Proste historie. Zaduszność

Jarosław Kapsa

„Niezależna” Antykwariat – Antykawiarnia na ul. Kopernika 4 w Częstochowie

I

Sprawa, która trafiła na wokandę częstochowskiego sądu wiosną 1936 roku, wydawała się banalna. Wychowanek domu dziecka ukradł koledze szkolnemu książkę i sprzedał ją w antykwariacie; przez to antykwariuszowi postawiono zarzut paserstwa. Sprawa drobna, nie godna uwagi, dopiero reporter zwrócił uwagę kim jest ów oskarżony: „Liczne rzesze urodzonej i wychowanej w Częstochowie inteligencji, nie wyłączając tak świetnych jej przedstawicieli, jak wszechświatowej sławy fizyk prof. Wolfke, gen. Orlicz-Dreszer, znakomity historyk powstania listopadowego prof. Wacław Tokarz i wielu, wielu innych, którzy zrobili błyszczące karjery na wielu polach, wszyscy ci ludzie zapewne dobrze pamiętają jakże popularnego niegdyś przed laty handlarza książek tzw. Ciapa. Ten ściśle związany z dziejami miejscowego szkolnictwa antykwarjat od niepamiętnych lat mieści się w małym parterowym demku przy ulicy Garibaldiego 20 naprzeciw Kapeluszarni. „Ciap” chętnie nabywał każdą książkę, a dostać u niego można było i wszelkiego rodzaju podręczniki, i gotowe ćwiczenia rosyjskie na wielorakie tematy abstrakcyjne i literackie. Niewiadoma przez kogo nadany mu przydomek tak niepodzielnie przyrósł do jego osobistości, że stał się niejako jego drugiem nazwiskiem. Bo mało kto wiedział jego prawdziwe imię i nazwisko, które brzmią Fiszel Abram Zajdman. (…) W toku rozprawy okazało się, że Zajdman jest najstarszym mieszkańcem Częstochowy. Metryka jego wykazuje dzień 20 listopada 1839, jako datę urodzenia. Oskarżony oświadczył jednak, że liczy kilka lat więcej, niż to wykazuje metryka urodzenia. Urodził się on w Pilicy i zgłoszony został do urzędu cywilnego wówczas, gdy miał już około 6 lat. Pamięta dobrze, że wraz z innymi „noworodkami”, z których niektórzy liczyli już po 7 lat, zjawił się w jednej koszuli, sięgającej zaledwie do kolan. Kazano mu więc iść z powrotem do domu i powrócić do urzędu w bardziej przystojnym stroju, licującym z powagą urzędu.¹”

Gdy kilkunastoletni Fiszel przybył do Częstochowy miasto to nie było dużo większe od Pilicy, liczyło około 10 tys. mieszkańców, w jednej trzeciej Żydów. Przybył Fiszel przed powstaniem styczniowym, był świadkiem patriotycznego ożywienia, założenia pierwszej świeckiej szkoły żydowskiej przez Neufelda; być może uczestniczył w polsko-żydowskiej manifestacji na Starym Rynku, oglądał pogrom i spalenie dzielnicy żydowskiej w 1862 roku. Ze swojego domku, na zapuszczonej ulicy nazywanej Spadek, obserwować mógł popowstaniowy rozwój Częstochowy czyniący w końcu XIX wieku z małego miasteczka czwarte pod względem wielkości miasto Kongresówki. Zmieniało się miasto, rosły fabryczne kominy, powstawały gimnazja dostarczając klientelę Fiszelowi. W sąsiedztwie antykwariatu wybudowano wielki budynek Nowej Synagogi oraz obszerną kamienicę z mykwą; Markusfeld wybudował przy ul. Spadek fabrykę kapeluszy, obok zaś powstały dwie mniejsze fabryki zabawek. Wszystko się zmieniało, tylko Fiszel, zwany przez uczniaków Ciapem, pozostawał ten sam, w wytartym chałacie, w spłowiałej mycce, z długą brodą, wiecznie roztargniony…

Starzy ludzie przez swoją pamięć stają się pomnikami, ostoją wieczności wobec prądów zmienności. Miasta to nagromadzenie elementów: ludzi, domów, ulic, fabryk. Podświadomie szukamy w tym trwałości nadającej chaosowi jakiś sens. Jeśli coś było „za naszej pamięci” to znaczy, że było „od zawsze” i „na zawsze” powinno pozostać. A gdy tego nie ma rodzi się tęsknota, wadowickie kremówki, paryskie magdalenki.

