Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Herzliya. Zło wzbudza zło…

Halina Birenbaum
Dawne niepublikowane pamiętniki

 

Edvard Munch – Serce (1898-99)

28.11.98, Cleveland, sobota, godzina szesnasta

… sama w pokoju.

Wyszłam bez słowa, nie oglądając się na nikogo. Przy obiedzie na Bat Micwa było bardzo głośno, grała hałaśliwa muzyka. Przedstawiali mnie gościom jako autorkę książki o Shoah, siostrę dziadka solenizantki. Dobrze, że „dopracowałam“ się u nich jakiegoś tytułu… Jestem gorzka. Bo było mi smutno i źle. Na dworze świeciło słońce, piękny dzień – jak wiosną, a mnie nie chciało się nic. Jestem zmęczona życiem, powierzchownością ludzką, pustką, zależnością od różnych ludzi. Dziwne jest chyba to, co mówię – ludzie czerpią otuchę, wiarę z historii mojego życia, a ja mam wszystkiego tak bardzo dość. Jednak wciąż piszę, mimo że łzy cisną się do oczu, do gardła.

Po co jadę do ludzi, którzy mnie upokarzają, dlaczego wracam do nich? Przecież nie zapominam, a zawierzam na nowo okazywanej serdeczności, wybaczam, znów próbuję, nic mnie nie uczy, nie ostrzega. Dobre słowo z telefonu czy z listu – i wracają zaufanie, entuzjazm, energia. Ale po to chyba, by za chwilę odebrać nową gorycz. Za wiele… Wiem to już o sobie: odkryłam sama, dowiedziałam się od przyjaciół i nieprzyjaciół, od bliskich, od czytelników, słuchaczy… Nie lubię siebie, nie podobam się sobie. Chwila odtrącenia natychmiast zmywa ze mnie wszelkie odczucie jakichkolwiek zalet, co jest moją główną wadą. Może nie zawsze umiem dobrać odpowiednich przyjaciół, zbyt przejmuję się każdą reakcją? Popełniam ciągle te same błędy, a potem płaczę, narzekam. Wstyd mi tego, co tu piszę, ale nie żałuję; opisałam co się działo we mnie i dzieje. O powodach napiszę później, choć – być może – są zwykłe, nie nowe… Przerwę teraz, odpocznę.

Wróciłam. Nie mogę pomieścić się w sobie w samotności i wśród gnębiących myśli. Płakać też nie mogę. Dlaczego bliscy, którzy mnie kochają, bywają tak często wobec mnie okrutni? Co emanuje ze mnie, że usposabia ich do mnie źle, stają się nagle obcy, odpychający – zwykle tak po miłych, serdecznych rozmowach, wyrazach uznania, bliskości? Potem chłód, ignorancja, jakbym była powietrzem czy gorzej jeszcze, bo czymś, co odstręcza, przeszkadza… Natomiast gdy jestem daleko, piszą mi o tęsknocie i oczekiwaniu na mój przyjazd. Nie potrafię pojąć tych sprzeczności, trudno z nimi żyć.

Bratowa już mnie kilka razy napominała, że moja wnuczka może sobie pomyśleć, iż Ameryka jest taka radosna i bogata w codziennym życiu wszystkich obywateli. Widocznie boi się, że Yaeli spodoba się życie tutaj i zechce przyjechać na stałe… Znam ten lęk sprzed lat, gdy myślała, że ja zechcę przyjechać i robiła wszystko, by do tego nie dopuścić. Szybko uspokoiłam ją, że moja wnuczka bardzo kocha swój dom w Izraelu i nie zakochała się w bogactwach Ameryki.

Wczoraj pisałam o dobrych sprawach, dziś prysło to jak sen.

W restauracji – przydzielono miejsca przy stołach; okazało się, że nie umieszczono mnie przy stole rodzinnym obok brata i bratowej, a nawet nie obok dalszych krewnych czy znajomych, co odczułam jak policzek. Zapytałam bratową, gdzie mam usiąść, odpowiedziała pod nosem, bym poszukała miejsca. Najchętniej poleciałabym do domu! Chciałam wyjść na dwór, poczekać aż skończy się biesiada, ale przecież nie można urządzać scen w czasie uroczystego obiadu na Bat Micwa… Brat milczał, nie patrzał na mnie. Bał się chyba zamieszania, zna uczucia żony do mnie.

Ostatecznie znalazła mi miejsce przy stole bratanica, po interwencji dalekiej krewnej. Brat przez cały czas milczał, był nieuprzejmy, chmurny. Wydawało mi się, że on ma dość mojej obecności. A jeszcze wczoraj tak pełen entuzjazmu, tyle miał planów związanych ze mną, tak wiele chciał dla mnie zrobić! Narzekał, że przyjechałam na zbyt krótki czas, nic nie zdążymy … Powiedział, bym odesłała wnuczkę do domu, bo musi wrócić do szkoły, a ja zostałabym na kilka miesięcy… i szkoda, że mieszkam tak daleko… Dziś jest już tak inny! Nie jest to nowością dla mnie, jednak za każdym razem zadziwiające i przyrzekam sobie, że nigdy więcej nie przyjadę, a potem ulegam namowom i prośbom w nadziei, że będzie inaczej. Jest chory, dużo starszy ode mnie i zawsze boję się tego (co on też mi wmawia), że jeśli nie przyjadę, może nie zobaczę go więcej. Umożliwia mi wszystkie podróże, pomaga mi trochę, ale bratowej nie można o tym powiedzieć.

Tyle o tej uroczystości rodzinnej, na którą przyjechałam z tak daleka. W katolickiej rodzinie Dany, w New Yorku, byłyśmy obie z wnuczką szczęśliwsze i o niebo lepsze jedna dla drugiej. Zaznałyśmy u niej tyle ciepła i serdeczności! Oczywiście gdyby nie brat, nie poleciałybyśmy w ogóle do Ameryki, nie miałybyśmy możliwości doznania luksusu dalekich podróży – ale czy on jest tak konieczny? Czy nie lepiej żyć tym, co się ma w swoim domu? … Pytanie jest już odpowiedzią.

Przerywam. Wieczorem będzie spotkanie grona najbliższych gości w domu bratanicy. Wnuczka mieszka tam przez cały czas naszego pobytu, muszę pójść na przyjęcie, by zobaczyć się z nią. Brat zostaje w domu sam, jest już zbyt zmęczony licznymi imprezami w ciągu dnia. Nie lubi tych wszystkich ceremonii, woli spokój.

Przebrałam się, przejrzałam się w lustrze. Wygląd własny wzmocnił samopoczucie. Muszę w sobie samej znajdywać otuchę i pocieszenie. Czasem udaje mi się odszukać je w czyichś oczach, spojrzeniu, w wyrazie twarzy, bez słów – to bywa wspaniałe! Bywa, że nie znam człowieka, a patrzy poważnie, głęboko w oczy i cała jego postawa mówi, że jakby mnie przejrzał i ceni mnie, czeka na słowo ode mnie, na wyciągnięcie ręki. Wiem wtedy, że ta osoba czytała moją „Nadzieję” i spojrzeniem badawczym, akceptującym okazuje uznanie dla mnie – tej postaci z mojej książki. Wpatruje się w moją realną postać, szukając w niej tej pierwszej STAMTĄD. Trudno to opisać, można tylko odczuć albo wyrazić w wierszu, co chętnie zrobiłabym teraz.

Już północ. Jestem znów przy stoliku, przy małej lampce, z której spływa światło na mój zeszyt. Lubię tą atmosferę niemal w każdym miejscu, sytuacji, kojącą intymność ciepła samotności, która w przedziwny sposób nie jest samotnością.

Wieczorem wróciła dobra atmosfera w domu, wieczór u bratanicy także minął mile. Brat był w dobrym humorze, serdeczny gdy wróciłyśmy z tego przyjęcia, bratowa także. Cieszę się każdą dobrą chwilą i piszę o wszystkim, jakby było to sprawą życia i śmierci… Tak trudno mi jest bez ludzkiej życzliwości! Nawet po moich nieporównywalnych z niczym oświęcimskich przeżyciach.

