Spółki Miejskie

Babcia Ezoteryczna. Groźny fiolet

Dodaj komentarz

Katarzyna Urbanowicz

W czasach słusznie minionych panowała moda na zakładanie pracowniczych działek, gdzie się da i jak się da. Zakładało się także działki tymczasowe, których okres użytkowania przewidziano na nie więcej niż 5 lat – oczywiście bez domków, altanek itp. Taką 300 metrową działkę przydzielono mężowi, który w tamtym czasie dyrektorował przedsiębiorstwu budującemu oczyszczalnię ścieków w Warszawie, w jej przyszłej strefie ochronnej. Hodowaliśmy na niej ogórki i pomidory. Ja miałam manię uprawy najrozmaitszych gatunków pomidorów, których nasiona zdobywałam rozmaitymi sposobami.

Pracowałam w przeciwnym końcu Warszawy i sam dojazd na działkę czasem trwał ok. 2 godzin plus jeszcze półgodzinny marsz. Drogę tę przebywałam zawsze ze strachem, ponieważ dojście wiodło przez okolicę nieprzyjemną z różnych względów. Dopiero na miejscu spotykałam się z mężem, który z pracy miał bliżej, no i oczywiście miał samochód.

Mój największy projekt dotyczył wyhodowania fioletowych pomidorów. Udało mi się uzyskać „kwadratowe pomidory”, winogronowe, pomarańczowe i żółte – wszystkie dziś już dostępne bez trudu, łącznie z fioletowymi, na które w ubiegłym roku natknęłam się w jakimś sklepie.

Z tego strachu towarzyszącego dojściu do działki powstało opowiadanie mające obrazować powstawanie paranoi. W warstwie realnej wszystkie „zagrożenia” były prawdziwe, zawierały dokładny opis trasy pokonywanej na działkę, ale… Dałam mu tytuł: „Wasz fiolet”. Możliwe, że spowodowało ono lękowe skojarzenie koloru fioletowego, czarnej dziury. Jest to bardziej prawdopodobne niż wpływ opowiadań SF, wykładów W. Suligi i rozmaitych lektur – ponieważ lęk pochodził z autentycznego przeżycia, może nie tak dominującego, jak opisany w opowiadaniu, jednak prawdziwego.

Muszę przytoczyć go w całości, żeby było wiadomo, o co chodzi.

Wasz fiolet

— Otwórz drzwi na korytarz. Wyjrzyj. Nikogo? No to cześć, dziewczyny, lecę. W razie gdyby co, to wyszłam do kibla. Może obleci.

Cholera, diabli z tym autobusem! Boże, co z ciebie za idiotka, trzeba było wyjść wcześniej! Teraz sterczysz jak głupia… Już dwadzieścia po. Ten drań wlecze się i wlecze. Kurczę, przesiąść się nie chciało, a teraz mam nauczkę.

Za pięć… Nie będzie czekał, nie ma mowy, to nie taksówka. Zresztą nie wiadomo, z kim będzie jechał, z naczelnym czy z grubasem… Z tamtym, to nawet trzech minut nie zaczeka…

Tam, na rogu jest sklep; może namówi szefa, żeby wyskoczył po świeży chlebek prosto z prywatnej piekarni, bułeczki jeszcze ciepłe… Nie, nie ma mowy, jest dziesięć po. Im się też spieszy. Żonie zawieźć zakupy, córce zajrzeć do zeszytów, pasem przylać za wczorajszy nocny powrót z dyskoteki… „Panie Kaziu, wal pan do domu jak najszybciej”. Wiadomo, do czyjego domu. Jest tylko jeden dom, nie pana Kazia bynajmniej. Do diabła z tym wszystkim!

Rany! Jest! Stoi! Złociutki, najmilszy, kochany mój, jeszcze chwileczkę, maciupeńką… Już, już jestem! Mógłby się tylko ten drań pospieszyć… Jeszcze sekundę poczekaj, maleńką chwileczkę…

— Proszę mnie przepuścić! Musi pan stać w tych drzwiach, jeśli pan nie wysiada? Co za chamidło wstrętne, specjalnie się zaparł, żeby nie wypuścić… Moja sprawa, gdzie mi się spieszy, nic ci do tego, głupi baranie!

