Herzliya. Zło wzbudza zło…

Halina Birenbaum
Dawne niepublikowane pamiętniki

 

Edvard Munch – Serce (1898-99)

28.11.98, Cleveland, sobota, godzina szesnasta

… sama w pokoju.

Wyszłam bez słowa, nie oglądając się na nikogo. Przy obiedzie na Bat Micwa było bardzo głośno, grała hałaśliwa muzyka. Przedstawiali mnie gościom jako autorkę książki o Shoah, siostrę dziadka solenizantki. Dobrze, że „dopracowałam“ się u nich jakiegoś tytułu… Jestem gorzka. Bo było mi smutno i źle. Na dworze świeciło słońce, piękny dzień – jak wiosną, a mnie nie chciało się nic. Jestem zmęczona życiem, powierzchownością ludzką, pustką, zależnością od różnych ludzi. Dziwne jest chyba to, co mówię – ludzie czerpią otuchę, wiarę z historii mojego życia, a ja mam wszystkiego tak bardzo dość. Jednak wciąż piszę, mimo że łzy cisną się do oczu, do gardła.

Po co jadę do ludzi, którzy mnie upokarzają, dlaczego wracam do nich? Przecież nie zapominam, a zawierzam na nowo okazywanej serdeczności, wybaczam, znów próbuję, nic mnie nie uczy, nie ostrzega. Dobre słowo z telefonu czy z listu – i wracają zaufanie, entuzjazm, energia. Ale po to chyba, by za chwilę odebrać nową gorycz. Za wiele… Wiem to już o sobie: odkryłam sama, dowiedziałam się od przyjaciół i nieprzyjaciół, od bliskich, od czytelników, słuchaczy… Nie lubię siebie, nie podobam się sobie. Chwila odtrącenia natychmiast zmywa ze mnie wszelkie odczucie jakichkolwiek zalet, co jest moją główną wadą. Może nie zawsze umiem dobrać odpowiednich przyjaciół, zbyt przejmuję się każdą reakcją? Popełniam ciągle te same błędy, a potem płaczę, narzekam. Wstyd mi tego, co tu piszę, ale nie żałuję; opisałam co się działo we mnie i dzieje. O powodach napiszę później, choć – być może – są zwykłe, nie nowe… Przerwę teraz, odpocznę.

Wróciłam. Nie mogę pomieścić się w sobie w samotności i wśród gnębiących myśli. Płakać też nie mogę. Dlaczego bliscy, którzy mnie kochają, bywają tak często wobec mnie okrutni? Co emanuje ze mnie, że usposabia ich do mnie źle, stają się nagle obcy, odpychający – zwykle tak po miłych, serdecznych rozmowach, wyrazach uznania, bliskości? Potem chłód, ignorancja, jakbym była powietrzem czy gorzej jeszcze, bo czymś, co odstręcza, przeszkadza… Natomiast gdy jestem daleko, piszą mi o tęsknocie i oczekiwaniu na mój przyjazd. Nie potrafię pojąć tych sprzeczności, trudno z nimi żyć.

Bratowa już mnie kilka razy napominała, że moja wnuczka może sobie pomyśleć, iż Ameryka jest taka radosna i bogata w codziennym życiu wszystkich obywateli. Widocznie boi się, że Yaeli spodoba się życie tutaj i zechce przyjechać na stałe… Znam ten lęk sprzed lat, gdy myślała, że ja zechcę przyjechać i robiła wszystko, by do tego nie dopuścić. Szybko uspokoiłam ją, że moja wnuczka bardzo kocha swój dom w Izraelu i nie zakochała się w bogactwach Ameryki.

Wczoraj pisałam o dobrych sprawach, dziś prysło to jak sen.

