Spółki Miejskie

Babcia Ezoteryczna. Woda i wino czyli dziobanie szyby

Dodaj komentarz

Katarzyna Urbanowicz

Rys. Sigmablade

W 2004 roku na naszej działce pierwszy raz od dziesięciu lat obrodziły winogrona. Poprzednie lata nie były dla nich łaskawe. W tym rejonie Polski, najbardziej wysuniętym na wschód, przymrozki trafiały się i w czerwcu, więc pierwsze kwiaty i pąki zazwyczaj wymarzały, potem były już tylko liście. Sadzenie tutaj winorośli albo włoskich orzechów lub drzewek owocowych, zakupionych w innych rejonach było zwyczajną głupotą.

Mój mąż, który wcześniej spełnił dwa męskie obowiązki, był niepoprawnym optymistą i spełniając trzeci nałożył sobie zadanie przekraczające możliwości. Nie przeszkadzało mu, że drzewka owocowe nie przeżyły, że czereśnie zanim zdążyły dojrzeć, zjadały ptaki, a wiśnie szklanki upodobały sobie wiewiórki, że orzech włoski zaowocował pierwszy raz w tym roku, po dwudziestu kilku latach, gdy jego pana nie było już na tym świecie i że 18 czerwca w dziewięćdziesiątym którymś roku przymrozki zniszczyły świetnie zapowiadającą się grządkę pomidorów.

Jednak winorośl ma się dobrze i coraz lepiej – co by nie było, jest to argument za ociepleniem klimatu.

Tak więc w 2004 roku winogrona pierwszy raz wydały owoce, a ja sporządziłam z nich pierwsze swoje wino. Udało się wyjątkowo, jak żadne późniejsze.

Po śmierci męża w 2007 roku syn wyciął część drzewek i krzaków, żeby łatwiej było operować kosiarką i sznur się o nic nie zaczepiał; niektórzy moi działkowi przyjaciele i przyjaciółki poszli w ślad za mężem, a ja, nie dysponując własnym środkiem lokomocji, utraciłam większość wpływu na to, co się tam dzieje. Latem na działce przejęła rządy teściowa syna, pod dyktando zięcia wyrzucała posłusznie moje rzeczy, a jej goście wypijali wino. Zrobili to jednak dziwnie – zostawiając po pół butelki, obojętnie pięciolitrowej czy litrowej.

Z powodu zmiany układów rodzinnych syna i nie pojawieniu się na razie na horyzoncie nowej teściowej, na mnie spadły porządki w piwnicy i sprawdzenie czy te resztki wina nadają się do czegokolwiek. Nawet jako ocet byłyby w gospodarstwie pożądane.

Przyniosłam wyłączone z ośmioletniej zadumy (przerwanej wizytami letnich gości) butelki do domu, postawiłam aby zawartość się ustała, zapuściłam rurkę i sprawdziłam co z wina zostało.

Pochwalę się: nadal było wspaniałe – w miarę słodkie, aromatyczne, przejrzyste, w pięknym kolorze i goryczce uzyskanej dzięki dodatkowi aronii.

Dlaczego więc ci ludzie zostawili połowę każdej butelki? Czyżby przechylając ją kolejny raz odkrywali, że wino staje się mętne i sięgali po następną?

Przypomniałam sobie jak my piliśmy to wino. Szłam z rurką do piwnicy, ściągałam wino znad osadu z butelek do dzbanka. Piliśmy je, chłodne (temperatura w piwnicy nigdy nie przekraczała 8 stopni) pół na pół z doskonałą wodą z naszej studni. Napój był słabszy niż piwo, ale gasił pragnienie lepiej niż jakikolwiek inny. Jednak rodzina mojego syna w ferworze porządków powyrzucała wszystkie moje rzeczy, zwłaszcza te, które nie wiadomo do czego służyły. Tak i wyrzucone zostały: sitka do cedzenia wina, rurki i inne utensylia.

Jadąc w tym tygodniu na działkę nie zabrałam wody mineralnej ponieważ syn powiedział, że woda jest na działce. Owszem, była, coca cola i jakieś świństwo o smaku truskawki, które nie stało nawet przez chwilę w pobliżu truskawki, jeśli nie liczyć obrazka na nalepce. Studnia już nie działa, znaczne zagęszczenie przepuszczalnych szamb wykluczyło jej używanie — wodę mamy z wodociągu.

Kosząc dziś trawę w prawdopodobnie ostatnie upały tego roku (aż 20 stopni!) zapragnęłam wrócić do smaków sprzed lat i wyniosłam napoczęte butelki z piwnicy. Przegotowałam wodę, ostudziłam ją i wymieszałam z winem i wyszłam przed dom.

Na ławce przysiadła czerwonodwłoka ważka, słońce odbiło widok drzewka rajskiej jabłoni w oknie i o szybę zaczęły stukać dziobami ptaki sądzące, że mają do czynienia z prawdziwymi owocami.

Za ich sprawą zrozumiałam, że ja też nie mam w szklance wina z wodą z tamtych lat, choć przez chwilę wydawało mi się, że jest jak dawniej. Kiedy siedzi się na słoneczku stawy nie bolą i można na chwilę ulec złudzeniu, że nie czuje się swojego ciała. Zobaczyłam więc wszystkie piękne i smutne działkowe dni przemieszane jak cierpki smak aronii ze smakiem winogron nie ze swojej strefy klimatycznej i zapachem świeżo skoszonej trawy. Dodatek wody z kopanej kiedyś własnoręcznie studni nadawał napojowi szlachetność wykonanej pracy.

To piękne, że udało mi się na chwilę przywołać to wrażenie. Niemniej pozostaje dziobaniem szyby.

Pójdę więc rwać tegoroczne winogrona, choć nie wiem, co z nich zrobię. Pewnie wina już nie, nie dysponuję bowiem chłodną piwnicą. Ale jak wino tamtego roku było wyjątkowe, tak owoce tegoroczne są niesłychanie słodkie i dorodne.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.