Spółki Miejskie

Herzliya. Młodzież a Holocaust

Dodaj komentarz

Z Haliną Birenbaum rozmawia Stefan Wilkanowicz

Halina Birenbaum – Spotkanie z młodzieżą

S.W.: Jak wyglądały Pani pierwsze spotkania z dziećmi i młodzieżą w Izraelu? Kiedy po raz pierwszy zaproszono Panią, aby opowiadać o swoich przeżyciach? Jak młodzi ludzie reagowali, czego oczekiwali? Jaki był klimat tego spotkania?

H.B.: Moje pierwsze spotkanie z młodzieżą to było wydarzenia zupełnie przypadkowe. W tym czasie nie mówiono w Izraelu na temat Holocaustu. Panowała opinia, że my, Żydzi z Europy, byliśmy tchórzami, bo nie broniliśmy się, a opowieści o Zagładzie mogą zniszczyć ducha walki wśród izraelskiej młodzieży. Nie poruszano więc tego tematu.

Ale kiedyś nauczycielka mojego syna w trzecim oddziale szkoły powszechnej dowiedziała się, że ja przeżyłam Holocaust. I zaprosiła mnie. Powiedziała, że będę mówiła tylko do jednej klasy. Nie znałam jeszcze wtedy dobrze hebrajskiego i nigdy przed szerszą publicznością nie snułam swoich wspomnień. Owszem, opowiadałam znajomym, kim byłam, kim byli moi rodzice, co przeżyłam… ale nie publicznie. A ona mnie zaprosiła i powiedziała, że mi pomoże, żebym się nie bała. Myślałam, że to nauczycielka będzie mówić, ja dodam jakieś słowo, potem ona będzie komentować… itd.

Tymczasem zebrały się trzy klasy. Małe dzieci tłoczyły się, bo nie było miejsca, i głośno krzyczały, nie miały pojęcia, o co chodzi. Ja sama, widząc ich takich rozbawionych, rozkrzyczanych, poczułam, że moja opowieść gdzieś się w tym gubi. To był przecież inny świat, nawet inne światło – promienne, pełne słońca i błękitu. A TAM była szarość i ponurość nieba. Właściwie, o czym ja mam opowiadać, co TAM, WTEDY było?

Nagle wszystko znikło mi sprzed oczu i czułam tylko lęk. Oni nie dawali mi dojść do słowa i krzyczeli. Nauczycielka mówiła, że jestem bohaterką, i im więcej mnie chwaliła, tym oni bardziej hałasowali. Miałam wrażenie, że w ogóle nie dojdę do słowa, aż w końcu pomyślałam sobie – nikt mi nie pomoże.

Zebrałam się w sobie i… połknęłam ten lęk, aż później dostałam bólu brzucha. I powiedziałam sobie: w takiej klasie, w jakiej oni teraz siedzą, w warszawskim getcie leżeli wygnańcy. Chorzy, spuchnięci z głodu, żywi i martwi – wszyscy razem. I to była kiedyś szkoła, a dzisiaj oni siedzą w klasie i uczą się, i bawią, a tamci to była wykończalnia, to była śmierć, jeszcze przed wysiedleniem. I nagle poczułam ogrom tej grozy, tego pragnienia życia i tej niemożności życia wobec ich wesołości. I pomyślałam, że TAMTO było takie ogromne, dlaczego mam się bać tych dzieci tutaj? Kim oni są teraz?

Zaczęłam mówić do siedzących w pierwszych rzędach. Powiedziałam: „Ja nie jestem żadną bohaterką, byłam takim samym dzieckiem jak Wy teraz, a nawet może jeszcze młodszym od Was, kiedy to się zaczęło. Chciałabym Wam tylko opowiedzieć, w jaki sposób udało mi się przeżyć…”

Coś musiało być we mnie, jakaś wzniosłość, jakieś poruszenie, coś głębokiego – bo te dzieci zauważyły to w mojej twarzy, w moich oczach. I ten pierwszy rząd ucichł, a inne dzieci nie wiedziały, dlaczego, i też ucichły…

Zaczęłam opowiadać im tak, jakbym stała przed jednym człowiekiem… A oni mnie tak słuchali… Czasem brakowało mi słów hebrajskich i oni mi te słowa podsuwali, oni po prostu byli TAM ze mną. Kiedy zadzwonił dzwonek na pauzę, nikt nie chciał wstać. Nikt nie chciał wyjść.