Inni krewni na przyjęciach okazali mi dużo więcej uczucia niż dawniej, a zwłaszcza młodzi, dzieci. Lgnęli do mnie, obejmowali, całowali. Budzi się w nich coś dobrego względem mnie, jakaś ufność, ciepło… Nie wiem dlaczego czuję wtedy po prostu miłość, szczęście – niekoniecznie trwałe.

Tyle wzruszeń we mnie, odbieranych wciąż wrażeń – nieraz wielkich, głębokich, a innym razem gorszych, plotek, kłamstw, półkłamstw. Nie warto wyszczególniać, choć w tych marnościach nierzadko można odkryć wiele cech charakteru. Czy zawsze zachowanie się, sposoby reagowania zasługują na analizowanie? Czy trzeba liczyć się z postępowaniem każdego jednego człowieka? Uważam, że tak. Dla mnie każdy człowiek jest jednakowo ważny. Chciałabym zgłębić każdego, kto pojawia się na drodze mojego życia.

Gdy jestem u brata, piszę dokładnie intensywnie pamiętnik z pobytu w Ameryce. Często zmienia się atmosfera w tym domu. Jedno małe słowo może wywołać raptem burzę, pożar… Potem nagle wesołość, radość bycia razem, które pozwalają zapomnieć urazy, jakby ich nigdy nie było. Chyba ludzie nie mogę być zawsze pogodni i dobrzy.

30.11.98, ósma rano

Jestem już ubrana i piszę. Nie śpię od czwartej nad ranem. Czytałam (czy raczej przeglądałam) książkę „Ziemia przyobiecana”. Nie wiem czy zdołam przeczytać całą, są tu liczne dłużyzny i erotyczny smalec, ale też wiele autentycznych szczegółów z życia w Palestynie, przed powstaniem państwa Izrael, przed wojną i Holocaustem. Autor ma bliskie mi poglądy polityczne.

W domu cisza, słyszę stukanie laski brata (walkman), więc już nie śpi… Wczoraj dzwonili mój mąż i znajoma, Dziunia z Iowa. Bratowa akurat pokazywała film z zeszłorocznej Bar Micwy wnuka, który sama nakręciła, opracowała. Nie zawołała mnie do telefonu, kazała im zadzwonić później…

Udawałam, że podzielam jej zachwyt filmem, mimo że był nudny i pełen bzdur. Nie brak i we mnie fałszu, jednak długo nie wytrzymuję braku zgody z taką sobą. W końcu tama pęka i mówię w oczy całą prawdę. Ale dobre słowo sprawia, że zapominam o sobie i robię to, co przynosi radość innym. To raczej moja słabość niż dobro, brak woli i tchórzostwo. Sądzę po sobie, boli mnie czyjaś obraza, czyjś ból i chciałabym oszczędzić ich ludziom, o ile jest to w mojej mocy.

Czytelnicy moich książek czy słuchacze ustnych przekazów uważają, że jestem niezwykle silna. Może poniekąd to prawda; może jest we mnie i siła i słabość, wszystko po trochu, jak w każdym człowieku. Zastanawia mnie tylko ile jest z pierwszego, a ile z drugiego?

Powinnam zacząć pisać listy do przyjaciół, bo w domu będę zmęczona. Zmiana czasu między Izraelem i Ameryką ciąży bardzo w pierwszych dniach.

Dziesiąta rano. Pokłóciłam się z bratem i wyszłam z kuchni do swego pokoju. Pierwszy raz odpowiedziałam mu ostro, jego językiem i dałam do zrozumienia, że chciałabym już tu nie być. Nigdy przedtem nie ważyłam się odpowiedzieć mu na jakiekolwiek zniewagi. Czuję się teraz samotna, zbolała, bezradna! Najbliżsi ludzie zawodzą!

W piątek miałam potwierdzić powrotny lot i zapomniałam. Chciałam, aby brat teraz to zrobił (bratowa śpi jeszcze, ona zwykle wstaje późno). Od razu, gdy weszłam do kuchni, wsunął twarz w gazety, zignorował mnie, jakbym nie istniała. Nie wiedziałam co robić. Usiadłam i czekałam cicho, może się rozpogodzi za chwilę. Wreszcie przypomniałam mu o wczorajszym planie na ten dzień i zatwierdzeniu lotu. Chciał pojechać ze mną zrobić ksera, by mieć kilka odbitek z mojego opowiadania „Achmed” po angielsku i do optyka w sprawie okularów. Odpowiedział odpychająco, obojętnie – on nie potrzebuje tego opowiadania, mogę je zabrać z powrotem do Izraela, nie wie po co je przywiozłam, o co mi w ogóle chodzi.

Wstałam z krzesła. W kilku słowach wyraziłam, co myślę o jego zachowaniu i dlaczego przyjeżdżam do niego na tak krótko. Wbiegłam na schody do mojego pokoju, jakbym odchodziła na zawsze. Następnego dnia powiedział, że śniło mu się, że spakowałam nagle walizkę i odjechałam. Byłam bardzo wzburzona. Przecież o nic nie prosiłam, on wszystko zaproponował, zaplanował. Wzięłam tabletkę na uspokojenie. Teraz siedzę, piszę, i płaczę. Nie chciałabym, by bratowa wiedziała o kłótni, miałaby najsłodszą zemstę. Zostały mi trzy dni pobytu. Muszę być silna, milczeć i wstrzymać łzy, by nie cieszyć nimi bratowej. Udaję, że nic się nie zdarzyło.

Północ. Jaki to był długi dzień!

Gdy bratowa zeszła na śniadanie do kuchni, wróciłam jakby nigdy nic… Brat odezwał się do mnie uprzejmie, serdecznie. Znów był ciepły, dobry, troskliwy. Chmura przeszła albo zrozumiał lekcję. Dziś wiem, że myśl o moim rychłym wyjeździe wprawiła go w gorycz, wywołała chęć urażenia mnie. Pokazał mi z radością, że ma już przygotowane wszystkie papiery, skomunikował się z optykiem, chce sobie zrobić dziesięć kopii „Achmeda”, by rozdać znajomym i zaraz pojedzie ze mną do miasta. Pojechaliśmy razem. Po drodze wypiliśmy cappuccino, rozmawialiśmy przyjaźnie, serdecznie. Czułam się otoczona wszystkim, co w moich warunkach w Izraelu jest niemożliwe, bezpieczna, zamożna.

Jutro mam być w szkole wnuczki brata. Dzieci z jej klasy otrzymały w prezencie, podczas Bat Micwy, moją książkę i pragnęły spotkania ze mną. Bratowa natychmiast oznajmiła, że mnie zawiezie i będzie towarzyszyć. Wnuczka też pojedzie z nami. Nie lubię tego, nie będę się czuć swobodnie. Bratowa zawsze znajdzie coś do skrytykowania i zakomunikowania przykrych uwag. Wnuczka też nie wiadomo jak zareaguje, zwłaszcza, że mam mówić po angielsku… Z bratową wszystko dziś przeszło dobrze, ale – wszak nie raz – nic nieznaczące słowo sprowadzało nieoczekiwany wybuch gniewu i wrogości. Ustępuję zwykle, byle się nie pokłócić…

Boli mnie głowa, położę się spać. Jeszcze pomyślę trochę… tak w sobie, cichutko. Może akurat inni pomyślą też o mnie? Wszyscy są tak daleko! A brat jest blisko i daleko nieraz, choć tuż… Robi już plany mojego następnego przyjazdu… Jestem na siebie zła za uległość, lęk przed nim, jak w dzieciństwie; jednocześnie żal mi go, bo cierpi, jest kaleką po postrzeleniu przez bandytę, w hotelu, na zjeździe lekarzy w New Yorku i tak trudno mu przychodzi niemal każdy ruch. A ja jeszcze obrażam się na niego, płaczę. A gdy źle się do mnie odnosi, nie mogę o tym pamiętać i chciałabym uciec na zawsze. Potem czuję pustkę, gniew, który niczego nie rozwiązał (przeciwnie – i gdy wraca zgoda, czuję się winna tego, o czym myślałam, mówiłam, pisałam). Nie potrafię się zmienić, zło wzbudza zło…

1.12.98, godzina siódma czterdzieści pięć

Obudziłam się o piątej. Na dworze szaro, mokro, a w domu ciepło. Niepotrzebnie dźwigałam tyle ciepłej odzieży. Niebawem pojedziemy po moją wnuczkę do bratanicy i razem z nią do szkoły. Bratowa jest już w kuchni przy śniadaniu. Bardzo lubi wozić mnie i towarzyszyć w takich spotkaniach. Obiad po szkole zjemy w restauracji, a na kolację zaprosiła nas wszystkich bratanica z powodu naszego odjazdu. Jutro wnuczka będzie nocować ze mną u brata, by nazajutrz o szóstej rano wyruszyć na lotnisko. Chętnie zostałaby do ostatniej chwili u bratanicy (tamte dzieci pragnęły też tego bardzo). Cieszy mnie, że tak się zaprzyjaźniła, znalazła wspólny język z nimi. Choćby dlatego warto było odbyć tą podróż i przejść przez nieporozumienia (a wydawało mi się, że są sobie obcy; chyba nie zorientowałam się).

