Opowiadania. Sprawiedliwość

Stanisław Ryczek

Gerard David – Dyptyk – Sprawiedliwość Kambyzesa

Pan Heniek był świetnym stolarzem, dlatego postanowiłem właśnie jemu powierzyć zrobienie ramek do moich niewydarzonych obrazów. Pana Henia znałem od kilku lat. Pracowaliśmy razem na budowach. Ja jako murarz, a Heniu jako stolarz. Jego robota polegała na listwowaniu okien i drzwi. Czyli obijaniu listewkami futryn. Obserwowałem czasem jego robotę i stwierdziłem, że wykonanie ramek nie sprawi mu kłopotów. I rzeczywiście uporał się z robotą w niecałą godzinkę. Moje cztery obrazy nabrały blasku (tak mi się przynajmniej wydawało), a pan Heniek był mile połechtany moimi pochlebstwami.

Po wykonaniu roboty był oczywiście drobny poczęstunek. Jakiś bigos z ziemniakami, a ponieważ Heniek odmówił przyjęcia gotówki na stół wjechała kartkowa butelka wódki. Po rozpiciu półliterka we trzech, dołączył jeszcze ojciec, poleciałem do piwnicy po bimber, bo kartek więcej nie było.

Czas przy przyjemnych rozmowach, jak wiadomo, szybko ucieka. Więc do północy poszły już trzy butelki. Wtedy też naszły pana Henia wspominki. Zaczęło się od pochwały muzyki ludowej oraz tańców z dawnych lat. Stwierdził on, że bywając w swoich rodzinnych stronach w okolicy Sierpca, był tam najlepszym tancerzem, a oberek był jego koronnym tańcem. Od tańca blisko do różańca, a od szklanki niedaleko do szabli. Opowieści popłynęły więc szerokim strumieniem.

Ojciec opowiedział jak z bratem wykradli ciężki karabin maszynowy ze strąconego ruskiego samolotu i to pod okiem Niemców. Właściwie było to działko pokładowe i chociaż szybko odebrali je im partyzanci to jednak był to śmiały wyczyn dziesięcioletnich wtedy chłopców. Wspomniał też o innych walkach z okupantem na przykład wykradaniem buraczanej marmolady i cukierków z melasy, które tak bardzo smakowały. Przy czym zaskakiwała mnie wspaniała pamięć mego rodzica, bo potrafił dokładnie opisać nie tylko smak, zapach i konsystencję kradzionych smakołyków, ale również opakowania tych artykułów, jak również sposób zamykania niemieckich beczek i skrzyń w których je przechowywano.

Pan Heniu z uśmiechem politowania przysłuchiwał się takim drobnym działaniom nieletnich chłopców. Jego historie były już całkiem dorosłe, bo pan Heniu był w partyzantce. Zaminowany tor kolejowy i wysadzony most na Wiśle to całkiem inny kaliber. Nawiasem mówiąc wszyscy na budowie wiedzieli, że pan Heniu walczył w partyzantce. I co tu gadać byliśmy dumni, że taki ktoś z nami zwykłymi śmiertelnikami pracuje.

Jednak ojciec w tym dniu poddawał w wątpliwość jego opowieści. I kiedy Heniek wyszedł do ubikacji rzekł:

– A tam pieprzy. Jest tylko cztery lata starszy ode mnie, a pozuje na wielkiego partyzanta. Pewnie porucznikowi buty pastował, a teraz się przechwala, że pociągi wysadzał.

Po kolejnej butelce Heniu zaczął wyliczać swoje klęski. I tu nieświadomie zaczął odkrywać swoją prawdziwą przeszłość. Najpierw żałował swego mieszkania w Zielonej Górze. Miał tam cztery pokoje w poniemieckim domu. W 56 musiał opuścić to mieszkanie i przeprowadził się do Wołowa, gdzie dostał tylko dwa pokoje, co poczytywał sobie za osobistą klęskę.

Po kilku pytaniach zdołał wydukać wreszcie, że musieli całą rodziną uciekać, bo groziła im śmierć.