Skurwysyn! Pojechał. Nie widzisz, głupi, że środkiem jezdni zasuwa baba? Twoja własna, ślepoto! Jeśli mnie nie poznajesz, to przecież masz kretynie lusterko wsteczne, trudno nie zobaczyć czerwonej kiecki i łapy w górze… Na łapie brzęczy twoja bransoleta, gruba jak rogal, jeszcze świeci złoty metal…

Och, ty debilu! Teraz zanim tego swojego szefa zawieziesz, zanim odstawisz wóz i wrócisz po mnie, miną przynajmniej dwie godziny, a za godzinę już mrok… Nie, trudno, trzeba iść samej…

Wredny ten kawałek przez wieś… I ta wieś też jakaś taka… Dziadowska! Co krok, jakiś pies szczeka, w płotach dziury, wyleci któryś i cię pogryzie… Chap, chap, ostre zębiska na twojej łydce… Dziura i kropelka krwi…

Szybciej, pędem mały kotku, zanim wszystkie psy się zlecą! Żeby jeszcze być pewnym, że szczepione, ale kto tutaj sobie głowę zawraca zawszonymi kundlami… Janek kiedyś wracał przez wieś, do Marzeny jeszcze chodził, psy go opadły, pięć lat temu było, ich dzieciak jeszcze świata nie oglądał, skąd u chłopaka teraz wzięła się wścieklizna?!

A ten, czego się gapi! Mógłby przywołać psa, po diabła szczeka… Gały wytrzeszcza, drelichowe portki opina na tyłku rękami wsadzonymi w kieszenie…

Trzymaj się dziewczyno, ten typ ma taki wzrok, jakby chciał tym psem cię poszczuć… Za niskie czoło, oczy za małe… Tak jakoś dziwnie stoi… Wyprostuj się! Udawaj, że się nie boisz. Mówią, że psy nie znoszą ludzkiego strachu i wtedy atakują, może ludzie też? Ten, tu, może psa nie przywołać; ludzie śmieją się, gdy komuś coś złego się przydarza, zresztą to może nie jego pies… Zaraz miniesz go, jeżeli przepuści cię dziesięć kroków, to wszystko w porządku…

Cholera, pijany…

— Precz z łapami! Co pan, co pan?!

Rany boskie, kotku, chodu! Jezu! piąta! Coś strzyknęło w kolanie. Jak boli… Można zwolnić. Zatacza się, nie dogoni, za bardzo pijany. Uff! Wstrętne, kosmate łapska… Zaraz sklep i ostatnia chata, będzie koniec z pijakami. Jeszcze tylko kawałek, tylko do zakrętu… No, możesz odsapnąć… Obejrzyj się dla wszelkiej pewności. Znowu jakichś dwóch diabli niosą… Chyba pijani, takie ósemki na rowerze, cud że się nie wywrócą… Może zejść z szosy i schować się w krzaki? Ale jeśli tam ktoś jest? Mógł się zaczaić. Mówił Kazik, że kogoś tu parę razy napadli… Dobre miejsce dla bandziora, pięć zakrętów, krzaki… Kamieniem w łeb i po krzyku… Lasy są groźne. Powinno się wyciąć wszystkie lasy. Na otwartym polu wszystko widać z daleka i zawsze można uciec; w lesie tylko silni mają szansę, słaby musi zwiewać wcześniej, gdy silniejszy ma jeszcze czas.

Trudno, trzeba zaryzykować i skryć się wśród nieprzyjaznych drzew. Już. No dobra, teraz szybciutko przed siebie.

Za ciężki ten koszyk! Za dużo kanapek nabrałaś. I ptyś w wielkiej butelce dla Kazika… Śmieszne, dorosły chłop, a przepada za nim jak dziecko. Trudno iść szybko. Pałąk koszyka pije w zgięcie ręki, zostawia czerwoną pręgę z sinymi punkcikami.