2.12.98, środa, ósma trzydzieści.

Jak zwykle nie śpię już od trzech godzin. Wczoraj robiłyśmy zakupy w pięknym, olbrzymim domu towarowym. Pojechała tam z nami sekretarka brata, w tajemnicy przed jego żoną. Zmęczyłam się niezmiernie samym oglądaniem przeróżnych wyrobów, wybieraniem, szukaniem. Jaka mnogość wszystkiego! Brat bardzo się cieszył, że kupiłyśmy wszystko, czego pragnęłyśmy. Wszystko było prezentem od niego. Dzisiaj rano wyjaśniło mi się wiele, o wielu rzeczach dowiedziałam się, wiele zrozumiałam. Rozmowa z bratem wyjaśniła mi zachowanie innych osób. Jak mało człowiek wie o tym, co w sercu innego człowieka i jak mało zna samego siebie! Ile zła wynika nieraz z miłości! Uczucia to trudny do regulowania żywioł; niszczy, gdy się go chce ujarzmić, zdusić…

Dwudziesta trzecia piętnaście. Jutro rano odlot z Cleveland do New Yorku, a po trzech godzinach z lotniska La Guardia do Kennedy’ego. O trzynastej odlot do Izraela. Obyśmy tylko zdążyły na czas w tych niesamowitych odległościach i ogromie amerykańskim wszystkiego!

Obie bratanice ze swymi mężami i dziećmi przyszły pożegnać się z nami. W Izraelu znów wrze, znów akty terroru, ludzie giną, szaleje nienawiść! Dokąd wiozę te nabyte amerykańskie „skarby” prezenty, gdy tam u nas nie ma spokoju i nie przestaje lać się krew?! Tam jest nasz dom i wracamy do niego, do codziennego życia, zwykłych radości i trosk, od których oddaliłam się na moment, by wejść w drugorzędne, moje – nie moje…

W pokoju brata gra radio, widocznie jeszcze nie śpi. Mówił, że śniłam mu się wczorajszej nocy. Jest mu pewnie żal, że już wyjeżdżam. Przepełnia mnie wdzięczność za jego dobroć i szczodrość. Wnuczka też się cieszyła podróżą. Rodzina i znajomi brata polubili ją, a ona ich. Wszystko stało się możliwe dzięki niemu. Zwiedziła w New Yorku i Cleveland znane, piękne miejsca.

W szkole, u wnuczki brata, było doskonale: skupienie, wzruszenie (ile razy pisałam te słowa o reakcjach na moje przekazy z Shoah?…)… Bratowa milczała, znów miała dla mnie swoje mentorskie uwagi. Wnuczka była zafascynowana tym, co powiedziałam i jak. Wieczorem zwierzyła mi się, że chciałaby kiedyś, gdy już mnie nie będzie na świecie, opowiadać ludziom moją opowieść w taki sam sposób jak ja, z takim samym wyrazem twarzy i oczu… Na tym kończę swe pisanie u brata.

Reszta w samolocie i w domu w Izraelu.

3.12.98, południe

Jesteśmy na lotnisku Kennedy’ego, nareszcie po odprawie przed wejściem do samolotu. Wszystko przeszło pomyślnie, dojechałyśmy do La Guardia dwie godziny przed czasem.

Wstaliśmy wszyscy o piątej rano. Brat i bratowa byli serdeczni, a lękałam się, że będą źli na mnie, iż muszą wcześnie przez nas wstać. Oboje odwieźli nas na lotnisko (godzina jazdy z ich domu).

Było mi ciężko z przenoszeniem i wynoszeniem walizek. Wnuczka chodziła obok mnie zaspana, smutna. I teraz siedzi markotna, nie odzywa się ani słowem lub mówi pod nosem niezrozumiale, gdy o coś ją pytam, muszę powtarzać kilka razy. Przykro mi. Jest gorąco, słońce świeci z przeciwległego okna prosto w oczy. Mam na sobie sweter i grubą, polską kurtkę.

Chyba nie warto nadwyrężać się dla nikogo, przeważnie nie docenią. Trzeba chyba mieć nieludzkie siły na to, co biorę wciąż na siebie.

4.12.98, piątek, piąta rano.

Za dwie godziny będziemy już w aucie w drodze do Herclijji. W samolocie nie spałam, oglądałam filmy, bajki. Oderwałam się od wszystkiego. Rozmawiałam trochę z wnuczką, stała się znów miła i ciepła. Widocznie była przedtem zaspana i przygnębiona rozstaniem, a ja zwykle za prędko oceniam pod wpływem czegoś, co mnie uraża. Jestem też niepoprawna w pośpiechu rejestrowania zła (zapisuje się łatwiej i długo tkwi w pamięci, bo boli). Dobro przeżywam przeważnie w sobie, grzeję się nim, nie wydobywam na zewnątrz, jakbym się bała je wyziębić, utracić… Zapadam się w szukaniu, zdobywaniu tego dobra pośród zmiennych zachowań. Lepiej nie myśleć o tym. Jestem bardzo śpiąca. Chciałabym paść na miękką pościel i pogrążyć się całkowicie w nieświadomości snu! Niedługo tak już będzie, we własnym łóżku, u siebie!

Jestem niespokojna o nasz bagaż podręczny, w którym został drogi aparat fotograficzny wnuczki, prezent od mojego brata. Stewardesa z jej tylko wiadomego powodu, nie pozwoliła mi wziąć małej walizki do samolotu. Inni weszli z dużo większymi. Zawsze muszę mieć jakieś niespodziewane przykrości. Samolot trzęsie, zniża się do lądowania. Ameryka, dom brata, jego córek – wszystko już daleko, jakby tego nigdy nie było. Z powrotem do rzeczywistości izraelskiej… do domu, naszego – mojego, tu najlepiej!!!

(Przepisane do komputera w grudniu 1999).


Dodaj komentarz

Herzliya. Małe kotki – i ja

Halina Birenbaum

Andy Warhol – Kotek

Pisałam nie raz o trudnościach z powodu moich kociąt; o tym, że się mnożą bardzo, miauczą głośno po nocach i nie zawsze cieszą się sympatią sąsiadów… Ale nie po to, by się skarżyć i wyliczać wady zaczęłam to opowiadanie, a z powodu absorbujących mnie refleksji nawiązujących do ludzi.

Ujął mnie widok kociej rodzinki. Wyniosłam im tylko stary dywanik, trochę chleba i mleka. Matka i małe przy niej spokojne szczęśliwe, obejmują się wzajemnie łapkami, ogonkami, skaczą zabawnie i lekko jedne na drugie, lgną łapczywie do piersi matki i ssą razem.

Bystrymi, wesołymi oczkami badają przezornie świat wokół siebie, i mnie. Jak małe dzieci ciekawe wszystkiego – naiwne. Kochają życie, boją się o nie, garną się do opieki dobrych i silnych. Tulą się, grzeją się jedne od drugich. Po zabawie i wspólnym posiłku przychodzi kolej na skrzętne mycie i błogi odpoczynek. Matka nieustannie czuwa nad nimi, karmi je i broni. Myje je swym języczkiem, uczy. Stanowi twierdzę wszelkiego oparcia, pewności i bezpieczeństwa.

