowali pasiołek, ale wyjechali, bo warunki im proponowane uznali za zbyt ciężkie.

Przeciętny barak na Gradach (chyba od Belgradu) jest drewnianym, długim blokiem zawierającym 6 pokoi trzyosobowych, ubikację, umywalnię z pralką „Franią” na łańcuchu przytwierdzonym grubą kłódką do uchwytu wmurowanego w ścianę oraz kuchni z kuchenką elektryczną, zlewem, stołem i mnóstwem niepotrzebnego, wolnego miejsca. Innych sprzętów tu nie ma.

Kiedy wychodzi się do ubikacji lub umyć szklankę, należy zawsze za sobą zamykać drzwi na klucz. Po Gradach krążą w dzień i w nocy grupki młodych chłopców i dziewcząt. Pukają bardzo mocno, ale nie czekając na odpowiedź, naciskają klamkę i wchodzą. Dlatego też drzwi należy stale trzymać zamknięte, o ile oczywiście w danym pokoju się nie handluje lub chce się spać. Polacy inaczej stukają do drzwi, nie tak głośno, szybko i ciszej, albo skrobią paznokciem i wtedy można otworzyć.

W pokojach, gdzie prowadzi się działalność handlową, drzwi są zachęcająco otwarte na korytarz. Na stole z dużą dbałością o ekspozycję i możliwość patrzenia na ręce klientów, porozstawiane są towary: perłamutry, brasmaty, sofiksy, kaszaloki i inne badziewie, na rurach od centralnego ogrzewania, biegnących pod sufitem wokół pokoju, na wieszakach wisi zawartość niejednego butiku. Między oknem a stołem, w miejscu wybranym ze względów strategicznych, raczej niedostępnym dla klientów, gromadzi się lodówki, pralki, zamrażarki i sterty innego dobytku mieszkańców pokoju. Na wierzchu stoją wygrzewające się (ze względu na okres reklamacji) telewizory „cwietne”. Kiedyś było ich po kilka, obecnie bywają okresy, że wieczorem nie ma na co popatrzeć.

W historii pasiołka bywały okresy, kiedy wystawiano na dachu najwyższego bloku posterunki milicyjne obserwujące przybywających handlarzy, a na drodze prowadzącej do miasta, posterunek kontrolujący samochody. Wtedy obroty handlowe malały, ludzie zaczynali wyjeżdżać, budowie groziły opóźnienia z braku pracowników i po rozmowach polskiej dyrekcji budowy z miejscowymi władzami posterunki zwijano i wszystko wracało do normy.

Handel na pasiołku nie jest tylko sposobem zarobkowania, ale przede wszystkim formą spędzania wolnego czasu i potwierdzenia siebie. Nie na darmo śpiewa się ballady o życiu na pasiołku, zawierające aktualne relacje cen złotego, rubla, dolara, bonu i złota. Bez handlu mieszkańcy pasiołka nie mieliby czym się zająć. Nie handlując uważaliby się za kogoś gorszego, mniej przedsiębiorczego. A przecież cel, który im przyświeca jest słuszny: wszystko dla rodziny.

Chmielnickaja Atomnaja Ekektrostancja

Życie seksualne na pasiołku

Nie jest zbyt bujne, ale odznacza się większą dozą konkretów niż w kraju. Kobiet polskich jest mało, miejscowych się unika, bowiem jak głosi plotka, muszą o każdym spotkaniu zameldować, więc najmniej atrakcyjna Polka, nawet mocno „przechodzona’’, nie musi zadawać sobie specjalnego trudu, żeby przebierać jak w ulęgałkach między kandydatami na „dopychaczy”. Najbardziej cenione są kucharki, ze względu na ich możliwości pozaseksualne, a ich wartość na miejscowym „rynku” rośnie w miarę, jak kolejne służby (pranie, sprzątanie) zatrudniają miejscowe kobiety zamiast Polek. Jest to typowe błędne koło: eliminuje się kobiety, żeby było mniej kłopotów, ale w miarę zmniejszania się ich liczby, kłopoty rosną. Wybuchają znienacka różne „afery”, gdzie w wojnie o wolne łóżko jedna przyjaciółka ugryzła drugą w oko, a tamta nie pozostała jej dłużna, naruszając zębami pośladek. Obie wyrzucono karnie nie badając winy delikwentek w myśl zasady, że niewinne nie powinny gryźć.

Bywają także i „małżeństwa” na czas pobytu na pasiołku, ale te są jeszcze bardziej niebezpieczne, bo kobieta ma większą możliwość ograbienia mężczyzny z jego dobytku.

Raz na tydzień, w poniedziałki, odbywają się specjalne narady kierownictwa poświęcone „aferom”, jak powyżej opisana. Poważne afery, związane z łapownictwem na dużą skalę lub przywłaszczeniem mienia społecznego, które ze względu na możliwości, zdarzają się wyłącznie w sferach bywających na poniedziałkowych naradach, nie są, podobnie jak w Polsce, przedmiotem narad ani w poniedziałki ani kiedy indziej. Ich bohaterzy nikną z budowy z dnia na dzień, a zyskują na tym tylko sobotnio-niedzielni „przestępcy”, bowiem nikt przez parę dni nie ma głowy nimi się zająć.