Pierwszy raz opowiadałam moje wspomnienia dzieciom. To one mnie nauczyły opowiadać. Ich sposób słuchania, ich płonący wzrok i te pałające policzki, to bycie ze mną – otworzyły mnie. Potem poproszono mnie, bym mówiła dla całej szkoły, i wszyscy mnie wysłuchali. Później mówili, że mogłyby tego słuchać nawet dzieci z pierwszej klasy szkoły powszechnej, bo opowiedziałam to w ludzki sposób.

Ale były też nauczycielki, które miały do mnie pretensje: „Jak Ty to opowiadasz, w taki sposób!? Te dzieci nie będą mogły spać, będą przerażone, wpadną w kompleksy!”. A przecież czułam, że byłam tak bardzo z nimi, że one tak weszły w moją opowieść – i to było wspaniałe. Z drugiej strony, czułam się zawstydzona i upokorzona, że właściwie wyrządzam im krzywdę – nie mogłam sobie z tym dać rady.

S.W.: A były te „kompleksy”? Jak dzieci reagowały?

H.B.: Żadnych kompleksów! Po latach spotkałam te dzieci, kiedy były już dorosłymi ludźmi, w wojsku. Kiedyś, spotkani na lotnisku, powiedzieli mi: „Halina, tyś nam wtedy opowiadała, nigdy tego nie zapomnieliśmy.” I nagle to się stało takie ludzkie, zniknął wstyd i odtąd pytania: „Dlaczego nie broniliście się przed Zagładą? Dlaczego czegoś nie zrobiliście?” – przestały być do mnie kierowane.

W gazetach ciągle pisali, że nasza młodzież nie chce słuchać o Holocauście i nie trzeba jej o nim opowiadać, a tymczasem oni nie pozwalali mi wyjść z klasy, tylko prosili: „Mów jeszcze i jeszcze…”. I tak jest do dziś.

Niedawno była w Oświęcimiu grupa sześćdziesięciu maturzystów. Opowiadałam im przez trzy godziny. Im dłużej opowiadałam, tym większe było skupienie, tym większe zainteresowanie, tym głębiej wchodzili ze mną w to wszystko. I mówili mi, że czasami wydawało się im, że w Oświęcimiu zabity został człowiek, a po moim opowiadaniu zrozumieli, iż człowieka nigdy nie można zabić.

S.W.: A czy nie budziła się w nich nienawiść do Niemców? Do oprawców?

H.B.: Nie, pytali mnie, czy ja nie czuję nienawiści, chęci zemsty. Zaprzeczyłam. I Polacy, i Niemcy pytają mnie: „Jak to jest, że mówisz o takich trudnych sprawach, o takich cierpieniach, i masz taki dobrotliwy uśmiech i tyle dobroci w sobie? Czy nie odczuwasz chęci zemsty, jakiejś nienawiści?”.

Odpowiadam, że nie czuję nienawiści. Czuję ból, że tak było. Czuję tęsknotę do tych, których mi odebrano, ale nie mogłabym patrzeć na nikogo bezbronnego, kto miałby cierpieć cokolwiek podobnego do tego, co ja wycierpiałam. Bo zawsze utożsamiam się z tą stroną, która cierpi.

S.W.: Przyjeżdża Pani do Polski z młodzieżą izraelską. Do Oświęcimia, do Muzeum i do innych miejsc… Jak ci młodzi reagują? Bo oni nieraz przyjeżdżają tacy spięci, nieraz dosyć dziwnie nastawieni… Co się potem dzieje? Co z tego dalej wynika? Czy mają ochotę poznawać dalej? Czy mają ochotę szukać jakiś kontaktów?

H.B.: Przede wszystkim – Izraelczycy w ogóle nie chcieli wiedzieć o tym, co wtedy było. To, że nareszcie przyjeżdżają do Polski, jest już ogromnym postępem. To, że chcą zobaczyć, poznać… A dalsze kontakty rozwijają się jakby mimo woli. Bo jest pilot polski, jest kierowca polski, uczy jakiejś piosenki, potem zaśpiewa jakąś hebrajską piosenkę. Mimo woli nawiązują się relacje.

