Babcia Ezoteryczna. Narowiste konie

Katarzyna Urbanowicz

Leonardo da Vinci – Szkice koni do obrazu Bitwa pod Anghiari

Pisząc tego bloga martwiłam się. Obudzona w środku nocy zadawałam sobie pytanie: Czy nie za bardzo obnażam się przed obcymi, nieznanymi mi czytelnikami. Czy nie przeczyta mnie na przykład ów rowerzysta wspomniany w którymś odcinku, albo kobieta o foczej urodzie, albo wystający przed sklepem dawny bóg PRL-u i czyż nie dojdą do wniosku, że dyskusja z ich poglądami prowadzona za pośrednictwem blogu to nie jest przypadkiem nieuczciwe zagranie? Otóż oni nie mieli zamiaru stać się osobami w jakimś sensie publicznymi, a stają się za sprawą jakiejś nieważnej kobiety określającej się jako „ezoteryczna babcia”? I nie mają prawa głosu.

W końcu zasnęłam. Przyśniło mi się, że znajduję się w stajni pełnej koni przywiązanych do poręczy podobnych do tych, przy których ćwiczą baletnice.

Wchodzimy ze swoim zmarłym mężem do tej stajni i uwalniamy konie z uwięzi, ale nie wiedzieć czemu nie wypuszczamy ich na zewnątrz. Konie krążą po pomieszczeniu, spokojne i dostojne, ale ja wiem, czuję, że one pragną czegoś więcej.

Tymczasem mój mąż oświadcza mi, że musi zostawić mnie samą z tymi zwierzętami. Ja protestuję, proszę, żeby pomógł mi przywiązać je na powrót do swoich poręczy (znajdujących się przed lustrami jak u ćwiczących baletnic). Ja wzdragam się przed tym, ale nie wiem czemu, możliwe, że boję się tych koni, a możliwe, że trochę mi ich żal. Nieprzyjemne rzeczy zawsze lepiej zrzucić na kogoś innego.

Mąż oświadcza mi, że jedynym wyjściem jest wezwać policję i wówczas będę miała problem z głowy.

Pomysł nasyłania policji na konie wydaje mi się nieludzki, jednocześnie obawiam się ich przywiązywania i z tym dylematem budzę się.

Wojtek pisze książkę o zwierzętach mocy. Żadne z dotychczas omówionych nie budziło moich emocji. Cóż, wilk, niedźwiedź, żaba – takie same jak inne. Ale nie konie, broń Boże!

Z rzeczywistymi końmi w naturze jako miejskie dziecko nie miałam nigdy do czynienia. Może tylko tym razem, kiedy zapamiętałam wzdęte zwłoki konia trafionego pociskiem w czasie powstania Warszawskiego, z którego ludzie wykrawali kawałki mięsa. Było to jednak doświadczenie na pograniczu snu i jawy. Pozostało po nim przekonanie, że trupy i zwierząt i ludzi nie nadają się do kawałkowania i powinno się je jak najszybciej zabrać sprzed oczu. Tuż po wojnie pracowicie grzebałam wszystkie martwe ptaszki, dżdżownice i inne przedmioty podejrzewane o to, że mogły niegdyś być żywymi (np. co ładniejsze kamienie) w przekonaniu, że należy jak najszybciej usunąć je sprzed oczu.

Jednak w słusznie minionych czasach kartkowego przydziału nie miałam nic przeciwko jedzeniu kiełbasy z końskiego mięsa (sprzedawano bez kartek takie pyszne kabanosy) – ponieważ nie miały one w moim przekonaniu nic wspólnego z rzeczywistym koniem. Jako pracownik umysłowy miałam przydział 2,5 kg mięsa i trzech mężczyzn w domu, którym ta śmieszna ilość 10 kg miesięcznie na rodzinę nie wystarczyłaby nawet w połowie.

Konie fascynowały mnie w inny sposób. Piosenka Włodzimierza Wysockiego o narowistych koniach w różnych wersjach stała się moim hymnem znacznie wcześniej, niż dowiedziałam się, że mój znak Zodiaku to Strzelec.

Miałam przyjaciela ze studiów, który zaopatrywał mnie we wszystkie możliwe wersje tej pieśni. Pierwszą z nich otrzymałam od kogoś, kto pracował w polskiej stacji badawczej na Antarktydzie i wymieniał się płytami z uczestnikami radzieckiego programu badawczego. Były to nagrania zakazane, robione w domowych warunkach, czasem trzeba było przegrywać je z magnetofonów szpulowych na magnetofony kasetowe. Oprócz szumów słychać było rozmowy w tych mieszkaniach, komentarze. Nie było jednej, kanonicznej wersji, za każdym nagraniem teksty i intonacja zmieniały się.