– Ale to niby dlaczego? – zadałem kolejne pytanie. Ano dlatego, że obje z żoną służyli w szeregach milicji i bali się, że ludzie ich zabiją.

Zaryzykowałem jeszcze jedno pytanie mianowicie:

– Skąd ta obawa, przecież w MO służyły dziesiątki, jeżeli nie setki ludzi i przecież nie musieli uciekać.
– A bo wiesz myśmy pracowali przy przesłuchaniach. A wiesz jak to bywa, czasem trzeba było komuś przylać, żeby zaczął mówić prawdę. No i tak się złożyło, że to na nas skrupiła się największa złość. Można powiedzieć, że ja z żoną zostaliśmy tymi najgorszymi, a przecież to nie jest prawda. Myśmy robili tylko to, co nam kazali.

Heniu zapalił kolejnego papierosa i łyknął kolejną dawkę ognistej wody.

– Ci na górze to byli przeważnie Ruscy albo Żydzi. Oni sami tylko czasem przesłuchiwali tych najważniejszych bandytów. A tak na co dzień siedzieli za biurkami, wydawali rozkazy i domagali się od nas efektów. Kiedy zaczęła się gomułkowska odwilż przeszli na inne cywilne stanowiska. Zostali dziennikarzami albo dyrektorami różnych firm, a my ich podwładni musieliśmy uciekać. Bo się okazało, że to my jesteśmy najgorsi, a oni judasze umyli ręce.

Pan Heniu już właściwie bełkotał, ale jeszcze udało się uzyskać kilka ciekawych odpowiedzi. Na przykład głośną sprawę wbijania igieł pod paznokcie. Tu spotkał minie zawód, bo Heniu żadnych igieł nikomu nie wbijał. Jego metoda była inna, znacznie prostsza – młotek.

Narzędzie to zawsze było mu bliskie i to dzięki niemu uzyskiwał najlepsze wyniki. Nawet przełożeni nazywali jego metodę młotkowaniem. Polegała na tym, że naparzał w paznokcie młotkiem. Metoda była na tyle skuteczna, że niektórzy przyznawali się nawet do zabójstwa Stalina.

Chociaż już nieźle byłem wstawiony przypomniałem sobie pewne spotkanie. Jakoś rok wcześniej w szpitalu poznałem starszego gościa, który cierpiał na jakąś paskudną chorobę. Polegała ona na tym, że co pewien czas obcinano mu jakiś palec. Powodem był stan zapalny, z którym lekarze nie umieli sobie poradzić i pozostawała tyko amputacja. Miał obcięte już dwa palce w lewej dłoni, i dwa i pół w prawej. Wtedy walczono o uratowanie kciuka w prawej ręce. Gadaliśmy trochę. Pochodził z wielkopolski chyba z Ostrowa. Twierdził, że choroba zaczęła się już po wyjściu z więzienia w 56 roku. A była wynikiem właśnie przesłuchań na UB przy pomocy młotka. Niestety nie spytałem, gdzie przesłuchania się odbywały. Możliwe, że jego spowiednikiem był pan Heniu, chociaż myślę, że nie tylko on w Urzędzie Bezpieczeństwa posługiwał się dobrze młotkiem.

Po trzydziestu latach od tej rozmowy spotkałem się z panem Heńkiem przy okazji jakiejś wizyty w szpitalu. Siedział na ławeczce przed izbą przyjęć. Miał skierowanie na drobny zabieg – obcięcie małego palca prawej stopy. Był lekko podłamany skarżył się, że przyczyną martwicy jest ta przeklęta miażdżyca. Ostatnio Henia widziałem tydzień temu. Stał na chodniku opierając się na kulach, jedną nogę miał skróconą do kolana. Pomachałem mu z jadącego auta. Chyba mnie nie poznał. We wstecznym lusterku widziałem, że długo za mną patrzył. Naszła mnie myśl, że jednak jest sprawiedliwość na świecie. Mimo, że ludzka nie zadziałała to jednak boskiej nie umknął.

Maj 2019

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.