Nie wiedzą wszak małe kotki przytulone razem do piersi matki, jak nie przeczuwają nowo narodzone dzieci, co im zgotuje los. Całe ich szczęście w tej niewiedzy – w idylii niemowlęctwa, w matce opiekuńczej, w radości obiecującego istnienia.

Aż nagle wszystko przyjmuje inny obrót…

Poznałam to dokładnie. Ja też byłam taka mała, ufająca, chroniona pieczołowicie. Upragniona córeczka po dwóch synkach… Miałam kochającą matkę, czułego ojca, dorodnych braci – bezpieczne i ciepłe, radosne gniazdko rodzinne. Cieszyliśmy się każdym dniem, dążyliśmy do dobra, piękna – do życia i rozwoju. Jakby cały świat stał dla nas otworem!

A zaczajone zło czyhało, cierpliwie czekając swej godziny. I niebawem wybuchło, przyszły rzeczy straszne!

Silny ojciec i matka okazali się bezradni na równi ze mną małą wobec okrucieństw losu. Staliśmy się wszyscy jednakowo niepożądani, napiętnowani, odepchnięci, zagłodzeni, chorzy – zakazani do życia i ścigani nienawistnie, gorzej od zwierząt. Zabijani masowo, bezkarnie, duszeni gazem, spalani…

Ileż szalonych niespodzianek zawiera w sobie to rozpoczynające się tak niewinnie, beztrosko życie – złudne idylle dzieciństwa na łonie kochającej rodziny! Ile niebezpieczeństw i cierpień nosi w sobie!

I tak też u zwierząt, u kotków i piesków. U nich tym bardziej!

Jednak dobrzy i rozumni mogą zapobiec złu. Pomogli mi przetrwać, więc i ja muszę!

2.09.82


Dodaj komentarz

Babcia Ezoteryczna. Inne sny, złudzenia i inne duchy

Katarzyna Urbanowicz

John Tenniel – Biały Królik

W mojej rodzinie ze strony ojca fakt pojawiania się „snów poprzedzających” (żeby nie powiedzieć „proroczych”) był faktem znanym i uważanym za oczywisty. Do legendy rodzinnej przeszły niektóre z tych snów. Były to sny aluzyjne, podobne niektórym filmom, których treści należało się domyślać i wyciągać wnioski z obrazu i wypowiedzi postaci, ale raczej nie zawierały one przekazu dosłownego. Tego typu sny i ja miewam.

Jako przykład może posłużyć mój sen o kratownicy z czasu pobytu z 6-letnim wnukiem na działce zapisany w roku 2005 lub 2006.

Śniło mi się, że wchodzę do jakiegoś bloku na klatkę schodową i brnę niby do mojego mieszkania, ale przeszkadza mi jakaś wredna baba, która ciągnie po schodach kratownicę. Kratownica ta umieszczona jest po pierwsze całkiem na płask, przez co nie zostawia dla mnie miejsca, po drugie babsztyl jest odrażający. Zaczynam się awanturować, czy nie mogłaby tej kratownicy ustawić nieco na sztorc, a wówczas ktoś inny także zmieściłby się na schodach, ale ona nie chce mnie słuchać uważając, że nie mam żadnego prawa mówić innym co mają robić. W końcu oświadcza mi, że jej mąż tyle lat pracował za komuny i należy mu się coś tam z tytułu jego warsztatu pracy (jak zrozumiałam – tej kratownicy). Wskutek tego wszystkiego ląduję, zamiast w swoim mieszkaniu (mimo, że ciągle wspinałam się nieustannie po tych schodach w górę), w okrągłym bloku, który często mi się śni i który niby jest jednym z moich zakładów pracy z dawnych lat (choć tamten rzeczywisty budynek wcale nie był okrągły, ale idąc przed siebie korytarzami można było wrócić w miejsce, z którego się wyszło). W dodatku okazuje się, że jestem boso, a w żadnym okolicznym sklepie nie ma butów. Mało tego, nie ma też pomidorów. Jestem kompletnie zdołowana i budzę się. Pożądam pomidorów, a wredne bufetowe złośliwie twierdzą, że po pomidory przychodzi się z rana i jak się na nie zasłuży. Budzę się prawie płacząc. Pocieszam się myślą, że w piwnicy mam jeszcze dużo słoików z przecierem pomidorowym i budzę się na dobre.

Rano z wnukiem rozmawiamy o kretach i o pułapkach na nie. Wnuk rozpakował paczkę z zakupami, więc demonstruję mu kretołapkę i jak ona działa. To taka rura z ruchomymi blaszkami na końcach. Rysuje 12 rysunków (numeruje je od 1—12, w przedszkolu właśnie nauczył się liczyć) o sposobach na łapanie kretów. Rysunki są kompletnie nieczytelne – ale to dziecko tak już ma. Wyjaśnia, że gdy złapiemy krety, wywieziemy je za rzekę i wypuścimy je do lasu, żeby nie ryły nam trawnika, tylko łąki nad wodą. Rysunek numer 8, jedyny czytelny przedstawia kratownicę z mojego snu.

Wnuczek nie wychodzi na dwór, bo pada deszcz, ogląda telewizję satelitarną i bawi się żołnierzykami. Nie widzi, że, w basenie utopił się kret (na basen jest widok tylko z mojej sypialni, ale i tak z daleka niewiele widać), a ja czekam aż wróci syn z wycieczki, wyciągnie go i zakopie. Wnuczek pyta, czy krety boją się wody i ja potwierdzam. On dalej drąży i pyta, dlaczego krety boją się wody, a jednak topią się. Wyjaśniam mu, że może źle oceniły niebezpieczeństwo i strach przeszkodził im myśleć, a ponieważ podobno są ślepe, nie widząc wody mogły nie dostrzec niebezpieczeństwa. Syn wraca z wycieczki, Wnuk rysuje mu kolejno kreta, pisze słowo kret, prezentuje 12 pułapek na kreta, a mój syn głupieje, co ta babcia wyprawia z dzieckiem. Dlaczego prezentuje mu utopione zwierzątko i co gorsza, dyskutuje z nim o śmierci?! Nie ma pojęcia jak krążą myśli w zamkniętym małym domku oblewanym strumieniami deszczu.

Wnuczek wymyśla i rysuje nowe pułapki na krety (jak maszynę, co przerzuca złapane krety przez płot do sąsiada).

Podobna kratownica śni mi się jeszcze raz – we śnie z mamą, opisanym w poprzednich odcinkach.

Co kratownica miała znaczyć, nie wiem do dziś, jednak w obu snach wiązała zupełnie różne z pozoru sprawy i osoby. Jedynym tropem, który przychodzi mi na myśl jest pokrewieństwo brzmieniowe słowa „kret”, „kratownica”, „krecica” – to ostatnie niepoprawne oczywiście, ale logiczne w danej sytuacji.

W rodzinie ze strony mojej mamy podobno tylko ona miewała sny poprzedzające i była raczej z ich powodu wykpiwana. Jej sny były innego typu: nie było ważne co się śni, fabuła i otoczenie, ważna była osoba śniona i to, co miała zawieszone na szyi. A mogła mieć (jeśli miała) dwie rzeczy: wieniec z białych kwiatów lub spiętych kawałków krwistego mięsa. Wieniec z białych kwiatów oznaczał śmierć tej osoby, wieniec z mięsa także śmierć ale tragiczną – o co w czasie wojny, okupacji i Powstania nie było trudno. Nie wyobrażałam sobie jak to mogło wyglądać, ale odkąd obejrzałam wideoklip z jedną z piosenek Lady Gagi, już wiem. Ojciec zawsze kpił z mamy, że jak postoi się w mięsnym w kolejce, to mogą przyśnić się rozmaite bzdury. Dlatego mama była oszczędna w swoich opowieściach o snach, choć upierała się, że je ma, ale my, jako dziewczynki, uczone w szkole, że jest „jeden naukowy, światopogląd, a reszta to przesądy” nie drążyłyśmy tematu. Wiadomo, uczeni radzieccy, najmądrzejsi w świecie, o niczym takim jak prorocze sny nie informowali.