Grupę młodzieży z kibucu, z którą tu niedawno byłam, obsługiwał bardzo miły i serdeczny kierowca. Po drodze przeczytał moją książkę. Ja przeczytałam inną hebrajską i zdążyłam mu ją opowiedzieć. W drodze tłumaczę z hebrajskiego na polski i z polskiego na hebrajski, wyjaśniam młodym to, czego nie wiedzą. Oni bardzo dużo wiedzą o antysemityzmie, ale bardzo mało o pomocy, jakiej Polacy udzielali Żydom.

Pod koniec pobytu nasz przewodnik, młody Żyd z Maroka, bardzo dobrze poinformowany i zainteresowany, ale nieznający tamtych czasów z własnych przeżyć, powiedział: „Powiedz panu kierowcy, że żegnamy go jako wspaniałego, cierpliwego kierowcę. Dziękujemy mu za cierpliwość, za wysłuchanie nas i za to, że jest takim wspaniałym człowiekiem.” A przecież ich uczą, że są pod ochroną i że każdego z nas mogą w każdej chwili napaść, lada chwila zabić, a jak coś się stanie, to wychodzimy tędy i uciekamy tamtędy, a tu są numery telefonów itd. A tymczasem stoimy w Zakopanem, przechodzą piękne polskie dziewczyny (a nasi chłopcy są też bardzo ładni), podchodzi do nas jedna, a potem jeszcze jedna: „No, sfotografujemy się razem”… Byliśmy na spływie Dunajcem. Był tam taki góral, który zaczął żartować z jedną dziewczyną, śmiali się, a ja im tłumaczyłam i było fajnie…

Ale młodzież izraelska wielu rzeczy nie wie. Były takie chwile, kiedy ci młodzi mówili, że Oświęcim jest jak muzeum, że to na nich nie robi wrażenia, nic im nie mówi… Im się mówi, że to takie straszne, ale oni tutaj nic takiego nie widzą.

Tak było, zanim opowiedziałam im moją historię. A potem ksiądz Piotr z Centrum Dialogu zaprosił nas wszystkich na bezpłatny obiad. I po tych opowiadaniach, że Polacy są tacy i tacy, i tacy, młodzi Żydzi trafiają na katolicki dom, gdzie wisi krzyż, i dostają wspaniały obiad, i są serdecznie przyjmowani… Ksiądz Piotr powiedział, że kto dzieli jedzenie, dzieli o wiele więcej. I to, co dla Haliny, czyli dla mnie, było najważniejsze i czego nauczyłam się, będąc tutaj więźniem, niech dzisiaj będzie najważniejsze i dla nich – jako nasze wspólne spotkanie. To było takie piękne i tego oni nie zapomną.

Ale Oświęcim jest dla młodzieży za bardzo muzealny. „Tylko te baraki i te włosy… To jest jak muzeum.” A ja pytam: „Czego byście chcieli? Tu były te same baraki, tylko że w tych drutach kolczastych płynął prąd elektryczny, paliły się lampy, były te wieżyczki, z których wyzierały karabiny maszynowe. I była groza. I była świadomość, że przez tę bramę już się na zewnątrz nie wychodzi. I palił się ogień z komina, i unosił się zapach palonego ludzkiego mięsa. Tego też chcecie? Przecież tego nie można Wam pokazać! Musicie to zrozumieć, musicie to sobie wyobrazić. A poza tym – do kogo macie pretensje? Zaraz po wojnie nikt się tym nie interesował. Przychodzili ludzie – ktoś potrzebował cegły, ktoś deski, przychodził tutaj i brał. Aż przyszli pierwsi polscy więźniowie i oni zaczęli zbierać te wszystkie pamiątki. Zaczęli się domagać od państwa, aby tego pilnować i chronić. Zorganizowali bibliotekę. A Żydzi przez pięćdziesiąt lat nawet nie odwiedzali tego miejsca. To jakie macie teraz pretensje, do kogo?”.

Później byliśmy na Majdanku. Wchodzimy do komory gazowej i ja im opowiadam, jak tam przyjechałam, jak tam byłam przez całą noc i jak zabrakło gazu. To już ich rozniosło zupełnie, bo ja im to wszystko bardzo dokładnie opowiadałam. Wtedy przychodzi wicedyrektorka Muzeum całuje mnie, obejmuje.

