Spółki Miejskie


1 komentarz

Herclijja. Wybuch wojny – wspomnienie Haliny Birenbaum

Halina Birenbaum

 

 

 

Jutro mamy znów 1 września, osiemdziesiąt lat minęło od tego samego dnia w kalendarzu z roku 1939. Tak go zapamiętałam – i do dziś pamiętam…

We wrześniu 1939 roku ukończyłam 10 lat i miałam wstąpić do 3-ego oddziału szkoły powszechnej.

Latem tegoż roku, przysłuchując się rozmowom dorosłych, dowiedziałam się, iż zawisła nad krajem groza wojny: wojny przy wielkiej technice samolotów, bomb burzących i gazu – wojny strasznej przede wszystkim i najbardziej dla nas, dla narodu żydowskiego.

W mojej dziecinnej wyobraźni nie mogłam przedstawić sobie, co to wszystko oznacza, ale jakieś ciężkie przytłaczające duszę uczucie strachu przeniknęło mnie na wskroś i nie dawało spokoju, ani na chwilę. Bałam się czegoś niejasno i szukałam pociechy u matki. Ciągle zapytywałam ją, czy to rzeczywiście prawda, że będzie wojna i różne takie okropności. Pragnęłam usłyszeć z jej ust zaprzeczeń, ale jej niepokój i smutek tylko zwiększały mój strach, przed tym czymś złym, a nieuniknionym…

Ciężki nastrój w mieście, grupki ludzi na ulicach mówiące z zatroskaniem, nerwowo o wydarzeniach politycznych, o wiadomościach radiowych również nie działały na mnie uspokajająco.

Wojna wybuchła! Złe przeczucie stało się w jednej chwili rzeczywistością, koszmarem.

Wrzesień 1939

Eskadry samolotów niemieckich i łuny pożarów przesłoniły niebo Warszawy. Zawyły syreny alarmowe, z gwizdem i hukiem posypały się bomby, nieszczęścia, śmierć.

W pierwsze dni oblężenia Warszawy podczas nieustających nalotów hitlerowskich „Messerszmitów” zlatywaliśmy na dół do sieni z myślą, że grube ściany klatki schodowej uchronią nas od bomb i pocisków. Tuliliśmy się tam do siebie stłoczeni, przerażeni, a kiedy złowrogi, natrętny warkot samolotów rozlegał się blisko nad naszymi głowami, płakaliśmy, modliliśmy się spazmatycznie, błagaliśmy wszyscy boga o ratunek.

Lecz straszliwe huki najwidoczniej ogłuszyły i samego boga, tak, że nie słyszał naszych rozpaczliwych błagań i próśb. Domy zawalały się jeden po drugim, a w ich gruzach i płomieniach dusiło się i konało tysiące bezbronnych ludzi.

Wielkie, religijne święto żydowskie, jom-kipur, posłużyło bandytom za specjalną uciechę bardzo silnego bombardowania dzielnic żydowskich. Tejże nocy stanęła również cała ulica Nowowiniarska (i inne ulice w żydowskiej dzielnicy) w ogniu.

Nasz dom spalił się.

Na dworze widno było jak w dzień od olbrzymich, okropnych pożarów, których nikt nie gasił, których nie było czym, ani komu ratować. Nie było wody, nie było jedzenia, nie było sił.

Wokoło sypały się pociski, bomby, szrapnele. Padali ranni i zabici.

Uciekliśmy z płonącego domu, biorąc ze sobą, to tylko, co można było unieść w ręku i przedarliśmy się na Świętojarską, do kolegi brata. Tam schroniliśmy się do piwnicy przepełnionej ludźmi. Ludzie leżeli na ziemi wycieńczeni, przerażeni, głodni.

W piwnicy tej, panował straszny zaduch, dusznota, czuć było tam mocno stęchlizną. Tylko, że nie słyszało się tutaj tak wyraźnie huku bomb, a to wydawało mi się, wówczas, szczęściem…

Po trzech tygodniach nagle ucichło wszystko. Odetchnęliśmy na moment. Myśleliśmy, kiedy ustało to piekielne bombardowanie, że najgorsze minęło już – ale koszmar okupacji dopiero miał się zacząć…

Warszawa poddała się. Zwycięskie kolumny hitlerowskich ludobójców wmaszerowały z bestialską pychą w płonące, zburzone miasto. Wydawali mi się wtedy niezwyciężeni, wieczni w swej zbrodniczej sile i potędze!

Na ulicach stało się ludno. Blade, zmęczone tłumy wyległy ze schronów i piwnic, z tobołkami na plecach szukali dachu nad głową w ocalałych domach.

Na niektórych ulicach hitlerowcy dzielili wojskową zupę i chleb. Zagłodzeni ludzie tłoczyli się tam w kolejkach skąd hitlerowcy od razu zaczęli wyszukiwać Żydów i bić ich straszliwie.

Tak zaczęli ci bandyci od samego początku dzielić swe ofiary na „uprzywilejowanych” i na wyzutych z wszelkich praw, na aryjczyków i semitów, na Polaków i Żydów – aby potem znęcać się, rabować i mordować i jednych i drugich.

Utworzyli dzielnice, gdzie mogli mieszkać tylko Niemcy, osobne dzielnice dla Polaków, osobne dla Żydów. Rozkazali Żydom, dla odróżnienia od innych narodowości, nałożyć specjalną opaskę z gwiazdą Dawida, aby łatwiej móc się nad nimi znęcać i, aby do tego znęcania nie musieli ich szukać, po prostu poznawać po tej opasce.