Czasem to zapętlenie pamięci prowadzi przez wertepy. „Panie” – mówił mi pewien starszy człowiek – „Takiej ryby po żydowsku jaką dawali w 1941 roku w getcie na Nadrzecznej, to w życiu potem nie jadłem. Sam cymes, palce lizać…” I co ? Będziemy to analizowali przez rozum, bo przecież getto, wojna, głód, a ten o cymesie… Sprawdzasz to, konfrontujesz z innymi wspomnieniami i zaczyna się zgadzać. Miał mój rozmówca w czasie wojny kilkanaście lat, z rodziny był biednej, takiej co na żurze żyła i rybę widywała w marzeniach. W getcie był głód, ale też by przeżyć trzeba było handel prowadzić. Trzymano więc świeże ryby w koszach pod mostem na Warce, gdy trafił się kupiec – chrześcijanin z pieniędzmi to mu je sprzedawano, oprawione, doprawione jak najlepszy cymes, by dzięki temu na chleb dla dzieci zarobić. Chrześcijanie mogli swobodnie wchodzić i wychodzić z terenu dzielnicy żydowskiej; formalnie nie mogli tu nic kupować, ale kto by tam zwracał uwagę na zakazy. Pamięć oficjalna tego nie uwzględnia: było getto, była Zagłada, była ofiarna polska pomoc, albo – przeciwnie – współudział polski w zbrodniach. W pamięci prywatnej znajduje się więcej odcieni, tam jest także miejsce na ów wymarzony cymes. Pamięć oficjalna dobiera fakty do mitów. Pamięć prywatna broni przed koszmarami, odrzuca złe obrazy, przywołuje chwile radosne.

II

Mam i ja swojego częstochowskiego Ciapa, nie jest jeszcze najstarszym częstochowianinem, ale i tego mu serdecznie życzę, bo nie wyobrażam sobie miasta bez niego. Zbigniew Biernacki od trzydziestu lat prowadzi antykwariat (a dokładnie rzecz ujmując Antykwarnię Księgarnię „Niezależna”) na ulicy Kopernika. Postać, że tak powiem, nietuzinkowa, niegdyś taternik, speleolog, przewodnik turystyczny, z natury po chłopsku grubiański, ale też po chłopsku zakochany we wszelkich pismach drukowanych, zwłaszcza obrosłych kurzem czasu. Kupiec z niego żaden, niejednego klienta zraził obsztorcowując go po kielecku. Mnie to nie dziwi, sam też bym nerwowo nie wytrzymał inwazji mamuś półinteligentnych licealistów poszukujących lektur szkolnych; z ich wiedzy czasem wynika, że Sienkiewicz napisał „Prusaków”, a Mickiewicz „Pana Tomasza”, a już dla pana Zbyszka szczytem było dopytywanie się o taką książkę o wiernym psie, którą ponoć stworzył Żyromski… Zbigniew korzeniami jest z nad Wiernej Rzeki, do klasyki stosunek ma nabożny, sam nie wiem, jak ta klientka ocalała przed atakiem furii.

Z czasów PTTK-owskich wyniósł Biernacki ideę regionalną, tworzącą z Częstochowy i okolic swoisty pępek świata. Jego ambicją księgarską stało się, by na półkach „Niezależnej” były możliwie wszystkie wydane od zarania świata książki o naszym mieście i regionie. I nie tylko książki, Zbigniew jest zbieraczem pocztówek, więc własnym sumptem wydał już cztery pokaźne albumy zawierające blisko 1000 widokówek regionalnych. Zbieractwo regionalne jest u niego nieograniczone, zatem w antykwarycznym składzie makulatury znaleźć można ryngrafy, medaliki, kieliszki, buteleczki, odznaki itd., itp.; był nawet oryginalny sztandar i równie oryginalny zwój Tory z zapomnianej synagogi z zapomnianego sztetla. I co najważniejsze, byli ludzie, którzy biorąc do ręki taki artefakt częstochowski potrafili opowiedzieć jego historię.

Jak to bowiem mówią: swój do swego, każdy obłąkaniec przyciąga innych wariatów. Przez Antykwarnię przewijali się różni rąbnięci hobbyści, nie wierzyłem, że jest nas aż tylu: zbieracze znaczków, etykiet zapałczanych, militariów, butelek, biletów autobusowych, druków fabrycznych, oryginalnych listów, dewocjonaliów, maszyn do pisania i wałków malarskich itd., itp. Do tego dochodziło grono badaczy i opowiadaczy. Badacze grzebali w archiwaliach i książkach, opowiadacze darzyli ich gadkami o krajobrazie Częstochowy czasów ich młodości. Wszystko to przekształciło się w klub miłośników historii Ziemi Częstochowskiej z patronem, lokalnym historykiem Janem Pietrzykowskim. Średnia wieku klubowiczów hm – hm i jeszcze trochę, werwa i chęć działania ograniczona biologią. Ale w sumie grono zacne, tylko za szybko przenosi się w świat życia pozagrobowego.

