Spółki Miejskie

Babcia Ezoteryczna. Oczy jak chabry

Dodaj komentarz

Katarzyna Urbanowicz

Stasys Eidrigevicius

Młode, chłopięce głosy niosły się w mroźnym, przedwieczornym powietrzu, odbijały się od ściany dalekiego lasu. Marcelce wydawały się ostrymi kawałkami lodu, uderzającymi w czoło i powodującymi niespodziewany ból.

Polakiw wyriżem, Żidiw wyduszym
wełyku Ukrainu zdobuty musym…

Szli całą szerokością drogi, widoczni z daleka. W rękach nieśli widły i siekiery. Ich czarne sylwetki, podświetlone zachodzącym słońcem budziły lęk. Usłyszała śpiew dopiero, gdy pociąg odjechał i nie mogła się już schronić w wagonie. Mizerniutki przystanek nie dawał żadnej osłony i jak okiem sięgnąć po horyzont, nie było gdzie uciekać. Najbliższe zabudowania należały do Ukraińca Hrychorija i trudno było po nim spodziewać się jakiejkolwiek pomocy. Marcelka, Frania i Sabina stały jak wrośnięte w ziemię, tylko parujące oddechy w mroźnym, grudniowym powietrzu świadczyły o tym, że żyją. Tymczasem młodzieńcy zaczęli następną piosenkę, zastępując szybki i dziarski rytm przewlekłą frazą, właściwszą dla tęsknej dumki. Dziewczynki znały melodię, często grano ją na wieczornicach, jednak słowa nie miały nic wspólnego z tymi, które znały:

My Lachów wywisim na haki
Jak cei sobaki
Za ukraińskij narod…

W szkole dziewczynek odwołano lekcje i wydano świadectwa ze stopniami i promocją mimo, że dopiero zbliżało się Boże Narodzenie. Kiedyś było to gimnazjum; gdy do miasteczka weszli Rosjanie, zmienili go na szkołę powszechną, cofając o dwa lata numery roczników szkolnych, a Niemcy zostawili jak było, mieli inne sprawy na głowie. Tak czy siak, koniec roku szkolnego w grudniu, to było coś niespodziewanego. Nauczycielki powiedziały, że teraz uczniowie powinni być ze swoimi rodzinami. Nic dziwnego, skoro dorośli mogą zdecydować się na opuszczenie gospodarstw, na wyjazd do krewnych lub na ucieczkę do większych miejscowości. Wielu, w strachu, zapisywało się na roboty do Niemiec. Dzieci ze stancji wysłano pospiesznie do domów, niech rodzice w ten trudny czas mają je pod ręką. Co by zresztą z nimi było robić, gdyby zostały sierotami! Z okazji wcześniejszego zakończenia nauki gospodyni Marcelki i zarazem jej nauczycielka, panna Stanisława, poczęstowała swoje cztery podopieczne, zajmujące u niej nieogrzewany pokoik na stryszku, górą kartofli, okoloną wianuszkiem skwarek, suto polaną tłuszczem. Potem zapakowała dla rodziny Marcelki prezenty: kostki mydła dla mamy i dzieci, świece dla dziewczynki, żeby miała przy czym czytać, a papierosy dla taty. To było niesłychane, zazwyczaj to rodzice przywozili pannie Stanisławie prowiant należny za opiekę i nikt nie oczekiwał od niej podarunków. Już to powinno Marcelkę zastanowić, ale niespodziewane wakacje tylko dziewczynkę ucieszyły, jak i większość jej szkolnych koleżanek. W domu można było się najeść, nagrzać wody i wykąpać w balii, ogrzać przy kuchni z buzującym ogniem, pośmiać i pożartować wieczorami z rodziną i sąsiadami. Zawsze z bratem toczyli bójki o to, kto pierwszy się wykąpie i zawartość balii chlapała na wszystkie strony. I tak potem do obowiązków dzieci należało szorowanie podłogi. Potem wyciągano szycie lub cerowanie, ojciec zabierał się za jakieś drobne naprawy, wpadali znajomi, słuchano opowieści babci albo ostatnich nowin. Od niedawna rodzice uznali córkę za wystarczająco dorosłą; miała już blisko szesnaście lat i nie kazano jej wychodzić z izby przy niektórych opowiadaniach, a dziewczynka była z tego dumna, czując się już dorosłą panną.

Panna Stanisława próbowała wprawdzie ostrzegać Marcelkę; z miasteczka od paru dni widać było coraz bliższe łuny, ale do odjazdu pociągu było mało czasu i dziewczynka spiesząc się, puszczała jej uwagi mimo uszu. Całą drogę chichotała z koleżankami; ominęła je klasówka z matematyki, a wszystkie stopnie na świadectwach były pozytywne. Nawet tych, którzy się tego nie spodziewali, nauczyciele potraktowali ulgowo. Dopiero teraz, widząc trzy sylwetki z widłami, pomyślała w panice: diabły. – Panie Boże, diabły przyszły po nas i nasze dusze. To o nich szeptały kobiety, opisując straszliwe szczegóły mordów, ukrywane przed dziećmi. Diabły rizuny – tym byli.

Tymczasem diabły, dostrzegłszy dziewczynki, zmieniły piosenkę na triumfalne wrzaski, a Marcelka, gnana dzikim strachem, rzuciła się do ucieczki. Biegła na przełaj przez pole nie oglądając się na koleżanki ani na napastników. Czuła tylko, że ją ścigają, że są coraz bliżej, a ona nie ma gdzie się schować. Cienka linia rzeki na horyzoncie i pasmo lasu za nią nie dawało nadziei na pomyślny wynik ucieczki. Nie to, co w jej wsi, gdzie las podchodził pod same chałupy.

Dopadł ją najmłodszy, ładny brunet z niebieskimi, jak chabry oczami, o długich rzęsach. Miała wrażenie, że go znała, może spotkali się we wsi u kolegów czy koleżanek, kiedyś przecież wszyscy bawili się razem, a i w niektóre święta pop razem z księdzem prowadzili procesje. Tak, jak w święto, nazywane Jordan. Tego dnia nad rzekę wyruszała procesja polska i ukraińska. Z lodu wyrąbywano krzyż i polewano go wodą zabarwioną sokiem z czerwonych buraków. Wodę w przerębli święcono, kąpano się i wspólnie śpiewano Bóg się rodzi i Boh sia rażdżajet. Ale to było dawno. Nikt nie mówił Ukraińcy, tylko Rusini, i nikt nikogo nie gonił z widłami i siekierami. Sok z buraków był tylko sokiem z buraków.

Unieruchomiona Marcelka, z szyją wepchniętą między zęby wideł, zaciągnięta na podwórko Hrychorija, patrzyła, jak umierały jej koleżanki. Sabinę zadźgano i porzucono jak starą szmatę, dla zabawy wpychając jej do ust jej własny but, Franię, przekłutą widłami wrzucono do studni, a ponieważ nie utopiła się od razu, rzucano z góry na nią wszystko, co wpadło napastnikom w ręce: stępy, żarna, a na koniec koryto, które utknęło kręgu cembrowiny.

Wtedy z chaty wbiegł Hrychorij i zaczął wydzierać się na napastników. Nie dość, że studnię mu zatruli, trupa podrzucili narażając gospodarza na zemstę, to jeszcze i dobytek niszczą! Co im koryto zawadzało! W czym teraz zwierzęta będzie poił! I niech zabierają tę żywą, bo on nie ma zamiaru jeszcze tej wyciągać ze studni lub kopać dla niej dołu. I nie ma ochoty patrzeć na inne bezeceństwa! Pop na kazaniu mówił: – Każut pro nas, szczo my rizuny, no my świati rizuny!¹ – a to nie znaczy, że mają z Laszkami swawolić!

Prowadzili więc chłopcy Marcelkę z widłami na szyi, zabierając ją z zasięgu wzroku gospodarza, kopiąc od czasu do czasu po nogach, żeby szybciej szła, ale nie używając siekiery, bo trzeba by potem trupa wlec dalej od zagrody.

Robiło się coraz zimniej i chyba zabawa zaczęła im się nudzić. Żałowali, że nie kazali Hrychorijowi wyciągnąć gorzałki i dać sobie coś do jedzenia. Pierwsze odurzenie mijało i przychodziły im na myśl inne rzeczy, na co dzień ważniejsze niż ów poryw chwili, wyzwolony wódką i czyimś podburzeniem. Nie mieli już ochoty na dziewczynę; wieczorem Fedir miał randkę, a Jurko obiecał matce przebrać ziemniaki w kopcu. Ołeksa milczał i prowadził Marcelkę bez słowa. Od początku nic z tego mu się nie podobało, ale był patriotą, jak wszyscy, i nie chciał się od kolegów odróżniać.

Początkowo zamierzali ją spławić wodą nieco dalej, za wzgórze, gdzie nie widziałby ich Hrychorij i tam się z nią zabawić, ale nad brzegiem zmienili zdanie. I jakoś chęć na zabawę przeszła. Główny nurt wprawdzie był wolny od lodu, ale przybrzeżna zmarzlina niepewna, bali się tam wlec szarpiącą się dziewczynę. Postanowili wyrąbać przerębel siekierami i utopić ją. To było jeszcze lepsze, pod lodem nikt nie przeżyje ani nie wydostanie się, starczy odepchnąć od dziury widłami i ofiara straci orientację. Zresztą obciąży się ją i po kłopocie. Jeden z chłopaków rąbiąc lód zgubił metalowy obuch, który natychmiast utonął. Wściekły z powodu straty, szukał nad brzegiem kamienia, żeby przywiązać go do nóg dziewczyny, ale gdy go znalazł, okazało się, że nawet nie mają sznura, aby ją związać. A przecież mogli kazać Hrychorijowi przynieść sobie dobry mocny postronek! Ołeksa poganiał ich, był zmęczony i może budziły się w nim wyrzuty sumienia lub niepokój, albo bolała go ręka od trzymania wideł. Może i jemu Marcelka wydawała się znajoma?