Zresztą mój ojciec miał także sceptyczny stosunek do snów w swojej rodzinie i dowiedziałam się o nich tylko od innych członków rodziny: ciotki, stryja i dziadka.

*

Najdalsze wspomnienia mojej rodziny o snach znaczących sięgają prababki Anny. Była matką dziewięciorga dzieci, z których najstarszym synem był mój dziadek. Był on oficerem w armii austrowęgierskiej i brał udział w jednej z bitew na froncie włoskim, gdzie został ranny.

Pewnej nocy jego matka, Anna, obudziła wszystkie swoje dzieci, kazała im klęknąć i modlić się, bo Benio jest w niebezpieczeństwie. Podobno stało się to w tym samym czasie, kiedy Benedykt został zraniony i pomyślał o matce. W pewnej mierze opowieść tę potwierdzają pocztówki wysyłane przez dziadka ze Szwajcarii, gdzie leczył się z ran.

Krótki czas po śmierci dziadka Benedykta moja ciotka, jego córka i mój stryj L., syn jego brata, pojechali w Tatry. Tam odwiedzali ludzi, którzy znali dziadka (namiętnie uprawiał wspinaczkę) i z tego powodu ciotka chodziła ciągle zapłakana. W końcu doszli do wniosku, że najlepiej będzie jak wrócą do Warszawy. Mieli w górach spędzić jeszcze jedną, ostatnią noc.

Tej nocy stryjowi przyśnił się dziadek, z rękami założonymi za plecy, jak lubił się przechadzać. Dziadek robił wrażenie niezadowolonego i zdegustowanego. Powiedział im: „Co wy wyczyniacie?! Jak można tak się zadręczać? Co wy sobie wyobrażacie, że śmierć jest kresem wszystkiego?!” Tu zwrócił się do stryja:

„Co, twój ojciec nie żyje? Przecież żyje choć dawno się utopił!” Zdanie to nie miało sensu, ponieważ ojciec stryja żył wtedy i, o ile wiedziano w rodzinie, nigdy się nie topił.

Ciotce śnił się dziadek, mówiący to samo, tymi samymi słowami. Tylko zakończenie było inne: nie mówił o ojcu stryja, a pytał ciotkę, czy już jej lepiej (była spuchnięta od zapalenia okostnej).

Identyczny sen, który przyśnił się dwojgu ludzi może budzić rozmaite domniemania, zwłaszcza, że zakończenie każdego snu było inne i niekoniecznie prawdziwe. Równie dobrze mogło być wynikiem sennego porozumienia obojga ludzi, jak i porozumienia każdego z nich z duchem dziadka.

Mój stryj L. miewał więcej tego rodzaju snów. Kiedyś ledwie zasnął, albo na pograniczu snu i jawy zobaczył przed sobą ogromną czerwoną kulę, pulsującą i przekształcającą się. Z kuli wyłoniła się twarz, w miarę przekształcania się, przyjmującą wyraz twarzy jego stryja, Kazimierza. Twarz ta odsuwała się, ale stawała się wyraźniejsza w miarę oddalania się czerwonej, kulistej formy. Malała coraz bardziej, najpierw do rozmiarów główki dziecka, potem jeszcze mniejszych, aż przeniknęła przez okno i znikła. W nocy stryj rozmawiał z żoną i doszli do wniosku, że postąpili nieładnie. Stryj tak ich wcześniej zapraszał, a nie odwiedzili go, postanowili więc znaleźć czas, aby nadrobić zaniedbanie. Jednak po rozmowie telefonicznej z rodziną dowiedział się, że stryj Kazimierz umarł w tym samym czasie, kiedy go zobaczył. Wcześniej nie mieli zamiaru do niego jechać, ale po tym wydarzeniu pojechali na pogrzeb. Na miejscu okazało się, że jego żona, innego wyznania, urządziła świecki pogrzeb na cmentarzu ewangelickim i nie miało przy nim być księdza. Mimo, że do pogrzebu było tylko dwie godziny stryj znalazł księdza, który zgodził się być na cmentarzu i uzyskał pozwolenie od duchownego ewangelickiego na odprawienie egzekwii przez księdza katolickiego. Stryj uważał, że jego stryj Kazimierz dlatego ukazał mu się we śnie, żeby załatwił sprawę pochówku katolickiego, ponieważ był bardzo głęboko wierzącym człowiekiem.

I jeszcze jeden sen mojego stryja. W tamtym czasie bardzo cierpiał z powodu ataku kamicy nerkowej. Bóle były tak silne, że podobno momentami pragnął śmierci. Kiedyś był bardzo zaprzyjaźniony z sąsiadami z przeciwka: Dziudkiem i Amandą. W tym czasie Dziudek nie żył już od dwóch lat, a jego żona przebywała w Anglii. Stryj znużony cierpieniem przysnął w fotelu (było to w czasie, kiedy jeszcze nie otrzymywał środków przeciwbólowych, dostał je dopiero w dniu następnym). Przyśnił mu się zmarły sąsiad wołający żonę: „Amandziu, pomóż mu! Amandziu pomóż mu! On tak cierpi, on tak cierpi.”. Żona przyłożyła we śnie ręce w bolące miejsce i ból zelżał. Następnego dnia Amanda dzwoni z Anglii i deklaruje, że przyspieszy powrót ponieważ w nocy przyśnił jej się mąż i powiedział jej: „Amanda, pomóż mu, pomóż mu”. W jej śnie powodem konieczności pomocy było to, że stryj rzekomo przyjechał do Anglii i zabłądził, czy też samochód mu się popsuł, w każdym razie potrzebował pomocy.

I w tym śnie widać pewne pomieszanie. Więź między małżeństwem i zaprzyjaźnioną z nim osobą w jakimś sensie wykracza poza próg śmierci. Z drugiej strony widać jak umysł śniącej przetwarza wołanie zmarłego męża, buduje jakąś fabułę, racjonalizując jądro snu – wołanie o pomoc – i próbując tego dokonać schodzi na fałszywą ścieżkę. Jednocześnie te senne przekazy między trójką ich bohaterów zaowocowały ustaniem, przynajmniej chwilowym, bólu.

Powstaje pytanie: komu łatwiej pomylić się w przewidywaniu przyszłości: zmarłemu członkowi rodziny czy żyjącemu śniącemu? Odrzucając niepotwierdzone wierzenie, że zmarły w zaświatach wie już wszystko, sądzić należy, że to śniący produkuje swoje proroctwa i jego niedoskonałe przewidywania i spekulacje znajdują odbicie w pomyłkach i racjonalizacjach. Stając się prorokiem przyszłości wykorzystuje swoich zmarłych przodków jako tubę przekazu. W antycznych dramatach ważne prawdy wygłaszał zawsze chór, w naszych snach czynią to zmarli przodkowie.

Ale czy na pewno? I czy zawsze?

*

Przywidzenie nad jeziorem

Teraz napiszę o swoich przywidzeniach i/lub snach. Pierwsze z nich zapisane to przywidzenie nad jeziorem wśród spławianych bali. Właśnie na skutek tego przywidzenia zaczęłam zapisywać także i swoje niektóre sny.

Wracaliśmy z dziećmi z wczasów na Mazurach w roku 1975 lub 1976 samochodem (jeszcze syreną) i zatrzymaliśmy się na odpoczynek i zjedzenie drugiego śniadania nad brzegiem jeziora. W miejscu tym pełno było spławianych bali i żeby dotrzeć do wody trzeba było po tych balach skakać. Bałam się, że chłopcy wpadną do wody i odciągnęłam ich od brzegu do lasu.

Byłam mocno rozgrzana słońcem i po wejściu do ciemnego, gęstego lasu mój wzrok jeszcze nie przyzwyczaił się do innego oświetlenia. Zaglądaliśmy pod krzaki jałowca, gdzie rosły zazwyczaj podgrzybki. Szukając grzybów kątem oka zwracałam uwagę na to, gdzie podziewają się dzieci, żeby przypadkiem nie zagubiły się w lesie. Możliwe, że nagłe przejście z jaskrawego światła do zacienionego lasu i ciągłe utrzymywanie w napięciu wzroku zajętego jednoczesnym szukaniem grzybów i oglądaniem dzieci kątem oka, było przyczyną tego niezrozumiałego zjawiska, które potem skojarzyłam sobie ze śmiercią koleżanki, możliwe jednak, że było to jedno z tych dziwnych zjawisk, które trudno wytłumaczyć.