A później przychodzą jeszcze dwie nauczycielki i kilka uczennic z liceum w Lublinie, gdzie wystąpiłam w zeszłym roku. Przychodzą, całują się ze mną, fotografują mnie. Nasza młodzież izraelska wie, że jest ochrona, że trzeba się bać Polaków – a tu nagle widzi, że przychodzi delegacja z polskiej szkoły, przynosi mi piękne kwiaty, robimy sobie zdjęcia. Widzi coś zupełnie innego, niż się spodziewała. Potem wchodzą do baraku na Majdanku i widzą moje zdjęcie, kiedy miałam osiemnaście lat, i słyszą mój nagrany głos, i mówią „Halina, to przecież Ty tam mówisz!”. Więc nie jestem takim wrogiem, więc mnie utrwalili na taśmie… Opowiadam, jak wchodzę do łaźni i nagle moja Mama nie wchodzi ze mną, zostaję bez matki…

Zapalamy świeczki koło tego krematorium i stoimy wszyscy w białych bluzkach. Stoimy razem i śpiewamy hymn hebrajski.

Potem jedziemy do Warszawy. Na cmentarzu żydowskim jest grób ojca Henryka Grynberga. W Izraelu kilkakrotnie pokazywano film o tym, jak zginął. Czytałam książkę Grynberga wiele lat temu, bodajże w 1968 roku, kiedy się ukazała w „Czytelniku” pod tytułem Wojna żydowska. Najlepiej zapamiętałam opowiadanie o matce, która wsiada z dzieckiem do tramwaju i jedzie tym tramwajem, jedzie, jedzie – bo nie ma dokąd pójść. Nadchodzi godzina policyjna i tramwaj ma zjechać do remizy. Ostatni pasażer zabiera ją z tym dzieckiem do domu i przechowuje u siebie. Umożliwia wyjazd na wieś, gdzie się uratowała jako nauczycielka, przeżyła. Dlaczego pokazują tylko tego zamordowanego ojca, a nie opowiadają też o tym tramwaju? Ja to opowiedziałam. A oni to przyjęli. To była grupa, która chciała to przyjąć.

Poprzednim razem byłam w Polsce z grupą ortodoksyjnej młodzieży, bardzo religijną. To były wyłącznie dziewczęta, ponieważ w tej tradycji chłopcy i dziewczęta przebywają w odrębnych grupach. One chodziły w takich długich spódnicach (w spodniach nie wolno im chodzić), więc ja też nie chciałam się wyróżniać i nosiłam spódnicę. Ich przewodnik był nastawiony na opowiadanie o złych Polakach. I te siedemnastoletnie dziewczynki słuchają, jak on mówi, że polskie i żydowskie dzieci uczyły się razem w tej samej szkole, bawiły się razem, były koleżankami, a gdy przyszła wojna, to polskie dzieci już nie znają dzieci żydowskich, wydają je Niemcom, nie chcą im pomóc.

Ja w pierwszej chwili nie odzywałam się (przewodnik bardzo nie chciał, żebym cokolwiek mówiła). Ale wstaje jedna z dziewcząt i mówi: „Ja w to nie wierzę. Myślę, że gdybym była zaprzyjaźniona z taką polską dziewczynką, to ona by mnie nie wydała.” Okazuje się, że nie wszystko można „wkręcić” komuś w mózg. Wielu można, ale nie wszystkim.

Później rozważali problem: wątpliwość w istnienie Boga, albo wielki żal: jak On mógł pozwolić na coś takiego? Ten przewodnik, bardzo religijny (był również inspektorem szkół religijnych), stwierdził, że taka wątpliwość może zaistnieć, że mają prawo do takiej dyskusji. Ale im niczego nie wytłumaczył. A ja im wytłumaczyłam. Ja jestem inna. Raczej wierzę w ludzi niż w to, w co oni wierzą. Powiedziałam tak: „Jeśli Wy wierzycie, to Holocaust nie może tej wiary zachwiać, przede wszystkim dlatego, że Niemcy chcieli zabić ducha, a jeśliby to osiągnęli, to byłoby ich zwycięstwo. Jeśli macie tę wiarę, jest to Wasz skarb, ona jest w Waszych sercach, nikt jej nie może podważyć, bo ona jest w Was. I cierpienia, i choroby, i wypadki – to wszystko istnieje. Jeśli o to wszystko obwiniać Boga, nie można wierzyć. A jeśli macie tę wiarę, to ją macie w sobie. Nie dlatego, że Wam za to dadzą nagrodę albo Was ukarzą, ale dlatego, że po prostu wierzycie i macie na czym się oprzeć. Coś Was wypełnia. Jakaś głębia.”