Wiedziona nieuzasadnioną nadzieją Marcelka zaczęła błagać Ołeksę o darowanie jej życia, plotła coś trzy po trzy, chcąc go przekonać, że nie zasługuje na śmierć, mówiła o świadectwie szkolnym i samych piątkach, ale nie doczekawszy się żadnej odpowiedzi ani spojrzenia – przestała. Zaczęła się modlić: – Ojcze nasz, który jesteś w niebie – i dalej nie mogła sobie przypomnieć. Z głębin pamięci wychynęła strofa: – Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj – i przepadła w myśli, że wcale nie chce żadnego chleba, ani powszedniego ani innego, chce tylko jutro rano iść do szkoły i pisać klasówkę, jak inne dzieci, nic więcej. Uświadomiwszy sobie jednak, że ta myśl o klasówce na nic jej się nie przyda, wróciła do modlitw, niestety, zapomniała je zupełnie. Ani „Ojcze Nasz” ani „Zdrowaś Mario” nie odsłoniły przed nią dalszej części zaklęcia, które przyniosłoby upragnione ocalenie. Zapomniała… Może dlatego diabły zabierają ją do piekła, że nie pamięta modlitw, może dlatego nikt nie chce pomóc, bo Marcelka nie jest dobrą katoliczką? Tyle razy modliła się w kościele – i wieczorem, klęcząc przed łóżkiem, i rano, tuż po obudzeniu, jeszcze leżąc. I nigdy nie zapomniała ani słówka. – Boże, Boże, pomóż mi przypomnieć sobie modlitwę – błagała w myślach. – Uratuj mnie, Najświętsza Panienko – ale to nie pomagało.

Ołeksa przewrócił Marcelkę na ziemię, nie zdejmując wideł z jej szyi, a jego towarzysze oddarli pasy z jej spódnicy i skrępowali nogi przywiązując do nich kamień. Dziewczyna pomyślała, że nie może przypomnieć sobie modlitwy, bo nie klęczała w pokorze modląc się, ale i teraz, leżąc na mokrym i brudnym śniegu, czując go w ustach, pełna żarliwości i skruchy, miała pustkę w głowie. I wtedy z tej pustki wyłoniły się słowa, zawsze powtarzane bezmyślnie, a dziś pełne błagania: – Aniele Stróżu mój, ty zawsze przy mnie stój, rano, wieczór, we dnie, w nocy… – Dzisiaj, teraz! – I już nie zdołała pomyśleć więcej, przestało mieć znaczenie, czy pamięta jakiekolwiek słowa, czy nie, ponieważ przeraźliwy strach sparaliżował jej ciało, powoli zanurzane w przeręblu, wyciskając z niej ostatnie myśli. Brzegi lodu szarpały ramiona i ręce dziewczyny, z szyją uwięzioną miedzy zębami wideł nie miała możliwości jakiegokolwiek uniku Wreszcie Oleksa wyszarpnął widły i kopniakami wepchnął głowę Marcelki do wody. Używając styliska wcisnął szamocącą się dziewczynę głębiej pod lód. Straszliwe zimno zmieniło się we wrzątek, Marcelka zesztywniała, zmieniła się w kamień i po paru niezdarnych oddechach, zatrzymanych w skamieniałej tchawicy, odpłynęła w dół. Nad powierzchnią wody błysnęły jej jeszcze oczy Ołeksy, błękitne jak chabry, uważne i beznamiętne.

*

Hrychorij rozpoczął usuwanie zniszczeń. Najpilniejsze było wyciągnięcie ze studni koryta. Nie był już najmłodszy i nie dał rady zaczepić bosakiem ciężkiego drewna, więc wstawił do studni drabinę. Kiedy schodził po niej, poczuł, że ktoś chwyta za szczeble. Rad nierad musiał najpierw wyciągnąć dziewczynę, a potem koryto. Ucieszył się nawet, że żyje, woda nie będzie zatruta i sama się oczyści. Pewnie złapała się koryta i tak utrzymała głowę nad powierzchnią. Ciągnąc dziewczynę w górę i opierając na coraz wyższych szczeblach pomyślał, że to nawet dobrze się składa, nie będzie kopał grobu i nikogo w nim chował, po prostu da znać Lachom. Niech zabiorą dziewuchy, a jak ta przeżyje, to powie, że on nie miał z tym nic wspólnego, przeciwnie, że uratował tę ze studni, zrobił co mógł. Nie musi też wyciągać koryta, żaren i innych rzeczy, powie im, że nadwyrężył sobie krzyż, to chyba z wdzięczności mu to wszystko wyciągną. Zawlókł dziewczynę do chaty i nie rozbierając z mokrych łachów, położył na ciepłym jeszcze piecu, ubrał się i poszedł do najbliższej zagrody zawiadomić, że ma w obejściu jedną żywą i jednego trupa do pochowania.

*

– Zatańcz ze mną – usłyszała Marcelka. Poczuła dłonie obejmujące ją w pasie i unoszące do góry. Na nogach miała niewygodne, twarde buty, pocierając więc nogą o nogę zsunęła je, nawet nie rozplątując sznurowadeł. Lekka i radosna wirowała w objęciach partnera szeroko rozkładając ramiona i muskając nimi liście, kwiaty i strugi deszczu. Woda spowolniała jej ruchy, czyniła je pełnymi wdzięku i zadumy. Piękna melodia zagłuszała bolesne dudnienie w głowie i ból uszu.
– Zaraz ci przejdzie – szepnął głos. – Połóż się na wznak, płyń – mówił, a może śpiewał, sama już nie wiedziała. – Tu masz gałąź, możesz w jej rozwidleniu odpocząć, a ja sprawię, że woda będzie ciepła. Czy czujesz, jak ogrzewają się twoje palce? Jak ciepła fala opływa twoje ciało? Nie martw się niczym, jestem przy tobie. Podtrzymujące ją ramię było silne, pewne, oddech na szyi ciepły. Mogło się zdawać, że Marcelka stoi w miejscu, a jednak płynęła.

Rozmarzona, trzymając swojego towarzysza za rękę, patrzyła w rozgwieżdżone niebo. Czuła jego bliskość, było takie wspaniałe, migocące, a jednak nieruchome i nieskończone. Między palcami dziewczyny przeplotła się giętka łodyżka. Kwiat, który z niej wyrósł, utknął pod pachą, łaskocząc obnażone i poharatane lodem ramię.. Nikt nie docenia siły powoju. A przecież dłoń Marcelki opierała się na wątłej z pozoru roślinie. I jej towarzysz wspierał się na nim, i powój podtrzymywał też sklepienie nieba z wszystkimi jego gwiazdami… I niebieściały chabrowe oczy tancerza, przejrzyste i odległe.

Nagły wstrząs sprawił, że oprzytomniała. Gałąź dotknęła brzegu, osiadła w nadrzecznych szuwarach, a woda dookoła Marcelki zrobiła się lodowato zimna. Natychmiast przypomniała sobie wszystko. Żyła. To jeszcze nie była śmierć. Ale kto jest z nią? Kto z nią tańczył, kto obejmował, kto muskał oddechem jej szyję? Nie było nikogo. Nikt jej nie obejmował ani nie trzymał za rękę, wiedziała to nawet bez rozglądania się. Była sama, czuła to. Odszedł jej wybawca, opuścił ją. Jak da sobie teraz radę sama?

Ostatkiem sił wydostała się z rzeki na brzeg. Było jasno jak w dzień. Wieś, do której dopłynęła, płonęła. W blasku widać było biegające sylwetki, słychać ujadanie i skowyt psów, straszliwe krzyki i strzały. Ryczało bydło. Marcelka zrozumiała, że wieś napadnięto, że ginęli bliscy i sąsiedzi, ponieważ to była jej wieś, Łabanucha. Z osłupieniem odkryła, że woda przeniosła ją dalej niż pięć kilometrów, tyle bowiem liczyła sobie odległość od stacji polną drogą, a rzeka przecież wiła się zakolami.

*

Hrychorij spotkał na drodze znajomego z polskiej części kolonii, Antoniego, który był stryjecznym bratem matki Frani i powiedział mu, żeby przyjechał po jedną żywą i jedną martwą dziewczynę, które złapali chłopci. I że jeśli się pospieszy, to może jeszcze dziewucha wyżyje. Powiedział to tylko tak sobie, bo wcale nie był pewny, czy wyciągnięta ze studni dziewczyna jeszcze dychała, a na tę drugą, leżącą obok studni, nawet nie spojrzał, spieszno mu było tylko do odzyskania koryta. Antoni zaprzągł konia, narzucił na furkę siana, wrzucił worek plew i parę derek i ruszył w drogę. Żona Antoniego uklękła z dziećmi na gołej podłodze przed świętym obrazem i zaczęły odmawiać modlitwę za zmarłych i umierających. Najstarszego syna posłała do następnej wsi, do rodziców Sabiny, żeby szli do księdza i umawiali pogrzeb.