Czasami urządzaliśmy sobie całe seanse wersji „Koni” (kartkowa wódka zbierana przez cały rok wypijana była w towarzystwie na Sylwestra przy słuchaniu tych taśm), kiedy część balowiczów posnęła.

Potem, gdy przyszły nowe czasy, nagrania Wysockiego można było już kupić w Moskwie na bazarze płytowym, także i w Polsce wielu młodych wykonawców jak Przemysław Gintrowski, Jacek Kaczmarski, a nawet Maryla Rodowicz, nie mówiąc już o mniej popularnych, umieszczało je w swoim repertuarze. Jako ktoś, kogo uczono w szkole i na studiach języka rosyjskiego mogłam śledzić niuanse tłumaczeń.

Długo, długo potem, kiedy zaczęłam interesować się astrologią dowiedziałam się, że jestem słonecznym Strzelcem (w koniunkcji z Wenus i Merkurym). Wówczas symbolika tego stellum stała się dla mnie jasna, zrozumiałam symbol konia jako wewnętrzną wolność, do której powinnam zmierzać jako kobieta (Wenus) i jako człowiek myślący (Merkury). Zauroczona kiedyś w młodości Sartrem i egzystencjalizmem traktowałam wolność jako jeszcze jeden z obowiązków nakładanych na człowieka (a zwłaszcza kobietę), a do tego bynajmniej nie było mi pilno.

Niestety na realizację luźniejszej i mniej odpowiedzialnej wersji wolności było już zbyt późno.

Po 1991 roku, gdy moim przeznaczeniem stawała się opieka nad umierającymi i próby zrozumienia ich, póki jeszcze był na to czas i kiedy w 2000 roku postudiowawszy nieco astrologię, zorientowałam się, jakie znaczenie w moim horoskopie ma Chiron – wychowawca Odyseusza, kontrowersyjny nauczyciel i lekarz, który uzdrawiał wszystkich oprócz siebie, moje zrozumienie koni pogłębiło się. Wiedziałam już, że nie zrealizuję wszystkich możliwości Strzelca, nie będę zwiedzać świata i nie będzie mi dane zakosztować wolności jak wówczas, gdy jeszcze mogłabym z tej wolności skorzystać.

Czasami spotykam się z moim przyjacielem od „Koni” Wysockiego, zamieszkałym w innym mieście i o wiele bardziej uwikłanym w rzeczywistość niż ja. Siedzimy wówczas, milczymy, wypijemy troszkę i słuchamy wszystkich posiadanych przez nas wersji. Czujemy jednak, że każda kolejna, choć piękniejsza i lepiej nagrana i zaopatrzona w lepsze teledyski, coraz bardziej odbiega od tej wersji wolności, która kontemplowaliśmy słuchając wówczas Wysockiego. Piękne rozwiane grzywy, rozmaita maść koni są jak kobieta podrasowana w fotoszopie, smukła i odmłodzona, ale zbyt piękna, żeby była prawdziwa.

Cóż, wyobrażenia o wolności w czasach PRL-u nie dorastały do pięt współczesnym wyobrażeniom. Już sama myśl, że mamy znajomych na Antarktydzie, którym wolno oglądać białe niedźwiedzie (a nawet walczyć z nimi) i wędrować kilometry przez lód, śnieg i niebezpieczne szczeliny po nagrania Wysockiego wystarczały. Wcale nie uważałam, że sama mogłabym być godna zaszczytu podróżowania po świecie, dosiadania autentycznego konia.

Ironia losu sprawiła, że w swoim zniewoleniu zwiedziłam wówczas rejony świata niedostępne dzisiaj z powodu wojen i odosobnienia. Samarkanda, Buchara, Afganistan republiki kaukaskie… W Groznym z powodu awarii samolotu przesiedziałam na lotnisku trzy dni bez jedzenia, śpiąc na płytach strefy dla cudzoziemców, izolowanej od otoczenia, oglądając wszystkie, przepuszczone w Polsce odcinki „Niewolnicy Izaury”. A przecież wolność oglądania seriali jest w istocie formą niewoli, nie tylko wówczas, ale i dziś.

Cóż więc tak naprawdę jest naszą wolnością? Nasze przekonania w tym względzie są złudne i nie zawsze uprawnione.

Mój wspomniany przyjaciel fotografuje namiętnie przyrodę. Kiedyś udało mu się uchwycić zdjęcie koni zmierzających rankiem do wodopoju. Może dzięki temu, że fotka jest zamglona coś w niej przetrwało z moich fascynacji. Ale on dla zasady nie używa fotoszopu.

Jeden komentarz na temat “Babcia Ezoteryczna. Narowiste konie”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.