Prawdziwa miłość zdarzyła się na pasiołku, jak głosi miejscowa legenda, tylko jeden raz. Pewien Polak ukrył Rosjankę w dużej zamrażarce i w ten sposób przewiózł ją do Polski, gdzie żyli bez papierów szczęśliwie przez rok, aż do jej porodu, który sprawił, że wszystko się wydało. Nie wiadomo co się stało z kochankami, ale od tamtej pory wszystkie zamrażarki i lodówki przewożone przez granicę muszą mieć w kartonach wycięte otwory z tekturą przywiązaną na tasiemki, aby celnik mógł do środka zajrzeć. Wymóg ten nie dotyczy telewizorów i dużych paczek, które nie mają gabarytów, pozwalających na przewiezienie miejscowej Julii.

Chmielnickaja Atomnaja Ekektrostancja

Tam i z powrotem, czyli „rozłąka”

Co piątek, z placyku przed sklepem, odjeżdża do kraju autokar zwany „rozłąką”, żeby w sobotę, przed świtem, stanąć na parkingu przed Pałacem. Obok, na drugim placyku ładuje się TIR-y dobytkiem: telewizorami kolorowymi, zamrażarkami, odkurzaczami i innym badziewiem. Nie tak dawno jeszcze odjazdy były szumne, na jeden autokar przypadały dwa TIR-y, ostatni nadający paczki nie zawsze mieli pewność, że się zmieszczą.

Każdemu wyjeżdżającemu towarzyszyły tuziny kolegów pomagających, doradzających, oddających listy. Tutaj kończyły się pasiołkowe romanse, a przygrywał im Rosjanin na harmonii, za darmo, z potrzeby serca.

W sobotę, już pod Pałacem, wciskano pod siedzenia bukiety, aby oczekujące rodziny nie domyśliły się niczego, a resztki zwiędniętych róż wyrzucał do koszy wściekły kierowca.

Teraz zaledwie przyczepa zabierała ładunek ludzi z całego autokaru, przestał grać na harmonii Rosjanin, a myśl o kontroli celnej wyciskała piętno niepokoju na twarzach. Rok temu smutni byli tylko ci, którzy wracali na pasiołek, ci zaś, którzy jechali do domu, tryskali radością.

W miarę, jak praca tutaj przynosiła coraz mniej korzyści, czekając na nieuchronnie zbliżający się moment, kiedy nie będzie już sensu zabiegać o przedłużenie rocznego kontraktu, gorączkowo sprzedawali i kupowali to, co dało się jeszcze sprzedać i kupić, w bezmyślnym transie transakcji coraz mniej opłacalnych. Potem budzili się nagle niczym z dręczącego snu, rachunek strat i zysków wzmagał niepokój, który nawet wódka przestała już zagłuszać. Wtedy może się zdarzyć, że ktoś wyskakuje z wysokiego piętra jedynego bloku na pasiołku, wiesza się lub wariuje. Koledzy obarczają winą za to jakąś babę, która sprawiła, że wychodząc na plac miał jedną torbę w rękach, ani grama złota do oclenia i żadnej paczki na TIR-ze.

Zazwyczaj za bramą autokar staje, jeszcze raz sprawdza się obecność, rozdaje paszporty. Przed chwilą byli wszyscy, teraz jeden paszport zostaje. Autokar stoi, ludzie klną, bo wszystkim się spieszy. Najlepsza pora na celników minie, nad ranem będą wściekli i zmęczeni, zamiast trzech godzin potrzymają drugie tyle, rodziny pod Pałacem zamarzną przez takiego drania, pijaka. Właściciel paszportu bez grama złota w portfelu i paczki na TIR-ze leżał przed blokiem na brukowanym trylinką placu, a dżinsowa kurtka na białym michu nasiąkała krwią. Kiedy sprawa się wyjaśniła, rozłąka mogła odjechać.

Rozstania z rodzinami nie wyglądają jak na filmach. Nie ma długich pożegnań z pocałunkami, nie ma ostatnich nocy, gdy namiętność miesza się z łzami.

W środę po południu zaczyna się pakowanie. Jest to prawie takie pakowanie, jakie prababki nasze urządzały wyjeżdżając do wód – cała rodzina zatrudniona przez kilka godzin, choć efekty w postaci ilości ładunku nie wydają się imponujące. Przez komorę celną wszystko trzeba przenieść we własnych rękach, nie może być więcej niż trzy torby: jedna na ramię i po jednej do każdej ręki. Sposób pakowania też nie może być tradycyjnie funkcjonalny, wszystko ma robić wrażenie przypadkowości, wrzucenia całego dobytku na chybił trafił. W sposobie pakowania przejawia się doświadczenie tysięcy pracowników Atomki, których zbiorowa mądrość ukierunkowana jest na jedno: przechytrzenie celników.