*

Matka Marcelki, Kornela, rano wyszła z domu. Poszła osiem kilometrów dalej, na siedlisko, do swojej siostry, Haliny, wdowy, która leżała w połogu z pogrobowcem, ochrzczonym z wody Józiem. Halina źle zniosła ten swój pierwszy poród, spłakana z niepokoju o męża, trzęsąca się jak liść osiki ze strachu o dziecko. Słyszała, że rizuny wyciągają dzieci z kołysek i trzymając za nóżki roztrzaskują je o drzewa lub chałupy, albo podrzucając w górę strzelają do celu, albo rozdzierają na połowy trzymając każdy za nóżkę. Z tego lęku nie mogła zdecydować się: czy lepiej urodzić i oglądać śmierć maleństwa, czy też trzymać go jeszcze w brzuchu i zginąć z nim razem. Dostawała więc bólów porodowych, a za chwilę brzuch jej sztywniał i skurcze przechodziły. Kiedy zaś pomyślała o mężu, płakała żałośnie, nie myśląc o dziecku.

Wcześniej mąż Haliny otworzył wieczorem drzwi, usłyszał stukanie. Kazali mu zaprzęgać konia, bo potrzebna podwoda. Odjechali już kawałek, kiedy Teofil pomyślał, że nie wie, kiedy wróci, więc zdałoby się wziąć coś do jedzenia i zapasowe onuce, jakby buty przemokły. Zostawił Ukraińców, policjantów czy partyzantów, kto by tam ich rozeznał, na furce i wrócił do domu. Halina szykowała mu chleb i nalewała mleko do flaszki płacząc i błagając, żeby brał nogi za pas, a konia i furkę zostawił. Ale Teofil nie chciał się zgodzić.

– Będą się mścili na tobie, jakby co – powiedział opędzając się od niej, jak od uprzykrzonej muchy. Dała mu więc jeszcze samogonu, gdyby musiał przychylniej nastawić dla siebie kogoś z tamtych, świeże onuce i starą wyliniałą już baranicę, której w razie czego nie byłoby żal – jakby przyszło nocować na furze.

Znaleźli go dopiero po dwóch tygodniach, gdy twarz i brzuch wyjadły mu już lisy. W głowę miał wbite dwadzieścia gwoździ. Leżał w jarze obok śladów po ognisku i trupa konia, z którego wykrojono dwie porządne szynki. Butelka samoogonu była pusta. Nie było fury. Sąsiedzi zastanawiali się, na co komu fura bez konia, aż wreszcie domyślili się, że mordercy potrzebowali wywieźć coś z leśnej kryjówki. Koni pewno mieli nadmiar, a brakowało im wozu. Sąsiedzi powieźli nieboszczyka na cmentarz, ale kiedy zobaczyli, że za murem czają się jakieś uzbrojone postaci, porzucili go nie pogrzebawszy i uciekli. Wrócili nazajutrz z Niemcami z posterunku, ale Teofila nie było tam, gdzie go zostawili. Trup wisiał na drzewie, odarty z odzienia z wyrżniętym na piersi napisem: smiert Lachiw. Pochowali go, a ksiądz rozglądając się na boki pospiesznie odmówił modlitwy. Ze strachu język mu się plątał, więc mamrotał i zachłystywał się śliną.

Halina nie była na pogrzebie. W majaczeniach zdawało się jej, że jest pełnia lata, a ona pocąc się i jęcząc od bólu krzyża, nosi na plecach i brzuchu krubki² pełne zrywanych wiśni, które miały z siostrą drylować i nastawiać na sok. Wokoło brzęczały osy, a nagą skórę cięły gzy, a ona dźwigała te krubki i dźwigała… Sok z kwaśnych wiśni spływał jej po nogach, czerwony i szczypiący. Czuła miedzy udami ogień. W ustach zasychała gorzka ślina. Och, dlaczego hładyszki³ są tak daleko! Stoją, przykryte liściem łopianu, aż na skraju pola. Zbliża się do nich, zbliża, a one odsuwają się i zacierają we mgle. Niedojone krowy ryczały, kury rozdziobywały własne jajka i Kornela była jedyną osobą, która mogła pomóc siostrze drylować wiśnie, zrobić porządek ze zwierzętami i zakrzątnąć się koło położnicy.

Młodszy brat Marcelki, Tosiek, został w domu sam na gospodarstwie, bo ojciec poszedł do kuma, niby pomóc. Chłopak był nad wiek rozsądny, wiadomo było, że o niczym nie zapomni. Przyszły gospodarz, poważny i skrupulatny, choć miał zaledwie siedem lat.

O Marcelce nikt nie myślał, była na stancji w mieście. W zimie dzieci nie przychodziły do domu tak często, jak w lecie, tyle drogi trzeba iść od stacji, a zima dopiero się zaczęła. Na szczęście Marcelka była bezpieczna. Przyjdzie się wykąpać i najeść dopiero na Wigilię, albo jak zrobi się ciepło.

*

Marcelka czołgała się po lodzie, skuwającym brzegi rzeki, przytrzymując się kęp łozy i sitowia. Latem w łęgach zbierała soczyste ożyny⁴, a jesienią, brodząc po uginających się kępach, zanurzonych płytko w wodzie, żurawiny, z jednej strony jeszcze białe, z drugiej już czerwone. Potem żurawiny te zalewano w beczkach wodą i tak stały do lata. Kisiel z żurawin, najwspanialsza rzecz, choć kwas wykrzywia wargi. A woda z żurawin lepsza niż sok brzozowy, chłodna, czerpana w upalne lato z beczki gasiła pragnienie przywodząc na myśl Boże Narodzenie…

Trzy lata temu wszystkie dzieciaki biegały do starorzecza obejrzeć coś strasznego: szkielet konia leżący w przybrzeżnych zaroślach. Zwierzę utopiło się, zapewnie w czasie powodzi, gdy rzeka rozlewała się na kilometry po łąkach.. Wokół szkieletu uwijały się ławice małych rybek, a do kości, widać jeszcze nie całkiem oczyszczonych, przyczepiły się raki. Chłopcy nie bali się zbierać ich do kosza, ale dziewczynki piszczały i uciekały, gdy straszono je szczypcami. Matka nie pozwalała Marcelce mówić uraczyć się, bo miało być to słowo nieprzyzwoite. Choć na przykład spiekła raka już nie. Matka nigdy tego dzieciom nie wytłumaczyła, nieprzyzwoite i już, dopiero ciotka, znacznie młodsza od matki, świeżo po ślubie, dała się ubłagać i powiedziała, że to dlatego, bo pan rak z panią rakową mogą ze sobą kochać się całą dobę. Matka czasem gotowała raki, które przynosił kuzyn Marcelki, wrzucała do wrzątku żywcem, wyrwawszy przedtem kolec z odwłoku, całkiem czarne, a wyciągała ugotowane, już czerwone. Marcelka, gdy była młodsza, płakała, że raki musi okropnie boleć, gdy z okaleczonym odwłokiem wrzuca się je do wrzątku, i nie chciała ich jeść, a ojciec się z tego naśmiewał. Kiedyś dziewczynka się przemogła i zjadła odrobinę mięsa ze szczypiec, było bardzo smaczne, ale Marcelka miała długo po tym wyrzuty sumienia. Jakby straszna śmierć raków powodowała, że grzechem jest ich jedzenie, choć nie było grzechem jedzenie mięsa kur czy świń. Jakie to wszystko wtedy wydawało się straszne! Ten szkielet, te raki odczepiane od kości zdechłego konia, to gotowanie żywych jeszcze zwierząt! Jakby nie chowała się na wsi! Jakby nie wiedziała, w jakim świecie przyjdzie jej żyć.

A teraz Łabanucha płonęła. Swąd zapierał dech. W napadzie brały udział kobiety. Podpalały wiechciami słomy każdy narożnik domu i stodoły, gdzie wraz z bydłem ukrywali się gospodarze, a mężczyźni strzelali do wyskakujących ludzi. Wpadali do domów, plądrowali je, poszukując kryjówek, ziemianek wykopanych pod podłogą, piwnic, skrzyń przysypanych stertą ziemniaków. Jakaś kobieta wrzeszcząc biegała całkiem naga, oszalała, a mężczyźni śmiejąc się, zaprzestali strzelania, z wystawionymi widłami usiłując ją zapędzić pod ścianę płonącej stodoły. Gdy się to im wreszcie udało w kilku, po kolei gwałcili ją, aż wreszcie nabili na widły i wrzucili do środka. Otwierając zablokowane kołkiem wrota nie zauważyli, że wypuścili małego chłopca, który umknął w kępę krzaków i tam przycupnął.

Marcelka myślała o swojej lalce, pierwszej i jedynej, Petroneli, której spaliły się nogi. Była okropna zima i lalka pozostawiona pod drzwiami wygódki, zapomniana w śniegu, zmarzła okrutnie i trzeba było ją szybko rozgrzać, żeby nie zachorowała. Marcelka przysunęła lalkę blisko pieca i przystawiła stołkiem, a potem wyszła, gdy zawołała ją matka. W piecu buzował ogień i lalce spaliły się nogi. Już nigdy nie chciała mieć innej lalki – drugą szmaciankę, Murzynkę, którą przywiózł jej ojciec z miasta, podarowała młodszej kuzynce, twierdząc, że jest już za duża na lalki. Czarna lalka zanadto przypominała tamtą spaloną i nic tu nie pomogły wesołe czerwone koraliki na jej szyi i spódniczka z trawy, która przecież pierwsza by się spaliła, gdyby lalka rzeczywiście miała być czarna od ognia. Teraz Marcelka miała już szesnaście lat, a mimo to płakała nad losem zabawki, o której przypomniała sobie, gdy oglądała pogrom wsi.