Zaglądając pod wielki krzak jałowca zobaczyłam grzyba, a ponieważ z boku mignęła mi jakaś postać, którą uznałam za syna, powiedziałam do niego, żeby wpełzł głębiej pod krzak i wyrwał podgrzybka. Ponieważ nie reagował, odwróciłam głowę w bok i spojrzałam. Obok mnie stało coś białego, przejrzystego; jednocześnie miałam świadomość, że to nie jest realne, choć wcześniej wzięłam to coś za syna, a jego obecność była jak błysk i wcale nie byłam pewna, czy to coś widziałam, czy odczuwałam. W każdym razie mignęło mi i znikło.

Nazajutrz, już w pracy dowiedziałam się, że mniej więcej o tej porze zginęła w wypadku moja koleżanka. Nie byłam z nią specjalnie związana, ale znałyśmy się dość dobrze. Jednak gdyby ktoś mi powiedział, że mnie wybrała, żeby mi się pokazać po śmierci, byłabym zdziwiona. Nie było żadnego po temu powodu – nie tak jak w czasie snu lub przywidzenia mojego stryja.

Wrażenie było jednak bardzo silne i zostało na długo, ponieważ był to pierwszy przypadek niewytłumaczalnego w moim życiu.

Do tego muszę dodać, że kilkakrotnie trafiałam w miejsca, gdzie podobno ludziom pokazywała się Matka Boska (na wieży kościoła na Nowolipkach), czy ludzie tragicznie zmarli (rodzina, która zabita przez pociąg w tunelu pod Dworcem Gdańskim podobno odcisnęła swój ślad na ścianach tunelu) itp. Mimo wielkiej ilości osób wokół mnie oglądających te zjawiska i całkowicie pewnych, że je widzą, ja nie widziałam nic i prawdę mówiąc, byłam tym zdziwiona – Jak to?! Wszyscy widzą z wyjątkiem mnie? Jestem ślepa, czy co? – Dlatego sądzę, że nie jestem podatna na sugestie otoczenia (co nie znaczy, że na autosugestię).

Sen o ciotce

Moja ciotka, siostra ojca, jak wszystkie osoby z mojej rodziny po linii ojca – z wyjątkiem samego ojca, była polonistką z wykształcenia i nauczycielką. Studia kończyła w Wilnie, rozpoczęła nawet tam pisanie pracy doktorskiej, jednak perspektywa wojny i inne rodzinne sprawy zmusiły ją do połączenia się z resztą rodziny. Była bardzo mądrą osobą, łagodną i wyważoną, niezbyt praktyczną. Fizycznie jestem do niej bardzo podobna, charakterem i temperamentem jednak nie. Zawsze łączyła nas jakaś więź mimo, że po odejściu mojego ojca od mamy i wojnie między rodzicami wszelkie kontakty między mną a rodziną ojca zostały zerwane. Dopiero po śmierci ojca zbliżyłyśmy się, ale wkrótce i ona umarła.

Sen ten przyśnił mi się dwa dni po rocznicy jej imienin w czasie intensywnej pracy na działce nad „Historią rodziny”, rozmyślaniu o niej i próbach przypomnienia sobie informacji, na które kiedyś nie zwracałam uwagi, a które teraz bardzo przydałyby mi się. Próbowałam też zastanowić się, gdzie jeszcze mogłabym szukać informacji o rodzinie.

Śniła mi się ciotka przeglądająca notatki przed lekcją. Miała mnóstwo kartek i karteczek i jeden maszynopis. Powiedziała mi: mam maszynę do pisania i teraz wszystko, co jest ważne, mogę zapisać.

Potem przyszedł człowiek, może dyrektor jej szkoły i oświadczył: S. powiedziała, że teraz masz za nią uczyć. Nie powiedział, kogo ani czego. Zaczęłam przeglądać notatki S., żeby dowiedzieć się, przynajmniej czego mam uczyć, ale tylko zrozumiałam, że moja nauka ma dotyczyć różnicy między „słowem” a „wyrazem”. Męczyłam się we śnie, żeby zdefiniować tę różnicę, zaglądałam do notatek S., ale wszystkie kartki okazały się puste. Dyrektor powiedział mi: musisz poszukać jej notatek pisanych na maszynie, wtedy zrozumiesz, o czym ma być lekcja.

Obudziłam się, ale problem nadal mnie nurtował. Sen był tak wyraźny i sugerujący istnienie nieznanych mi materiałów, pomocnych w pisaniu „Historii rodziny”, że przy najbliższej okazji zaczęłam dopytywać się jej męża, czy przypadkiem nie przeoczył gdzieś notatek S. L. zaprzeczał, ale trudno mi było w to uwierzyć. W końcu, przyciskany, dowiedziawszy się o moim śnie, powiedział mi, że S. pisząc swoją, nigdy nie dokończoną pracę doktorską, prowadziła notatki na drobnych kartkach, ołówkiem lub różnokolorowym atramentem. Kartki te były różnego formatu. Notatki te podobno zostały zniszczone w czasie przechowywania w piwnicy, to znaczy pogryzione przez myszy. L. próbował je kiedyś odczytać, ale nie udawało mu się (może, jak w moim śnie, kartek tych nie dawało się przeczytać i dlatego S. nasunęła mi myśl o maszynopisie). L. stanowczo twierdził, że notatki te nie zawierały żadnych innych treści, ani związanych z rodziną, ani z S. osobiście. Co do maszynopisu, to podobno S. nie umiała pisać na maszynie i wszystkie teksty, które wymagały takiego napisania, powierzała mężowi.

Nurtuje mnie jeszcze jedno pytanie: Czy usilne rozmyślania w moim śnie dotyczące różnicy między „słowem” a „wyrazem” mają jakieś znaczenie, czy nie są pewnym tropem, który ujawni się w swoim czasie? Cóż może wyjaśnić słownikowa informacja, że słowo jest zespołem dźwięków mowy, odpowiadającym jednemu pojęciu, a wyraz znakiem pewnego przedmiotu lub pewnej treści – inaczej zapisem słowa? Kiedy opiniowałam akty normatywne, poprawiano mi zawsze „słowo” na „wyraz” (wyraz taki a taki należy zastąpić innym wyrazem). Miało to sugerować, że czepiam się nie wymowy aktu, a sformułowań, choćbym czepiała się naprawdę jego wymowy. Typowy przykład: zastąpić wyraz „należy” wyrazem „powinno się” lub „wskazane jest” – choć przecież chodzi o „słowa” i ich znaczenie, a nie o zapisane „wyrazy”. Ale to już tajemnica biurokracji.

Sen o ciotce w nocy 6/7 października 2000 śniony w czasie choroby z bardzo wysoką gorączką

Odprowadzam skądś S.; jest zima, dookoła zwały lodu, choć jezdnia oczyszczona i mokra. Wiem, że S. chce mi się zwierzyć i przeczuwam, że dotyczy to jej męża. S. mówi: może rozstaniemy się, jeszcze nie wiem. On tak zaangażował się w opiekę nad tą całą „Stokrotką” (możliwe, że „Margerytką”, dziś nie jestem już tak pewna, w każdym razie w miarę, jak S. mówiła, odnosiłam wrażenie lekko złośliwego określenia dotyczącego „słodkiej naiwnej” lub kogoś w tym rodzaju). I dodaje z oburzeniem: „Wiesz skąd on wziął? On po prostu ją kupił w domu publicznym!” Dochodzimy do wielkiego zwału śniegu i lodu w poprzek ulicy. Jest on wysoki, wyślizgany, jak od zjeżdżania sankami. Nie da rady przejść tego zwału, więc omijamy go, S. z prawej, ja z lewej strony. Za tym zwałem już nie spotykam S. Budzę się i chwilę dochodzę do siebie. Zastanawiam się, że S. mówi „dom publiczny” a nie na przykład „agencja towarzyska”; (to takie staroświeckie) jak bym ja powiedziała i wtedy dochodzi do mnie fakt, że S. nie żyje i że gdy umierała, nikt jeszcze nie słyszał o „agencjach towarzyskich”. Potem myślę, czy S. po to mi to powiedziała, żeby spytać jej męża o ową „Stokrotkę”. Układam w myślach jak najlepiej to zrobić, żeby słowa o „Stokrotce” nie dały jej mężowi do zrozumienia, że cokolwiek interesuje mnie jego prywatne życie. W końcu po śmierci żony ma prawo do innych związków. Ja chcę sprawdzić tylko trafność sennej informacji.