Rozłąkowicz bez przerwy główkuje, co zrobić, żeby setka perłamutrów wyglądała jak zaledwie dziesięć sztuk, musi więc tę setkę dzielić sprawiedliwie między każdą sztukę pakunku. Wysila cały swój intelekt na rozwiązanie problemu, co wymyślić, żeby zniechęcić celników do bebeszenia niepozornie wyglądającej torby po cukrze, zawierającej kilka dziesiątków brasmatów (cieni do powiek). Torby po cukrze już się podobno nie sprawdzają, może wymyślić coś innego? Jak schować piegi ze srebrnej i złotej folii, formatu herbaty w skarpetce, ale ciężar metalu zidentyfikuje każdą paczkę…?

W czwartek poranny dźwięk budzika przywołuje myśli o nieszczęsnych piegach schowanych tym razem w słoiku z pieczonym boczkiem, o setce perłamutrów, z których może połowę jednak należy zostawić w domu, o zapachach do ciast, tanich dezodorantach, mini spódniczkach dżinsowych na sto szesnaście w biodrach, schowanych pod spodniami, babskich tureckich żakietach, które na czas podróży mają uchodzić za męski mundurek Polaka i o wszystkich tych rzeczach, o których się pamięta wtedy, gdy nie trzeba (przed obliczem celnika), a zapomina, gdy trzeba pamiętać (jak o czterdziestu parach rajstop czarnych ze wzorkiem, ukrytych w kieszeniach kurtki sprzedanej komuś, kogo już się nie odnajdzie). Nie można jeść śniadania, nie można porządnie się pożegnać, aż do granicy tylko o tym się będzie myślało.

Kiedy mężowie już wyjadą, kobiety biorą dzień urlopu, żeby wypocząć. Niektóre po przespaniu całego dnia budzą się w środku nocy, parzą kawę i na nowo zaczynają liczyć złoto, pierścionki, łańcuszki i kolczyki, którymi mężowie hojnie obdarowują żony teraz, gdy pierścionek bywa przeszkodą, zbędnym drobiazgiem na spuchniętych palcach, podczas gdy wtedy, kiedy chciały być jeszcze piękne, nie śmiały o takich zbytkach marzyć. Ogląda się je dokładnie, ponieważ pierścionek z ozdoby stał się majątkiem, a jego posiadanie podnosi na duchu, gdy się żyje z jednej pensji i ma się dzieci.

Chmielnickaja Atomnaja Ekektrostancja

Lęki i listy

Jeden, najważniejszy lęk łączy wszystkich. Część elektrowni już pracuje i średnio kilka razy do roku zdarzają się awarie. Niektóre powodują nawet wyłączenie elektrowni, ale nikt pracowników o niczym nie informuje. Czasami, gdy niepokój jest szczególnie silny, robotnicy jadący na rozłąkę przywożą do kraju próbówki z ziemią, wodą i powietrzem. Próbówki trafiają do osób, które mają możliwości wykonania badań promieniotwórczości. Zawozi się je w umówione miejsce i z bijącym sercem czeka na telefon, czy wszystko w porządku. Potem głęboki oddech, papieros spalony nerwowo i żal, że o n i na wiadomość tę muszą poczekać jeszcze kilka dni. Następuje pisanie listu w euforii radości tak wielkiej, że trzeba przyciskać rękami bijące serce. Pod Pałacem, wśród smętnych postaci tych, którzy wyjeżdżają z kraju po niecałym tygodniu pijaństwa i nadrabiania zaległości w życiu małżeńskim i rodzinnym, kobieta stara się odszukać tych, którzy wyglądają dość solidnie na to, żeby oddać zaraz list, a nie nosić go tygodniami przy sobie.

Najszczęśliwsze są te kobiety, które pracują blisko Pałacu i co czwartek mogą wyskoczyć z listem, wówczas ich mężowie przy sprzyjających układach dostaną go w piątek rano i zdążą wysłać odpowiedź piątkową rozłąką. Mężczyźni zaczynają się denerwować, gdy list spóźnia się nawet o kilka godzin, oznacza to, że albo kobieta wybrała nietrafnie listonosza, albo coś się stało, co uniemożliwiło jej przyjście. Ponieważ nawet z czterdziestostopniową gorączką jeździ się pod Pałac (lub do kogoś, kto tam pojedzie), brak listu może oznaczać wiadomości naprawdę złe.

Kobiety przyzwyczajone są do opóźnień listów. Wrzucone w sobotę rano na poczcie koło Pałacu, w drugi koniec miasta idą często kilka dni. Oficjalna poczta w obie strony dochodzi po sześciu tygodniach, a jeden na trzy listy nie dochodzi wcale. Z listów wysłanych rozłąką w obie strony w ciągu dwóch lat, (było ich 208) nie zaginął żaden.