Niepokój o los rodziców, dziadków i brata targnął Marcelką, usuwając z myśli los lalki. Tak bardzo pragnęła dowiedzieć się, co się dzieje we wsi i czy jej rodzinie nic nie grozi. Czołgając się przez chaszcze natknęła się na stertę łozy, ściętej i naszykowanej do wyplatania. Część gałązek już rozczepiono na łyko, po jego wyglądzie widać było, że ktoś miał wyplatać z niego kosze lub postoły⁵. Zagrzebała swoje ciało w stercie, wysunęła tam najpierw ręce, a potem nogi. I nagle zrozumiała, że pędzi w stronę wioski, chociaż jej ciało nadal leży nad brzegiem rzeki, niczym porzucona otulina.

We wsi ludzie chronili się gdzie mogli: w zabudowaniach gospodarczych, stodołach, na wyszkach⁶, w piwnicach i we wcześniej przygotowanych kryjówkach w obejściu. Jednak ogień wszystkich wypłaszał. Z rizunami były kobiety, a wśród nich i Orysia i Nastka z Łabanuchy, kuzynki Marcelki, z ojca Polaka i matki Ukrainki. Biegały z pochodniami, krzycząc i tańcząc w świetle pożarów, podpalając słomiane dachy chałup i stodół. Cały ten widok i smród podniecały je aż do obłędu. Pewnie chciały się przypodobać mężczyznom, którzy czatowali ze strzelbami, siekierami i widłami na wybiegających z płonących pomieszczeń. Właśnie ustawili kołyskę z dzieckiem i strzelali do niej, kto celniejszy, zabiwszy najpierw wrzeszczącą matkę, żeby nie psuła zabawy. W końcu znudziło im się i wrzucili dziecko w płomienie, a za nim kołyskę.

Z Orysią i Nastką Marcelka chodziła wiosną na nadrzeczne łęgi zbierać młody szczaw. Koleżanki były starsze, trochę więcej wiedziały o życiu. Pewnego popołudnia odpoczywały w jarze z koszami pełnymi szczawiu Nastka uczyła Orysię i Marcelkę całowania się z chłopcami. Zbliżała się wieczornica i dziewczyny doszły do wniosku, że potrzebna im ta wiedza na wypadek, gdyby któryś z chłopców się nimi zainteresował. Marcelce przypomniał się pocałunek Orysi, smakujący kwaśnym szczawiem i pachnący rumiankiem, którym przegryzła nadmiar szczawiu.

Odrywając wzrok od koleżanek, Marcelka zobaczyła brata, jak wydostawszy się z domu, chyłkiem przebiega do zagrody sąsiada, Ukraińca, odchyla zagatę⁷ w oknie i wsuwa się do izby, gdzie spały dzieci, a wśród nich jego najlepszy przyjaciel, Semko. Chwilę później zajrzała do izby matka dzieci, ale bez światła, bo w migocących chybotliwych płomieniach wystarczająco widać było, czy dzieci śpią. Albo nie zauważyła Tośka, albo nie miała zamiaru go wydać, bo gdy przyszli pytać, czy nie ma u nich Lachów, rodzice Semka odpowiedzieli ze zdziwieniem i oburzeniem w głosie, jakby pomysł, który pytającym w powszechnym zamęcie przyszedł do głowy, osobiście ich obrażał.

Marcelka znalazła się w chacie rodziców. Babcia i dziadek leżeli zakłuci, dziadek na łóżku w pierzynie czarnej od krwi, babcia na podłodze. Może stara kobieta zaciągnęła dziadka na łóżko, aby opatrzyć jego rany i tu dopadła ją śmierć, a może po prostu dziadek, nieco głuchawy, nie obudził się i zmarł w swoim łóżku. Babcia miała zadartą spódnicę i ściągnięte do kolan barchanowe majty. Marcelka marzyła, żeby już nie żyła, kiedy ją męczyli. Na co była jej wiedza o pocałunkach, kiedy wszystko tak miało wyglądać, jak z jej babcią!

Rodziców w chałupie nie było. Ojciec leżał na podwórzu z głową rozrąbaną siekierą. Matki na szczęście nie było nigdzie w pobliżu. Może poszła do ciotki, która spodziewała się dziecka, pomóc jej w gospodarstwie i w ogóle, bo mąż cioci był mało zaradny i we wszystkim polegał na żonie. Na pewno musiała pójść do ciotki!

Świtało. Tosiek korzystając, że w najbliższej okolicy nieco ucichło, wyszedł przez okno. Marcelka widziała, jak Semko podawał mu starą kurtkę i zawinięty w nią bochenek chleba oraz nóż, którymi w lecie chłopcy bawili się, rzucając do celu wyrżniętego na grubym pniu lipy, rosnącej na granicy wsi i pól. Widziała jak w opadającej porannej mgle brat znika na skraju lasu. Jeżeli będzie ostrożny, może się uratuje.

Mały Tosiek nigdy nie mógł zrozumieć natury czasu. Kiedyś przyjechał wujek, taty kolega z wojska i pokazywał dzieciom piękny zegarek, cebulę, dumnie błyszczący srebrem na ciemnym tle kamizelki. W mieście wszyscy takie nosili, musieli wiedzieć, która jest godzina, żeby się nie spóźnić. Wujek tłumaczył, jakie są godziny i jak je odczytywać. Tosiek jeszcze nie znał cyfr, więc wskazówki skojarzyły mu się ze skrzydełkami komara. Biegał i opowiadał wszystkim, że czas powstaje wtedy, gdy przyleci wielki komar i machnie skrzydełkami, ile razy machnie, tyle upłynęło godzin. Płakał, gdy mu się ktoś sprzeciwiał, a latem, gdy chmary owadów unosiły się nad nadrzecznymi bagienkami, starał się złapać do słoika jak najwięcej, uważając że będzie miał wówczas więcej czasu niż inni. Kiedy mama mówiła: „nie mam już czasu”, protestował i ofiarował się, że nałapie komarów, jeśli to było lato, w zimie zaś protestował: – Nikt nie ma czasu – tłumaczył – bo jeszcze komary śpią.

– Obudźcie się, komary, Tosiek musi mieć czas – błagała bezcielesna Marcelka. Powoli wracała w nadrzeczne zarośla, nie chcąc już niczego widzieć. Wyobrażała sobie szkielet konia w starorzeczu i ławice okoni szczypiących jego żebra, dzieci szepczące z emocji i ciemne racuchy z gryczanej mąki, a do nich twaróg polany śmietaną, czekające w chacie. I Tośka wpatrującego się nabożnie we wskazówki zegarka. Wsunęła się na powrót w swoje ciało i już nie chciała o niczym myśleć. Zasnąć, zasnąć jak najprędzej i nie obudzić się. Melodia słodkiego walca nie dała jej jednak spać. Poczuła dotyk ciepłych dłoni nieznanego towarzysza i usłyszała jego szept:

– Musisz wejść do rzeki i płynąć. Musisz trafić do ciotki i powiedzieć mamie, że Tosiek się uratował. Nic mu się nie stanie, choć będzie musiał długo biec. A potem długo wędrować. Musisz pocałować małego Józia, który się właśnie urodził twojej cioci. Twoja ciocia ma gorączkę, więc cię ogrzeje, a ty ją ostudzisz. Jesteście sobie potrzebne. Marcelko, Marcelko – szeptał jej do ucha – jestem z tobą i ty bądź ze mną. Nie odchodź, nie uciekaj, nie śpij, zostań, zostań, zostań…

*

Antoni załadował dziewczyny na wóz. Martwą, zawiniętą w worek, na spód furki, żywą przykrytą derką na wierzch, (ale potem, po zastanowieniu, przełożył na odwrót). Przysypał dziewczyny sianem, na wierzch położył płachtę, a z boku powiesił bańkę samoogonuu. Miał nadzieję, że jeśli przyjdzie do przeszukiwania, pierwsze, co wypatrzą, to bimber, potem może trupa, a z tego się wyłga, dopiero na końcu córkę. Ksiądz już czekał w domu i pobłogosławił Franię, nieprzytomną, ale żywą, którą rodzina obmywała i opatrywała i ruszył z Antonim i trupem Sabiny w kierunku cmentarza. Nie dojechali jednak na miejsce, z dala słychać było krzyki i strzały, zjechali więc z drogi w las. Tam na piaskowej górce wykopali płytki dół w ściółce, bo ziemię już trzymał mróz, i pochowali Sabinę. Może jej rodzice w stosowniejszym momencie urządzą prawdziwy pogrzeb, na razie tylko ksiądz odmówił modlitwy. Wraz z Antonim mieli nadzieję, że na ciało nie trafią zwierzęta, a nawet jeśli trafią, to nikt się o tym nie dowie.

Franię opatrzono, jako tako złożono jej złamaną rękę, otulono ciepłymi derkami. Czekano na powrót Antoniego z cmentarza. Trzeba będzie wieźć dziecko do szpitala porannym pociągiem, więc najpierw na stację, ale nie na tę, gdzie wysiadły dziewczęta, tam było niebezpiecznie. Rodzinę Sabiny czekała długa droga przez las, całą noc, żeby zdążyć. Żona kazała Antoniemu zabrać od razu dwie najmłodsze bliźniaczki i ulokować je gdzieś do czasu, kiedy sama się spakuje z resztą dzieci, zabierze co się da dobytku, przynajmniej z worek kartofli, kilka kur, pierzyny i co cieplejszego z ubrań. Bliźniaczki napoiła wywarem z makówek, żeby przypadkiem nie zapłakały po drodze. Miała nadzieję, że nie dała im za dużo tego wywaru, ale chciała, żeby spały mocno do rana. Wsadziła każdą między dwie poduszki i powiązała mocno, żeby się nie wykopały. Na drogę przygotowała im osłodzone mleko, szmatki z cukrem i makowym wywarem i po dwie pieluszki. Mało piły, więc może wystarczy. Dla konia zabrano worek pośladu, dla reszty – kartofle.