Już niedaleko. Widać płot. To będzie teren budowy, tam są barakowozy, dozorca, łańcuchowy pies. Skończy się ten wredny las. Szumi i szumi, jakby chciał cię uśpić. Ptyś brzęczy, podskakuje w koszyku, mogłabyś łyknąć trochę, bo w gardle zaschło, ale gdy napoczniesz, gaz ucieknie. Tyle czasu niosłaś dla Kazika, to i doniesiesz.

Żwir przemocą wpycha się do butów; co by było, gdyby przyszło ci biec boso, bez sandałów… Nie uciekłabyś, o nie, spadają z pięt, brak im sprzączek, aby ściągnąć paski…

No, nareszcie, ostatni zakręt. Teraz tylko z jednej strony masz las, z drugiej już ogrodzenie.

Co to? Pies nie uwiązany? Dobrze, że za siatką. Jakie to ma złe ślipia! Szczekaj sobie, szczekaj, nieprzyjemny z ciebie wilczur, ale co mi do tego? O jejku! Brama otwarta! Pies już stoi na skraju szosy i ujada. Żeby tylko nie podleciał bliżej… Co robi ten dziad przeklęty, dozorca, powinien bramę zamykać albo wiązać tego diabła! Pewni śpi gdzieś, pijaczyna, dawno już był koniec pracy. Co mu tam, że kogoś pogryzą! Wszystko ma w nosie. Boczkiem, boczkiem, jeszcze parę kroków… Opanuj strach, może pies nie wyczuje, pośpiewaj sobie pod nosem, tram tam tam, la di ladi da da…

Jeszcze szesnaście słupów, piętnaście, czternaście… Ten ostatni, w kształcie odwróconej procy, ścieżka w bok, nigdy nie wysychająca kałuża po środku i już jesteś jak w domu.

Gdzie się podział ten cholernik, Kazik?! Szosa pusta, nikogo ani śladu… Widać szef coś znowu wymyślił…

Nareszcie! Rozkraczony słup już z tyłu, szosa dalej pusta, ani pijaków ani innych drani. W gardle sucho, może wypić choć łyk ptysia? Nie, to będzie dla Kazika, do bułeczki z baleronem.

Strasznie cicho na tych działkach… Nikogo nie ma. To środek tygodnia, ale po pracy czasami ktoś się trafia. A dzisiaj nikogo. Pustka. Przymrozek już zwarzył niektóre owoce, pomidory zebrano, zostało tylko plewienie truskawek przed zimą. Trzeba najpierw je podlać, bo ziemia sucha jak pieprz, chwasty odrywają się od korzonków. Woda zakręcona, trzeba iść kawałek dalej i odkręcić. Ale po co? I tak nie masz węża ani wiadra. Zamknięte w altance. Po diabła dałaś chłopu klucze? Mówił, że będzie przed tobą, a tymczasem ty tu sterczysz i nie możesz wejść.

Najgorsza z tego jest samotność. Nikt na działkach nie spieszy się do gównianej roboty. Wyrywanie badyli zawsze może zaczekać, no nie? Smutno patrzeć na krzaki pomidorów. Wydały już najpiękniejsze owoce, gdzieniegdzie tylko zostały spóźnione pokurcze. Łodygi stały się brzydkie, zdrewniałe, nic nie warte, więc precz z nimi! Napisali, że suche krzaki trzeba wyrywać i palić, więc precz z nimi. Tak niedawno, wiosną, były śliczne, hodowane na oknie w rzędach białych kubeczków po kefirze, ustawione na specjalnych półeczkach, opatrzone karteczkami z wypisaną flamastrem nazwą, świeże niczym murawa na meczu w kolorowym telewizorze.