W restauracji – przydzielono miejsca przy stołach; okazało się, że nie umieszczono mnie przy stole rodzinnym obok brata i bratowej, a nawet nie obok dalszych krewnych czy znajomych, co odczułam jak policzek. Zapytałam bratową, gdzie mam usiąść, odpowiedziała pod nosem, bym poszukała miejsca. Najchętniej poleciałabym do domu! Chciałam wyjść na dwór, poczekać aż skończy się biesiada, ale przecież nie można urządzać scen w czasie uroczystego obiadu na Bat Micwa… Brat milczał, nie patrzał na mnie. Bał się chyba zamieszania, zna uczucia żony do mnie.

Ostatecznie znalazła mi miejsce przy stole bratanica, po interwencji dalekiej krewnej. Brat przez cały czas milczał, był nieuprzejmy, chmurny. Wydawało mi się, że on ma dość mojej obecności. A jeszcze wczoraj tak pełen entuzjazmu, tyle miał planów związanych ze mną, tak wiele chciał dla mnie zrobić! Narzekał, że przyjechałam na zbyt krótki czas, nic nie zdążymy … Powiedział, bym odesłała wnuczkę do domu, bo musi wrócić do szkoły, a ja zostałabym na kilka miesięcy… i szkoda, że mieszkam tak daleko… Dziś jest już tak inny! Nie jest to nowością dla mnie, jednak za każdym razem zadziwiające i przyrzekam sobie, że nigdy więcej nie przyjadę, a potem ulegam namowom i prośbom w nadziei, że będzie inaczej. Jest chory, dużo starszy ode mnie i zawsze boję się tego (co on też mi wmawia), że jeśli nie przyjadę, może nie zobaczę go więcej. Umożliwia mi wszystkie podróże, pomaga mi trochę, ale bratowej nie można o tym powiedzieć.

Tyle o tej uroczystości rodzinnej, na którą przyjechałam z tak daleka. W katolickiej rodzinie Dany, w New Yorku, byłyśmy obie z wnuczką szczęśliwsze i o niebo lepsze jedna dla drugiej. Zaznałyśmy u niej tyle ciepła i serdeczności! Oczywiście gdyby nie brat, nie poleciałybyśmy w ogóle do Ameryki, nie miałybyśmy możliwości doznania luksusu dalekich podróży – ale czy on jest tak konieczny? Czy nie lepiej żyć tym, co się ma w swoim domu? … Pytanie jest już odpowiedzią.

Przerywam. Wieczorem będzie spotkanie grona najbliższych gości w domu bratanicy. Wnuczka mieszka tam przez cały czas naszego pobytu, muszę pójść na przyjęcie, by zobaczyć się z nią. Brat zostaje w domu sam, jest już zbyt zmęczony licznymi imprezami w ciągu dnia. Nie lubi tych wszystkich ceremonii, woli spokój.

Przebrałam się, przejrzałam się w lustrze. Wygląd własny wzmocnił samopoczucie. Muszę w sobie samej znajdywać otuchę i pocieszenie. Czasem udaje mi się odszukać je w czyichś oczach, spojrzeniu, w wyrazie twarzy, bez słów – to bywa wspaniałe! Bywa, że nie znam człowieka, a patrzy poważnie, głęboko w oczy i cała jego postawa mówi, że jakby mnie przejrzał i ceni mnie, czeka na słowo ode mnie, na wyciągnięcie ręki. Wiem wtedy, że ta osoba czytała moją „Nadzieję” i spojrzeniem badawczym, akceptującym okazuje uznanie dla mnie – tej postaci z mojej książki. Wpatruje się w moją realną postać, szukając w niej tej pierwszej STAMTĄD. Trudno to opisać, można tylko odczuć albo wyrazić w wierszu, co chętnie zrobiłabym teraz.

Już północ. Jestem znów przy stoliku, przy małej lampce, z której spływa światło na mój zeszyt. Lubię tą atmosferę niemal w każdym miejscu, sytuacji, kojącą intymność ciepła samotności, która w przedziwny sposób nie jest samotnością.