*

Łabanucha dopalała się. Tosiek, ukryty w wykrocie na skraju lasu widział, jak gasły powoli płomienie. Poranna mgła przed świtem, zmieszana z kłębami dymu i smrodem spalenizny powoli unosiła się w górę odsłaniając niebieskie niebo i przepuszczając nieśmiałe początkowo promienie słońca. Wokół było cicho, umilkły krzyki, czasem tylko słychać było krakanie wron. Skostniały z zimna chłopiec ruszył w drogę. Przeszedł las i poczekawszy trochę na jego skraju, upewniwszy się, że nikogo nie widać, ruszył w dalszą drogę. Postanowił dojść do miasteczka i znaleźć Marcelkę, siostra się nim zaopiekuje. Do wioski bał się wracać. Ludzie opowiadali, że ci, którym udało się uciec z pogromów, często wracali do swoich gospodarstw zabrać resztki ocalałego dobytku i pochować trupy, a tam na nich już czekano.

Pragnienie męczyło go coraz bardziej, w miarę jak rosła gorączka. W końcu było tak nieznośne, że postanowił wejść na czyjeś podwórko i zaczerpnąć wody ze studni, choć początkowo solennie sobie obiecał, iż każdą wieś ominie bokiem i nie będzie wchodził na podwórka, ani polskie, ani ukraińskie. Nigdy nie wiadomo, kogo i co tam zastanie. Na skraju lasu zobaczył starą kobietę w kożuchu i ukraińskiej spódnicy, rozgarniającą kopiec. Poprosił ją o wodę, ale przegoniła go, poszedł więc dalej. Z zawieszonych na płocie garnków zwieszały się długie sople, urwał wiec dwa i ssał chciwie. Na szczęście, gospodyni była stara i nie miałaby pewnie siły gonić Tośka. Ale on też, trawiony gorączką, nie miałby siły uciekać.

Nogi bolały go coraz bardziej, postoły rozpadły się, więc szedł boso. Skupiony na tym, by iść i nie zatrzymywać się, nie zauważył grupki ukraińskich chłopców, dzieciaków w jego wieku, a nawet młodszych. Rozpalili ognisko i grzali w nim puszki z nieznaną zawartością. Dostrzegłszy Tośka rzucili się, bijąc go, kopiąc i ciskając weń głowniami z ogniska. W normalnych warunkach brat Marcelki dałby sobie radę, ale teraz, zmęczony i chory, stracił siły. Zasłonił głowę rękami i przestał się ruszać.

Wówczas dobiegł go głos siostry:

– Obudźcie się … Tosiek musi mieć czas… czas…

Z pobliskiej zagrody wybiegła kobieta i odgoniła dzieciaki. Zaprowadziła pobitego chłopaka do domu, dała mu pajdę chleba z miodem i kawałek sera, a także używane, ale jeszcze dobre, choć nieco za duże, postoły. Kobieta była bardzo stara i mówiła do siebie, ale była silna i dzieciaki się jej bały. Odprowadziła Tośka kawałek przestrzegając przed wchodzeniem do ukraińskich gospodarstw i przed skręcaniem w lesie na drogę prowadzącą do miejsca, gdzie kopano wapno, tam kryli się bowiem chłopci⁸, czy kto ich tam wie. Na koniec wręczyła mu pół bochna chleba na drogę mówiąc:

– Wiźmy cej chlib detyno i chaj win tebe zawede tudy, kudy sam choczesz.⁹

Zwracając się do Tośka staruszka często klepała się po twarzy i rękach, aż chłopiec zrozumiał, że oganiała się przed komarami. Komary, w grudniu? Ale była taka dziwaczna, że chłopiec nie zastanawiał się więcej. Mówiła, że ma więcej lat niż wszystkie wojny, a urodziła się w miesiącu koły kitiachy łomały.¹⁰

*

Świt zastał matkę Marcelki, Kornelę nad brzegiem rzeki. Całą noc przesiedziała przy siostrze na zydlu i podjęła decyzję. Pójdzie do sąsiada Haliny, Arkadija i poprosi go o pożyczenie wozu i konia. Zawiezie siostrę z dzieckiem do miasta, do szpitala. Miała nadzieję, że Arkadij zgodzi się, obieca mu wszystko, co może, całą zawartość stodoły Haliny i trzy jej świnie oraz kury. Krowę i kozę zabiorą z sobą. Muszą, bo czymś trzeba karmić Józia, a przepalony pokarm Haliny dla dziecka się nie nadawał. Kornela miała nadzieję, że Arkadij przypomni sobie, jak kiedyś w młodości razem tańczyli przy księżycu nad rzeką i jak razem oboje zgodzili się, że nie ma dla nich wspólnej przyszłości, bo może być tylko dla takich, co nie mają licznej rodziny, wujów, ciotek i stryjów, i nie muszą się z nimi liczyć. Powiedzieli sobie, że ich miłość nie jest wystarczająco silna, żeby oprzeć się otoczeniu i że lepiej będzie, gdy każdy podąży swoją drogą. Potem Arkadij ożenił się z Jaryną, miłą i spokojną dziewczyną, a Kornela trafiła gorzej; jej mąż był złośliwym i niechętnym wszystkim człowiekiem, a teściowie mieli na niego większy wpływ, niż Korneli się uśmiechało. Była jednak dobrą żoną i dobrą matką, kochała swoje dzieci i one wypełniały jej wszystkie myśli i plany. Zwłaszcza Marcelka, podobna do matki, stanowiła jej nadzieję. Wykształci się, wyjedzie daleko, będzie kimś. Nie będzie zależna od męża. Jeszcze stały w jej pamięci rozmowy z teściem, który opowiadał o członkach swojej rodziny, dziadach i pradziadach. Wymieniał wszystkie imiona braci ojca, opowiadał dokładnie o ziemi, którą odziedziczyli, ile kto mórg otrzymał, pamiętał, co na którym polu siali, ale imion sióstr zapomniał, Kobiety nie były na tyle ważne w rodzinie. Poza jedną, dziwaczką i wyklętą, która wyjechała do Krakowa i tam poszła do jakiejś wyższej szkoły. Potem wróciła, nie wyszła za mąż, bo kto by taką przemądrzałą chciał, uczyła gospodarstwa domowego w jakimś majątku i na szczęście wyjechała, przestając przynosić rodzinie wstyd. Matka Marcelki jednak przeczytała w jakiejś gazecie nekrolog tej siostry ojca Marcelki, podpisali się pod nim profesorowie i inne ważne osoby. Miała nadzieję, że Marcelka także w życiu pozna ważne osoby i nie będzie zdana na łaskę tych, którzy mieszkali tu i mieli kobiety za nic.

Arkadij był inny, czytał książki, mógł rozmawiać godzinami o polityce, ale przecież miał żonę, której też o zdanie nie pytał. Wiadomo było, że tej wiary, co i on. A Kornela co? Obca. We wszystkim. Inna religia, inny naród, inny język. I dobrze się stało. Kornela słyszała historię, że przyszło dwóch synów do ojca Ukraińca mówiąc, że trzeba zabić matkę, Polkę, bo chłopci kazali. Pytali, kto ma to zrobić, oni czy ojciec, a ojciec powiedział, że on to zrobi. Potem wziął strzelbę, którą mu dali synowie, zastrzelił ich i siebie na końcu. Matka ocalała, ale poszła do rzeki i utopiła się. Dobrze, że u niej w rodzinie tak nie będzie. Dobrze, że nie została żoną Arkadija, niech go ma ta Jaryna, przygłupia i posłuszna, nawet matką nie została. Kornela miała jednak nadzieję, że Arkadij nie zapomniał o niej i pomoże wywieźć siostrę. Nie za darmo oczywiście, ale kozę i krowę musi sobie zostawić. Koniecznie.

Zeszła na brzeg rzeki patrząc na snujące się mgły i myśląc o Arkadiju. Jednak żal. Wspomniała, jak siedzieli na zwalonym drzewie, a snujące się dymy z palonych łętów ziemniaczanych, o gorzkim zapachu, przywodziły na myśl gorycz ich rozstania. Gorzkie pocałunki, ostatnie i nieodwołalne. I szorstka kora drzewa, o którą zdzierała skórę na twarzy, żeby zabić w sobie ból rozstania, zastąpić go zwykłym, normalnym bólem. Ale głupia była! Samej sobie zadawać ból!

Teraz musiała iść do niego i prosić o życie dla siebie i siostry z dzieckiem. A przecież nie miał Arkadij swoich dzieci i nie wiadomo, czy z nią by miał. I dzieci w wielu rodzinach nie liczyły się wcale, w końcu Ukraińcy robili z nimi straszne rzeczy, jak z dorosłymi. Dlaczego miałby litować się nad dzieckiem Polki, choćby i siostry Korneli?

Gorzki dym snujący się wraz z mgłami znad rzeki wycisnął z oczu łzy. Kornela miała już czterdzieści lat, jej życie było skończone, brakowało w nim sensu i celu. Jak zarazi Arkadija pragnieniem pomocy siostrze, gdy sama nie ma energii do życia? Co jeszcze może mu ofiarować oprócz kur, świń, zboża i siana? Bo przecież krowę musi koniecznie sobie zostawić!