Powiedziałam im jeszcze, że ja sama oddaliłam się od wszelkich tradycji i religii, bo miałam dziesięć lat, kiedy wybuchła wojna, a trzynaście, kiedy trafiłam do Oświęcimia. Od trzynastego do piętnastego roku życia oddychałam zapachem palonych ludzi. Widziałam tych ludzi żywych, widziałam, jak się palił ten ogień, sortowałam ich odzież, kiedy była jeszcze ciepła, i wtedy sobie myślałam – „Gdzie Coś jeszcze jest, prócz tego całego zła, i w Co moi rodzice wierzyli?”.

Właśnie z tą grupą ortodoksyjnej młodzieży odwiedzaliśmy Leżajsk. Tam znajduje się grób cadyka Eli Melecha, który różnił się swoją wiarą od innych. Chodziło o Żydów biednych, których wtedy właściwie nie dopuszczano do bóżnicy, ponieważ nie mieli warunków, aby się uczyć Tory. A jeśli nie znali Tory, nie byli godni, aby stanąć obok niej i modlić się…

Rabbi Eli Melech oświadczył, że wystarczy po prostu kochać życie i radować się nim. Cieszyć się i śpiewać na chwałę życiu. I to wystarczy, aby wejść do bóżnicy i modlić się.

W Leżajsku jest jego grób, obmurowany, właściwie domek… – u Żydów nazywa się to namiot. Weszłyśmy do środka, dziewczęta miały gitary, okrążyły macewę, trzymały się za ręce i śpiewały, tańczyły wokół grobu, mnie wzięły między siebie. A ja zaczęłam płakać. Teraz, kiedy o tym mówię, też płaczę. Tańczyłam z nimi i dusiłam łzy.

Później, w autobusie, jedna z nich podchodzi do mnie i pyta, dlaczego płakałam, kiedy one tańczyły. Chciałam odpowiedzieć nie tylko jej, ale całej grupie. Kiedy przewodnik zechciał wreszcie dać mi do ręki mikrofon (bał się, że powiem coś nie po jego myśli), powiedziałam: „Moi dziadkowie i moi rodzice byli tacy jak wy, religijni, wierzyli w te wszystkie rzeczy i zachowywali wszystkie tradycje. A ja od tego odeszłam. Miałam wrażenie, że ja już wszystko wiem i wszystkiego się nauczyłam przed Oświęcimiem, a zwłaszcza w Oświęcimiu – i potem. Teraz, kiedy tak tańczyłyście, poczułam, że się od czegoś oddaliłam, że Wy macie coś, czego ja już nie mam. I to mnie strasznie zabolało i dlatego płakałam.”

I to prawda. Bo ja już tego nie mam. A to jest jakiś znak. To przecież należało do moich dziadków, moich rodziców, ale we mnie już tego nie ma. We mnie już jest Oświęcim.

Tamte pociągi, wtedy, odebrały mi to, co te izraelskie dziewczęta mają dzisiaj.

Z grupą młodzieży z kibucu byliśmy w Starachowicach, skąd pochodziła rodzina jednej z dziewcząt. Poszliśmy do domu, gdzie kiedyś mieszkali. A tam taka bieda…

Wchodzimy do jakiegoś mieszkania, właśnie tam, gdzie mieszkała kiedyś rodzina tej dziewczynki. Weszłam pierwsza, bo mówię po polsku. Wyszła zupełnie bezzębna staruszka i ja ją objęłam, serdecznie powiedziałam, że nazywam się Halina i tutaj jest dziewczyna, której rodzice się tu kiedyś urodzili. A ona sobie przypomniała jakiegoś Szymona, Żyda, który ją kiedyś bardzo kochał, ale ona była za młoda, żeby wyjść za niego, on się chciał nawet przechrzcić dla niej, ale ona nie mogła. I tak weszła w tę swoją pierwszą miłość, wzruszyła się i zaprosiła do mieszkania.