Rodzice moi znaleźli pokój na Muranowskiej 7/9, u pewnej dentystki żydowskiej. W jej 5-cio pokojowym mieszkaniu gnieździły się już wtenczas cztery rodziny (mieszkali również w kuchni), kiedy wprowadziliśmy się tam.

Mebli nie mieliśmy, spaliły się wraz z całym mieniem i mieszkaniem na Nowowiniarskiej. Nieliczne, najniezbędniejsze rzeczy, które zdołaliśmy uratować uciekając z płonącego domu, umieściliśmy teraz w skrzyni, a posłanie wyścieliła mama na podłodze, na ocalałych z pożaru, materacach. W kącie pokoju sporządzono małą, glinianą kuchenkę, na której matka gotowała i którą ogrzewała zimą pokój. Ciasno było i duszno żyć w jednym pokoju (5 osób), który służyły za sypialnię, kuchnię, pralnię – wszystko! Mieszkaliśmy tam dwa lata – do wysiedlenia.

Na ulicach rozszalały się rabunki i łapanki. Hitlerowcy łapali Żydów na przymusowe roboty w mieście i za miastem. Łapali mężczyzn do wyprzątania gruzów, do oczyszczania domów dla Niemców, do dźwigania narabowanych przez nich rzeczy.

Wielu nie wracało z tych robót więcej, gdyż zostawali tam zastrzeleni lub pobici na śmierć przez hitlerowców.

Ci co wracali stamtąd wzbudzali nieopisaną trwogę swymi opowiadaniami o straszliwym znęcaniu się hitlerowców, których byli świadkami lub ofiarami.

Sam widok takiej łapanki zostawił po sobie na zawsze wstrząsające uczucie grozy. Wiele razy obserwowałam przez okno naszego pokoju na Muranowskiej przebieg takich mrożących w żyłach krew łapanek.

Hitlerowcy w ciężarówkach zajeżdżali nagle na przepełnioną przechodniami, bardzo ruchliwą ulicę, która pustoszała w mgnieniu oka w szalonej panice. Władczym okrzykiem: Halt! – lub skinieniem palca zatrzymywali mężczyzn i ładowali ich, bijąc brutalnie, na ciężarówki. Przy tym strzelali w uciekający tłum, w dzieci, które handlowały na ulicach słodyczami, papierosami lub opaskami, a w czasie łapanki uciekały co sił ze swoim „towarem” – strzelali również w okna mieszkań.

Ordynarne wyzwiska i przekleństwa hitlerowskich żołdaków mieszały się z krzykiem i jękami bitych, i ranionych, oraz panicznym tupotem nóg uciekających.

Jezdnia i trotuary pokrywały się trupami i krwią. Wreszcie naładowane auta odjeżdżały, unosząc swój łup na katorgę.

A pozostali ludzie znów wyłazili ze swych nor i kryjówek na ulicę, handlarze i żebracy zajmowali porzucone w czasie łapanki „pozycje” – wszystko wracało w swój poprzedni rytm, dopóty dopóki, gdzieś z jakiegoś zakątka nie rozległ się znów paraliżujący ciało okrzyk: Niemcy! – i zimny prąd strachu i paniki przenikł do szpiku kości wszystko, co żyło… I tych, których łapano, i tych, którzy się temu przypatrywali z ukrycia…

Powtarzało się to w kółko, na przestrzeni wielu tygodni i miesięcy.

Co dzień świeże ofiary, co dzień nowe rozkazy i rozporządzenia zmniejszające nasze ludzkie prawa do życia, do poruszania się, do oddychania.

Jesienią 1940 roku utworzyli hitlerowcy getto dla nas Żydów. A potem Treblinka, Majdanek, Oświęcim – i jedna przeogromna pustka, wieczny krzyk pustki śmierci. ZAGŁADY TOTALNEJ.

30 sierpnia 2019 Herzliya


1 komentarz

Wolność to komfort. Koniec świata

Wiesław Cupała

Beksiński Zdzisław – Oczekiwanie, 1972

Trzeba ratować ten nasz świat.
Róż nie żałować, gdy las płonie.
Niech zadrży tego lasu kat.
Zaprotestujmy, splećmy dłonie.

Jeszcze do kogoś nie dotarło?
Ktoś się nie przejął dostatecznie?
I popijając kawę czarną
W nieświadomości tkwi bezpiecznie?

W jednym szeregu musisz stanąć.
Przypiąć wiadomość na swym łolu.
Potępiać, żądać, komentować
Najwyższy właśnie nadszedł czas
By głowy w piasek już nie chować…

Znów mamy Święto Końca Świata
Następne będzie za dwa lata…

Refren
Oj, co to będzie?
Co to będzie?


Dodaj komentarz

Wesołe miasteczko. Geniusze demokracji

Włodek Małkowski

Saul Steinberg – Siła kwestionowania

I wymyślą nam wojnę.
Albo i nie.
Kto ich tam wie?

I wymyślą nam pokój.
Albo i nie.
Kto ich tam wie?

I wymyślą jak żyć po wojnie.
Albo i nie.
Kto ich tam wie?

Postępowo i nowocześnie.
Albo i nie.
Kto ich tam wie?

Tolerancyjnie i progresywnie.
Albo i nie.
Kto ich tam wie?

Znów coś wymyślą
i zostanie jak zawsze
albo kto ich tam wie
bredzą o potrzebie innowacji
w korporacji
unifikacji wszelkiej
edukacji
w przemyśle myśli
geniusze demokracji.

Albo i nie. Kto ich tam wie?