*

Antoni wiózł Franię i bliźniaki do stacji. W lesie było bezpieczniej, choć tu i ówdzie czaiły się wilki. Miały jednak trupów pod dostatkiem, nie zgłodniały, żeby atakować ludzi. Z lękiem zbliżał się do wapienników. Tam lubili gromadzić się rizuny, tam w pobliżu znaleziono ciało męża Haliny, Teofila, nadjedzone przez lisy. Nagle konie spłoszyły się, a Antoni z przerażeniem ściągnął cugle. W zapadłej nagle ciszy usłyszał szloch. To chlipało dziecko, zszedł więc z wozu i znalazł skulonego w wykrocie chłopca. Nie wiedział, kim on jest, ale nietrudno było się domyślić; swąd spalenizny snuł się po całej okolicy. Zabrał chłopca na wóz, przykrył go sianem. Nie miał nic do jedzenia, chleb z serem zjadł już dawno, ale żona dała mu na drogę kilka szmatek z zawiniętym w nie cukrem zwilżonym sokiem z makówek, dał wiec jedną chłopcu do ssania i szloch ucichł. Sam kiwał się na koźle w półśnie, ale konie szły dalej. Dobre siwe, tyle dzisiaj pracowały! Frania, przyciśnięta workiem, pisała właśnie klasówkę z fizyki, a Marcelkę, najlepszą z uczennic, posadzono daleko od niej. Frania patrzyła na usta Marcelki, która szeptem podpowiadała jej właściwą odpowiedź, ale nie mogła nic odczytać z ruchu jej ust. Zdawało jej się, że Marcelka mówi coś o komarach, ale przecież to nie była klasówka z biologii, tylko z fizyki. Co tu miały do rzeczy komary?

*

Łzy Korneli powoli obsychały. Nie ma co rozpamiętywać, trzeba iść do Arkadija i przekonać go, żeby pożyczył wóz i konie. Za wszelką cenę.

Wpatrzona w wodę, jeszcze nie zamarzniętą przy brzegu, gdzie nurt ciągle był bystry, zobaczyła nagle skłębiony ruch, coś jakby trzepoczące wielkie, białe skrzydło łabędzia. Podeszła bliżej i ujrzała ciało zaplątane w nadrzeczne chaszcze. Dziewczyna. Znajomy jasny warkocz. I bijące skrzydła łabędzie. Nie zastanawiając się, podbiegła i wyciągnęła Marcelkę na brzeg.

– Córuniu, córuniu – obsypywała pocałunkami zsiniałą twarz. Nie rozumiała skąd wie, że to jej Marcelka, wszystko inne, oprócz włosów, było obce. Twarz spuchnięta i sina, ramiona gołe i pełne szram, szyja rozerwana i skrzywiona; wszystko obrzydliwe niczym ciało larwy wykopanej świeżo z ziemi i rozgniecionej butem. Podbiegła do leżących na trawie worków, suszących się po zbiorze ziemniaków i nasunęła jeden na ciało córki, a potem pociągnęła po oszronionym nadrzecznym zboczu w stronę domu. Tam wytaszczyła topielicę i wepchnęła ją pod pierzynę obok rozpalonej siostry. Dziewczyna oddychała, to było najważniejsze. Kornela biegiem ruszyła w stronę zagrody Arkadija. Nad dachami zabudowań zobaczyła białe skrzydła, ale nie myślała o nich, gnana jednym pragnieniem: przez pamięć gorzkiego dymu nad rzeką pomóż mi, Arkadiju, serce moje. Może tam, gdzie wszyscy pójdziemy, staniemy naprzeciw siebie i dym przestanie być gorzki.

*

Lekarze w szpitalu mieli mnóstwo pracy. Straszliwe wieści wyprzedziły napływających rannych. Nie było ich już gdzie kłaść. Popalone, cierpiące ciała, płacz i wycie, smród spalonej skóry, były czasem ponad ludzką wytrzymałość. Teraz na sąsiednich łóżkach na korytarzu leżały dwie młode dziewczyny. Jedną z nich przyciągnęła matka w worku po ziemniakach, awanturując się i krzycząc, że ukraiński lekarz na izbie przyjęć kazał jej czekać godzinami, podczas gdy wymagała pilnej opieki. Druga, ciężko pobita, przypominała kobietę tylko z powodu sieczki prawdziwych korali na szyi. Ludzie mówili, że u zdrowych sieczka jest czerwona jak krew, u tych, co jest blada, oznacza chorobę. Ta dziewczyna, sądząc po kolorze sieczki, powinna już być umarła. Ale jakoś żyła. Matka spała na korytarzu, obok siostry z niemowlęciem, którym nic nie dolegało poza gorączką i szokiem, a za to obudziła się córka. Chwytała wszystkich przechodzących lekarzy i pielęgniarki za ręce wołając, że ocalił ją anioł o chabrowych oczach i że po coś to zrobił, mają więc natychmiast jej powiedzieć, co ma robić, żeby wypełnić swoje posłannictwo, zwiastowane przez anioła. Usztywnili jej szyję, wywichniętą i skrzywioną, zaszyli i opatrzyli zranienia, nasmarowali maścią ciało, sine i napuchnięte. Na gorączkę nie było rady: wyżyje albo nie. Matka twierdziła, że córka, wrzucona do przerębla, przebywała w wodzie pół dnia i całą noc, ale nikt jej nie wierzył. Dziewczyna była chyba lekko stuknięta, ciągle drapała się twierdząc, że gryzą ją komary, ale kto by słyszał o tej porze roku o komarach. I w takich ranach, jakby nawet zalęgły się robaki, nikt by ich nie spostrzegł. Zasnęła i dobrze. Noc pełna ciężkich oddechów, snów nadymanych wyciem, bólem i strachem, błysku strzałów, płomieni i mroźnych gwiazd dopadała i lekarzy i pielęgniarki. W miarę, jak ogarniało ich zmęczenie, ludzie w szpitalu zmieniali się w jeden pulsujący, paskudny odwłok, pełen smrodu i bólu. Płaczące niemowlę, Józio, jak podobno miał na imię, było zapowiedzią innego czasu, który, da Bóg, nadejdzie po tym wszystkim. Był taki słodki i śliczny! Nic dziwnego, że każdy przy nim przystawał, pragnąc choć pogłaskać po wilgotnej głowinie.

Dziewczyna wyglądająca, jak oślizgła larwa, zbudziła się, usiadła na łóżku i poprosiła o księdza. Przyszedł zaspany i niezbyt uważnie słuchał, gdy opowiadała mu o modlitwach, których zapomniała, o aniele i o uratowaniu życia, a także o tym, że do czegoś ważnego została przeznaczona, skoro tylu ludzi zginęło, a jej dano ocaleć. Udzielił jej rozgrzeszenia nie słuchając za bardzo spowiedzi, nie dbając, że inni, leżący na sali wszystko słyszą, że opowieść o pocałunkach dwóch Ukrainek nijak się ma do tego, co ją spotkało. Namaścił ją ostatnimi olejami, bo nie wierzył, że przeżyje, a dla spokoju sumienia zostawił przy łóżku adres sióstr zakonnych, zajmujących się sierotami, daleko stąd. Schodząc do przyszpitalnej kaplicy bił się po szyi, tłukąc gryzące komary. Skąd się wzięły?

*

Kornela wyszła ze szpitala, wróciła do wsi i zastała zgliszcza. Pochowała trupy męża i teściów, kopiąc płytkie groby w miejscu, gdzie ziemia nie była jeszcze zamarznięta, między obórką a ziemną piwniczką. Musiały wystarczyć do czasu, gdy będzie można urządzić prawdziwy pogrzeb na cmentarzu, w poświęconej ziemi i z księdzem. Nie dowiedziała się, że syn ukrył się w noc spalenia wsi u ukraińskiego kolegi i przez kilka dni jeździła we wszystkie miejsca, gdzie chowano wykopanych z prowizorycznych mogił ludzi, na cmentarzu, w poświęconej ziemi, pod silną, niemiecką eskortą. Nigdzie jednak nie znalazła jego ciała. Dopiero na ostatnim pogrzebie, koleżanki Marcelki, Sabiny, usłyszała, że Tosiek jest w sierocińcu, w tym samym mieście, gdzie w szpitalu leży córka. Kornela nie dotarła tam jednak. Kopiąc kartofle w kopcu przy swojej spalonej zagrodzie nie obejrzała się w czas i została zatłuczona siekierami i motyką. Pierwszy cios pozbawił ją wzroku i litościwy los dzięki temu nie dozwolił jej zobaczyć Arkadija, stojącego z tyłu. Jego posłuszna i miła żona zażądała dowodu, że ona jest jego jedyną kobietą, w przeciwnym razie jej pięciu braci borcich¹¹ da mu nauczkę za pomaganie Laszce.