Zbigniewowi też już wiek emerytalny dawno minął, ale od Antykwarni oderwać się nie może. Zarabia chyba tylko przez miesiąc w roku, gdy rośnie popyt na używane podręczniki i lektury szkolne. Przez pozostałe miesiące gromadzi cymesy, pracując jak odkurzacz zbierający zamiast kurzu skarby. Najczęściej wiąże się to z wizytami meneli znoszących w workach znaleziska ze śmietników; zdziwiłby się niejeden kustosz z Muzeum Narodowego widząc jakie skarby naród znowocześniały wywala na śmietnik. Współczesne mieszkania, instytucje, szkoły a nawet biblioteki nie mają miejsca na przechowywanie nadmiaru zadrukowanego papieru. Myśl ludzka też podlega recyklingowi. Nawet dzieła niejednego laureata nagrody Nobla przetwarzane bywają na papier toaletowy.

Czasem Zbigniew robi za pogotowie podzwonne. Zmarł ktoś, rodzina prosi antykwariusza, by ten oszacował pozostawiony dorobek życia; z filmów wynieśli wyobrażenie, że ponoć książki są cenne. Zresztą, nie zwalajmy na filmy; zmarły gros swych oszczędności inwestował w papier książkowy, przeżywał euforię, gdy trafiło się coś niezwykłego, snuł opowieści o chytrym korumpowaniu pań w księgarniach, by mu coś tam odłożyły, o wyprawach eksploracyjnych do odległych antykwariatów lub na dalekie jarmarki staroci; jeśli dla zmarłego było to takie ważne, to i spadek pewnie wartościowy. A Zbigniew musi ich sprowadzić na ziemie, z tych setek ksiąg może znaleźć kupców na 10-20 tytułów, reszta… jest milczeniem, makulaturą, niepotrzebnym legowiskiem mola. Bo kto dziś książki czyta i kupuje, skoro ma smartfona. I antykwariusz Biernacki zostaje ze swymi wartościami jak przedwojenny Ciap ze swoim zbiorem ćwiczeń abstrakcyjnych w języku rosyjskim.

III

Taki zwyczaj i obyczaj, że stoimy z Biernackim 1 listopada na cmentarzu Kule w Częstochowie i ofiarnie żebrzemy na odnowę starych grobów. Zajęcie miłe, bo przez to nawet nas czynią na jeden dzień elitą lokalną (w telewizji tak mówią, że kwestuje elita). W listopadowy dzień na cmentarz wypełzają podobne nam gady z epoki jurajskiej, dorzucając bilon a nawet banknoty do skarbonek, dopingując nam życzliwie. W Zaduszki odczuwa się coraz wyraźniej, że większość ludzi nam bliskich spoczywa już pod ziemią; a większość tych, co jeszcze po ziemi chodzi jest nam prawie zupełnie obca. Była widocznie jakaś epoka lodowcowa, już się skończyła, tylko myśmy tego nie zauważyli i budzimy się w coraz bardziej nieznanym świecie.

Takim nam podobnym gadom wydaje się, że skoro zgromadziliśmy w życiu trochę własnych doświadczeń, a nieporównywalnie więcej tych doświadczeń czerpaliśmy od innych za pośrednictwem książek, to ta wiedza czyni nas mądrymi i potrzebnymi młodszym. Nic bardziej złudnego. Młodzi muszą przejść własną drogę, uczyć się na własnych błędach, nic im w tym nie jesteśmy w stanie pomóc… Nasza wartość jest równa cenie odrzuconego przez rynek księgozbioru. Staliśmy się już tylko przedmiotami z zakresu publicznej polityki senioralnej, polują na nas pracownicy pomocy społecznej by zapędzić do klubów seniorów, by odizolować i faszerować koncertami Ireny Santor. Przedszkola i place zabaw dla dzieci, poszkola i place zabaw dla seniorów, duch państwa opiekuńczego wyznacza nam swoje miejsca.

Cmentarz uczy pokory, tych którzy uczyć się chcą. Przeszłość tylko tyle jest warta ile warci są ludzie, którzy chcą pamiętać. Można chwalić się książką, tak cenną, że nigdy nie przeczytaną. Można budować pomnik nie zastanawiając się, kim był ten wyrzeźbiony człowiek. Można zmarłych przeszeregować w mit, odebrać indywidualność, zamienić w zacnych antenatów, bohaterskich żołnierzy, ofiarnych aktywistów, w elementy Wiecznych Narodów lub części składowe uciskanych klas społecznych. Ziemia wszystko i wszystkich przyjmie…

Dzień Zaduszny, dzień wolności dla dinozaurów.

1 Słowo Częstochowskie nr 98 z 28 kwietnia 1936 s. 3

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.