Opowiadania. Samolot

Stanisław Ryczek

Samolot szturmowy Jliuszyn Ił-2 „Szturmowik”

Samolot leżał na końcu wioski. Został zestrzelony trzy dni wcześniej przez niemiecką baterię przeciwlotniczą stacjonującą niedaleko kościoła. Tylko on jeden z eskadry kilkunastu bombowców i eskortujących ich myśliwców został strącony. Pilot usiłował wylądować płonącą maszyną, jednak stracił panowanie nad sterami, gdy ogień objął kokpit. Dlatego zamiast lądować na polach upadł we wsi. Wzniecił przy tym kilka pożarów, ściął dwa sady wraz z płotami, pasiekę, by w końcu zaryć się w gnoju obok maćkowej chałupy.

Pilot spłonął żywcem, natomiast nawigator wyciągnięty przez chłopów żył jeszcze jakiś czas i nawet na chwilę odzyskał przytomność. Jednak jego nogi zwęglone były prawie do kolan, więc jeszcze przed południem zmarł. Zanim się to stało zdążył oddać otaczającym go ludziom niedokończony list. Do kogo był adresowany nie wiadomo, pewnie do rodziców lub do żony. Nikt z obecnych nie znał ruskiego alfabetu, ale obiecano umierającemu dostarczyć jego dokumenty i list rosyjskim żołnierzom, kiedy tylko będzie okazja. Na dole kartki dopisano drukowanymi literami po polsku: „Zginął 8 stycznia w Smęgorzowie na polskiej ziemi.”

Taka okazja nadarzyła się już za dwa tygodnie. W drugiej połowie stycznia ruszyła ofensywa, która zepchnęła niemieckie wojsko na zachód. Rosjanie, którym wręczono pismo, ze współczuciem pokiwali głowami i zajęli się tym, co lubią najbardziej – mianowicie piciem bimbru i wyjadaniem zapasów z chłopskich spiżarni. Później NKWD rozstrzelała tę grupę jako dezerterów, więc nie wiadomo czy list umierającego lotnika dotarł do adresata.

Ale to miało dopiero nastąpić.

Tymczasem samolot stanowił atrakcję dla całej wsi, a szczególnie dla dzieci. Niemcy oprócz wysłania patrolu zaraz po zestrzeleniu i sprawdzeniu czy lotnicy żyją, nie interesowali się wrakiem. Samolot jako statek powietrzny nie przedstawiał oczywiście żadnej wartości, ale jego wyposażenie nie uległo całkowitej zagładzie, bo pożar zniszczył tylko kabinę pilotów i system napędowy (silnik ze śmigłem przy zderzeniu został wyrwany i znalazł się kilkadziesiąt metrów dalej). Jednak szybkostrzelne karabiny maszynowe w liczbie trzech wraz z amunicją pozostały nienaruszone. Bronią tą zainteresowali się partyzanci. Dali znać Maciejowi Chmurze gospodarzowi obejścia, że zgłoszą się po nią.

Maciej, żeby im pomóc, wymontował jeden z karabinów i ukrył w swojej nadpalonej stajni. Dwa następne sprzężone ze sobą karabiny pozostały we wraku, bo bez pomocy Maciej nie mógł ich wymontować.

Jeszcze przed wizytą partyzantów gospodarz stwierdził, że karabin ukryty w stajni zginął. Po krótkim śledztwie okazało się, że to jego siostrzeńcy Stefek i Staszek Ryczkowie ukradli karabin.

Z jego odebraniem nie było kłopotu, bo dziesięcioletni chłopcy przyznali się i wskazali miejsce ukrycia broni. Jednak nie było z karabinu pożytku, bo był zagwożdżony, w jego zamku utkwiła łuska z wystrzelonego pocisku i nie było sposobu, żeby ją wybić. Nawet kowal usiłował to zrobić i nic z tego nie wyszło. Może rusznikarz by zaradził, ale niestety takiego fachowca we wsi nie było.

Partyzanci przyszli w niedzielę z rana, mieli przygotowane narzędzia, a nawet już przystąpili do demontażu pozostałych we wraku karabinów, gdy niespodziewanie przyjechali żołnierze niemieccy. Leśni chłopcy nie zamierzali rezygnować z pozyskania broni. A Niemcy nie zmierzali odjeżdżać, widocznie mieli czas wolny i chcieli go sobie uprzyjemnić obejrzeniem ruskiego samolotu, który udało im się kilka dni temu zestrzelić. Prawdopodobnie początkowo nie zdawali sobie sprawy co robią ubrani po cywilnemu ludzie majstrujący przy wraku.