*

Marcelka wlokła się przed siebie. Zbliżała się wiosna i we wsiach potrzebowano rąk do pracy i dziewczyna miała nadzieję, że nie będzie długo szukać zajęcia. W tych stronach nie mordowano już tak masowo Polaków, ale bieda i strach uodporniły ludzi na zły los innych. Na wszelki jednak wypadek Marcelka niewiele mówiła, a jeśli czasem musiała odezwać się, to tylko po ukraińsku. Obszarpana i brudna, wiecznie głodna, nie przypominała w niczym roześmianej uczennicy, szczęśliwej ze skrócenia roku szkolnego, która wysiadła pewnego grudniowego poranka na stacji. Wypisana ze szpitala jakiś czas przebywała w sierocińcu, ale głód, który tam panował i przemoc, która dotykała zwłaszcza dziewczęta, kazały jej odejść. Trochę spała w straganach na rynku pewnego miasteczka, pomagając w sprzątaniu, pilnowaniu i innych pracach za odrobinę jedzenia, chodziła też na pola, wyszukując zeszłoroczne, porośnięte kłosy, tłukła wyłuskane z nich ziarno kamieniem i gotowała z nich na małym ognisku w wyrzuconym przez kogoś dziurawym garnku kaszę. Garnek komuś wydawał się nieprzydatny, choć dziura była wysoko, ale Marcelce w zupełności wystarczał. Czasem rzucano jej jakieś resztki jedzenia, czasem komuś pomagała nosząc wodę i wyrzucając śmieci, wśród których znajdowała liście kapusty i dające się oczyścić ze zgnilizny warzywa. Wreszcie wzięła ją do siebie kobieta, właścicielka straganu z rybami. Marcelka pracowała tam, pilnie uwijając się w rybnym smrodzie, wieczorami sprzątając dom i nosząc wodę za jedzenie i miejsce do spania, ale wrzaski, śmiechy i śpiewy, straszne jęki konających, mordowanych i palonych żywcem ofiar, pijackie ryki oprawców, płacz i lament kobiet i dzieci, bezskutecznie wołających o litość, ryk, rżenie i wycie palących się zwierząt, nie dawały jej nocami spać. Budziła się z krzykiem, czując na szyi zęby wideł. Od tamtego wydarzenia miała głowę przekrzywioną na jedną stronę i silnie kulała, dlatego wszyscy uważali ją za przygłupią. Którejś nocy, przewracając się na posłaniu w kuchennym kącie, między wiadrem z pomyjami a skrzynią z drewnem, usłyszała dobiegający z drogi turkot wozów i głosy w języku polskim. Schwyciła laskę i podpierając się wyszła przed dom. Przy studni zatrzymało się kilka wozów, aby napoić konie. Płakały obudzone dzieci, kaszlały ich matki. Zagadując nieśmiało po polsku Marcelka dowiedziała się, że sformowano transport na roboty do Niemiec i że pod eskortą niemiecką nareszcie czujący się bezpiecznie ludzie udawali się na punkt zborny.

Wyszła tak jak stała, nawet nie powiadamiając gospodarzy. Nie miała zresztą niczego swojego, oprócz tego, co na grzbiecie. Zabrała się z Polakami, a ktoś litościwy zrobił jej miejsce na wozie obok chorego dziecka. Cały ranek trzymała jego głowę na kolanach, aż wreszcie przestało oddychać. Miało spokojną śmierć i Marcelce nie przyszło nawet do głowy, aby budzić ludzi na wozie.

Wozy zatrzymały się przy stacji i Marcelka poszła nabrać wody. Kręciło jej się w głowie, nie wiedziała, czy ze zmęczenia, czy z głodu lub pragnienia. Rozpaczająca matka nie zwróciła uwagi na nieobecność obcej dziewczyny, która tymczasem zasnęła skulona na odrzuconej przez kogoś słomianej macie, osłaniającej zimą pompę przed mrozem. Ludzie nabierali wody, przychodzili i odchodzili, ktoś próbował bezskutecznie obudzić Marcelkę, aż wreszcie zorientowano się, że jest chora. Wysypka nie pozostawiała wątpliwości: tyfus. Niemcy natychmiast kazali zawieźć dziewczynę do szpitala i tam przeleżała do lata na granicy życia i śmierci.

W jej snach pojawiał się anioł, którego tak naprawdę nie widziała. Miał oczy podłużne – mówi się o nich – migdałowe. Marcelka nie widziała nikogo z migdałowymi oczami, ale słyszała, że tak właśnie mówiono o oczach niektórych urodziwych dziewcząt. Ale u anioła nie były czarne, a niebieskie, jaśniutkie niebieskie, tak bardzo chabrowe, że zdawało się, iż patrzą na wskroś Marcelki, widzą wszystko, co jest w jej wnętrzu, każdą myśl i każdy zakamarek duszy, każdy błąd i grzech, odnajdują nawet ową spowiedź świętokradzką, gdy zataiła jakieś senne marzenie, i widząc to wszystko, i rozumiejąc, wydają wyrok: winna. W snach Marcelka przestawała mieć pewność kogo widzi, anioła czy diabła i nie wiedziała, który ją zabijał, a który ratował. Ta niepewność ciążyła jej tak bardzo, budziła tyle niepokoju i lęku, że w ostatecznym rachunku trzymała przy życiu. Musi go jeszcze raz zobaczyć, musi dowiedzieć się, jakie zadanie jej przeznaczył, jaką ma odbyć pokutę, musi zrozumieć wszystko to, co stało się cieniami tamtego czasu, niezrozumiałymi i mętnymi. Zatopiona w swoim wnętrzu i w dyskusji z aniołem-diabłem Marcelka nie wiedziała, że wojna się skończyła, że nie było już transportów na roboty do Niemiec i że Rosjanie, którzy ponownie objęli władzę, kazali wybierać obywatelstwo: zostają tu czy jadą tam. Pytał ją lekarz i pytały pielęgniarki, ale nie potrafiła im odpowiedzieć. Wydawało się to wszystko odległe, nieważne, niewarte skupienia, które przecież tak trudno rodziło się w skołowanej głowie. W końcu zrezygnowano, a lekarz opiekujący się dotąd dziewczyną, zaczął namawiać, aby podpisała zgodę na rosyjskie obywatelstwo. Uznał, że najlepiej będzie, żeby pacjentka wyjechała do sanatorium nad Morze Czarne i że może jej to załatwić pod warunkiem złożenia podpisu. Marcelka nie chciała jechać nad Morze Czarne. Myśl o ciepłym morzu, w którego toni odbijają się setki chabrowych oczu, budziła w niej mdłości. Kamieniste plaże z obrazka przywodziły na myśl podwórko Hrychorija i jego murowaną z głazów cembrowinę studni. Biegła wówczas do ubikacji i wymiotowała dotąd, aż szary kolor kafelków przyćmił niebieskość doznanego okrucieństwa. Nie żyła mama, przepadł gdzieś brat, nie żył nawet tata, który używał bez umiaru pasa, ale był jej ojcem, zaginęła gdzieś ciotka z dzieckiem, nie było nikogo z rodziny. Biegały tylko ukraińskie koleżanki z ustami pofarbowanymi kwaśnym szczawiem z pochodniami w ręku i całowała się z nimi na jaskrawo zielonej łące. Te pocałunki były jej największym grzechem, straszliwą zbrodnią nie do odkupienia. W zemście poczerwieniałe raki czepiały się jej nóg dotąd, aż ciało przemieniało się w stertę kości obrosłych gnijącym mięsem.

W końcu miała już dość szpitala i usłyszawszy o transporcie do Polski, powlokła się zapyloną drogą do stacji. Byle dalej od tych wszystkich miejsc, gdzie było jej tak źle. Byle dalej od chabrowych oczu, raków uczepionych nagich piszczeli, ust koleżanek poplamionych kwaśnym sokiem i pachnących letnim rumiankiem.

*

Na stacji pewien człowiek zapytał ją, dokąd idzie, a ona powiedziała, że nie wie, zabrał ją więc do swojej rodziny. Taka odnaleziona nowa krewna to skarb – na nią można zabrać więcej zboża, krów, koni i innego dobytku. Załatwił więc wszystkie formalności. Także żona tego człowieka była zadowolona. Rodzina miała na tyle dużo dzieci, że chętnie widziała przy nich pomoc, zwłaszcza niedojdy, która nie umie upomnieć się o swoje. Dojechawszy na ziemie, które nazywano odzyskanymi, Marcelka pracowała czas jakiś u tej rodziny dalej budząc się nocami. Z biegiem dni przystojna twarz Ołeksy coraz bardziej zlewała się w jedno z niewidzialną a wyczuwaną postacią Anioła Stróża i dziewczyna nie wiedziała już, kto jest jej miłością, a kto oprawcą. Zrywała się więc nocą, próbując powrócić do rzeczywistości i budziła dzieci. Tymczasem z Niemiec wracały dziewczęta zatrudnione u bauerów, lepsze pracownice niż takie Marcelki, wygarnięte z rowów przy stacji; gospodarze dziewczyny namówili ją, żeby udała się do sióstr, których adres zapisał jej ksiądz na karteluszku. Podwieźli ją żołnierze i wysadzili przed bramą dawnego klasztoru.

Marcelka siedziała w pyle drogi nie mając siły wejść, ale kiedy zobaczyła w bramie małego chłopczyka, przypomniała sobie brata. Rój komarów natychmiast pojawił się wokół niej i Marcelka wiedziała, że tutaj powinna zostać.

*

Ciocia Marcelina jeszcze raz przemierzyła długą salę. Rzędy łóżek ze śpiącymi dziećmi i skrywające je cienie w migotliwym świetle naftowej lampy tchnęły bezpiecznym spokojem. Marcelina wiedziała jednak, że spokój jest pozorny. Ot, na ostatnim łóżku na przykład leży chłopiec, który nie mówi. Przywieziono go z siostrą, od miesiąca przebywającą w półśnie. Chłopiec moczył się w nocy, Marcelina budziła go i odprowadzała do ubikacji, ponieważ idąc potykał się i przewracał. Miała nadzieję, że siostra chłopca obudzi się, a on przemówi. Niektóre dzieci płakały lub krzyczały w nocy i Marcelina przytulała je szepcząc uspokajające słowa. Pamiętała, jak jeszcze niedawno sama nie mogła spać.