— „S. mówiła mi we śnie, że zaopiekowałeś się kobietą imieniem Stokrotka? Czy tak?” – Ale czy „Stokrotka” jest jej imieniem, przezwiskiem czy tylko skojarzeniem S.? Jak o coś takiego spytać? Potem zasypiam. Jednak do dziś nie tracę poczucia niesłychanej realności owej rozmowy.

Na imieninach M. 12 października tegoż 2000 roku wspominam, że ostatnio śniła mi się S., z którą byłyśmy na spacerze. Mąż S. zmienia temat. Już nie lubi prowadzić, jak kiedyś, rozmów, w których wspomina się o niej lub o ich wspólnych sprawach. Czas wiele zmienia.

W początku roku 2001 wyczytuję gdzieś, że kwiat margerytki jest symbolem złego prowadzenia się.

3 maja 2001 roku na imieninach męża S. poznaję niejaką J., jego sąsiadkę z góry. Pani J. jest miłą, choć nieco afektowaną kobietą, młodszą znacznie od nas wszystkich, pracującą, prawdopodobnie z wyższym wykształceniem, bowiem o tych studiach wspominała. Jest samotna, o czym też wspominała. Zupełnie nie pasuje do obrazu „kobiety zakupionej w domu publicznym”. To pewnie znowu jakieś senne przekłamanie.

A jednak… Ma granatową sukienkę w białe margerytki czy też stokrotki.

*

Czas na opis snów i zdarzeń mających związek ze sprawami ogólnymi. Taki sen poprzedzający przydarzył mi się raz i pewne złudzenie, a właściwie głos podpowiadający – też raz.

Głos podpowiadający „nawiedził” mnie tuż po katastrofie lotniczej w Lesie Kabackim w 1987 roku. Siedziałam przy otwartym oknie w moim mieszkaniu, z którego słychać czasami sygnały karetek jadących Doliną Służewiecką. Kiedy usłyszałam ten dźwięk, coś w mojej głowie „powiedziało” – samolot spadł.

Nieco bardziej skomplikowana i dziwaczna była sprawa z katastrofą „Twin Towers – World Trade Center” w Nowym Jorku w 2001 roku. Obudziłam się w nocy, gdy jeszcze było ciemno (godzina nieustalona) i przywidziało mi się, że muszę wstać i wyciągnąć z regału książkę. Wstałam więc (wówczas jeszcze nie wstawałam w nocy do toalety, a nigdy nie lunatykowałam) i podeszłam w tym półśnie do regału stojącego naprzeciw mojego łóżka. Sięgnęłam na półkę i po ciemku wymacałam trylogię Tolkiena – wydanie jeszcze z lat pięćdziesiątych. Wyciągnęłam środkowy tom i położyłam go na stoliczku na kółkach obok łóżka – gdzie zawsze kładę czytane książki i gazety.

Kiedy obudziłam się rano znalazłam „Dwie wieże” i przypomniałam sobie nocne wstawanie. Byłam zdziwiona i odłożyłam książkę z powrotem na półkę; nie miałam zamiaru bowiem po raz któryś jej czytać, w dodatku od środka. Około 10-ej rano włączyłam telewizor i zobaczyłam transmisję uderzenia w pierwszą wieżę. Druga jeszcze wówczas stała.

Miewam czasem dziwaczne sny, które wydają mi się ważne, ale których nie potrafię zinterpretować i powiązać z jakimiś wydarzeniami. Opiszę tu mój sen o pojazdach (statkach kosmicznych?) , ponieważ nie miał on moim zdaniem żadnego specjalnego znaczenia, jednak wykorzystany i przetworzony literacko przyniósł klęskę kolejnym przedsięwzięciom wydawniczym zawierającym ten motyw. Opowiadanie uznano za bardzo dobre, ale zawsze było albo za długie albo za krótkie, albo nie odpowiadało linii antologii wydawnictwa albo nie dawało się symetrycznie podzielić na odcinki. Ostatni zarzut dotyczył tego, że jego związek z tematyką innej antologii był zbyt luźny. Zresztą od klęski tego opowiadania zaczęła się moja kilkuletnia niemoc twórcza.

Śniło mi się, że jechałam pociągiem i pociąg ten dojeżdżając do Warszawy przejeżdżał przez most kolejowy na Wiśle. Jak w normalnej rzeczywistości, doskonale było widać oświetlone Śródmieście z Pałacem Kultury. Pociąg jechał bardzo wolniutko i w połowie mostu zwróciłam uwagę na poruszający się równolegle pojazd. Płynął bezgłośnie nad wodą na wysokości pociągu i był konstrukcją przypominającą wielki helikopter czy statek, jednak był wielopoziomowy i całkowicie przezroczysty. Zarysy statku i znajdujących się tam istot (raczej to byli ludzie) były widoczne dlatego, że światła Śródmieścia i ich odbicie w wodzie w jakiś sposób kolejno odbijały się od przezroczystej powierzchni statku pozwalając miejscami widzieć wszystkie zarysy: konstrukcji, maszynerii i ludzi (istot) na statku. Widok był bardzo piękny, delikatny, a jedyne uczucie, jakie we mnie budził, to było zdziwienie, że dane mi jest to widzieć, choć to wydarzenie tajemnicze i wyjątkowe.

Gdy skierowałam wzrok ku górze zauważyłam, że nie jest to jedyny statek. Właściwie całe niebo pełne było takich pojazdów, poruszających się spokojnym, płynnym ruchem, o rozmaitej wielkości i odmiennych konstrukcjach. Potem kąt widzenia zmienił się i światło ze Śródmieścia zaczęło inaczej padać na wodę i widok statków znikł.

Sen ten był tak realny i pełen zagadek (istoty na statkach wykonywały rozmaite niezidentyfikowane czynności posługując się dziwnymi choć doskonale widocznymi narzędziami), że chwilami miałam wrażenie iż nie był to sen, tylko gdzieś tę scenę widziałam. Dodam jeszcze, że moja siostra, która pierwsza, jeszcze przede mną interesowała się literaturą SF (i miała zawód uprawniający ją do tego – inżynier automatyk ze specjalizacją robotyka) miała bardzo podobny sen w tym samym okresie. U niej jednak statki unosiły się w dzień nad miastem.

Jednak i w realu przydarzały mi się zdarzenia dziwne i niezrozumiałe. Pierwszym z nich był prawdopodobnie coś, co nazwałam „bolid na Lemanach”

Było to dziwaczne zjawisko zaobserwowane na wsi Lemany. Pojechałam tam w bodajże czwartej klasie szkoły podstawowej na wakacje z mamą i panią S. Mama przyjaźniła się z panią S., ale przyjaźń ta nie była symetryczna. Państwu S. znakomicie się powodziło, a moja mama, nie mając żadnych źródeł dochodów i będąc bardzo schorowaną, utrzymywała siebie i nas z zasiłków Opieki Społecznej. Jolusia S. miała kłopoty z czytaniem i ja miałam ją podkształcić w tym zajęciu. W tym celu siadywałyśmy godzinami na łące nad rzeką i Jolusia dukała z książki opowiadania. Nawet mam zdjęcie z Jolusią na tej łące. Zajęcie dla mnie było bardzo nudne, ale ponieważ przebywałyśmy z grzeczności pani S., w wynajętym przez nią domu na tych wakacjach, nie mogłam się od niego wykręcić. Czasami jednak miałam trochę czasu dla siebie, gdy mama wołała Jolusię na kolację, ja mogłam poleżeć trochę sama na łące i poczytać swoją książkę, o wiele bardziej interesującą, niż baśnie Jolusi.

