Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Wesołe miasteczko. Brzęczenie

Włodek Małkowski

Bernard Buffet – Sowa

Oglądałem sobie mecz siatkówki, a tu wchodzi do mnie taki sobie wariat – muzyk i pyta, czy może ze mną obejrzeć, wyraziłem zgodę, zastrzegając, że owszem, ale bez tej jego wariatki, która zawsze w czasie meczu uskutecznia jakieś głupie gadki nie mające nic wspólnego z prawdą siatki. Po chwili, korzystając z tego, że wariatka została na ganku, wyjął z kieszeni malutką buteleczkę koniaku. Wypiliśmy po 50-ce i pomyślałem, że to dobrze mi zrobi na sen.

Kiedy już przyszedł czas na spoczynek i zgasiłem światło, okazało się to nieprawdą. Wibrujące brzęczenie, do którego jestem przyzwyczajony, tym razem gęstniało nieznośnie przenikając ciemność, ale nie to było najgorsze, lecz ból sprawiający, że miałem wrażenie, jakby moje ciało oddzielało się od kości, trwając niczym aura w mętnej poświacie.

Czegoż ja nie próbowałem: przewracałem się z boku na bok, wychodziłem na zewnątrz, by pooddychać pod gwiazdami, obmywałem twarz w deszczowej wodzie, którą gromadzę w pojemniku do mycia włosów i prania bielizny. Najgorszy był krzyżujący się na plecach ból, przez który drętwiały mi barki i to, że nie byłem wstanie stworzyć żadnego słownego konstruktu myślowego.

Uznałem, że skoro tak reaguje mój system obronny na próbę dostania się do mojego mózgu przez nieupoważnionych pasożytów, to postaram się tylko spokojnie oddychać, starając się o niczym nie myśleć, a jeśli już, to każdy taki niezdarny konstrukt traktować będę jak niewydarzony obłok na niebie, nie poświęcając mu uwagi.

Stworzyłem obraz tych, którzy są mi drodzy i tak widziałem twarz siostry i szczęśliwe twarze jej dzieciaków, lecz obraz ten zanikał, więc ponawiałem próbę, za każdym razem czując przez chwilę ciepło, w którego jasności ból się rozpływał. Tym sposobem w końcu chyba zasnąłem i po dwóch godzinach, w chwili przebudzenia wiedziałem, że się udało.

Brzęczy sobie w tle i nawet się do tego brzęku uśmiecham. Krzyżujący się ból na plecach ustąpił.

Zaparzyłem kawy i włączyłem komputer. Na ekranie ukazała się kobieta rozwodząca się nad problemem kontroli umysłu, ale nie chciało mi się tego słuchać, mimo że wszystko wskazywało na to, że początek tego zdarzenia nastąpił właśnie podczas jej wykładu i nawet nie zauważyłem jak w połowie jej ostrzegawczych wywodów komputer sam się wyłączył.

No cóż, brzęczy sobie przyjemnie w kącie, a ja piję kawkę, słucham muzyczki i mam nadzieję, że zapowiada się piękny brzęczący dzień.


Dodaj komentarz

Babcia Ezoteryczna. Esej o starości

Katarzyna Urbanowicz

Saul Steinberg, 1943

Czytam Przybylskiego „Baśń zimową – esej o starości”. Temat jest bolesny, więc kilka razy zaczynałam i przerywałam. Chwilami nie jestem pewna, czy chcę wiedzieć, co przeżywali znakomici pisarze tuż przed śmiercią.

Przybylski dość dużo pisze o moim ukochanym Eliocie, jednak zajmuje się zupełnie innymi jego fragmentami niż trafiały do mnie, a więc odczytuje inne znaczenia, a „szczurza aleja gdzie umarli pogubili swoje kości” nie zwróciła jego uwagi na tyle, aby ją skomentować (jak zresztą i inne bliskie mi fragmenty wraz ze słynnym stwierdzeniem, że „przemierzyłem swe życie łyżeczką od kawy” oraz tańcem wokół kolczastego kłęba). Mój ukochany Eliot, a właściwie jego „Gerontion” został rozebrany na części pierwsze i odarty z moich interpretacji.

Odkryłam, że ja, mając dwadzieścia lat, zrozumiałam Eliota (35-letniego) nieco inaczej niż Przybylski, płyciej i bardziej prymitywnie, ale inaczej i to rozumienie przetrwało do dziś. Ktoś odebrał mi mojego Eliota, lepiej go zrozumiał, pogrążając mnie w kolejnej otchłani wstydu.