Weszliśmy. Tam naprawdę była wielka bieda i siedział jej syn. Był pożółkły, zabiedzony, czuło się w nich obojgu wielką samotność. A ja do nich weszłam z takim ciepłem, z sercem, że on prosił: „Nie odchodź, zostań z nami.”

Dzieci weszły w tę atmosferę, byliśmy naprawdę razem.

Później, gdy pojechaliśmy do Zakopanego i nad Dunajec, młodzież wpadła w trans turystyki… Ale znowu jedziemy do Treblinki. Oglądamy, dyskutujemy – oni znowu nie mogą się utożsamić z tym, co widzą. Przeze mnie jakoś to rozumieją, odczuwają, ale to do nich dostatecznie nie przemawia. A Treblinka to był postrach mojego życia…

Z perspektywy warszawskiego getta to było miejsce, które czekało na nas wszystkich. Tam poszli wszyscy. Ja się wyrywałam: jeszcze dzień, jeszcze miesiąc, jeszcze tydzień i jeszcze… i teraz jestem tutaj, ta cisza i ta zieleń…

A młodzi Żydzi się nie mogą utożsamić! Czułam, że we mnie się wszystko gotuje, stanęłam na szynach i zapytałam przewodnika, czy pozwoli mi coś powiedzieć. Zgodził się. Powiedziałam, że chciałabym, by wszystko mi zabrali – to, co jest tam, w domu w Izraelu, wszystko, co mam, wszystko, co sobie zbudowałam, wszystko, co sobie tam stworzyłam i upiększyłam, żeby zabrali mi to wszystko, co pamiętam i co mnie boli, i co mnie cieszy – i żeby mnie zostawili w spokoju tutaj, raz na zawsze, z tymi prochami. I mówiąc, to stałam na szynach i w ogóle na nich już nie patrzyłam.

Powiedziałam im: „Nie próbujcie się włączać we mnie, bo ja sama nie jestem włączona w siebie. Tutaj są wszyscy moi – oprócz Matki, która zginęła na Majdanku, Brata i Bratowej, którzy zginęli w Oświęcimiu. Tu jest mój Ojciec, i wujkowie, i dziadkowie, i koledzy, i koleżanki, z którymi marzyliśmy, co będzie po wojnie. Nauczyciele, którzy mnie kiedyś uczyli, i wszyscy najlepsi i najsławniejsi ludzie z Warszawy, i wszyscy najgorsi i najpodlejsi są tutaj. To są ich prochy i tu chciałabym zostać. I tutaj nie możecie się włączyć, bo to jest moje, to jest we mnie.”

Wszyscy płakali. I ja dodałam: „Przeczytam Wam coś o moim Ojcu.” Bo o Ojcu najmniej opowiadam. Byłam najbardziej przywiązana do Matki – dziewczynka z mamusią, z ojcem jakoś nie… Napisałam długi wiersz o Ojcu, nigdy tego nie przetłumaczyłam na polski. Ojciec bardzo lubił czytać wiersze, ale ja nigdy ich nie rozumiałam, byłam jeszcze mała, ale pamiętam tylko Jego wzruszenie, uniesienie… To na zawsze zapamiętałam. Modlił się, nigdy nie rozumiałam tych hebrajskich modlitw, ale Jego zafascynowanie, Jego wzruszenie żyją we mnie. A później, kiedy już było getto i na ulicy tylu ludzi, którzy puchli z głodu i umierali na chodnikach, dostałam bilety do teatru na operetkę Księżniczka Czardasza, którą wystawili na Lesznie w „Feminie”, w getcie. Mój starszy Brat, który do wojny był studentem medycyny, przyniósł ze szpitala bilety na to przedstawienie! Ojciec mi nigdy nie wybaczył, że poszłam tam wtedy. „Jak można iść do teatru, kiedy ludzie umierają na ulicach?”.

Ojciec mój kochał poprzez wiersze, poprzez modlitwy. Matka kochała poprzez spokój, poprzez odwagę, poprzez pogodzenie się z losem. Oboje zginęli. Ale Oni żyją przeze mnie.

„I będą żyć przez Was” – to już dodałam, bo tego nie napisałam w wierszu. Młodzi z Izraela dopiero wtedy włączyli się w moje opowiadanie, dopiero wtedy włączyli się w Treblinkę, w Holocaust. Już tego nigdy nie zapomną.