Widać cię ze wszystkich stron. Ktokolwiek zajrzałby przez płot, zobaczyłby ciebie nawet z daleka, a działki nie wszędzie są ogrodzone. W dwóch miejscach wyszedłszy z krzaków można trafić na przerwę. Ci, którzy przewozili części altanek, rozgrodzili płot; wygodniej im było tędy, od szosy, podawać niż kopać się w błocie drogi, gdzie nawet niektóre. samochody grzęzły i trzeba było koparkami je wyciągać… Łatwo tędy wejść, za łatwo…

Każda działka powinna być ogrodzona wysokim murem, betonowym pełnym ogrodzeniem, a nie tym ażurowym świństwem. Tylko za mocnym murem można się czuć bezpiecznie, dookoła mieć swoich znajomych, nie obcych. Tylko mur chroni przed złymi spojrzeniami. Ci tam, na górze nie przyznają się do tego, że wierzą w złe spojrzenia, przewrotne dranie „Ciemne baby, przesądy i te pe”. To po cholerę w autobusach odgrodzili kierowców szklanymi szybami od nas, jeszcze im szmaty pozawieszali. Co oni wiedzą, jeśli co dzień nie jeżdżą do pracy takim czterysta osiemdziesiąt dziewięć?! Zrozumieliby czym jest złe spojrzenie. Czy któryś czuł je na plecach? Czy ktoś wie, jak to jest, gdy za tobą stoi facet przyciśnięty udami i brzuchem do twojego tyłka, a ty po mrowieniu na swoim karku czujesz, że nie ma ochoty na nic oprócz tego, żeby nagle poczuć ostry nóż, rozpłatać nim twoje ciało od góry do dołu, zakręcić w mięknącej powoli galarecie, podeptać twój zewłok, wgnieść w gumową wykładzinę podłogi i wreszcie odetchnąć pełną piersią, przez moment, zanim nie wypełni się następnym ciałem luka powstała po tobie.. .Czy oni mogą wiedzieć, co to są złe oczy? Jeżeli nie ma złych spojrzeń, czemu nie starcza oddzielenie przezroczystym plexi, a trzeba jeszcze firaneczek w kwiatki?

Za dużo lasu dookoła. Las nie sprzyja dobrym myślom, tylko złym. Tylko złe chroni… Nie wszystkie rośliny są dobre, dlaczego więc niby las ma być dobry?

Na przykład sałata jest wstrętna. Kolor ma zbyt jaskrawy, jakby chciała nim przynęcić. A przynęca się tylko po to, żeby oszukać. Ogórki też nie są dobre. Płużą się po ziemi, podlizują, a nie lubią twojego dotyku. Ty też ich nie lubisz. Wszystkie u ciebie marnieją, a jak któryś się uchował, jak w tym roku, to tylko po to, by wydać ogromnego ogórasa, który zerwany, wpakował kłujące kolce w twoją łapę… Twoje ogórki rodzą się wyłącznie po to, żeby ciebie skaleczyć…

Tylko pomidory są dobre. Twoje pomidory mają przepiękne liście, choć owoce niespecjalne. Ale to nic nie szkodzi, to dlatego, że ciebie lubią, ich liście pragną twojej obecności; lubią, gdy odszczypujesz niepotrzebne pędy; wiedzą, że z litości pozostawiasz ich zbyt wiele, choć wolno najwyżej trzy. Nie powinno się pomidorom niszczyć pędów, bo ciebie znienawidzą, utracą do ciebie zaufanie. Na przykład ten malinowy, prawie fioletowy… Jedyny wyrósł na krzaku, ale drugiego takiego nie ma na świecie… On wie, że go nie zerwiesz mimo pierwszych przymrozków; otulisz troskliwie watą, żeby przedłużyć jego życie, a potem zapakujesz w pudełko, zaniesiesz do piwnicy, gdzie przeleży do świąt. Nikt nie uwierzy, że to nie szklarniowy. Za to pomidory cię lubią.

Tylko za dużo lasu dookoła. Pomidorom szkodzi bliskość lasu. Ostrzegają cię przed nim i mają rację.

Schroń się w altance naprzeciwko. Sąsiad dorobił werandkę obciągniętą folią ze starych worków, zamykaną na haczyk od wewnątrz, ale można wsunąć rękę przez szparę… Tam się schowasz.

Pomidory sąsiada też to pochwalają, nie na darmo muskają cię swoimi liśćmi, zapraszają do środka. Uff… Jeśli wciśniesz się w kąt, z zewnątrz cię nie będzie widać, nikt ciebie nie zaatakuje… A jeśli nawet, to pomidory ciebie obronią…

Znowu głosy… To szosą wraca jakaś banda… Śpiewają, zatracone pijaki, wydzierają się jakby nie wiedzieli, że pomidory nie lubią wrzasku. Ich ciemnozielony kolor jest uczciwy i stateczny. Gdyby mogły choć odrobinę się poruszyć! Pomidory ci mówią: miej się na baczności!