Wieczorem wróciła dobra atmosfera w domu, wieczór u bratanicy także minął mile. Brat był w dobrym humorze, serdeczny gdy wróciłyśmy z tego przyjęcia, bratowa także. Cieszę się każdą dobrą chwilą i piszę o wszystkim, jakby było to sprawą życia i śmierci… Tak trudno mi jest bez ludzkiej życzliwości! Nawet po moich nieporównywalnych z niczym oświęcimskich przeżyciach.

Inni krewni na przyjęciach okazali mi dużo więcej uczucia niż dawniej, a zwłaszcza młodzi, dzieci. Lgnęli do mnie, obejmowali, całowali. Budzi się w nich coś dobrego względem mnie, jakaś ufność, ciepło… Nie wiem dlaczego czuję wtedy po prostu miłość, szczęście – niekoniecznie trwałe.

Tyle wzruszeń we mnie, odbieranych wciąż wrażeń – nieraz wielkich, głębokich, a innym razem gorszych, plotek, kłamstw, półkłamstw. Nie warto wyszczególniać, choć w tych marnościach nierzadko można odkryć wiele cech charakteru. Czy zawsze zachowanie się, sposoby reagowania zasługują na analizowanie? Czy trzeba liczyć się z postępowaniem każdego jednego człowieka? Uważam, że tak. Dla mnie każdy człowiek jest jednakowo ważny. Chciałabym zgłębić każdego, kto pojawia się na drodze mojego życia.

Gdy jestem u brata, piszę dokładnie intensywnie pamiętnik z pobytu w Ameryce. Często zmienia się atmosfera w tym domu. Jedno małe słowo może wywołać raptem burzę, pożar… Potem nagle wesołość, radość bycia razem, które pozwalają zapomnieć urazy, jakby ich nigdy nie było. Chyba ludzie nie mogę być zawsze pogodni i dobrzy.

30.11.98, ósma rano

Jestem już ubrana i piszę. Nie śpię od czwartej nad ranem. Czytałam (czy raczej przeglądałam) książkę „Ziemia przyobiecana”. Nie wiem czy zdołam przeczytać całą, są tu liczne dłużyzny i erotyczny smalec, ale też wiele autentycznych szczegółów z życia w Palestynie, przed powstaniem państwa Izrael, przed wojną i Holocaustem. Autor ma bliskie mi poglądy polityczne.

W domu cisza, słyszę stukanie laski brata (walkman), więc już nie śpi… Wczoraj dzwonili mój mąż i znajoma, Dziunia z Iowa. Bratowa akurat pokazywała film z zeszłorocznej Bar Micwy wnuka, który sama nakręciła, opracowała. Nie zawołała mnie do telefonu, kazała im zadzwonić później…

Udawałam, że podzielam jej zachwyt filmem, mimo że był nudny i pełen bzdur. Nie brak i we mnie fałszu, jednak długo nie wytrzymuję braku zgody z taką sobą. W końcu tama pęka i mówię w oczy całą prawdę. Ale dobre słowo sprawia, że zapominam o sobie i robię to, co przynosi radość innym. To raczej moja słabość niż dobro, brak woli i tchórzostwo. Sądzę po sobie, boli mnie czyjaś obraza, czyjś ból i chciałabym oszczędzić ich ludziom, o ile jest to w mojej mocy.

Czytelnicy moich książek czy słuchacze ustnych przekazów uważają, że jestem niezwykle silna. Może poniekąd to prawda; może jest we mnie i siła i słabość, wszystko po trochu, jak w każdym człowieku. Zastanawia mnie tylko ile jest z pierwszego, a ile z drugiego?

Powinnam zacząć pisać listy do przyjaciół, bo w domu będę zmęczona. Zmiana czasu między Izraelem i Ameryką ciąży bardzo w pierwszych dniach.