Czułam, że dokonałam czegoś potężnego. Mogłam ukryć to swoje wzruszenie, mogłam odsunąć się na bok i spokojnie wypłakać się, ale po prostu – może w tym wypadku jestem nie w porządku – z premedytacją chciałam im coś przekazać, żeby wreszcie to przeżyli…

W tej samej chwili zadzwonił ksiądz Piotr i było to tak, jakby dzwonił Anioł Stróż – katolicki ksiądz! Powiedziałam mu: „Wiesz, jestem teraz w Treblince, więc ja teraz w ogóle nie jestem.”

Później jeszcze zadzwoniłam do młodszego syna i powiedziałam mu: „Wiesz, położyłabym się tutaj i już nie chciałabym więcej wrócić. Jak bardzo bym chciała, żebyście Wy kiedyś tutaj przyjechali i byli ze mną, dopiero wtedy poczuję, że ja to przeżyłam. Nie chcę, żebyście cokolwiek mówili, tylko stańcie tu ze mną, w tym miejscu, gdzie to wszystko było, gdzie to wszystko mi zostało zabrane.” Wtedy mój młodszy syn powiedział: „Mama, to wszystko będzie, ja Ci przyrzekam.”

Kiedy to opowiedziałam Mężowi, zareagował: „Jeszcze raz coś takiego mi powiesz, to Ci nie pozwolę jechać do Polski!”.

S.W.: Czy po takich przeżyciach mogła się Pani spotkać z Niemcami? Czy to nie było najtrudniejsze?

H.B.: Tak, pierwsze spotkanie z Niemcami to była najpierw chęć zemsty – poprzez opowiedzenie tego, co przeżyłam. „Otworzę” i niech zobaczą. Niech poczują, co ja czuję. Niech powąchają przeze mnie, czym to pachnie. To było moim marzeniem. Jeszcze WTEDY, kiedy mnie wieźli pociągami…

Miałam w swoim życiu cztery takie pociągi. Pierwszy to była wywózka z Warszawy, z getta, na Majdanek, gdzie stałam się trzynastoletnią więźniarką, a Mama nauczyła mnie mówić, że mam lat siedemnaście. Drugi to pociąg do Oświęcimia, po nocy spędzonej na Majdanku w komorze gazowej, kiedy zabrakło im gazu; o mało co nie podusiliśmy się w drodze. Trzecim pociągiem jechałam prawie po dwóch latach spędzonych w Oświęcimiu, po marszu śmierci, kiedy nas załadowali na otwarte wagony, w mróz, kiedy powietrze cięło po prostu jak nóż, a nas załadowano do wagonów bez dachu. Wreszcie czwarty pociąg – z Ravensbrück do Neustadt-Glewe – pociąg osobowy, prawdziwy, ludzki, pasażerski i nawet ciepły, z ogrzewaniem. W oknach piękny niemiecki krajobraz, śliczne domki. Miałam wtedy piętnaście lat, miałam rękę przestrzeloną, sparaliżowaną, jechałam przez Niemcy i myślałam sobie: „Stąd ONI przyszli i zburzyli nam wszystko, spalili nam wszystko!… Tutaj śpią ich żony i dzieci, co oni wiedzą o tym wszystkim? Ach – pomyślałam – jeśli ja to przeżyję, tak bardzo bym chciała przyjść do tych domków i im to opowiedzieć.”

No i tak się stało w 1989 roku. Ukazała się w Niemczech moja książka Nadzieja umiera ostatnia, w Izraelu nakręcono film i zostałam zaproszona do Niemiec. Jechałam do nich, niosąc im duchy ich własnej przeszłości, mając zamiar opowiadać im ich własną historię, uczyć ich tej historii. Czy jej w ogóle będą chcieli słuchać? Ale chyba tak, bo zapłacili mi nawet za podróż, więc chyba chcą to usłyszeć… Ale zaraz pomyślałam: „Teraz ja im opowiem! Niech poczują! Niech poczują!”.