Dowódca partyzantów zdecydował, żeby akcję pozyskania broni kontynuować bez oglądania się na Niemców. Mechanicy nie przerwali odkręcania śrub mocujących CKM-y, a partyzanci ustawili się tuż za żołnierzami wermachtu, spod ich płaszczy wystawały lufy. Jednocześnie poinformowali ich, że jeżeli będą spokojni nic im się nie stanie.

Jeden z żołnierzy niemieckich pochodzący ze śląska odezwał się pojednawczo:

– Chopoki nie róbcie gupstw, koniec wojny blisko, a wszyscy chcemy przeżyć.
– Powiedz to swoim kolegom to przeżyjecie. – Dowódca partyzantów był zdecydowany, ale strzelanina też nie była mu potrzebna. We wsi było dużo wojska i w razie walki z przeważającymi siłami ich oddział mógłby ponieść zbyt duże straty. Jednak Niemcy okazali się grzecznymi chłopcami i ofiar w tej akcji nie było.

Niestety nie wszystkie historie kończyły się bezkrwawo.

Buszujący we wraku chłopcy znaleźli w luku bombowym zapomnianą niewielką bombę. Była na tyle lekka, że udało im się przenieść ją do pobliskiego lasu. Tam na polanie rozpalili ognisko i umieścili w nim bombę. Sami ukryli się w starym okopie i czekali na wybuch. Jednak kiedy ognisko się wypaliło, a bomba nie wybuchła, postanowili dołożyć nową porcję gałęzi do ognia.

Wybuch było słychać nawet na drugim końcu wsi. Zaraz po nim odnaleziono cztery trupy i jednego, który jeszcze się ruszał, ale wieczora nie dożył. Trzech dwunastolatków i dwóch jedenastolatków zasiliło niemałą statystykę ofiar wojny.

Karabiny wymontowane z ruskiego samolotu jeszcze długo służyły partyzantom i niejeden ubek i enkawudysta padł od ich kul. Jednak wszystko kiedyś się kończy, więc i żywot ruskich kulomiotów dobiegł kresu. Jeden, celowo pozbawiony zamka, został oddany ubekom w trakcie ujawnienia się części oddziału „Mściciela” w czasie amnestii z 1947 roku. Natomiast drugiego nigdy nie odnaleziono, ale partyzanci „Zarysa” twierdzili, że 8 maja 1945 roku w trakcie ataku na więzienie UB w Dąbrowie Tarnowskiej walnie przyczynił się do jego zdobycia i uwolnienia 80 więźniów.

Ostatnia „ofiara” samolotu to Jontek zwany Gwizdoniem, który stracił oko w tracie strzelania amunicją walającą się wokół wraku. Chłopaki bawili się w ten sposób, że po wkręceniu naboju w imadło uderzali w spłonkę i następował strzał. Jednak Jontek zamiast wkręcić łuskę, zacisnął w szczękach imadła czubek kuli i przy wybuchu ładunku odrzut zamiast pocisku wyrzucił łuskę w tył, która uderzyła go w oko.

Na ostatku ucierpiała świnia maćkowa, która czochrając się o wrak skaleczyła sobie bok i po kilku dniach zdechła. Mięso jej było tak zgangrenowane, że strach było go jeść, więc skarmiono nim psy.

Przypadek ten zdecydował, że Maciej uprzątnął ze swego podwórza przeklęty samolot.

Reasumując zginęło w nim dwóch rosyjskich pilotów niszcząc przy upadku kilkadziesiąt drzewek owocowych w dwóch sadach. Dwanaście pni pszczół poszło z dymem, z pasieki Macieja ostały się tylko trzy ule. Pięć rodzin pochowało swoich niedorosłych synów, spaliło się dwie stodoły, chlew i dom. U Macieja spalił się dach na stajni. Jontek stracił oko i zdechła nieźle podchowana loszka. To jednak trochę za dużo złych zdarzeń jak na zwykły zestrzelony samolot. Ofiar spowodowanych przez karabiny wymontowane przez partyzantów nie liczymy, bo jest to niemożliwe, tak jak wcześniejsze wyczyny pechowego samolotu.

Luty 2019

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.