Spółki Miejskie

Babcia Ezoteryczna. Bulgotanie winogronowego soku

Dodaj komentarz

Katarzyna Urbanowicz

Demeter/Ceres

Gdybym miała wziąć udział w dziwnej ankiecie pytającej, co w zwyczajnym życiu wydaje mi się najbardziej magicznym i w dodatku magią przyjazną – bez wahania odpowiedziałabym, że bulgotanie winnego moszczu w szklanym balonie.

Zanim zaczęłam robić domowe wino, taką magiczną czynnością wydawało mi się palenie papierosów. Uwolniona od wszelkich obowiązków dnia siadałam w przyćmionym świetle kuchni i zapalałam ostatniego papierosa. Rodzina już spała, a ja zaciągając się papierosem czułam nareszcie się wolna.

To moje poczucie wolności odebrano mi wprowadzając kartki na papierosy, więc musiałam po dwudziestu latach palenia odzwyczaić się, ponieważ „papieros w nocy” już nie był nazwą nadaną przeze mnie pięknej piosence głoszącej w moim wyobrażeniu drogo okupioną wolność, a nazwą zniewolenia. Kartki na alkohol i papierosy stały się walutą wymienną i nawet ludzie, mający przydziały z racji pełnionych funkcji czy dostępu do wykruszonych odpadów nabywali niesłychanej władzy nad palaczami.

Pamiętam jak pokazywano w telewizji mojego teścia, kombatanta, który cały swój przydział wręczał żołnierzom, zamiast dać go synowej. W dodatku żołnierze ci nie byli właściwej opcji, co było tym przykrzejsze dla mnie. Gdybym chodziła do spowiedzi, byłby to najważniejszy grzech mojego życia – niemożliwość odpuszczenia mu tej jednej winy.

Czasami, w snach, odczuwam jeszcze euforię niemal zmysłowej przyjemności, a gdy budzę się, uświadamiam sobie, że śniło mi się iż palę papierosa.

Odzwyczaiłam się więc od palenia papierosów i od tamtej pory wiele lat nie czułam żadnego smaku życia. Aż do 2004 roku, kiedy siedząc przy komputerze zaczęłam pisać historię swojej rodziny – tekst zawierający kilkanaście tysięcy stron, niestety, nie nadający się do publikacji z powodu zbyt wielkiej jego prywatności.

Pamiętam, że wtedy ustawiłam baniak z bulgocącym moszczem blisko kaloryfera, w zakątku utworzonym przez komputer i półki z moimi papierami i bulgotanie w rurce fermentacyjnej towarzyszyło natchnieniu. Kiedy kończyła się tzw. burzliwa fermentacja i między jednym a drugim bulgotem mijało czasem kilka minut, odczuwałam to jako opuszczanie mnie przez magiczny proces przemiany soku w wino i poplątanych myśli w twórczość literacką.

Wiele osób ustawia sobie telewizor lub radio tak, aby grało cały dzień, ponieważ bez tego dźwięku czują się samotne i opuszczone. Moja teściowa musiała mieć zegar bijący godziny, zwłaszcza w nocy, ponieważ jedynie słuchając tego zegara nie uciekała myślami w straszliwe lata pogromów na Wołyniu i nabierała pewności, że tu i teraz żyje, a reszta jest sennymi marami nawracającej przeszłości.

Ja jestem inna. Dobrze się czuję w ciszy. W dzieciństwie przekłuto mi bębenki uszu (podobno) i słabo słyszałam do dwudziestego roku życia. Jadąc ze szwagrem bieszczadzką serpentyną wystraszyłam się nagłego hamowania, uderzyłam głową w lusterko i nagle zaczęłam słyszeć.

Nie było to przyjemne uczucie, bynajmniej, zwłaszcza, że rozwinęła się potem pewnego rodzaju nadwrażliwość. M u s z ę zawsze i wszędzie łowić dobiegające dźwięki i radio, telewizor, głośno bijący zegar, zakłóca moje odczucia. Oczywiście, gdy jestem nastawiona na ciche słuchanie muzyki, robię to z przyjemnością, ale w innych wypadkach hałas przeszkadza mi.

Zupełnie inaczej jest z bulgotaniem wody w rurce fermentacyjnej. Jest doznaniem niemal magicznym, czuje się w nim energię przemiany, o której mogłabym rozpisywać się na kilkanaście stron.

Kiedy zaczęłam uczyć się astrologii odkryłam (a właściwie napisała mi to koleżanka z forum dyskusyjnego w Akademii Astrologii, która wówczas nosiła inną nazwę), że to przez Ceres na ascendencie. Zainteresowałam się wówczas małymi planetami, a przede wszystkim Ceres. Wiedziałam, że w mitologii była boginią urodzaju, nieszczęśliwą matką porwanej przez boga piekieł córki, z tej racji przez pół roku ignorującą swoją podstawową, życiową rolę.

Czytając o Ceres i wyszukując inne informacje o niej i jej greckim pierwowzorze, bogini Demeter coraz lepiej rozumiałam jej symbolikę. Mając Ceres na ascendencie zrozumiałam, dlaczego pochodząc z rodzin nie mających nic wspólnego z rolnictwem, jestem gospodarna, ciągnie mnie do działki, robienia przetworów, gromadzenia zapasów. Wnikając głębiej, zrozumiałam też i inne atrybuty i symbolikę tej postaci, ale tu nie miejsce na rozważania dotyczące nieszczęśliwej matki porwanej przez Hadesa córki.

Siedzę więc dzisiaj przy komputerze oddając hołd bogini Ceres, wraz z nadejściem jesieni ulegającej przemianie w życiowym powołaniu, czego symbolem jest bulgotanie moszczu w baniaku.

Zawsze jednak przychodzi wiosna i lato, w którym pomieszanie wina z wodą daje ulgę pragnieniu i złym myślom. Bo w końcu z wiosną wraca Kora czy Persefona, uwięziona między Podziemiem a Ziemią z powodu schrupania małego ziarnka granatu.

A przecież tranzytująca Ceres w początku września była w kwadraturze do mojej urodzeniowej Ceres, co świadczy o tym, że kwadratury mogą być inspirujące, nawet bardzo. Przyciągnęła mnie na działkę mimo złej pogody i niekorzystnych okoliczności. W powodzi innych, niemiłych kwadratur, które mnie dotknęły w ostatnim czasie, ta akurat stanowiła ich przeciwwagę.

Kora/Persefona

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.