Dziesiąta rano. Pokłóciłam się z bratem i wyszłam z kuchni do swego pokoju. Pierwszy raz odpowiedziałam mu ostro, jego językiem i dałam do zrozumienia, że chciałabym już tu nie być. Nigdy przedtem nie ważyłam się odpowiedzieć mu na jakiekolwiek zniewagi. Czuję się teraz samotna, zbolała, bezradna! Najbliżsi ludzie zawodzą!

W piątek miałam potwierdzić powrotny lot i zapomniałam. Chciałam, aby brat teraz to zrobił (bratowa śpi jeszcze, ona zwykle wstaje późno). Od razu, gdy weszłam do kuchni, wsunął twarz w gazety, zignorował mnie, jakbym nie istniała. Nie wiedziałam co robić. Usiadłam i czekałam cicho, może się rozpogodzi za chwilę. Wreszcie przypomniałam mu o wczorajszym planie na ten dzień i zatwierdzeniu lotu. Chciał pojechać ze mną zrobić ksera, by mieć kilka odbitek z mojego opowiadania „Achmed” po angielsku i do optyka w sprawie okularów. Odpowiedział odpychająco, obojętnie – on nie potrzebuje tego opowiadania, mogę je zabrać z powrotem do Izraela, nie wie po co je przywiozłam, o co mi w ogóle chodzi.

Wstałam z krzesła. W kilku słowach wyraziłam, co myślę o jego zachowaniu i dlaczego przyjeżdżam do niego na tak krótko. Wbiegłam na schody do mojego pokoju, jakbym odchodziła na zawsze. Następnego dnia powiedział, że śniło mu się, że spakowałam nagle walizkę i odjechałam. Byłam bardzo wzburzona. Przecież o nic nie prosiłam, on wszystko zaproponował, zaplanował. Wzięłam tabletkę na uspokojenie. Teraz siedzę, piszę, i płaczę. Nie chciałabym, by bratowa wiedziała o kłótni, miałaby najsłodszą zemstę. Zostały mi trzy dni pobytu. Muszę być silna, milczeć i wstrzymać łzy, by nie cieszyć nimi bratowej. Udaję, że nic się nie zdarzyło.

Północ. Jaki to był długi dzień!

Gdy bratowa zeszła na śniadanie do kuchni, wróciłam jakby nigdy nic… Brat odezwał się do mnie uprzejmie, serdecznie. Znów był ciepły, dobry, troskliwy. Chmura przeszła albo zrozumiał lekcję. Dziś wiem, że myśl o moim rychłym wyjeździe wprawiła go w gorycz, wywołała chęć urażenia mnie. Pokazał mi z radością, że ma już przygotowane wszystkie papiery, skomunikował się z optykiem, chce sobie zrobić dziesięć kopii „Achmeda”, by rozdać znajomym i zaraz pojedzie ze mną do miasta. Pojechaliśmy razem. Po drodze wypiliśmy cappuccino, rozmawialiśmy przyjaźnie, serdecznie. Czułam się otoczona wszystkim, co w moich warunkach w Izraelu jest niemożliwe, bezpieczna, zamożna.

Jutro mam być w szkole wnuczki brata. Dzieci z jej klasy otrzymały w prezencie, podczas Bat Micwy, moją książkę i pragnęły spotkania ze mną. Bratowa natychmiast oznajmiła, że mnie zawiezie i będzie towarzyszyć. Wnuczka też pojedzie z nami. Nie lubię tego, nie będę się czuć swobodnie. Bratowa zawsze znajdzie coś do skrytykowania i zakomunikowania przykrych uwag. Wnuczka też nie wiadomo jak zareaguje, zwłaszcza, że mam mówić po angielsku… Z bratową wszystko dziś przeszło dobrze, ale – wszak nie raz – nic nieznaczące słowo sprowadzało nieoczekiwany wybuch gniewu i wrogości. Ustępuję zwykle, byle się nie pokłócić…