Zawsze uważałam, że w poemacie tym Eliot dokonując syntezy życia staruszka robi to z pozycji młodego człowieka siedzącego w starczym ciele. Informacja, że miał 35 lat, gdy pisał ten poemat znakomicie pasuje do moich interpretacji. Nigdy nie uważałam, że doskonale wczuwa się w rolę starca, sądziłam raczej że podsumowuje pewien etap życia młodego człowieka usiłując odkryć, co zostanie z niego na starość. Świadczyła o tym, moim zdaniem pewnego rodzaju żywość myśli i skojarzeń, daleko od starczego mamlania problemów.

Cóż, Przybylski rozbiera inne fragmenty, analizuje je, a nie próbuje intuicyjnie odkryć ich sens, jak ja to zawsze czyniłam. Najpierw było intuicyjne poznanie sensu, potem analiza.

Czytając o umierających starcach i literackich produktach ich umierania, odnajduję coś z własnych tęsknot i przeżyć, choć może nie tak gwałtownych.

Ja czuję się, jakby parę lat temu ktoś przetworzył mi kręgosłup, z człowieczego, charakteryzującego się wyprostowaną postawą, w pokrętny, właściwy płazom albo gadom. Od tej pory nie chodzę, a pełzam po ziemi, szukając ratunku, zrozumienia i pomocy.

Znajduję miłych, codziennych ludzi i już na szczęście nie mam do czynienia z tym skoncentrowanym złem, jakie napiętnowało moje ostatnie lata zawodowej aktywności. Ale nie pragnę, tak jak wówczas, spokoju, odpoczynku i luzu. Pragnę smaku życia.

Chcę, żeby truskawka smakowała jak dawniej, a piękna muzyka nie powodowała bolesnego, nadprogramowego skurczu serca. Chcę, żeby moje sny były piękne i dawały mi ulgę, a nie przynosiły kolejne koszmary. Nie chcę w nich liczyć, usiłować załatwić jakąś sprawę, szukać błędów w sprawozdaniach, borykać się z dylematami moralnymi. Nie chcę uzależniać się od Boga. Nie chcę gorączkowo się modlić, wypowiadając modlitwy jak zaklęcia, odsuwające na bok czarną chwilę, nie chcę bić się w piersi powtarzając „moja wina, moja wina”. Nie chcę bólu ani fizycznego ani moralnego (z tym pierwszym trudniej).

Zostawiłam więc „Baśń zimową” swojemu losowi (może do zimy) i wzięłam się za lekturę łatwą, aby wśród zabójstw, pościgów i wybuchających pułapek znaleźć ów powiew optymizmu, że „nic nie jest naprawdę”.

Czytam więc powieść, podobno rozrywkową: „Miała na sobie jasnoniebieski kostium od Walentina z rosyjską sobolową etolą owiniętą wokół szyi i pumpy od Maud Frizon. W ręku trzymała marynarską torebkę ozdobioną błyszczącym inicjałem firmy Hermes: H” Facet patrzący na nią od innego stolika rozmyślał w równie modnym stylu: „Sprawiedliwość jest w moich rękach, rzekł pan, a ja jestem mieczem sprawiedliwości, narzędziem jego zemsty. Moje życie to nieustanna pokuta… itp., itd.”

Czy nie sądzicie, że żyjemy w czasie absolutnego braku wolności? Jesteśmy tylko stojakami dla ubrań, przeżyć, poglądów – a wszystkie firmowane są cudzymi nazwiskami. Połowa z nich zresztą mnie osobiście nic nie mówi. Wszystkie razem zaś stanowią zawartość zsypu – tu szmatka, tam kawałek Biblii. Zmieniam lekturę.

Czytam sobotnie „Wysokie obcasy”, a właściwie przeglądam dział o architekturze wnętrz: Beżowy salon. Nad kanapą Swing firmy Dema… (co to jest „Swing” pisany przez duże S? Nie jest to obraz, choć ewentualnie mógłby być, bo to coś w rodzaju deski z przenikającymi się beżami) Fotel Be Bop. Półki na książki firmy Poliform… itp. Na półce na książki nie ma książek za to leżą kamienie.

Jak mieszkać w takim mieszkaniu? Co może myśleć ktoś, kto zajmuje siedemdziesiąt pięć metrów powierzchni bez jednego osobistego akcentu, książki zastępują kamienie, patera zawiera owoce nie do jedzenia, w kuchni nie ma ani jednego garnka. Obraz nazywa się be bop lub swing i sporządzony jest (bo przecież nie namalowany) pod kolor obicia kanapy.