Przyjechałam do Berlina. Pierwszy przyjął mnie młody człowiek ze stowarzyszenia ewangelickiej młodzieży pracującej, Fritz Mille. Zaprosił mnie do siebie do domu, przyniósł mi jedną czerwoną różę. Razem z nim była jeszcze dziewczyna, która nauczyła się polskiego. Wchodzę do mieszkania – duży portret Korczaka. Poczułam się trochę jak w domu. Później miałam spać u tej dziewczyny. W niemieckim domu. W niemieckim łóżku. Powiedziała mi: „Tutaj masz szafy.” Miałam powiesić moje ubranie do niemieckiej szafy, moje ubranie, które w Oświęcimiu było takie, takie… Czy mam prawo?

Później w dużym kinie „Arsenal”, w Berlinie, pokazali film o mnie. Oglądam go, mój dom, moje dzieci, mego syna, który jest twórcą wielu tekstów piosenek, a pokoje pełne mam złotych i platynowych płyt jego autorstwa. Ja – która miałam nie być. Mój dom oglądają w Berlinie, nikt mi nie mówi „Raus!”, nikt nie każe pokazywać ausweisu, udowadniać, że mam prawo do życia. Niemcy siedzą w kinie i patrzą na mój dom. Siedzą i patrzą, słuchają piosenek mojego syna. Płakałam jak nigdy w życiu. Teraz dopiero, w Berlinie, wojna skończyła się dla mnie… Zapalono światła. Pomyślałam: „Cała moja zemsta jest skończona.”

W kościele pod wezwaniem Marcina Lutra (który Hitler chciał nazwać swoim imieniem) czytałam po polsku opowiadanie Niezwykła majowa noc. Opisywałam, jak pada deszcz w Izraelu, i nagle odgłos tego deszczu prze- nosi mnie do Oświęcimia. Stoimy na deszczu, każą nam klęczeć w błocie i trzymać po dwie cegły. Ludzie padają w błoto, z komina unosi się dym. Później z powrotem jest majowa noc w Izraelu, pada deszcz (a w maju już nie padają deszcze w Izraelu). Czytałam to po polsku, a oni płakali. Oni zrozumieli, chociaż nie rozumieli języka. I wtedy podchodzi do mnie pewna kobieta i mówi, że chce się przede mną wyspowiadać. Mówi: „Ja miałam ojca, którego tak kochałam jak Ty swoją matkę. Mój ojciec został zastrzelony przez partyzantów i zakopany we wspólnym grobie. Niedawno odnaleziono ten grób, a w nim jego pamiętniki, które pisał, tak jak Ty.” Nic jej nie odpowiedziałam – ona szukała u mnie pocieszenia.

Powróciłam do tego wydarzenia w kinie, kiedy zapalono światło po projekcji filmu o mnie. Powiedziałam wtedy: „Podeszła do mnie kobieta, która tak kochała swego ojca jak ja moją Matkę. Jego zabili – i ja modliłam się o to, aby jego wtedy zabili, bo gdyby go nie zabili, to by nas wszystkich zabili i w ogóle cały świat przestałby istnieć! I ja miałam ją pocieszać? To robi wojna, a przecież wszyscy jesteśmy ludźmi.”

Widzowie w kinie płakali. Mówię: „Teraz płaczemy razem, ale to już jest coś zupełnie innego.” Już nie czułam, że mam się mścić, po prostu płakaliśmy, ja ich przeprosiłam za te łzy. Takie było moje pierwsze spotkanie z Niemcami.

S.W.: Co chciałaby Pani jeszcze powiedzieć młodym ludziom,zwłaszcza z Oświęcimia?

H.B.: Odwiedziłam kiedyś szkołę w Brzeszczach, koło Oświęcimia. To była szkoła podstawowa i gimnazjum razem. Byli wspaniali. Słuchali mnie, później zadawali masę pytań – na ogół nie pytają, a tu nagle tyle pytań. Jedna dziewczynka pod koniec powiedziała tak: „A czego by Pani chciała nam życzyć po tym wszystkim?”. Odpowiedziałam: „Chciałabym Wam życzyć, byście umieli cenić i kochać życie wtedy, kiedy będzie trudne i kiedy wiele rzeczy Wam się nie uda, gdy pragniecie, by się udały. Życzę, by się Wam wszystko udało, ale tak zawsze nie może być, więc życzę, żebyście umieli cenić i kochać także wtedy, kiedy się nie udaje, i wierzyć, że kiedyś się uda.”

S.W.: Dziękuję za rozmowę – i za te życzenia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.