Boli mnie głowa, położę się spać. Jeszcze pomyślę trochę… tak w sobie, cichutko. Może akurat inni pomyślą też o mnie? Wszyscy są tak daleko! A brat jest blisko i daleko nieraz, choć tuż… Robi już plany mojego następnego przyjazdu… Jestem na siebie zła za uległość, lęk przed nim, jak w dzieciństwie; jednocześnie żal mi go, bo cierpi, jest kaleką po postrzeleniu przez bandytę, w hotelu, na zjeździe lekarzy w New Yorku i tak trudno mu przychodzi niemal każdy ruch. A ja jeszcze obrażam się na niego, płaczę. A gdy źle się do mnie odnosi, nie mogę o tym pamiętać i chciałabym uciec na zawsze. Potem czuję pustkę, gniew, który niczego nie rozwiązał (przeciwnie – i gdy wraca zgoda, czuję się winna tego, o czym myślałam, mówiłam, pisałam). Nie potrafię się zmienić, zło wzbudza zło…

1.12.98, godzina siódma czterdzieści pięć

Obudziłam się o piątej. Na dworze szaro, mokro, a w domu ciepło. Niepotrzebnie dźwigałam tyle ciepłej odzieży. Niebawem pojedziemy po moją wnuczkę do bratanicy i razem z nią do szkoły. Bratowa jest już w kuchni przy śniadaniu. Bardzo lubi wozić mnie i towarzyszyć w takich spotkaniach. Obiad po szkole zjemy w restauracji, a na kolację zaprosiła nas wszystkich bratanica z powodu naszego odjazdu. Jutro wnuczka będzie nocować ze mną u brata, by nazajutrz o szóstej rano wyruszyć na lotnisko. Chętnie zostałaby do ostatniej chwili u bratanicy (tamte dzieci pragnęły też tego bardzo). Cieszy mnie, że tak się zaprzyjaźniła, znalazła wspólny język z nimi. Choćby dlatego warto było odbyć tą podróż i przejść przez nieporozumienia (a wydawało mi się, że są sobie obcy; chyba nie zorientowałam się).

2.12.98, środa, ósma trzydzieści.

Jak zwykle nie śpię już od trzech godzin. Wczoraj robiłyśmy zakupy w pięknym, olbrzymim domu towarowym. Pojechała tam z nami sekretarka brata, w tajemnicy przed jego żoną. Zmęczyłam się niezmiernie samym oglądaniem przeróżnych wyrobów, wybieraniem, szukaniem. Jaka mnogość wszystkiego! Brat bardzo się cieszył, że kupiłyśmy wszystko, czego pragnęłyśmy. Wszystko było prezentem od niego. Dzisiaj rano wyjaśniło mi się wiele, o wielu rzeczach dowiedziałam się, wiele zrozumiałam. Rozmowa z bratem wyjaśniła mi zachowanie innych osób. Jak mało człowiek wie o tym, co w sercu innego człowieka i jak mało zna samego siebie! Ile zła wynika nieraz z miłości! Uczucia to trudny do regulowania żywioł; niszczy, gdy się go chce ujarzmić, zdusić…

Dwudziesta trzecia piętnaście. Jutro rano odlot z Cleveland do New Yorku, a po trzech godzinach z lotniska La Guardia do Kennedy’ego. O trzynastej odlot do Izraela. Obyśmy tylko zdążyły na czas w tych niesamowitych odległościach i ogromie amerykańskim wszystkiego!

Obie bratanice ze swymi mężami i dziećmi przyszły pożegnać się z nami. W Izraelu znów wrze, znów akty terroru, ludzie giną, szaleje nienawiść! Dokąd wiozę te nabyte amerykańskie „skarby” prezenty, gdy tam u nas nie ma spokoju i nie przestaje lać się krew?! Tam jest nasz dom i wracamy do niego, do codziennego życia, zwykłych radości i trosk, od których oddaliłam się na moment, by wejść w drugorzędne, moje – nie moje…

W pokoju brata gra radio, widocznie jeszcze nie śpi. Mówił, że śniłam mu się wczorajszej nocy. Jest mu pewnie żal, że już wyjeżdżam. Przepełnia mnie wdzięczność za jego dobroć i szczodrość. Wnuczka też się cieszyła podróżą. Rodzina i znajomi brata polubili ją, a ona ich. Wszystko stało się możliwe dzięki niemu. Zwiedziła w New Yorku i Cleveland znane, piękne miejsca.