Tylko maleńka dziurka w plastiku. Musisz popatrzeć. Trzeba wiedzieć, czego się boisz. Opamiętaj się! Nie musisz mieć racji… Skąd ci do głowy przyszło, że las ci życzy źle?

Boże! Oni mają psa, jamnika! Pomidory nie znoszą jamników, dlaczego więc las je toleruje? A może… W lesie zawsze polowano, czyżby stara sitwa? Tego jamnika las lubi, sprzyja mu wyraźnie, szumi mu spokojnie, obaj drwią z ciebie… Widzisz, już ciebie wywęszył! Pomidory sąsiada, wprawdzie żółte, nie malinowe, ale rozumieją cię jak twoje własne… Słyszysz, jak krzyczą? Nawet te martwe, zerwane już z krzaka, odłożone w altance na dojrzewanie, wołają ciebie, żebyś skuliła się, ukryła między nimi, stała się zielonym pomidorem, a wtedy cię obronią…

Pies cię wyczuł. Ujada wokół drzwiczek do altanki, a ci, za którymi gonił, stają przy płocie i patrzą… Teraz jeden przechodzi przez dziurę..
— Pomidory moje kochane, zróbcie coś… Błagam was… Choć odrobinę pomocy za moją miłość… Gdyby… Nie poczuć więcej waszych łodyg między palcami, waszej mechatości… Dopiero zaczęliśmy się rozumieć, za krótko to trwało, tak nagle ma wszystko zgasnąć…

Spokój, idiotko! Już są na działkach. Już wiedzą, do której altanki wejść… Gdybyś choć miała klucze, otworzyłabyś kłódkę, uniosłabyś wieko ławy, pod którą mieści się skrzynia z narzędziami, wcisnęła w kąt, między grabie a konewkę, przykryta zwojami czarnego węża, narzuciła na siebie stertę prześcieradeł podartych do wiązania pomidorów… Może byś uszła złym oczom… To ogórki cię wydały. Ogórki i sałata. Wstrętne, obrzydliwe, cuchnące zgnilizną zielsko…

Już są tutaj. Monstrualna gęba przytknięta do podartej folii… Niemożliwe, żeby ciebie nie spostrzegli… Gdzie jesteś, mój miły, to ty powinieneś mnie bronić! Cóż by dla ciebie znaczyło zdusić durnego jamnika…

Wyrwą mnie. Wyrwą tak, jak i ja wyrywam was w jesiennym gorzkim dymie, ale wiem, że was już to nie boli… To wczesnym latem, gdy kret podgryzie wasze korzenie, wasz ból odczuwam w swojej głowie… Ale nie jesienią. Jesienią zasypiamy, wy wyrwane ze swojej gleby, i ja wtłoczona w mury mieszkania w bloku… Teraz wyrwą mnie, zanim doczekam jesieni i was wyrwą, już bez pieszczoty, brutalnie i ostro, rzucą na ognisko, zakopcicie gorzkim dymem…

— Panie wszystkich pomidorów, stwórz najwspanialszy owoc fioletowej barwy, pozwól mi jeszcze poznać go; nie ma nic wspanialszego na świecie niż fioletowy pomidor; uczyń kształt jego sześcienny, daj mu ostre kanty, tnące jak brzytwa; umiałeś to zrobić stwarzając niektóre liście, okaż więc łaskę i dzieciom swym, pomidorom, daj im broń przeciwko złu; zamiast pestek i soku, pestki wyczerpują go, sok rozwadnia siłę; panie pomidorów, zniszcz wszelkie lasy z czającym się złem; na pustej przestrzeni chroniącej przed zakusami wroga, niech rozwinie się ich fiolet…

KONIEC

Dlaczego, już wtedy fiolet kojarzył mi się ze strachem? Zupełnie nie interesowałam się wówczas innymi sprawami niż przyziemne, namacalne i konkretne.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.