Zakonnice bardzo lubiły Marcelinę. Zawsze pogodna, spokojna i oddana podopiecznym, niejedną noc zarywała czuwając przy chorym czy cierpliwie skłaniając milczące dzieci do mówienia i otwarcia się. Siostry rozmawiały z nią czasem o tym, czy nie miałaby powołania do zakonnego życia, ale Marcelina zaprzeczała. Mówiła im, że nie potrafi się modlić, choć była wierząca i chodziła ze wszystkimi do kościoła, klękała i składała dłonie, pochylając głowę w stosownych momentach… Jak zostać zakonnicą, gdy nie można się modlić? Chodziła też do spowiedzi, ale ksiądz staruszek przerywał jej zawsze po kilku chwilach, Marcelina obwiniała się bowiem o wszystko, co jej przyszło na myśl, a były to grzechy, których grzeszność trudno byłoby komukolwiek zrozumieć. Ta droga była dla niej zamknięta. Przynajmniej, dopóki nie uładzi się ze sobą.

Obudziwszy cichutko chłopca, zaprowadziwszy go do ubikacji i otuliwszy go kocem potem, żeby nie zmarzł w chłodnej sali, Marcelina zeszła piętro niżej, gdzie znajdowały się izolatki, kancelaria sierocińca i jej pokoik. Już miała iść do siebie, gdy zaniepokoił ją dźwięk dobiegający z dołu, od strony wejścia do piwnic. Zeszła więc po schodkach, do korytarzyka. Piwnice były zamykane, ale przy drzwiach stała żelazna ławka, na której siostry układały wynoszone z dołu produkty.

Na kamiennej podłodze, przywiązana konopnymi sznurami do ławeczki, spała dziewczynka na oko siedmioletnia. Kaszlała przez sen i ten odgłos zwrócił uwagę Marceliny. Powrozy były nie do rozplątania, więc Marcelina poszła do pokoju po nóż, przecięła pęta i obudziła delikatnie dziewczynkę. Wzięła ją na ręce i zaniosła do izolatki. Mała zaczęła chlipać. Nocami głośno jęczała nie dając koleżankom spać, więc przywiązały ją, aby się tego oduczyła. To właśnie było najgorsze w sierocińcu. Dzieci, które oglądały tyle okrucieństw i straciły swoich bliskich, często postępowały okrutnie wobec innych, słabszych… I trudno było je tego okrucieństwa oduczyć, równie trudno, jak w ich ofiary tchnąć wiarę w siebie.

Marcelina zaczęła więc opowiadać małej bajkę:

– Była sobie dziewczynka, która chodziła do szkoły w mieście. Pewnego dnia dziewczynka ta przyjechała do domu na wieś i wysiadła z pociągu. Nie przypuszczała, że na stacji czekały na nią trzy diabły z widłami, żeby zabrać ją do piekła. Dziewczynka wystraszyła się bardzo i zaczęła się modlić, ale ze strachu zapomniała słów pacierza. Wówczas diabły powiedziały, że skoro nie pamięta, jak się modlić, jest ich własnością i wrzuciły ją do kotła z wrzącą smołą. Ale dziewczynka lecąc w dół przypomniała sobie w ostatniej chwili modlitwę do Anioła Stróża i wyszeptała ją. A wówczas pojawił się anioł machając białymi skrzydłami, schwycił za rękę i wyciągnął ją z kotła.

On zawsze jest i wie, kiedy potrzebujesz pomocy, nawet jeśli zapomnisz, jak o nią prosić. Sam przyleci, albo kogoś przyśle. Więc jesteś zawsze bezpieczna. I na drugi raz wołaj kogoś, gdy ci dokuczają, anioł wybierze odpowiednią osobę.

Uśpiwszy małą wróciła do swojego pokoju. Bliska była już zaśnięcia, gdy poczuła czyjąś obecność obok siebie. Otuliły ją miękkie skrzydła, silna dłoń pogłaskała jej ramię i usłyszała cichutki szept:

– Marcelko, Marcelko przyszedłem się pożegnać.
– Już cię nigdy nie zobaczę?
– Nigdy? Niee…Ale tylko jeden raz… Jeszcze upłynie wiele lat. Nie mówmy o tym teraz. Powinnaś być szczęśliwa i starać się o to…
– Nie mogę zapomnieć twoich chabrowych oczu.
– Ja nie mam oczu niebieskich, ja nie mam w ogóle oczu. Spojrzyj na mnie, przekonaj się.

Jednak Marcelka bała się spojrzeć w oczy anioła, ujął więc delikatnie w dłonie jej głowę i obrócił w stronę swej twarzy. Dziewczyna zobaczyła zamiast niej daleką przestrzeń widoczną niczym w owalnym lustrze. Szybowała nad tą przestrzenią mijając poniżej światła osiedli i miast, przesuwające się węże pociągów, aż wreszcie zbliżyła się do jakiejś kamienicy i przenikając przez zamknięte okno znalazła się w sali, gdzie spało kilkunastu chłopców. Jednym z nich był jej brat. Chciała obudzić go, zawołać, powiedzieć coś, ale tylko z ust jej wypłynął rój komarów i nieznana siła pociągnęła ją z powrotem. Tylko na chwilę zatrzymała się nad bramą i przeczytała tabliczkę z nazwą zakładu i miasta. Już wiedziała, gdzie szukać brata.

*

Nie zobaczyła już nigdy Anioła Stróża, w każdym razie za życia. Często jednak widywała w snach chabrowe oczy i dlatego nie została zakonnicą. Chodziła do kościoła, ale to przecież żaden dowód na to, że się modliła. W każdym razie nie śpiewała głośno. Nie wyszła też za mąż. Zamieszkała z rodziną brata, opiekując się jego dziećmi, ale matkowała po trosze wszystkim dzieciom z osiedla. Na emeryturę zasłużyła pracując jako listonoszka. Wszyscy myśleli, że głowę ma przekrzywioną od noszenia ciężkiej torby. Nigdy już nie przywiązała się do żadnej rzeczy, nie przechowywała listów, osobistych drobiazgów i drobnych przedmiotów. Otoczenie dziwiło się, że cokolwiek dostała, zaraz oddawała innym. Ot, takie dziwactwo. Kiedy brat zmarł, żona brata zamieniła mieszkanie na dwa: jedno spółdzielcze dla siebie i dzieci i kwaterunkową kawalerkę bez wygód dla Marceliny, dwa bloki dalej od dotychczasowego lokum. Marcelina nie potrzebowała wygód, ubikacja i kran w korytarzu, to i tak lepiej niż tam, skąd pochodziła. Zdaniem sąsiadów żyła bez sensu i celu, choć nikt nie mógł powiedzieć o niej nic złego. Była szara, bezbarwna i nawet dzieci, którymi zajmowała się lub którym pomagała, nie lubiły jej za bardzo, choć wpadały często pożyczyć parę złotych na wieczne nieoddanie. Im była starsza, tym mniej się krępowano. Osiedlowe dzieci wyrastały na dorodnych młodzieńców i pannice z kolczykami w odsłoniętych pępkach. W czasie jakiejś wizyty zginął komplet kluczy do mieszkania i odtąd każdy chłopak z osiedla mógł tam wejść, jeśli chciał. Przychodzili więc, zabierali babci Marcelinie skromne grosze z portmonetki, a czasem ciągnęli do agencji PKO, gdzie podsuwali do podpisu pod trzęsącą się ze starości rękę wypełniony czek. Nic dziwnego, że na koncie Marceliny pojawił się nie znikający debet, przepisy się zmieniły i bank zablokował wypłaty. Marcelina przynosiła resztki jedzenia ze śmietnika i gotowała z nich zupę. Bogu dzięki, żyła, miała siłę chodzić, zrobić coś koło siebie i nie chorowała.

Nikt by jej nie uwierzył, gdyby powiedziała, że otulały ją kiedyś skrzydła anioła i że chciała spojrzeć w chabrowe, anielskie oczy. A co więcej, nawet sama nie umiałaby odpowiedzieć na pytanie: po co?

1 Nazywają nas rizunami, ale my jesteśmy świętymi rizunami
2 Krubki – (ukr. korobki) kosze plecione z łyka do noszenia na plecach i z szerokich pasów lipowego, cienkiego drewna do zbierania drobnych owoców jak: jagody, borówki, wiśnie
3 Hładyszki – gliniane dzbanki
4 Ożyny – jeżyny
5 Postoły – chodaki plecione z kory wierzbowej
6 Wyszki – poddasza, strychy
7 Zagata – mata z prasowanej słomy lub plecionego łyka osłaniająca nieoszklone otwory okienne, np. między sienią a izbą.
8 Chłopcy, w znaczeniu leśni, partyzanci
9 Weź ten chleb, dziecko i niech on ciebie zawiedzie szczęśliwie, dokąd chcesz
10 Zbioru kukurydzy
11 Leśnych

Bohaterowie opowiadania są fikcyjni, choć realia, związane z mordami Polaków, opisane w opowiadaniu, są prawdziwe. Miały one miejsce na Kresach Wschodnich RP ze szczególnym nasileniem w latach 1942-1944. Zginęło wtedy wg różnych szacunków od 120 do 300 tys. osób. Z powierzchni ziemi zniknęły wówczas całe wsie z ich mieszkańcami, a ponieważ spłonęły też archiwa, nie zachowały się żadne informacje o nich – oprócz przybliżonej liczby ofiar. Dzisiaj są tam puste, zaorane pola.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.