W szkole, u wnuczki brata, było doskonale: skupienie, wzruszenie (ile razy pisałam te słowa o reakcjach na moje przekazy z Shoah?…)… Bratowa milczała, znów miała dla mnie swoje mentorskie uwagi. Wnuczka była zafascynowana tym, co powiedziałam i jak. Wieczorem zwierzyła mi się, że chciałaby kiedyś, gdy już mnie nie będzie na świecie, opowiadać ludziom moją opowieść w taki sam sposób jak ja, z takim samym wyrazem twarzy i oczu… Na tym kończę swe pisanie u brata.

Reszta w samolocie i w domu w Izraelu.

3.12.98, południe

Jesteśmy na lotnisku Kennedy’ego, nareszcie po odprawie przed wejściem do samolotu. Wszystko przeszło pomyślnie, dojechałyśmy do La Guardia dwie godziny przed czasem.

Wstaliśmy wszyscy o piątej rano. Brat i bratowa byli serdeczni, a lękałam się, że będą źli na mnie, iż muszą wcześnie przez nas wstać. Oboje odwieźli nas na lotnisko (godzina jazdy z ich domu).

Było mi ciężko z przenoszeniem i wynoszeniem walizek. Wnuczka chodziła obok mnie zaspana, smutna. I teraz siedzi markotna, nie odzywa się ani słowem lub mówi pod nosem niezrozumiale, gdy o coś ją pytam, muszę powtarzać kilka razy. Przykro mi. Jest gorąco, słońce świeci z przeciwległego okna prosto w oczy. Mam na sobie sweter i grubą, polską kurtkę.

Chyba nie warto nadwyrężać się dla nikogo, przeważnie nie docenią. Trzeba chyba mieć nieludzkie siły na to, co biorę wciąż na siebie.

4.12.98, piątek, piąta rano.

Za dwie godziny będziemy już w aucie w drodze do Herclijji. W samolocie nie spałam, oglądałam filmy, bajki. Oderwałam się od wszystkiego. Rozmawiałam trochę z wnuczką, stała się znów miła i ciepła. Widocznie była przedtem zaspana i przygnębiona rozstaniem, a ja zwykle za prędko oceniam pod wpływem czegoś, co mnie uraża. Jestem też niepoprawna w pośpiechu rejestrowania zła (zapisuje się łatwiej i długo tkwi w pamięci, bo boli). Dobro przeżywam przeważnie w sobie, grzeję się nim, nie wydobywam na zewnątrz, jakbym się bała je wyziębić, utracić… Zapadam się w szukaniu, zdobywaniu tego dobra pośród zmiennych zachowań. Lepiej nie myśleć o tym. Jestem bardzo śpiąca. Chciałabym paść na miękką pościel i pogrążyć się całkowicie w nieświadomości snu! Niedługo tak już będzie, we własnym łóżku, u siebie!

Jestem niespokojna o nasz bagaż podręczny, w którym został drogi aparat fotograficzny wnuczki, prezent od mojego brata. Stewardesa z jej tylko wiadomego powodu, nie pozwoliła mi wziąć małej walizki do samolotu. Inni weszli z dużo większymi. Zawsze muszę mieć jakieś niespodziewane przykrości. Samolot trzęsie, zniża się do lądowania. Ameryka, dom brata, jego córek – wszystko już daleko, jakby tego nigdy nie było. Z powrotem do rzeczywistości izraelskiej… do domu, naszego – mojego, tu najlepiej!!!

(Przepisane do komputera w grudniu 1999).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.