Kiedyś prawdopodobnie zasnęłam na tej łące nad rzeką i obudziłam się, gdy zapadał już zmrok. Leżałam chwilę wpatrzona w niebo (widać było gwiazdy, ale nie było księżyca) aż zaczęły mnie gryźć komary czy inne owady. Pamiętam doskonale, że z ich powodu postanowiłam wracać. Wstałam więc i stałam, gdy nagle nad moją głową, niesłychanie nisko, przeleciała świecąca kula. Podmuch i świst, hałas, jaki usłyszałam spowodował, że przewróciłam się na ziemię i odruchowo zakryłam rękami głowę. Dlatego też nie widziałam dokładnie kuli, ale było to najbardziej realne zjawisko, jakie można sobie wyobrazić. Kula błyskawicznie znikła za horyzontem.

Kiedy wróciłam do domu, okazało się, że nikt nic nie widział, ale słyszeli hałas; sądzili, że to przeleciał nisko jakiś samolot. Nie wgłębiałam się w tę sprawę, ponieważ zawsze w rodzinie powtarzano, że mam bujną wyobraźnię, więc bałam się ośmieszenia. Zresztą starałyśmy się swoimi sprawami jak najmniej zawracać głowę pani S.

W przeciwieństwie do innych moich doznań, to było niesłychanie realne. Dlatego też przypuszczam, że mógłby to być jakiś bolid spalający się w atmosferze. Parę lat temu przeczytałam artykuł, w którym informowano, że naukowcy potwierdzili subiektywne istnienie dźwięku wydawanego przez przelatujący bolid i zastanawiali się nad jego przyczyną, ponieważ tarcie o atmosferę spalającego się ciała nie mogło emitować dźwięku realnego, ponieważ był zbyt odległy od obserwatora. Wcześniej gotowa byłam uwierzyć, że to moja buntownicza natura znalazła odbicie w fantastycznej interpretacji zjawiska spadającej gwiazdy – skoro coś spada, musi świszczeć i wyć, bowiem upadek w ciszy przekracza moje zrozumienie. Jednak tej interpretacji przeczył fakt, iż nie miałam poczucia, że coś spada, tylko czułam, że coś leci.

Innym zjawiskiem niewytłumaczalnym dla mnie było pękanie szklanki w moim poprzednim mieszkaniu w Alei Lotników.

Kilkakrotnie zdarzyło mi się, gdy siedziałam przy stole i myślałam o jakichś kłopotach czy trudnościach, bezmyślnie wpatrując się w pustą szklankę po herbacie (wówczas jeszcze nie było szkła typu arcoroc, szklanki robiono z normalnego, cienkiego szkła), stojącą na stole, że szklanka ta pękała. Działo się to tylko w mieszkaniu na Al. Lotników i potem, raz na działce, gdzie wywiozłam niedobitki szklanek z czasów PRL – umieszczanych w metalowych lub plastikowych „koszyczkach”.

Mogły być tego dwojakie przyczyny. Mieszkanie to, narożne w bloku bardzo łatwo podchwytywało drgania pochodzące z przejeżdżających jezdnią ulicy ciężkich samochodów. Często od nich drżały szyby w mieszkaniu. Jednak szklanki pękały wyłącznie w opisanych okolicznościach – ponurych rozmyślań.

Druga przyczyna mogła wiązać się z moim ówczesnym stanem nerwów. Było to tuż przed nadejściem okresu przekwitania, kiedy moje trudności nasilały się, ale kiedy jednocześnie miałam najwięcej siły i woli, żeby coś w swoim życiu zmienić. Nie zmieniłam oczywiście nic, poza tym, że trzy czy cztery razy spowodowałam (?) pęknięcie szklanki.

Na działce grały emocje, gdy kilka godzin po wyjściu ze szpitala w Siemiatyczach po rozpuszczeniu zakrzepu w tętnicy szyjnej, otrzymałam na komórkę anonimowy telefon z groźbami. Wówczas pękły na raz trzy brudne szklanki w plastikowych pomarańczowych koszyczkach. Szklanki w koszyczkach metalowych ocalały. Mnie się nic nie stało.

Tutaj muszę wspomnieć o mrowieniu w brzuchu. Jest dziwacznym odczuciem, poprzedzającym niektóre zdarzenia w moim życiu. Zawsze poprzedzało pękanie szklanki. Raz wystąpiło przy słuchaniu w radio jakiejś robiącej wrażenie melodii. Najczęściej doświadczam go przed zaśnięciem na działce, szczególnie silne jest przed snami znaczącymi. Wiązałam go z faktem, że nad moim łóżkiem wahadełko zachowuje się jak oszalałe, że na podcieniu domu pod oknem, przy którym stoi moje łóżko, zawsze budują gniazdo osy i gromadzą się bezpańskie okoliczne koty i że śpię na materacu, na którym umarła moja mama. Może to być ciek wodny, ale i możliwe jest coś innego.

Uczucie to przypomina wibrowanie i umiejscowione jest trochę poniżej żołądka, ale w żadnym określonym miejscu mojego ciała. Nie wiąże się z żadnym bólem. Czasem powoduje poważne przyspieszenie akcji serca, do tego stopnia, że muszę przed snem zażyć dodatkową dawkę lekarstwa zwalniającego rytm. Nie występuje rano, ale zawsze bezpośrednio po położeniu się do łóżka, potem zanika, czasem powraca w środku nocy.

W Warszawie się nie zdarza.

Oprócz opisanych snów poprzedzających, trzy lata temu przydarzył mi się ostatni z takich snów. Był to jednocześnie pierwszy ze snów, w których występował zmarły mąż. Do tamtej pory nie śnił mi się, z wyjątkiem jednego snu, kilka dni po śmierci. Potem już nie.

I wówczas przyśniło mi się, że nocujemy u naszych znajomych, u których kiedyś zostaliśmy na noc przed laty po dłuższej balandze. Mam nawet fotografię z tamtego miejsca i tapczanu półki, na którym nas położono w ubraniach i wygłupiających się z kieliszkami i butelką szampana. Sen powtórzył tamtą sytuację. Śniło mi się, że budzę się właśnie w tym miejscu i patrzę na półkę nad tapczanem. Stoi tam radioodtwarzacz, który gra jakąś melodię. Mężowi ta muzyka się nie podoba i każe mi włączyć jakąś płytę. Nastawiam więc płytę leżącą obok na półce i na wyświetlaczu aparatu pokazuje się pasek z wiadomościami jak w TVN 24 lub TVP Info. Na pasku tym czytam: „Zginął śmiercią tragiczną…” Przerażona budzę się.

W noc przed śmiercią mój mąż obudził się, zawołał mnie i opowiedział swój sen, w którym wieczorna wiadomość obejrzana w telewizji o śmierci jakiegoś żołnierza w Afganistanie spowodowała, że nabrał przekonania, iż zmarły żołnierz był członkiem jego rodziny. Tuż przed chorobą mąż badał genealogię swojej rodziny, a była ona bardzo rozległa. Każda tabela jednej linii pradziadka (a było ich kilku) zajmowała kilkanaście stron. Mąż prosił mnie, żebym rano sprawdziła kim był ten żołnierz, który zginął. Nad ranem zmarł i sprawa poszła w zapomnienie.

Przypomniałam sobie to wydarzenie i wiązałam ów sen z tamtą sprawą. Zaczęłam więc szukać informacji o tym zmarłym dwa lata wcześniej żołnierzu i zajęta byłam tym do chwili, kiedy otrzymałam sms od bliskiej mi osoby o zamiarze popełnienia samobójstwa.

Zdążyłam zapobiec temu zamiarowi. Udało mi się ściągnąć tę osobę do mnie, a potem znaleźć namiary na doskonałego lekarza leczącego depresję, załatwić dojście do niego i ekspresowe przyjęcie oraz podjąć cały szereg kroków, które spowodowały, że obecnie nic takiego już nie grozi.