W moim domu na działce wisi taki obraz. Namalowany w 1922 roku przez malarza znanego i cenionego dziś na aukcjach, zaprzyjaźnionego z rodzicami drugiej żony mojego ojca, podarowany im jeszcze przed wojną. Przetrwał wojenną zawieruchę i zawisł dumnie nad granatową, peerelowską wersalką „zdobytą” przez tę panią kosztem wielu wyrzeczeń i dzięki jej znajomościom.

Sęk w tym, że obraz (moim skromnym zdaniem) przedstawiał rozmytą i artystycznie przetworzoną postać kobiety w ludowym stroju. Niestety, zdaniem drugiej żony mojego ojca obraz powieszony nad granatową wersalką powinien mieć coś z granatu w feerii zastosowanych kolorów, a skoro nie miał (dominował zielony i czerwony), powinien przynajmniej kompozycją dostosować się do owego peerelowskiego mebla. Jakie było z tego wyjście? Proste! Powiesić obraz wzdłuż boku, a nie wszerz. Wyszło więc na to, że kobieta w ludowym pasiaku nie stała, a leżała nad osobami śpiącymi na wersalce, co było pretekstem do cichych żartów z gospodarzy. Jednak gospodyni nie przejmowała się nimi, bowiem nad jej wersalką nie wisiało ślubne podkolorowane zdjęcie, jak w „niższych sferach”, a prawdziwy obraz prawdziwego znanego malarza.

U mnie na działce kobieta też wisi „na leżąco” podtrzymując tradycję, ponieważ nie chciało mi się zmieniać zaczepu w starej ramie. Tyle, że nie wisi nad wersalką, a nad kuchennym blatem. Znajomi uważają, że przedstawia pęczek włoszczyzny.

Czym jest więc sztuka? Oszustwem, czy ukojeniem?


Dodaj komentarz

Perły przed wieprze. Ucieczka w świat fikcji

Marek Szarek

Rys. Saul Steinberg

„Nie wiem co się dzieje na świecie, ale podejrzewam, że źle! Całuję cię z zachowaniem zasad higieny” – Wisława.

Powyższy cytat, pochodzi z listu Wisławy Szymborskiej do Kornela Filipowicza wysłanego latem 1968 roku. Poetka przebywała wówczas w sanatorium w Zakopanem, a Kornel na rybach w miejscowości Łysobyki nad Wieprzem.

W kraju słychać było jeszcze wrzaski antysemickiej propagandy dotyczącej Wydarzeń Marcowych i chrzęst gąsienic polskich czołgów wjeżdżających z bratnią pomocą do Czechosłowacji.

Przytoczony ustęp, to jeden z nielicznych fragmentów korespondencji, który odnosił się do bieżącej polityki. Zakochani literaci uciekali od koszmarnej rzeczywistości w świat: fikcji, żartu, nonsensu i poezji.

Ja także uciekam w lekturę „Listów” Kornela i Wisławy wydanych niedawno przez krakowski Znak, żeby nie słuchać i nie oglądać tego wszystkiego, co dzieje się obecnie w polskiej polityce. Najchętniej schowałbym się w literaturze, jak w mysiej dziurze albo wyjechał wędkować do Łysobyków nad Wieprz i zmykał, gdzie pieprz rośnie, bo źle się czuję w rozdartej nienawiścią Polsce.

Od tygodnia wiszą nad Warszawą mgła i trujący smog, który dusi i nie daje zasnąć, ciążąc na piersiach, jak leśmianowski Gnieciuch. „Ludzie w snach ciężkich, jak w klatkach krzyczą, usta ściśnięte mają, twarz wilczą”.

Wczoraj śniła mi się posłanka Pawłowicz pod postacią wigilijnego karpia, którą gonił z więcierzem w ręku nieogolony mężczyzna z włosami związanymi w kitkę.

Ale dzisiaj mgła ustąpiła, więc otrząsam się ze złych snów, jak Owczarek Ursynowski z błota.

Ten felietonik piszę na nowym laptopie, który dostałem w podarku urodzinowym od Cesi, Ani, Marty i Piotrusia. Bardzo Wam kochani za prezent dziękuję! To jest moja mała radość, a duża jest taka, że z okazji nadchodzących świąt mogę Rodzinie oraz wszystkim Przyjaciołom i Znajomym życzyć – wesołych, zdrowych, pełnych nadziei i miłości Świąt Bożego Narodzenia!